10 nietypowych błędów, przez które na twarzy powstają pryszcze - sprawdź czy je popełniasz!

Dbasz o siebie, codziennie starannie wklepujesz w skórę kilka preparatów, szukasz substancji aktywnych, łączysz odpowiednie serum z kremem, unikasz czekolady, chipsów i w ogóle żyjesz prawie miłością i powietrzem, a mimo to nadal na twarzy wyskakują Ci pryszcze, krosty, syfy? Sprawdź czy nie popełniasz któregoś z poniższych błędów!
WAŻNE - nie będę w poście poruszać tematu różnych rodzajów "syfów" - za powstawanie wielu z nich odpowiedzialne są bakterie, które nie powinny bytować na zdrowej skórze człowieka. Natomiast pamiętajmy, że nie tylko bakterie powodują powstawanie pryszczy, wiele zależy też od hormonów, diety, alergii oraz sposobu oczyszczania skóry lub używania nieodpowiednich kosmetyków. Chciałabym się teraz skupić tylko na - nie zawsze oczywistych - sposobach przenoszenia bakterii na skórę twarzy.


Nie zasypiaj w makijażu

Cały dzień w makijażu, a najczęściej z kilkoma warstwami kosmetyków na skórze (baza, podkład, puder, bronzer, róż itp.) to norma dla wielu kobiet. Dla mnie w dni robocze też. Makijaż chroni skórę między innymi przez zanieczyszczeniami (oraz smogiem), a czasem i promieniowaniem UV. Nie jestem więc przeciwniczką make upu. Warto jednak zmywać go już po przyjściu ze szkoły/pracy do domu, a już na pewno przed pójściem spać. W nocy makijaż nie pełni żadnej cennej funkcji, za to stwarza doskonałe warunki do rozmnażania się bakterii na Twojej twarzy - bakterii, które przez cały dzień zbierały się na skórze. Najlepszym sposobem na zmycie makijażu jest oczyszczanie dwuetapowe delikatnymi preparatami - mój ulubiony sposób to olejek (np. z emulgatorem marki BioUp, bez emulgatora Resibo, Nacomi, Felicea) oraz pianka (np. EO Lab, Cosnature, Iossi, Isana z serii żółtej). Po demakijażu tonik i krem, który w nocy wspomoże regenerację.

Przeczytaj też:



Czym myć pędzle do makijażu?

Kolejny ważny punkt na liście potencjalnych winowajców. Jeśli malujesz się codziennie lub kilka razy w tygodniu myj pędzle jak najczęściej. W końcu dotykają skóry twarzy, a resztki kosmetyków są doskonałym siedliskiem i pożywką dla drobnoustrojów. Omiatając takim brudnym pędzlem skórę tu i tam z łatwością przeniesiesz bakterie po całej twarzy. Idealnie byłoby myć pędzle po każdym użyciu lub mieć taki arsenał, który umożliwiałby używanie codziennie nowego, ale jeśli Ci to nie odpowiada w weekend zrób spa swoim gadżetom, a skóra tylko na tym skorzysta. Czym myć pędzle? Możesz używać do tego słynnego olejku Isany (dla mnie za bardzo śmierdzi, poza tym nie widzę, żeby coś niesamowitego robił), zwykłym antybakteryjnym mydłem w płynie lub szamponem (np. tym, który nie sprawdza się do włosów). Potem daj im dużo czasu, aby dokładnie wyschły.

Bakterie na telefonie

Towarzyszy nam wszędzie - przed spaniem, w toalecie, autobusie, pracy, na wycieczkach. Przyznaj z ręką na sercu - czy zawsze dotykasz go czystymi rękoma? Ja na pewno nie! Potem podczas rozmowy te wszystkie bakterie przenosisz na skórę policzka! Tak, tak - te z toalety też :) Dlatego warto solidnie i regularnie czyścić telefon - nie tylko ekran, ale cały z obu stron. Najczęściej używam do tego zwykłego spirytusu kosmetycznego lub chusteczki antybakteryjnej (np. Tribiotic, kupuję w Auchan za grosze). Co znaczy regularnie? Im częściej tym lepiej, ja staram się to robić co kilka dni.


Poszewka poduszki

Martwe komórki naskórka stale się złuszczają i odpadają, osadzając się gdzie popadnie - co jest procesem normalnym. Na takim złuszczonym naskórku, który zalega m.in. w pościeli bytują sobie bakterie, ale i roztocza - cały mikroświat :D Dlatego bezwzględnie jak najczęściej pierz i wymieniaj poszewki, a same poduszki wystawiaj do wietrzenia, najlepiej w słońcu (latem) lub na mrozie (zimą) - dzięki temu w naturalny i bezpieczny dla siebie sposób zmniejszysz "kolonie żyjątek". To sposoby naszych babć, tak samo proste i skuteczne dzisiaj.

  • Ciekawostka: Według badań w nocy (między 24 a 4 rano) komórki skóry dzielą się aż 10x szybciej niż za dnia, a mikrokrążenie zwiększa się o połowę (co oznacza, ze skóra jest odżywiana, gdy śpimy). Nocą też naturalna bariera ochronna się osłabia, gdyż skóra "koncentruje" się na regeneracji, aby w dzień znów pełnić swoją funkcję ochronną dla organizmu. Jednocześnie w nocy skóra może tracić więcej wody, dlatego warto wesprzeć ją dobrym kremem, olejkiem lub maską całonocną, a jednocześnie w ten sposób zabezpieczyć ją przed przesuszeniem.


Szalik, apaszka, czapka, golf a pryszcze

Mają styczność z twarzą i jeśli zauważasz, że zimą skóra na czole bardziej się zanieczyszcza spróbuj częściej prać i zmieniać czapkę. Analogicznie za niedoskonałości w okolicach brody mogą być odpowiedzialne szalik, apaszka lub ulubiony golf.

Oddzielny ręcznik do twarzy

Niby oczywiste, a jednak warto powtórzyć i podkreślić - ręcznik również jest siedliskiem bakterii! Często wilgotny, zdarza się, że nie dosycha, szczególnie jeśli mamy wilgotną łazienkę, niedostatecznie wentylowaną i lubimy duże, puchate ręczniki. Dlatego najlepszym sposobem jest zakup małego, szybko schnącego ręczniczka tylko do twarzy i dokładne suszenie po każdym użyciu. Ręczniczek pierzemy jak najczęściej w delikatnych detergentach.


Dotykanie twarzy rękoma

Coś, z czym mam problem do tej pory, ponieważ częste dotykanie twarzy jest... odruchem. Kojarzysz pewnie te gesty związane choćby z intensywnym myśleniem i pocieraniem brody? To właśnie ja :) Próbuję się oduczyć - podobno kilka tygodni "świadomego" unikania niechcianych gestów wystarczy, aby pozbyć się nawyku. Słowo klucz to "świadome", gdyż u mnie dotykanie brody w zamyśleniu jest poza moimi chęciami... Mimo to nadal walczę, najważniejsze, że wiem z czym. Poobserwuj siebie - może Ty również zupełnie nieświadomie dotykasz wielokrotnie w ciągu dnia czoła, policzków lub brody, a w tych miejscach pojawiają się niechciane niedoskonałości? Czasem najprostsze wyjaśnienia są tymi właściwymi.

Przeczytaj też:



Bakterie w kosmetykach?

Miałam nie wspominać o kosmetykach, ale chodzi tu o inny kontekst. Inną kwestią jest nieodpowiednie dobranie kosmetyku do potrzeb skóry, a inną... sposób jego używania. W kosmetykach również znajdują się bakterie! Teoretycznie przed otwarciem nie powinno ich tam być, chyba, że jakaś Grażyna już w drogerii koniecznie musiała powąchać krem, który potem Ty nieświadomie kupisz. Może nawet go pomacała, żeby sprawdzić też konsystencję? (brrr, mam alergię na takie zachowanie, nigdy nie otwierajcie kosmetyków w drogerii, nawet jak nie ma testera!). Po to właśnie producenci konserwują kosmetyki i ja zdecydowanie wolę bezpieczne, niekontrowersyjne konserwanty niż bakterie, wirusy i pleśń! Zwróć uwagę szczególnie na produkty, które trzeba nabierać palcami - krem w słoiczku, peeling czy balsam do demakijażu. Możesz nabierać je czystą łyżeczką lub po prostu szybko zużywać. Możesz też szukać kosmetyków w aluminiowych tubkach, które nie zasysają powietrza do wnętrza, a najlepiej w opakowaniach z pompką typu air-less, w których kosmetyki mają najbardziej ograniczony kontakt z powietrzem, przez co są najbardziej higieniczne. Jeżeli zauważysz natomiast coś podejrzanego np. zmiany koloru czy wręcz nalot pleśni - wyrzuć cały kosmetyk!


Badania skóry

Badanie warto zrobić przy okazji wizyty u kosmetologa. Niektóre marki (np. Sylveco, informacje są na ich stronie) organizują dermokonsultacje, na których też można poprosić o proste badanie skóry (tzw. pomiar nawilżenia), aleee to nie jest zbyt wiarygodne źródło informacji (zrobiłam sobie kiedyś z ciekawości, pani nawet nie zmyła mi makijażu...). Zdecydowanie lepiej postawić na kosmetologa. Upewnij się tylko, że w wybranym przez Ciebie gabinecie są odpowiednie sprzęty umożliwiające przebadanie cery pod różnym kątem (także na wypadek bakterii powodujących trądzik). Badanie takie czasem kosztuje ok. 40-50 zł, a czasem jest darmowe przy okazji zabiegów. Po prostu zapytaj, bo wskazówki od profesjonalisty są bardzo cenne przy domowej pielęgnacji!

Częste mycie rąk

Teoretycznie nie sądzę, abym musiała o tym wspominać, a jednak... Często podróżuję, a co za tym idzie korzystam z publicznych toalet. Wiesz co zaobserwowałam? Wiele kobiet nie myje rąk po skorzystaniu z toalety, w dodatku publicznej! Szczerze? Dla mnie to przerażające, bo potem tymi łapkami jedzą frytki, odgarniają włosy z twarzy czy pomagają dziecku się ubrać. Ja jestem wręcz maniaczką mycia rąk, to dla mnie podstawa. Idealnie byłoby myć dłonie w kosmetykach antybakteryjnych, ale te z kolei często wysuszają i naruszają naturalną barierę ochronną naszych dłoni, więc o ile nie pracujesz np. w szpitalu nie ma co przesadzać. Wystarczy mydło i ciepła woda. PS. Pocieszę Polki - będąc w Portugalii zauważyłam, że tam znacząca liczba kobiet nie myje rąk po wyjściu z wc, więc mimo wszystko z nami nie jest najgorzej ;) Moje ulubione, niewysuszające mydła do mycia rąk to mydło w płynie Sensitive Isana (mocniejsze, bo na SLES, ale bardzo tanie), delikatniejsze mydła Yope (szczególnie uwielbiam zimowe oraz kuchenne z goździkiem), a także dostępne w Rossmannie i on-line mydło solankowe marki White Flowers (często jest w promocji).


I jak? Popełniasz jakieś grzeszki? Może któryś z powyższych punktów zainspiruje kogoś do lepszego poznania swojej cery i dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Czasem niewielka zmiana daje ogromne rezultaty, a o skórę warto dbać nie tylko ze względów estetycznych. W końcu skóra to nasz największy organ (tak!) i pierwsza bariera ochronna przed światem zewnętrznym. powinno nam zależeć na tym, aby była zdrowa, elastyczna i nawilżona, a także odporna na bakterie :)

7 najlepszych tricków urodowych! Tylko sprawdzone sposoby :)

Najlepsze tricki urodowe dla kobiet

Lubicie tricki? Domowe sposoby i sposobiki, kiedy nie ma czasu biec do drogerii i szukać kolejnych produktów, tylko trzeba działać! Teraz, natychmiast! Ja lubię je bardzo i sprawdziłam całą masę tricków polecanych w internecie, zasłyszanych dawno temu od mamy i babci oraz wymyślonych przeze mnie po prostu w potrzebie (albo przypadkiem). Dziś przedstawiam Wam bardzo luźną listę moich najlepszych tricków urodowych - takich, z których najczęściej korzystam. Wszystkie sprawdziłam na sobie i za nie ręczę!


paznokcie-hybrydowe-fiolet

Sposób na nowy kolor lakieru

1. Znudziły Ci się już ulubione kolory lakierów? Masz kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, ale marzy Ci się "koniecznie inny, takiego jakiego akurat nie masz?". Niestety jest późno i drogerie zamknięte, a jutro praca czy szkoła od samego rana? Po prostu zmieszaj lakiery jak farby! Trick działa zarówno na lakiery tradycyjne (tutaj trzeba uważać na zasychanie), jak i hybrydy. Wystarczy wylać odrobinę wybranych lakierów na folię aluminiową i mieszać czystym pędzelkiem! Gwarantuję, że to fajna zabawa, a dodatkowo całkowicie inny manicure! Warto mieć pod ręką kolory biały i czarny do rozjaśniania i przyciemniania kolorów, a reszta zależy od naszych preferencji.

  • Uwaga! Przy mieszaniu lakierów tradycyjnych musisz się spieszyć z malowaniem, żeby nie zdążyły zaschnąć. Przy hybrydach masz duuużo więcej czasu, ale trzymaj folię aluminiową z dala od lampy UV/LED. Pamiętaj też, aby wziąć pod uwagę ilość lakieru, jaką chcesz uzyskać - jeśli malujesz wszystkie paznokcie na jeden kolor "rozrób" od razu dużo, ponieważ jeśli zabraknie trudno będzie Ci uzyskać identyczny odcień. Baw się dobrze!


Sposób na posklejane rzęsy

2. Tusz skleja rzęsy i tworzy nieestetyczne grudki? Oczyść szczoteczkę! Włóż ją na 5-10 min do naczynia wypełnionego płynem micelarnym, po czym delikatnie oczyść z resztek tuszu pocierając szczoteczką o ręcznik papierowy lub chusteczkę. Usuniesz zaschnięte resztki tuszu, szczoteczka będzie wyglądać jak nowa, a na rzęsach unikniesz brzydkich grudek. Zupełnie jakbyś miała nowy tusz!

  • Uwaga! Trick nie działa jeśli problem leży w zaschniętym (czytaj starym) tuszu, a nie samej szczoteczce, wtedy zwyczajnie mascarę wyrzucamy i kupujemy nową (najbardziej wkurza, gdy już taki zaschnięty tusz kupimy, bo jedna z drugą musiały "tylko sprawdzić wielkość szczoteczki" w Rossmannie, brrrr). Awaryjnie można do tuszu dodać troszeczkę nawilżających kropel do oczu, ale to raczej jako wyjątek :)

szczoteczka-couleur-caramel-revolution

Nie musisz używać kosmetyków zgodnie z przeznaczeniem

3. Nie wyrzucaj niesprawdzonych kosmetyków! To jakbyś wyrzucała pieniądze, produkując przy tym więcej odpadów. Po co? Jeśli krem do twarzy nie służy cerze i pogarsza jej stan możesz śmiało zużyć go jako balsam do ciała lub krem do rąk/stóp. Podobnie piankę do golenia zastąpi odżywka do włosów, róż lub bronzer w nieodpowiednim kolorze świetnie sprawdzi się na powiece, pomadka może zastąpić róż. Warto pokombinować i odkrywać. Jeśli z jakiegoś powodu nie możesz nawet patrzeć na kosmetyk (np. ze względu na zapach) po prostu oddaj go koleżance, siostrze, mamie :)

  • Uwaga na wrażliwsze okolice oczu oraz nosa i ust - nie chcesz przecież "zjeść" czegoś, czego nie powinnaś (dlatego absolutnie nie malujemy drogeryjnymi cieniami ust!).


Sposób na opuchnięte oczy po zarwanej nocy

4. W pracy same dedlajny, asapy i targety, więc noc zarwana, a Ty średnio przytomna? W dodatku wszystko dokładnie widać po oczach, bo powieki opuchnięte, ciężkie, zaczerwienione? Przy okazji porannej zielonej herbaty włóż zużyte torebki do lodówki, a  po kilku minutach przyłóż je do powiek i poleż chwilę spokojnie. Prosty trick, a skuteczny! Chłód zmniejszy opuchliznę i zaczerwienienia, a przy okazji orzeźwi Cię i obudzi. Spojrzenie zaś będzie wyglądać nienagannie, jakbyś smacznie przespała całą noc :) Sorry koleżaneczki, nie będzie dzisiaj satysfakcji :P PS. Jeśli nie pijesz herbaty równie dobrze sprawdzą się zimne plastry świeżego ogórka. To autentycznie działa!

  • Uwaga! Podobnie jeśli masz gotowe paski żelowe przeznaczone w okolice oczu, przed nałożeniem włóż je do lodówki. Trick działa też na roller jadeitowy z mniejszą końcówką, którą potem możesz pomasować okolice oka (no dobra, od biedy mogą być i małe łyżeczki z lodówki). Warto też kupić cielistą kredkę na takie okazje i pomalować nią linię powieki dolnej od wewnątrz. 



jadeitowy-roller

Skuteczny i szybki sposób na pryszcze, krosty vel dżodże

5. Jutro czeka Cię ważne spotkanie z szefem lub świetna impreza? Tymczasem na twarzy wyskoczył nieproszony gość i wygląda na zadomowionego? Znasz to? Pryszcze, krosty i opryszczka najbardziej lubią nas odwiedzać w przeddzień ważnych wydarzeń - na pewno kiedyś zostało to udowodnione "przez amerykańskich naukowców" :D W domu znajdziesz kilka niezawodnych sposobów na wyprowadzkę dla "kolegi dżodża" (określenie "dżordż" zapożyczyłam z Instagrama, bo mnie niesamowicie bawi, niestety nie wiem kto jest autorem tego sformułowania - jeśli wiecie napiszcie mi, zedytuję post, w każdym bądź razie nie roszczę sobie praw do tego słowa). Jednym z nich jest aspiryna (kwas acetylosalicylowy, czyli acetylowa pochodna kwasu salicylowego) - wystarczy jedną tabletkę rozdrobnić i dodając odrobinę wody sporządzić gęstą pastę, którą następnie nakładamy na "dżordża" i w dosadny sposób mówimy mu "żegnaj pan" :D Po ok. 10-15 minutach pryszcz jest zdecydowanie mniejszy, bledszy i łatwiej ukryć go pod korektorem. Mniejszych gości papka wymiata nawet w całości. Bez żalu good bye!

  • Uwaga! Aspirynę nakładamy oczywiście tylko punktowo na pryszcz! (Jakoś dużo wykrzykników w tym poście :D). Aspiryna zmniejsza stany zapalne, działa też antybakteryjnie. W podobny sposób możemy wykorzystać punktowo olejek eteryczny z drzewka herbacianego, choć u mnie działa on zdecydowanie wolniej i mniej spektakularnie.


Szybki domowy sposób na matowe paznokcie bez topu

6. Trick odkryty przeze mnie zupełnie przypadkiem, potem gdzieś już o nim nawet czytałam. Po pomalowaniu paznokci, ale najlepiej zanim jeszcze wyschną (lakiery tradycyjne) lub tuż po utwardzeniu (hybrydy) przytrzymaj dłonie nad miską z parującą wodą. Para skutecznie "zdejmie" błysk z lakieru! Efekt utrzymuje się kilka dni (zupełnie jak przy topie), po czym delikatnie zmienia się w satynowy połysk.

  • Uwaga! Nie musisz trzymać paznokci tuż nad wrzątkiem, żeby się nie poparzyć. Chodzi o samą parę :) Efekt "matowości" może się różnic w zależności od użytych lakierów, czasem od razu uzyskujemy tylko satynowy połysk - też ciekawie!

wybielanie-zebow-weglem



Skuteczne i naturalne wybielanie zębów w domu

7. Kojarzysz pewnie te czarne pasty z węglem aktywnym? Możesz wykorzystać ten patent w domu i cieszyć się naturalnie jaśniejszymi zębami, szczególnie jeśli lubisz kawę i herbatę (jak ja). Węgiel aktywny można użyć na dwa sposoby: wymieszać sproszkowany węgiel w niewielkim słoiczku z ulubioną pastą do zębów lub umyć zęby samym proszkiem (a najlepiej mieszanką węgla aktywnego, białej glinki i kilku kropel eterycznego olejku miętowego - jak u mnie na zdjęciach). Węgiel aktywny stosowany częściej wspaniale oczyszcza szkliwo z przebarwień, osadu, usuwa bakterie i... odświeża oddech!

  • Uwaga! Węgiel aktywny najlepiej kupić w kapsułkach. Czytaj składy! Szukaj węgla bez zbędnych dodatków. Przy pierwszym myciu zębów samym proszkiem zapewne trochę się pobrudzisz, ale z każdym kolejnym dniem nabierzesz wprawy.


trick-urodowy

To co? Które tricki wypróbujesz? :) A może któreś były Ci już znane? Też nie? To może masz jakieś własne, sprawdzone - ulubione i zechcesz się nimi nawet podzielić w komentarzu? :)

White Flowers, Kosmetyki naturalne do pielęgnacji ciała z Rossmanna

Naturalne kosmetyki z Rossmanna

Rossmann jest największą siecią drogerii na terenie Polski, więc nic dziwnego, że często pytacie co warto w niej kupić. Czy znacie polską markę kosmetyków z błotem i solą znad Morza Martwego White Flowers? Kosmetyki bardzo aktywne, z minerałami wpływającymi na stan skóry przy dłuższym stosowaniu. Najcenniejsze, od wieków znane właściwości kosmetyczne i terapeutyczne błota, soli i wody z Morza Martwego przeniesione w przyjemnej formie do naszych łazienek (nie wiem dlaczego, ale lubię pisać takie rzeczy :D). Produkty bogate w minerały i pierwiastki np.: magnez, potas, wapń, żelazo, mangan, bromki, siarczany, węglany i wiele innych. Przy regularnym użyciu nie tylko nie podrażniają wrażliwej skóry ciała (sprawdziłam!), a nawet twarzy (tu raczej sporadycznie, np. na wakacjach), ale i potrafią wpłynąć na jej stan oraz wzmocnić naturalną odporność na czynniki zewnętrzne. Przekonałam się o tym sama... na własnej skórze! Skórze, którą wiele myjadeł podrażnia, która jest podatna na swędzenie (SLS, SLES a nawet naturalny SCS doprowadzają mnie do szału!).


naturalne-kosmetyki-rossmann

White Flowers, Naturalny żel pod prysznic

W plastikowej, przezroczystej tubie znajdziemy beżowy żel pod prysznic. Zapach kwiatowy, dość intensywny, umila prysznic i przez dłuższą chwilę utrzymuje się na skórze. Plus jest też taki, że całe pomieszczenie po kąpieli pachnie kwiatowo, więc nie mogę powiedzieć, że zapach jest słaby. Minusem może być natomiast konsystencja, która jest rzadka, dużo rzadsza niż większość tego typu produktów. Trzeba nauczyć się ostrożnego dozowania. Początkowo mnie to irytowało, jednak po kilku użyciach już nie, szczególnie, że po kąpieli nie swędzi skóra, a to dla mnie najważniejsze! Konsystencja może też wpływać na wydajność, szczególnie, że żel słabo się pieni ze względu na użyty bardzo łagodny dla skóry, biodegradowalny detergent z kokosa. Osobiście zupełnie mi to nie przeszkadza - "konieczność" gęstej piany pod prysznicem wmówiły nam reklamy, tymczasem produkty bez niej w zupełności myją skórę! Żel White Flowers ma jeszcze jedną, niebagatelną zaletę - skóra po umyciu nie jest wysuszona, nawet na moich suchych łydkach się nie łuszczy i nie wymaga szybkiego balsamowania. Do tej pory zużyłam już 2 całe opakowania tego żelu i na pewno kupię jeszcze nie raz. W Rossmannie kosztuje ok. 17 zł/250 ml (często jest w promocji). 

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside (bardzo łagodny detergent z kokosa), Maris Limus (100% błota z Morza Martwego), Glycerine (nawilża), Cocamidopropyl Betaine (detergent z kokosa, może przesuszać wrażliwą skórę), Algae Extract (wyciąg z alg, nawilża, koi i odżywia), Parfum (kompozycja zapachowa), Potassium Cocoate (emulgator z kokosa), Xanthan Gum (naturalny zagęstnik), Citric Acid (kwas cytrynowy, regulator pH), Benzyl Alcohol (naturalny konserwant i składnik kompozycji zapachowej o aromacie jaśminu, zdarza się, że uczula), Potassium Sorbate, Sodium Benzoate (dwa konserwanty dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych).

kosmetyki-white-flowers

White Flowers, Naturalny peeling myjący pod prysznic

Peeling myjący to produkt 2w1 - mamy tu żel oczyszczający z drobinkami, dającymi efekt peelingu mechanicznego. Konsystencja również jest rzadka, a całość praktycznie się nie pieni. Kolor beżowy (błotko), tylko ciemniejszy niż żelu ze względu na zawartość naprawdę licznych drobinek (puder z pestek oliwek). Drobinek jest dużo, ale są niewielkie, przez co dokładnie oczyszczają skórę, delikatnie ją tylko "drapiąc". Peeling pozostawia skórę miękką, gładką i pachnącą. Zapach jest również kwiatowy, ale z trochę inną nutą niż żel pod prysznic. Produktu używałam co kilka dni po prostu jako peelingu, z tym, że nie trzeba przedtem myć skóry samym żelem, co przyspiesza wieczorny prysznic. Drobinek jest tak dużo, że po użyciu peelingu myjącego trzeba naprawdę dobrze spłukać wannę, inaczej wszędzie zostaje "piasek". Nie przeszkadza mi to jakoś mocno, ponieważ łatwo i szybko się usuwają, a ja i tak wannę spłukuję regularnie. Przed użyciem warto butelką porządnie wstrząsnąć! Minusem może być też plastikowe opakowanie (PET). Kosztuje ok. 17 zł/250 ml.

Skład: Aqua (woda), Olea Europea Seed Powder (puder z pestek oliwek, drobinki, peeling mechaniczny), Coco-Glucoside (delikatny detergent z kokosa), Maris Limus (100% błoto z Morza Martwego), Gliceryna (nawilża, pomaga zatrzymać wodę w skórze), Cocamidopropyl Betaine (delikatny detergent), Sodium Cocoyl Glutamate (naturalna substancja myjąca), Disodium Cocoyl Glutamate (delikatna substancja myjąca), Glyceryl Oleate (naturalny emulgator z oliwy z oliwek), Parfum (kompozycja zapachowa), Xanthan Gum (zagęstnik), Citric Acid (kwasek cytrynowy, regulator pH), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate (konserwanty dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych).

White Flowers, Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego do ciała

Gęsty peeling w brązowym kolorze, z licznymi solnymi drobinkami. Opakowanie plastikowe, pod zakrętką znajduje się dodatkowe zabezpieczenie w postaci sreberka. Sól nie rozpuszcza się zbyt szybko, więc spokojnie możemy pomasować skórę dłużej, aby uzyskać lepszy efekt wygładzenia i dać czas minerałom na działanie. Niestety nie jest zbyt wydajny, u mnie opakowanie 300 g wystarczyło na jakieś 5-6 zabiegów (3 tygodnie, ale używałam go do masażu całych nóg, pośladków, brzucha i rąk aż do ramion). Zawartość błota z Morza Martwego objawia się też w zapachu - pewnie nie wszystkim się to spodoba, ale mnie jakoś bardzo nie odstrasza, tym bardziej, że działanie jest świetne! Zaznaczę również, że peeling solno-błotny White Flowers to konkretny zdzierak, gdzie drobinki są mocno wyczuwalne, przez co otrzymujemy efekt energicznego, pobudzającego krążenie masażu skóry! Jest to idealny produkt do pielęgnacji ud, pośladków i ewentualnie brzucha, gdzie chcemy troszkę pobudzić tkankę tłuszczową i poprawić ukrwienie. Jednocześnie zawartość olei roślinnych (m.in. kokosowego, z pestek winogron, arganowego) wspiera pielęgnację skórę, nie dopuszczając do jej przesuszenia przez sól. Po zmyciu drobinek wodą na skórze wyczuwalna jest bardzo delikatna, otulająca otoczka - nie mająca nic wspólnego z ciężką, tłustą warstwą, jak można by się spodziewać. Spokojnie można zrezygnować z balsamu lub wręcz przeciwnie - nałożyć coś "antycellulitowego" lub po prostu nawilżającego, ale konieczności nie ma. Kosztuje ok. 15 zł/300 ml.

Skład: Maris Sal (sól z Morza Martwego), Sodium Chloride (sól), Maris Limus (błoto z Morza Martwego), Maris Aqua (woda morska), Cocos Nucifera (Coconuit) Oil (olej kokosowy), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Cocamidopropyl Betaine (detergent z kokosa, może wysuszać), Glycerin (gliceryna, nawilża), Tocopheryl Acetate (wit. E, uelastycznia skórę, chroni oleje przed jełczeniem), Benzyl Alcohol (konserwant), Benzoic Acid (konserwant), Citrus Sinensis (oleje z pomarańczy), Syzygium Aromaticum (olejek goździkowy), Eugenol, D-Limonene, Linalol (składniki naturalnych olejków, mogące uczulać).

kosmetyki-naturalne-white-flowers

White Flowers, Błoto z Morza Martwego

Czyste, 100% błoto z Morza Martwego. Dla tego błota właśnie wielu turystów jeździ nad najbardziej zasolone morze świata - słynie w końcu z właściwości oczyszczających i zawartości minerałów. Nad brzegiem morza ludzie rozsmarowują błoto dosłownie wszędzie - od stóp, przez całe ciało, a nawet twarz i włosy (info od koleżanki z pracy, która osobiście była, widziała i też smarowała :D). Błotko ma podobno także właściwości lecznicze, polecane szczególnie przy łojotoku, łuszczycy, AZS, trądziku, stanach zapalnych, alergiach skórnych, chorobach stawów. W Polsce możemy je bez problemu kupić... w Rossmannie. Plastikowy słoiczek, dodatkowo zabezpieczony sreberkiem kosztuje 28 zł/500 g. Wydajność zależy od tego na jakie części ciała chcecie je nakładać - na całe dosłownie ciało wystarczy raptem na kilka użyć. Z kolei na najbardziej newralgiczne miejsca tzn. uda, pośladki, kolana i maseczkę na twarz - na wiele dłużej. Należy pamiętać, że od otwarcia mamy aż 9 miesięcy na zużycie produktu, ale raczej nie czekajmy aż tyle.
Przed użyciem błotka należy je dokładnie wymieszać, ponieważ u góry zbiera się woda morska - to jest całkowicie naturalne zjawisko. Błotko mieszam drewnianą szpatułką do uzyskania jednorodnej konsystencji i koloru. Konsystencja po wymieszaniu jest wystarczająco gęsta, aby dobrze trzymać się skóry i nie spływać. Podejrzewam, że zastanawiacie się "jak niby nałożyć to na ciało?" - ja też się zastanawiałam :D Mamy co najmniej dwie możliwości, z czego moją ulubioną jest po prostu leżenie... w suchej wannie (bez wody). Rozsmarowuję błoto na skórze całego ciała i po prostu leniuchuje w wannie, nie musząc się martwić, że coś pobrudzę. Drugi sposób nada się tylko, gdy chcemy nałożyć błoto na konkretne części ciała np. uda - smarujemy i owijamy folią spożywczą. Jeśli stosujemy błoto na twarz jako maseczkę oczyszczająco-detoksykującą, dostarczającą minerałów nie musimy się przejmować - można w niej spokojnie chodzić, choć dla pewności można na błotko nałożyć "suchy mask sheet" (do kupienia w formie tabletek na AliExpress lub Hebe), zwilżony zwykłą wodą.
Po nałożeniu błota na ciało nie czuję żadnych atrakcji, natomiast na skórze twarzy czuję jednak delikatne mrowienie, które po kilku minutach znika. Dlatego warto zrobić próbę uczuleniową i sprawdzić jak skóra zareaguje. Błotko naprawdę bardzo dobrze oczyszcza skórę, pozostawiając ją gładką, z przymkniętymi ładnie porami, przyjemną w dotyku, miękką, chociaż troszeczkę wysuszoną (po zabiegu cera zdecydowanie wymaga nawilżenia). Producent na opakowaniu podaje, że błoto można pozostawić do całkowitego zaschnięcia, ale wtedy jest bardzo trudno je zmyć. Dlatego ja troszkę traktuję je jak glinkę i staram się co jakiś czas delikatnie spryskać twarz wodą. Dzięki temu zabiegowi łatwiej zmyć maseczkę, a jednocześnie zmniejsza się szansa na podrażnienie. Kiedy błotko stosuję na całe ciało po zabiegu biorę zwyczajnie letni prysznic z delikatnym żelem lub spłukuję ciało samą wodą. Jest to czyste błoto bez dodatków, wobec czego nie tylko wygląda jak błoto, ale tak też pachnie :) Kosztuje ok. 28 zł/500 g.

Skład: „Maris Limus” (100% błoto z Morza Martwego) (100% błoto z Morza Martwego).

bloto-z-morza-martwego

White Flowers, Naturalne mydło solankowe z Morza Martwego

Ultra wydajne i delikatne mydło w płynie. Skład jest dosyć łagodny, zawiera m.in. wodę z Morza Martwego,  nawilżającą glicerynę, Potassium Cocoate - delikatny środek myjący z kokosa. Zaskakująca jest kompozycja zapachowa, która jest dosyć egzotyczna - kojarzy mi się z jakimiś wschodnimi perfumami, krótko mówiąc, jest orientalna. Musiałam do niej przywyknąć, bo nie wiedzieć dlaczego początkowo zupełnie zapach mi nie pasował do tego mydła :D Produkt jest niesamowicie wydajny, choć zaznaczę, że mydło używałam tylko do mycia rąk, co robię często (za często nawet, moja skóra trochę na tym cierpi, ale nie umiem inaczej). Niby "tylko" 300 ml wystarczyło na kilka tygodni codziennego używania przez dwie osoby, co jest bardzo dobrym wynikiem! Konsystencja w sam raz, niezbyt rzadka i nie za gęsta. Kolor biały i z perłowym połyskiem (mika). Potrafi zasychać na wylocie pompki, przez co czasem "pluje", najlepiej usuwać te "farfocle" przed użyciem.  Największym plusem mydełka jest to, że zupełnie nie wysusza skóry, a to jest bardzo ważne kiedy się często myje dłonie. Pozostawia skórę dokładnie oczyszczoną, egzotycznie pachnącą, miłą w dotyku. Kosztuje niewiele, w zapasie mam już kolejną sztukę! Kosztuje ok. 13 zł/300 ml.

Skład: Aqua (woda), Potassium Cocoate (łagodny detergent z kokosa), Glycerin (gliceryna, nawilża), Maris Aqua (woda morska), Hydroxypropyl Methylcellulose (pochodna celulozy, zagęstnik), Parfum (kompozycja zapachowa), Eugenol, Limonene, Linalool, Lilial, Hexylcinnamaldehyde, Coumarin (składniki kompozycji zapachowej, naturalne i syntetyczne, potencjalne alergeny), Mica (naturalny minerał, nadaje mydełku perłowej barwy), CI 77891 (biały barwnik, dwutlenek tytanu, chroni przed promieniami UVA i UVB), Tin Oxide (tlenek cyny, naturalny barwnik, perłowy pigment, chroni przed promieniami UV).


White Flowers, Mydło błotno-solne w kostce z Morza Martwego

Mydełko w kostce, którym można, według producenta, myć całe ciało, a nawet twarz, również z cerą wrażliwą i problematyczną. Osobiście nie myłam nim nigdy twarzy (ze względu na wyższe pH), więc w tym temacie się nie wypowiem. Popytałam o nie trochę i okazuje się, że sporo osób używa go właśnie głównie do twarzy, nawet mężczyźni! Przeciwników mydeł w kostce jest tyle samo co zwolenników, więc pozostawiam decyzję każdemu z Was z osobna - najlepiej wiecie co Wam służy, a co nie. Skład podobny do "prawdziwego" szarego mydła, naturalny, ale z kompozycją zapachową, pH zasadowe.
Mydło kupimy w kartoniku. Wewnątrz znajdziemy ciemno szarą kostkę o delikatnym zapachu, nieco męskim, orzeźwiającym. Mydło jest twarde, nie rozmięka, ale potrafi pękać. Całkiem dobrze się pieni. Dzięki zawartości drobinek soli można nim wykonać także peeling. Jest bardzo wydajne dzięki konsystencji. Pozostawia skórę dobrze oczyszczoną, delikatnie pachnącą, jednak potrafi troszkę ją ściągnąć - balsam wskazany, ale nie na zasadzie "teraz natychmiast, bo oszaleję". Potrafi też brudzić mydelniczkę lub wannę. Niemniej jeśli szukacie naturalnej, łatwo dostępnej i w dodatku taniej kostki do mycia - warto spróbować. U mnie najlepiej sprawdza się do rąk lub ciała, ponieważ dzięki drobinkom soli dodatkowo wygładza skórę. Kosztuje ok. 8 zł/100 g.

Skład: Sodium Palmate (detergent z oleju palmowego, o zasadowym pH, może podrażniać oczy), Sodium Kernelate (naturalne sole stosowane w mydłach, dzięki którym kostka ma gładszą konsystencję i łatwiej się jej używa), Aqua (woda), Maris Limus (błoto z Morza Martwego), Glycerin (nawilża), Parfum (kompozycja zapachowa), Eugenol, Limonene, Linalool, Lilial, Hexylcinnamaldehyde, Coumarin (wszystkie to potencjalne alergeny z kompozycji zapachowej, pochodzenia naturalnego lub syntetycznego), Sodium Chloride (sól), CI 77268:1 (naturalny czarny barwnik).

kosmetyki-white-flowers

White Flowers, Sól do kąpieli z Morza Martwego

Sól z Morza Martwego 100%, wysoko zmineralizowana, bezzapachowa, w saszetce 500 g. Soli używałam do kąpieli i domowego SPA, wsypując ją do wanny wraz z ulubionymi olejkami eterycznymi (działanie aromaterapeutyczne). Sól przyjemnie zmiękcza skórę i sprawia, że jest lepiej odżywiona. Podobno regularnie stosowana pomaga ujędrnić i wygładzić ciało, przynajmniej takie zabiegi proponują różne ośrodki profesjonalnego SPA :) Podobno też odstresowuje, pomaga się zrelaksować i wyciszyć (trudno mi to ocenić, bo podobną funkcję pełnią dla mnie olejki eteryczne). Wydajność zależy od częstotliwości stosowania - na jedną kąpiel w wannie, według producenta, powinny wystarczyć 2-3 łyżki soli, temperatura wody ok. 38 stopni. Zalecana długość kąpieli to ok. 30 min. Osobiście soli dodawałam zdecydowanie więcej, nawet 2 garści (mam dużą wannę!), a mimo to opakowanie wystarczyło mi na całkiem długo. Drobinki soli są duże, nieregularne. Na jej bazie można zrobić ładny prezent DIY - wystarczy dodać suszone płatki kwiatów np. lawendy, nagietka, odrobinę olejków eterycznych i zamknąć w ozdobnym słoju. Kosztuje ok. 13 zł/500 g.

Skład: Maris Sal (100% sól z Morza Martwego). 93-97% Carnallite KCl.MgCl2.6H2O - wysoko zmineralizowana sól karnalitowa, o wysokiej zawartości potasu i magnezu, 3-7% NaCl). Skład przebadany na Wydziale Farmaceutycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Sól do stóp z Morza Martwego z dodatkiem oleju z czarnuszki i jojoba 

Sól wysoko zmineralizowana o niesamowicie przyjemnym, bardzo rześkim i odświeżającym zapachu.  Dzięki zawartości naturalnych olejków eterycznych (z drzewa herbacianego, trawy cytrynowej i miętowy), a także charakterystycznego zapachu oleju z czarnuszki i oleju jojoba świetnie odświeża stopy i nadaje im przyjemny zapach. Sól sprawia, że gruba skóra stóp jest bardziej odporna na bakterie i grzyby, zmniejsza nadmierną potliwość, a także pomaga w walce ze zrogowaceniami oraz pękającymi piętami. Opakowanie o wadze 500 g trzeba zużyć w ciągu trzech miesięcy, a sól jest bardzo wydajna, więc nie ma co jej sobie żałować. Zdarzało mi się także dodawać ją do kąpieli całego ciała, szczególnie w upały, bo fajnie ochładza skórę. Trzeba wtedy koniecznie pamiętać, żeby nie nasypać jej do wanny za dużo (2 łyżki max.), by nie podrażnić wrażliwszej skóry (rezygnuję już wtedy z dodatku olejków eterycznych!). Sól szybko się rozpuszcza w ciepłej wodzie, nie wysusza i nie ściąga skóry. Świetny zabieg przed pedicure. Kosztuje ok. 14 zł/500 g.

Skład: Maris Sal (100% sól z Morza Martwego), Nigella Sativa Seed Oil (olej z czarnuszki), Cocamidopropyl Betaine (detergent z kokosa, może przesuszać skórę wrażliwą), Cymbopogon Schoenanthus Oil (eteryczny olejek z trawy cytrynowej), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil (eteryczny olejek z drzewa herbacianego), Mentha Piperita (Peppermint) Oil (eteryczny olejek miętowy), D-Limonene, Linalool, Geraniol, Citral (naturalne składniki kompozycji zapachowej, potencjalne alergeny).

ulubiency-white-flowers

Wszystkie kosmetyki dostałam od producenta, który był sponsorem spotkania dla blogerek naturalnych Nature of Woman (organizuję je wspólnie ze Stazyjką). Od tego czasu niektóre kosmetyki kupiłam ponownie już sama, aby mieć je w zapasie, bo tak je polubiłam.

Widocznego na zdjęciach Savon Noir czyli naturalnego czarnego mydła z oliwek nie używałam. Lubię mydła z oliwek, jednak obecnie stosuję je rzadko, co przy absurdalnej wydajności tego typu produktów sprawiło, że przeznaczyłam je do wygrania w konkursie (już się skończył). Mam nadzieję, że zwyciężczyni jest z niego zadowolona :) Jeśli chcecie poczytać o czarnych mydłach zapraszam do kliknięcia linku poniżej:



Gdybym miała podsumować kosmetyki marki White Flowers powiedziałabym tak: wypróbujcie! Nie są wcale drogie, mają naturalne składy (nie mam tylko pewności co do kompozycji zapachowej niektórych produktów) i są łatwo dostępne (Rossmann). Często widzę je też w promocji. Moimi ulubieńcami zostały solankowe mydło w płynie oraz żel i peeling myjący do ciała - świetne, niewysuszające produkty, po których nie swędzi mnie skóra! Podobnie sól z Morza Martwego zostanie ze mną na dłużej jako bardzo uniwersalny produkt, który może być bazą niejednego domowego SPA.

Znacie kosmetyki White Flowers? "Rzuciły" się Wam już w oczy w Rossmannie?

HITY BLOGEREK! Najlepsze akcesoria i gadżety do pielęgnacji

Akcesoria i gadżety przydatne w pielęgnacji


Najczęściej rozmawiamy tutaj o kosmetykach i sposobach pielęgnacji, ale warto poruszyć jeszcze inny wątek - akcesoriów. Obecnie producenci prześcigają się w tworzeniu coraz to nowych gadżetów, które mają nam pomóc w codziennej pielęgnacji, ale także ją uskutecznić lub uprzyjemnić. Śmieszna opaska z uszami, która pomaga przytrzymać włosy podczas nakładania maseczki? Proszę bardzo! Rollery, gąbki konjac, szczoteczki soniczne, pędzle, grzebyki, kamienie peelingujące, rękawice... Uff, ile tego jest! Które gadżety są jednak najlepsze i najskuteczniejsze w codziennej pielęgnacji? A może któreś są niezbędne?


hity-blogerek-gadzety

Skompresowanie maseczki w płachcie z Aliexpress


Agnieszka z bloga KosmetycznyFronesis:
Ja i akcesoria.. to związki, które najczęściej są totalnymi niewypałami.. nieważne jak pięknie wyglądają i jak bardzo są skuteczne. Być może jestem zbyt leniwa, a z pamięcią też u mnie najlepiej nie jest. Jest jednak coś, czemu jestem nieustannie wierna i każda fanka maseczek w płachcie powinna mieć je w zapasie. Mowa o skompresowanych maseczkach.

Większość z nas lubi gotowe maseczki w płachcie.. ja też! Jednak często za te lepsze trzeba zapłacić około 10 zł, a skompresowane mogą kosztować nawet 0,50 gr.
Dodatkowo z pewnością sama zauważyłaś, że w opakowaniu po gotowej maseczce zostaje często sporo esencji. Zazwyczaj aplikuje się ją na skórę po zdjęciu maseczki. Ja wykorzystuję je wtórnie jako drugą maseczkę! Zanurzam w wodzie bawełnianą maseczkę skompresowaną, odciskam z nadmiaru wody i nasączam esencją, która mi pozostała. Oczywiście trzymam się zasady, aby wykorzystać esencję nie później niż następnego dnia.

Dodatkowo takie „puste” płaty masek mogę nasączać czym chcę. Najczęściej jako bazę stosuję popularny tonik hibiskusowy Sylveco, który dzięki swojej gęstości na dłużej podtrzymuje wilgoć maski. Łącze z glinkami, olejami, kwasem hialuronowym, aloesem.. super sprawdzają się samodzielne hydrolaty oraz toniki, chociaż warto uważać na składy toników, bo nie wszystkie mają działanie łagodzące.

W przypadku maseczek, które potrafią szybko wysychać i należy nieustannie pilnować ich nawilżenia spryskując hydrolatem, maski skompresowane potrafią niemal całkowicie zdjąć nam ten obowiązek z głowy. Na zaaplikowaną maseczkę nakładam nasączoną wodą maskę w płachcie.. nie używam hydrolatów, bo szansa na to, że się przedostaną przez wszystkie warstwy do skóry są marne, a jeżeli potrzebuję dodatkowego nawilżenia.. zraszam wodą.

Jestem ogromną fanką tego typu maseczek. Pozwalają wykorzystać w pełni surowce, które już posiadam, bawić się w małego chemika, zmniejszają o połowę koszt gotowych maseczek z uwagi na drugie wykorzystanie pozostałej w opakowaniu esencji, zaoszczędzają mi czas i nerwy przy aplikowaniu masek, których wilgotności trzeba stale pilnować itd. Jedyny problem to kwestia znalezienia „swojego kształtu twarzy”. Przebrnęłam już przez kilka opakowań, ale to kochana Anula odnalazła ideał! Marka Xitian.. cudownie cienki materiał i bez jakiegokolwiek docinania (dostępna na aliexpress, cena około 10 zł za 20 szt.).

maski-w-plachcie-aliexpress
Autorka zdjęcia: Kosmetyczny Fronesis

Wielorazowa maszynka do golenia oraz płatki kosmetyczne

Szczotka do masażu na sucho


Magda z bloga Feminine:
Moi ulubieńcy w 2/3 są z kategorii less waste. Wśród nich maszynka na żyletki, której początkowo bałam się używać, wielorazowe płatki kosmetyczne oraz szczotka do masażu, którą uwielbiam, ale mam zrywy i używam jej bardzo nieregularnie.

Maszynka na żyletki
Moja jest marki Wilkinson i kupiłam ją w Rossmannie. Poza niewątpliwą zaletą,że wystarcza na dłużej i nie produkujemy zbędnych ilości plastiku, jest też dużo bardziej skuteczna w goleniu. Wymienne wkłady są naprawdę ostre i trzeba mieć nieco lżejszą rękę niż w przypadku jednorazówek, ale szybko można dojść do wprawy. Gorąco polecam Wam takie rozwiązanie jako zamiennik plastikowych maszynek.

Wielorazowe płatki kosmetyczne
To już szczyt ekologii! Ale naprawdę bardzo polubiłam ich stosowanie. Kupiłam trochę przypadkiem, żeby mieć bezpłatną dostawę z apteki internetowej. Pomyślałam, że może mi się sprawdzą. Od tamtej pory nie kupuję płatków jednorazowych. Są miękkie, dobrze się piorą i spełniają swoją funkcję. Czego chcieć więcej, skoro ponownie - możemy w łatwy sposób ograniczyć ilość produkowanych odpadów w łazience?

Szczotka do masażu na sucho
To gadżet spoza kategorii less waste, ale powiedzmy, że może zastąpić peeling, który kupiłabym w plastikowym opakowaniu ;) Bo taka szczotka wspaniale usuwa martwy naskórek, a co więcej poprawia cyrkulację krwi i ujędrnia skórę. Żeby wzmocnić efekty można stosować balsam wyszczuplający np. z Resibo. O zabiegu masażu na sucho można napisać cały elaborat, ale powiem tylko, że ogromnie polecam masowanie ciała, bo ma rewelacyjny wpływ na wygląd skóry i samopoczucie. Moja szczotka jest marki Nested i kupiłam ją w sklepie Triny. Początkowo wydawało mi się nie do przejścia, żeby się nią "podrapać", ale z każdym takim zabiegiem szczotkowania było lepiej i moje ciało się zahartowało. Po około dwóch tygodniach masowania skóra była bardziej napięta, miała zdrowszy koloryt, a ja czułam się świetnie (szczotkowanie pomaga usuwać toksyny z organizmu!). Niniejszym obiecuję - głównie sama sobie, wrócić do regularnego szczotkowania.

akcesoria-less-waste
Autorka zdjęcia: Feminine

Senkara, Mydło do pędzli kosmetycznych


Paulina z bloga Alstroemeriav:
Jeśli chodzi o gadżety kosmetyczne to uważam, że ich nie potrzebuję. Jest jednak jedna rzecz, której nie wyobrażam sobie, żeby mogło u mnie zabraknąć – mowa o mydle do pędzli z Senkary! (100 g/25 zł).

Do czasu zakupu tego mydła moje pędzle i gąbeczkę myłam zwykle znanym wszystkim olejkiem z Isany, nie podobał mi się jednak jego skład i to, że ciężko było go wydobyć z butelki bez rozlewania, a do tego zawsze po jego użyciu miałam suchą skórę dłoni. Senkara wpadła na świetny pomysł, żeby mydło wlać do wysokiego plastikowego opakowania, co uważam ze totalny strzał w dziesiątkę! Dzięki wysokim ściankom opakowania dłonie nie mają kontaktu z mydłem, co uważam za zbawienie, zwłaszcza, jeśli macie problemy z wrażliwą skórą dłoni. Mydło jest też banalnie proste w obsłudze: zwilżam włosie pędzla, kolistymi ruchami czyszczę pędzel na powierzchni mydła, po czym przepłukuję pędzel wodą i gotowe. Zero rozlanego olejku czy bałaganu w umywalce! Po użyciu wystarczy przetrzeć powierzchnię mydła ręcznikiem papierowym, pozostawić do wyschnięcia i zamknąć opakowanie. Mydło świetnie sobie radzi z wszelkimi zanieczyszczeniami i domywa zarówno pędzle, jak i gąbeczki. Według mnie to mydło bije na głowę wszystkie inne tego typu, właśnie dzięki poręcznemu i wygodnemu opakowaniu. Jest też bardzo wydajne, a do tego ma banalnie prosty skład: zmydlony olej kokosowy, woda, kompozycja zapachowa i kumaryna. Ma przyjemny, lekko kokosowy zapach.

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy jak ważne jest mycie pędzli i gąbeczek i jak wiele bakterii się na nich osadza oraz że to one mogą być powodem niespodzianek na twarzy! Dla osób, które używają pędzli i gąbeczek takie mydło powinno być „must have” i szczerze polecam właśnie to z Senkary! :) 

mydlo-do-mycia-pedzli
Autorka zdjęcia: Alstroemeriav

Szczotka do włosów Wet Brush

Szczotka do masażu ciała na sucho

Płachty do tworzenia maseczek DIY


Ania z bloga CoKręciAnulę:
Rzadko w codziennych rytuałach pielęgnacyjnych stosuję kosmetyczne gadżety. Zazwyczaj bardzo szybko o nich zapominam i kurzą się gdzieś w kąciku. Stąd też ta kategoria zdecydowanie u mnie kuleje. Ale z pomocą pozostałych Dziewczyn coś tam znalazłam :)

Szczotka Wet Brush
Wet brush totalnie zdeklasowała stosowaną przeze mnie wcześniej szczotkę Tangle Teezer. Wet Brush jest znacznie skuteczniejsza i delikatniejsza dla włosów. Sunie po nich bajecznie! Nawet największe kołtuny poddają się jej wyjątkowo łatwo i praktycznie bez szarpania. Włosy rozczesuję w trzykrotnie krótszym czasie niż to miało miejsce z TT i nie robię przy tym zbolałych min do lustra wywołanych ciągnięciem :D. Wet brush  działa delikatniej i skuteczniej jednocześnie. Szczotki używam codziennie od ponad 2 lat i oprócz porysowanych wzorków nic jej nie dolega.
Świetna, naprawdę świetna szczotka. Moje włosy są wniebowzięte :)

Druga szczotką, o której Wam dzisiaj napiszę, jest szczotka od masażu ciała na sucho.
Oprócz stosowania do masowania na sucho ciała (o którym nie będę się rozpisywać, bo każdy wie o co chodzi), wykorzystuję ją również do suchego peelingu skóry głowy. Kiedy nie mam czasu, albo ochoty, na zabawę z peelingowaniem skóry głowy a czuję, że jest jej to potrzebne, w ruch idzie ta właśnie szczotka. Oczywiście trzeba jej używać w tym celu z rozwagą, aby nie zniszczyć sobie włosów. Ja przykładam szczotkę do głowy, przedzieram się delikatnie przez włosy i wykonuję nią niezbyt zamaszyste ruchy w linii prostej. Potem przykładam szczotkę kawałek dalej i powtarzam. Szczotka ma dużą powierzchnię, a masaż jednego miejsca trwa ok. 15 sekund, więc wykonanie peelingu całej skóry głowy nie trwa wcale długo. Potem myję włosy jak zwykle, płucząc je jedynie odrobinę dłużej, by pozbyć się usuniętego naskórka. Polecam, fajna i szybka metoda.

Płachty do maseczek
Płachty do maseczek mam zawsze w dużej ilości, bo strasznie się boję, że może mi ich zabraknąć. Odpowiada mi taka forma pielęgnowania cery, jednak gotowe maseczki w płachtach zazwyczaj nie potrafią mi dogodzić. Zdecydowanie wolę sama zrobić esencję do ich nasączania.
Bazy do nasączania maseczek robię przeróżne! Przeważnie za każdym razem są inne, ale główne składniki się powtarzają i są nimi zazwyczaj: żel aloesowy/różany bądź kwas hialuronowy, olej (awokado, czarnuszka, róża, acai), hydrolaty lub toniki. Do takiej podstawy esencji dodaję często witaminę C, ciutkę kwasu migdałowego lub glukonolaktonu, różnego rodzaju wyciągi i ekstrakty roślinne. Do zrobienia esencji często wykorzystuje także resztki kremu bądź serum do twarzy. Możliwości jest nieskończenie wiele! I kupa radochy z samodzielnie wykonanej maseczki w płachcie.

gadzety-kosmetyczne
Autorka zdjęcia: Co Kręci Anulę

Wielorazowe płatki kosmetyczne Ovium

Jadeitowy roller do masażu

Ręczniczek bawełniany do wycierania twarzy


Aneta, autorka bloga CosmetiCosmos:
Gadżetów kosmetycznych mam dużo, ale na co dzień używam ich raczej niewiele. Za to gdy nadchodzi czas domowego spa z przyjemnością stosuję kilka, szczególnie jadeitowy roller i gąbeczkę konjac.

Płatki wielorazowe odkryłam niedawno i nie ukrywam, że te marki Ovium są moimi pierwszymi. Porównując je do jednorazowych od razu widać, że są dużo bardziej miękkie i miłe w dotyku (najczęściej używałam Cleanic), nie podrażniają skóry. Płatki świetnie się piorą, choć u mnie schną dość długo, jak na tak małą powierzchnię (powieszone w przewiewnym woreczku). Traktuję je jako gadżet, ponieważ obecnie używam mało płatków i tylko do płynu micelarnego, a demakijaż najczęściej robię olejkiem, więc płatki nie są mi potrzebne na co dzień - najlepszy less waste :) Kosztują 12 zł za sztukę, wyprodukowane są z bawełny organicznej, wymyślone z pasji i szyte w Polsce. Najważniejsze, że jednego płatka można używać ok. 3 m-ce codziennie, z czasem zmniejszają swój rozmiar i robią się minimalnie bardziej szorstkie niż na początku, ale nadal przyjemne w użyciu.

Jadeitowy roller kupiłam podczas targów, ponieważ chciałam wybrać go sama. Przed zakupem sprawdziłam czy się nie zacina i czy kamień nie ma odprysków. Masuje skórę płynnie, a dzięki temu, że kamień jest zawsze zimny, szczególnie latem w upały, lubię stosować go do maseczek w płachcie - zwiększa wchłanianie składników, ochładza i koi. Równie dobrze współpracuje z każdym serum, także olejowym czy kremem, a nawet solo. Mniejsza końcówka idealnie sprawdza się w okolice oczu i nosa. Częsty masaż poprawia krążenie krwi i limfy pod skórą, dzięki czemu jest ona lepiej odżywiona, a opuchnięcia szybciej znikają. Kosztował 75 zł, ale można znaleźć taniej.

Z kolei bawełniany ręczniczek do twarzy to mój codzienny gadżet! Specjalnie go tu pokazuję, aby poruszyć ważny temat - oddzielne, szybko schnące ręczniczki do osuszania twarzy są bardzo ważne, szczególnie jeśli walczycie z trądzikiem, macie cerę skłonną do zanieczyszczania, pryszczy, tłustą lub mieszaną. Pierzemy go jak najczęściej i suszymy w przewiewnym miejscu, aby bakterie nie zdążyły się zadomowić. Niby nic - tylko dodatkowy ręcznik, a bardzo zmienia życie, bo przyczynia się go czystej skóry twarzy!

pięlęgnacyjne-gadżety
Autorka zdjęcia: CosmetiCosmos

The Body Shop, Masażer do twarzy


Anastazja z bloga Stazyjka:
Od dłuższego czasu moim ulubionym gadżetem kosmetycznym jest masażer do twarzy. Regularnie stosowany, daje niesamowite rezultaty. Głęboki masaż mięśni twarzy pobudza krążenie, stymuluje wytwarzanie kolagenu i elastyny, przyśpiesza  krążenie limfy w naczyniach, co powoduje, że opuchnięcia nie są nam straszne.
Masażer z The Body Shop ma dwie metaliczne kulki, między które trafia fałd skóry i tym samym jest wykonywany masaż twarzy. Dodatkowo kulki chłodzą skórę, więc wykonanie takiego masażu z rana bardzo korzystnie wpływa na cerę. Sam masażer jest solidnie wykonany, kulki są ciężkie, gładkie, bez żadnych połączeń czy szwów. Wielkość kulek jest odpowiednia nawet dla małej twarzy. Łatwo nim się operuje, choć jest dość ciężki. Rączka wygodnie leży w dłoni, więc nie ma szans, by masażer się wyślizgnął nawet gdy mamy mokre ręce. Mam ten gadżet już od dobrych kilku lat i jest w stanie idealnym, choć korzystam z niego kilka razy w tygodniu.
Do masażu używam serum lub pozostałości esencji z maseczek w płachcie, co tylko wzmacnia efekt. Kontur twarzy jest dobrze wyrysowany, policzki nie opadają, skronie są wymodelowane, a drugi podbródek to przeszłość. Do tego udało mi się zażegnać problem wiecznie opuchniętej z rana twarzy. Dobry limfodrenaż rozwiązuje kłopot na długo.
 

masazer-the-body-shop
Autorka zdjęcia: Stazyjka

Drewniana szczotka For Your Beauty

Kamienna płytka do masażu gua sha


Ania z bloga AnneMarie:
Kosmetyki kosmetykami, ale istnieje też sporo akcesoriów okołopielęgnacyjnych które są przydatne lub wręcz niezbędne. Do niezbędnych należy na pewno szczotka do włosów. Przez długi czas używałam Tangle Teezera, następnie do kompletu dobrałam anioła z Tangle Angel, ale dopiero spontaniczny zakup w Rossmannie stał się moim ulubieńcem. Drewniana szczotka marki For your beauty jest połączeniem naturalnego włosia ze szpileczkami z tworzywa. Występuje w trzech wersjach w różnym rozmiarze, mała i większa okrągła oraz tzw. paddle brush, czyli duża kwadratowa. Ja mam największą na co dzień i małą na wyjazdy. Szczotki świetnie rozczesują włosy, nawet te gęste, nie puszą ich, ale nadają im gładki wygląd. Jak na ten moment to najlepsze szczotki, jakie trzymałam w dłoni!

Gadżetem  z kategorii przyjemnych, ale niekoniecznie potrzebnych jest płytka do masażu. Masaż mogę wykonać dłońmi, ale gua sha to świetne urozmaicenie! To mała, kamienna płytka w formie wyciętego, zaokrąglonego trójkąta lub serca, jak kto woli. Wykonuje się nią ruchy, przykładając wąski koniec mniej więcej pod kątem 60 stopni i sunąc po skórze od środka twarzy na bok i na zewnątrz. Taki masaż pobudza krążenie, ułatwia wchłanianie substancji z kosmetyku nałożonego jako bazę do masażu, przeciwdziała grawitacji i ujędrnia skórę. Siłę nacisku można regulować, więc masaż da się wykonać nawet na wrażliwej cerze, ale robi się go także na całe ciało dla poprawy wyglądu lub przy różnego rodzaju bólach. To niedrogi gadżet, którym warto się zainteresować. W sieci jest mnóstwo filmików instruktażowych z jego udziałem. To może zamiast kolejnego kremu taka płytka byłaby fajnym pomysłem?

gua-sha-do-masazu
Autorka zdjęcia: AnneMarie

Czy Wy też używacie gadżetów kosmetycznych? Który jest Waszym must have?

D'Alchemy, Przeciwzmarszczkowa pielęgnacja skóry tłustej i mieszanej - krem na dzień i na noc

Z droższymi kosmetykami często jest tak, że się boimy w nie inwestować. Dlatego cieszę się, ze są producenci, którzy tworzą próbki oraz dbają o to, aby docierały do potencjalnych konsumentów. W iluż to kosmetykach zakochałam się właśnie dzięki próbkom! Tak było też i z D'Alchemy :) Inaczej na wiele z nich nie zwróciłabym pewnie uwagi ze względu na ceny. Z drugiej strony kwestia cen jest mocno indywidualna. Dla jednych z nas 150 zł za dobry krem to drogo, "bo są tańsze", dla innych 150 zł to z kolei niewiele, biorąc pod uwagę, że są kremy i za 600 zł. Dlatego w swoich postach nie oceniam cen, ale je udostępniam, bo wiem, że to jeden z wielu czynników wpływających na decyzje zakupowe. Czy sama bym tyle zapłaciła? Za krem lub serum do twarzy - tak. Przykładowo kremu na dzień używam zwykle ok. 3 m-ce codziennie, ale oczekuję od niego więcej niż ładnego zapachu. Za balsam do ciała, żel pod prysznic czy szampon - na pewno nie, te produkty zużywam błyskawicznie i oczekuję od nich o wiele mniej niż od kremu. Wszystko zależy więc od naszego indywidualnego podejścia do pielęgnacji. Piszę to wszystko już na wstępnie, ponieważ wiele razy spotkałam się z pytaniem "czy ten kosmetyk jest wart takiej ceny?". Każda z nas na to pytanie odpowie po prostu inaczej, bo czego innego szukamy w kosmetykach i mamy inne oczekiwania. Żaden krem nie odmłodzi nas po jednym użyciu, czasem więc te oczekiwania są za bardzo wygórowane. Zdarza się też, że spotykam się z oceną składników kremu - że nie są warte takiej ceny. Halo, a słyszałyście o badaniach, dystrybucji, opakowaniach? Kosmetyki to nie są przypadkowo wymieszane składniki, ktoś opracował całą formułę, przebadał ją pod różnym kątem (często za ogromne pieniądze), zadbał, aby produkt był bezpieczny, zainwestował w reklamę. I jeszcze chce na tym zarobić! Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale musiałam. Zapraszam na recenzję trzech produktów marki D'Alchemy. Oceniam ich działanie na swoją typowo tłustą skórę (potwierdzine przez kosmetologa) po trzydziestce - tak gwoli przypomnienia ;)


Opakowania kosmetyków D'Alchemy

Marka D'Alchemy specjalizuje się w holistycznej pielęgnacji anty-aging. To ważna informacja, ponieważ młodziutkie cery, przykładowo dwudziestolatek, po prostu mogą nie skorzystać z bogactwa składów. Za to moje 30+ już jak najbardziej! Z drugiej strony żel do mycia twarzy to sama rozkosz dla każdej fanki cytrusów, ale tu już niepotrzebnie spojleruję :D Markę charakteryzują szklane, porządne opakowania. Wydają się całkowicie czarne, jednak tak naprawdę są ciemno fioletowe, ze szkła biofotonicznego. Takie opakowania dodatkowo chronią zawartość przed dostępem światła - przynajmniej jeśli chodzi o kremy do twarzy. Ma to swój maleńki minus - krem na dzień skończył mi się praktycznie z dnia na dzień, ponieważ nie widać zużycia - na szczęście miałam w zapasie kolejny. Z niejaką przykrością odnotowałam, że żel jest w plastikowej butelce PET, która co prawda nadaje się do recyklingu, ale jednak to jedno z tych tworzyw sztucznych, które są bardzo wrażliwe na temperaturę podczas obróbki i nie mogą być poddawane recyklingowi w nieskończoność (uzyskuje się coraz gorszej jakości granulat). Zdecydowanie wolałabym, skoro już marka chce czy musi produkować plastikowe opakowania, aby postawiono na bezpieczniejsze HDPE.

dalchemy-recenzja

Właściwie pisząc tą recenzję oba kremy praktycznie wykończyłam (zostało ich jeszcze na max. jedno użycie). Żel do mycia twarzy też dobija dna. Kremy zawsze recenzuję pod sam koniec ich używania lub grubo po wykończeniu, dlatego mało na moim blogu takich recenzji. Kremy dostałam od marki, co nie ma najmniejszego wpływu na moją opinię - to są dokładne te same produkty i opinia jest taka sama, bez względu na to jak do mnie trafiły. Żel kupiłam sama.

naturalne-kremy-do-cery-tlustej

D'Alchemy, Purifying Facial Cleanser, Oczyszczający żel myjący do twarzy


Żel dedykowany skórze dojrzałej, wrażliwej i przesuszonej oraz tłustej (jak moja) i mieszanej, z niedoskonałościami. Z tą wrażliwą cerą trochę bym uważała, ponieważ w składzie znajdziemy kilka olejków eterycznych z cytrusów, które często podrażniają i uczulają - grapefruit, mandarynka, pomarańcza, drzewo sandałowe, cedr. Moja cera je akurat świetnie toleruje, nie mam też alergii, za to kocham zapach tego żelu. To prawdziwa cytrusowa bomba aromatyczna, pobudzająca do życia, dodająca energii i radości. Po myciu nim buzi mam mnóstwo siły i jestem zrelaksowana (działanie aromaterapeutyczne), ale tu zaznaczę, że jestem ogromną fanką zarówno naturalnych olejków eterycznych, jak i egzotycznych zapachów :) Poza tym w składzie znajdziemy delikatne substancje myjące, wiele ekstraktów roślinnych, odrobinę kwasów (odblokowują pory, regulują nadmierne wydzielanie sebum, a na skórze znajdują się na tyle krótko, że nie powinny podrażniać). Do tego bezpieczne konserwanty, dopuszczone do używania w kosmetykach naturalnych. Cały skład poniżej. Kosztuje 89 zł/125 ml.

Żel D'Alchemy jest przezroczysty, ale delikatnie żółtawy. Konsystencja odpowiednio gęsta, nie przecieka przez palce. Dzięki pompce łatwo go higienicznie dozować, jest też wydajny. Do umycia całej twarzy i szyi wystarczą dwie niewielkie pompki. Zapach jest zniewalający, cytrusowy z nutką egzotyki, bardzo umila mi codzienną pielęgnację. Żel nanosimy na zwilżoną skórę, po czym delikatnie masujemy palcami aż do uzyskania pianki - standardowo. Dobrze się spłukuje pozostawiając skórę miękką, oczyszczoną, delikatnie pachnącą. Nie pieni się nadmiernie, dla mnie wystarczająco. Producent poleca omijać okolice oczu, ale mi zdarza się o tym zapomnieć - oczywiście to kwestia wrażliwości, ale mnie żel nie szczypie w oczy, nie podrażnia. Zwykle stosuję go jako drugi etap w oczyszczaniu wieczornym, stąd informacja, że domywa również olejki i balsamy do demakijażu na maśle shea. Rano zdarza mi się myć skórę tylko nim - odświeża, pobudza i przygotowuje skórę na wchłonięcie kremu. Trudno mi ocenić czy wpływa na regulację błyszczenia skóry, ponieważ na to największy wpływ mają moim zdaniem kremy, które są na skórze o wiele dłużej. Od żelu wymagam przede wszystkim dobrego oczyszczania z resztek makijażu, sebum, kurzu i potu, a D'Alchemy robi to bezbłędnie.

Zwykle przy testowaniu kosmetyków oczyszczających do twarzy sprawdzam też jak sobie radzą z make upem - jako ciekawostkę, ponieważ nie jest to produkt stricte przeznaczony do demakijażu. Tak było i tym razem. Żel bez problemu domywa zarówno podkład mineralny, jak i eyeliner czy tusz naturalny. Z pomadą do brwi też sobie radzi, jednak trzeba chwilę dłużej pomasować. Nie wiem jak żel zmywa drogeryjne, silikonowe kosmetyki do makijażu, bo dawno takich nie używałam.

Podsumowując żel oczyszczający D'Alchemy jest obecnie jednym z moich absolutnie ulubionych produktów do mycia twarzy i myślę, że każda fanka cytrusów go polubi. Producent obiecuje pH neutralne dla skóry.

Skład: Aqua*, Sodium Cocoamphoacetate*, Propanediol*, Decyl Glucoside*, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate*, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate*, Xanthan Gum*, Citrus Paradisi (Grapefruit) Peel Oil**, Citrus Reticulata (Mandarin) Peel Oil**, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil**, Santalum Album (Sandalwood) Wood Oil**, Chondrus Crispus (Red Algae) Powder*, Pyrus Malus (Apple) Juice*, Prunus Persica (Peach) Juice*, Triticum Vulgare (Wheat) Seed Extract*, Hordeum Vulgare (Barley) Extract*, Panax Ginseng Root Extract*, Citrus Grandis (Grapefruit) Fruit Extract*, Carica Papaya Fruit Extract*, Parfum**, Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract*, Benzyl Alcohol, Hydrolyzed Algin*, Zinc Sulfate, Acacia Concinna Fruit Extract*, Balanites Aegyptiaca (Soap Berry Tree) Fruit Extract*, Gypsophila Paniculata (Baby's Breath) Root Extract*, Juniperus Virginiana (Red Cedar) Oil**, Sodium Phytate*, Glycerin*, Glyceryl Undecylenate*, Glyceryl Caprylate*, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Alcohol, Lactic Acid*, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Linalool***, Limonene***

    * Składniki pochodzenia naturalnego
  ** Naturalne olejki eteryczne
*** Składniki pochodzące z naturalnych olejków eterycznych (zgodnie z prawem muszą zostać oddzielnie wypisane ze względu na potencjalne uczulenia)

naturalny-krem-dalchemy

D'Alchemy, All Over Blemish Solution, Krem regulujący do cery tłustej i mieszanej


Krem All Over Blemish Solution w szklanej butelce z pompką. Podoba mi się, że pompka ma niewielką blokadę, dzięki czemu spokojnie możemy zabrać swój krem w podróż i nie martwić się, że coś się wyleje. Krem rekomendowany jest cerze tłustej i mieszanej, potrzebującej oczyszczenia, ale i dojrzałej. Kosztuje 150 zł/50 ml.

Wydajność oceniam na 5+, przy codziennym, regularnym używaniu wystarczył mi na ponad trzy miesiące (dokładniej prawie 3,5). PAO 6 m-cy. Konsystencja jest lekka, choć wydaje się delikatnie masełkowa. Krem szybko się wchłania, bez pozostawiania uczucia tłustości na skórze, co jest ogromnym plusem przy cerze mieszanej. Zdecydowanie nie przyspiesza przetłuszczania, nie powoduje błyszczenia cery, nawet latem (stosowałam go od wiosny przez upały wczesnego lata). Wchłania się praktycznie do zera, do matu, szczególnie jeśli wklepiemy go delikatnie w skórę zwilżoną wcześniej hydrolatem. Rozsmarowany na skórze zupełnie suchej początkowo delikatnie bieli, więc trzeba go chwilkę dłużej wklepywać. To, co nie bardzo przypadło mi do gustu to wyraźnie ziołowy zapach. Połączenie olejków eterycznych z mięty i bergamotki, do tego hydrolaty neroli, cytrynowy i werbenowy nie do końca tworzą spójną kompozycję. Mimo, że zwykle lubię naturalne zapachy, wielką fanką tego konkretnego aromatu nie jestem. Zaznaczam jednak, że to kwestia bardzo indywidualna i każdy nos może odbierać tą kompozycję inaczej.

Krem stosowałam tylko na dzień, wklepując go opuszkami palców w skórę zwilżoną hydrolatem (werbenowym, cytrynowym, aloesowym i bergamotkowym, ponieważ w tym czasie akurat tych używałam). Krem fajnie, prawie natychmiastowo wchłania się do matu, nie trzeba na nic czekać. Dzieki temu jest wręcz wymarzonym produktem pod minerały! Świetnie współpracuje zarówno z sypkimi produktami marek Annabelle Minerals (formuła matująca), Sampure, jak i Amilie (formuła jojoba). Podejrzewam, że z większością, jeśli nie z każdą inną marką również dobrze się dogada. Równie dobrze współpracuje z płynnymi podkładami. Działa trochę jak przedłużająca świeżość czy też matująca baza pod makijaż. Make up nie spływa nawet w upał, dobrze trzyma się skóry, nie wchodzi w pory czy załamania.
Im wyższe temperatury serwowało nam lato, tym bardziej miałam wrażenie, że krem jest chłodzący (byź może to zasługa mięty w składzie). Te wszystkie powyższe zalety sprawiają, że jest to produkt wymarzony na wiosnę, lato, a nawet jesień, ze szczególnym wskazaniem na upały.

Krem przy całym swoim działaniu matującym na szczęście nie przesusza skóry, choć też nie nawilża zbyt mocno - idealnie sprawdzi się w duecie z mocno nawilżającym, bardziej emolientowym kremem na noc. Działanie tego kremu jest idealnie zbalansowane dla cery tłustej czy mieszanej. Początkowo, przez kilka pierwszych tygodni, po nałożeniu All Over Blemish Solution odczuwałam delikatne (naprawdę delikatne, ale jednak) ściągnięcie skóry, co mogło być spowodowane widocznym działaniem zwężajacym pory. Efekt ten przestał być odczuwalny dopiero po jakimś czasie, może się do niego przyzwyczaiłam. Zauważyłam też, że nie można nałożyć go zbyt dużo, bo potrafi się rolować. W przypadku tego kremu D'Alchemy najważniejszą kwestią jest umiar i odpowiednio "oklepująca" aplikacja, wtedy uzyskujemy najlepszy możliwy efekt :) Choć wiem, że Polki są raczej fankami "rozsmarowywania" kremu na suchej skórze serdecznie polecam spróbować czegoś odwrotnego - delikatnego poklepywania skóry, najlepiej od dołu ku górze twarzy, zaczynając od szyi. Przy okazji robimy codzienny masaż "antygrawitacyjny", a w okolicach trzydziestki zaczynają sie pierwsze widoczne zmiany na skórze, więc warto działać już prewencyjnie. Zresztą takie rzeczy wchodzą w nawyk i stają się naturalne. Krem widocznie przyspiesza też gojenie drobnych ranek i znikanie niewielkich grudek podskórnych, które występują u mnie ze względów hormolanych.

Skład jest bardzo ciekawy. Oprócz wspomnianych wyżej olejków eterycznych i hydrolatów, znanych z cennego działania na cerę tłustą i mieszaną, formuła zawiera m.in. żywicę z drzewa pistacji kleistej, która działa antybakteryjnie, antyseptycznie i łagodząco. Niekomedogenny olej z pestek winogron regeneruje, uelastycznia i wzmacnia skórę, regulując przy okazji pracę gruczołów łojowych. Z kolei ekstrakt z bambusa posiada naturalne właściwości matujące skórę.

Skład: Citrus Limon (Lemon) Peel Water*, Lippia Citriodora (Verbena) Leaf Water*, Citrus Aurantium Amara (Neroli) Flower Water*, Propanediol*, Polyglyceryl-3-Cetyl Ether Olivate Succinate*, Aqua*, Bambusa Arundinacea (Bamboo) Stem Extract*, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil*, Isopropyl Isostearate*, Dicaprylyl Carbonate*, Isopropyl Palmitate*, Trehalose*, Glycerin*, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate*, Sodium Stearoyl Glutamate*, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Peel Oil**, Mentha Piperita (Pepermint) Oil**, Pistacia Lentiscus (Mastic) Gum*, Chlorella Vulgaris (Green Algae) Extract*, Hydrogenated Lecithin*,Caprylic/Capric Triglyceride*, Hydrolyzed Algin*, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenethyl Alcohol, Ethylhexylglycerin, Tocopherol*, Benzyl Alcohol, Citric Acid*, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Parfum**, Xanthan Gum*, Squalene*, Sodium Phytate*, Zinc Sulfate, Beta-Sitosterol*, Sodium Hydroxide, Alcohol, Geraniol***, Limonene***, Linalool***

    * Składniki pochodzenia naturalnego
  ** Naturalne olejki eteryczne
*** Składniki pochodzące z naturalnych olejków eterycznych (zgodnie z prawem muszą zostać oddzielnie wypisane ze względu na potencjalne uczulenia)

dalchemy-matujacy-krem-na-dzien

D'Alchemy, Age Cancellation Booster, Przeciwzmarszczkowy lotion dla cery tłustej i mieszanej


Na koniec zostawiłam mojego największego faworyta z tego trio. Krem All Cancellation Booster jako jedyny zawierał kartonik, w którym krył się szklany słoiczek. Wiąże się to z koniecznością stosowania szpatułki lub nakładania produktu palcami, co dla niektórych może być wadą (ze względów higienicznych). Za to widać ile jeszcze produktu nam zostało, coś za coś. Rekomendowany oczywiście skórze tłustej, mieszanej i dojrzałej. Kosztuje 160 zł/50 ml.

Uwielbiam, po prostu uwielbiam zapach tego kremu! Jeszcze bardziej chyba niż cytrusowy żel do mycia twarzy, choć nie sądziłam, że kiedykolwiek padną tu takie słowa. Zapach jest genialnie skomponowany do tego stopnia, że wyczekiwałam wieczornej pielęgnacji, aby tylko go poczuć. Zdecydowanie umilał mi codzienne obowiązki i przez jakiś czas utrzymywał się na skórze, co też mnie cieszyło. Zdarzało się nawet, że wąchałam go tylko i wyłącznie dla poprawy humoru :D Serio, serio. Czym to tak pachnie? Trudno mi konkretnie opisać ten aromat, koleżanka porównała go do słodkiego syropku na kaszel dla dzieci. Czuję w nim całą gamę słodyczy i owoców, przełamaną czymś cytrusowym, leciutko kwaskowym, ale i kwiatowym. Chciałabym mieć takie perfumy, trochę kojarzą mi się z beztroską i zabawą. Dość o zapachu, bo to nie wszystko, co krem ma do zaoferowania.

Wydajność jest genialna, opakowanie 50 ml wystarczyło mi na 4 miesiące regularnego używania, a trochę jeszcze oddałam koleżance do przetestowania - gdyby nie to, pewnie miałabym go z 5 miesięcy albo i dłużej (PAO 6 m-cy). Konsystencja masełka zdecydowanie wpływała na tak dobrą wydajność. Formuła wydaje się na pierwszy rzut oka bogata, ale jednocześnie jest całkiem lekka i nie obciąża skóry. Nie trzeba nabierać dużo kremu, aby dokładnie pokryć skórę twarzy, szyi i dekoltu (oczywiście wklepując go od dołu ku górze). Od razu po wklepaniu skóra odczuwała niesamowity komfort, ukojenie i nawilżenie skóry. Jeśli w ciągu dnia podrażniło mnie słońce czy wiatr ten krem niwelował niemiłe uczucia ściągnięcia i pieczenia. I to natychmiastowo! Wszelkie zaczerwienienia szybciej znikały, a skóra z czasem nabierała jędrności i elastyczności. Najszybciej jednak można zobaczyć efekt mocnego, głębokiego nawilżenia skóry i to jest właśnie to, co mnie zachwyciło już w próbce. Lotion delikatnie wpływa też na zmarszczki mimiczne, które po kliku miesiącach regularnego używania stały się mniej widoczne, a skóra była bardziej sprężysta i rozświetlona. Jednocześnie bardzo podoba mi się, że krem pomimo bogatego składu nie zostawia wyraźnie tłustej warstwy na skórze. Czuję, że na skórze jest delikatna powłoczka, jednak nic się nie klei, ani nie przeszkadza. Moja kapryśna skóra mocno zyskała na wyglądzie dzięki temu kremowi D'Alchemy i z przyjemnością kiedyś go jeszcze kupię (może bliżej zimy, kiedy skóra również wymaga dużo uwagi ze względu na podrażnienia od mrozu). To jest właśnie jeden z takich kremów, po których widzę efekt "wow" praktycznie od pierwszego użycia i który chciałam przetestować właśnie po użyciu próbki! Zaznaczę też, że lotion Age Cancellation Booster z powodzeniem można oczywiście używać także na dzień. Kilkukrotnie sprawdziłam, że nadaje się pod makijaż, należy go tylko troszkę dłużej wklepać. Nadaje cerze półmatowe wykończenie, jednak w największe upały zdecydowanie lepiej sprawdzał się leciutki All Over Blemish. Za to na jesień, zimę byłby wręcz wymarzonym produktem do cery tłustej na dzień. Pomimo bogatej z pozoru konsystencji absolutnie mnie nie "zapchał", nie podrażnił ani nie przyspieszał przetłuszczania skóry.

Skład jest przepiękny, oparty o hydrolaty z oczaru, cytryny i werbeny, które zmiękczają, oczyszczają, regenerują, a jednocześnie działają antyseptycznie na tłustą skórę. Zawartość polisacharydów gwarantuje działanie przeciwstarzeniowe, nawilżające i kojące. Roślinne ekstrakty np. z aceroli, żurawiny, rokitnika i guarany dostarczają antyoksydantów, jednocześnie pobudzając komórki skóry do wytwarzania elastyny i kolagenu, nawilżają, odżywiają i działają regenerująco. Ekstrakt z bambusa matuje i wchłania nadmiar sebum. Niekomedogenny olej jojoba oraz masło shea oraz w mniejszej ilości oleje: lniany, kokosowy, awokado, arganowy, makadamia odżywiają i chronią naskórek przed utratą wilgoci. Olejki eteryczne z róży damasceńskiej i pomarańczy zwężają pory, pomagają regulować nadmierne wydzielanie sebum i nadają kremowi niesamowity aromat.

Skład: Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Water*, Lippia Citriodora (Verbena) Leaf Water*, Citrus Limon (Lemon) Peel Water*, Dicaprylyl Carbonate*, Polyglyceryl-3-Cetyl Ether Olivate Succinate*, Propanediol*, Aqua*, Glyceryl Stearate*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Glycerin*, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil*, Bambusa Arundinacea (Bamboo) Stem Extract*, Pistacia Lentiscus (Mastic) Gum*, Hydrogenated Lecithin*, Caprylic/Capric Triglyceride*, Malpighia Emarginata (Acerola) Fruit Extract*, Paullinia Cupana (Guarana) Fruit Extract*, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract*, Hippophae Rhamnoides (Sea Buckthorn) Fruit Extract*, Myrciaria Dubia (Camucamu) Fruit Extract*, Sodium Stearoyl Glutamate*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil*, Persea Gratissima (Avocado) Oil*, Argania Spinosa (Argan) Kernel Oil*, Macadamia Ternifolia Seed Oil*, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract*, Humulus Lupulus (Hop) Cone Extract*, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Extract*, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract*, Phenethyl Alcohol, Equisetum Arvense (Horsetail) Extract*, Citrus Limon (Lemon) Peel Extract*, Centella Asiatica Extract*, Pinus Sylvestris (Pine) Bud Extract*, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Rosa Gallica (French Rose) Flower Extract*, Rosa Damascena (Damask Rose) Flower Oil**, Benzyl Alcohol, Chondrus Crispus (Carrageenan) Powder*, Squalene*, Ethylhexylglycerin, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Biosaccharide Gum-1*, Sodium Levulinate*, Citric Acid*, Sodium Anisate, Xanthan Gum*, Glyceryl Caprylate*, Sodium Phytate*, Parfume**, Tocopherol*, Alcohol, Beta-Sitosterol*, Citral***, Geraniol***, Limonene***, Linalool***

    * Składniki pochodzenia naturalnego
  ** Naturalne olejki eteryczne
*** Składniki pochodzące z naturalnych olejków eterycznych (zgodnie z prawem muszą zostać oddzielnie wypisane ze względu na potencjalne uczulenia)

naturalny-krem-przeciwzmarszczkowy-dalchemy

Marka D'Alchemy może pochwalić się wartościowymi certyfikatami COSMOS i NATURE. Kosmetyki nie zawierają kontrowersyjnych substancji ani składników pochodzenia zwierzęcego, są odpowiednie także dla wegan. To, że nie są testowane na zwierzętach to europejska oczywistość, ale warto wspomnieć, że właśnie w Europie są produkowane. Formuły kremów skomponowano na bazie droższych hydrolatów, zamiast wody. Kompozycje zapachowe oparto o naturalne olejki eteryczne, co w założeniu ma pełnić rolę aromaterapii (i w przypadku żelu do mycia twarzy oraz lotionu jak najbardziej do mnie przemawia!). Marka dba o wartościowe składniki, sprawdzając dostawców surowców oraz przeprowadzając badania laboratoryjne. Kosmetyki dodatkowo poddawane są innowacyjnym badaniom "biowitalności" (więcej przeczytacie na polskiej stronie D'Alchemy, bo to ciekawy temat). To wszystko wpływa oczywiście na cenę.

Poniżej zdjęcie konsystencji produktów. Od lewej: żel oczyszczający do twarzy, lekki krem All Over Blemish Solution i masełkowy Age Cancellation Booster w słoiczku.

dalchemy-konsystencja

Czy warto kupić kosmetyki D'Alchemy?

Jeśli przeczytałyście cały post już wiecie, że ja Wam nie odpowiem na to pytanie. Dla mnie cena nie jest wygórowana - pewnie dlatego, że pracuję, zarabiam swoje pieniądze i jestem w stanie tyle zapłacić na produkt do twarzy, który świetnie na mnie działa. Czy są tańsze kosmetyki? Oczywiście, że tak, więc macie w czym wybierać. Są również i droższe (do tej pory mój rekord to krem za 600 zł marki Rodial, krem do twarzy Bee Venom z jadem pszczelim). Warto natomiast - i to na pewno gorąco polecam - zdobyć próbki! Sama poznałam markę właśnie poprzez otrzymanie skądś próbek i na tej podstawie podjęłam decyzję o zakupie żelu oczyszczającego do twarzy. Poza tym składy są naprawdę bogate w roślinne ekstrakty i antyoksydanty, przyjazne skórze i delikatne - w sam raz dla fanek pielęgnacji naturalnej. Dodajmy do tego szklane opakowania #lesswaste i fajne działanie. Decyzję pozostawiam każdej z Was.
PS. Widziałam również travel packi z produktami D'Alchemy, m.in. zestaw z Age Cancellation Booster, olejkiem i wodą micelarną w cenie 130 zł, więc warto szukać.

krem-przeciwzmarszczkowy-d-alchemy

Znacie kosmetyki D'Alchemy? Osobiście wiele mi się w nich podoba - bogate składy, niesamowite naturalne zapachy, szklane opakowania i działanie, ale jestem ciekawa Waszej opinii.

HITY BLOGEREK: Najlepsze naturalne kosmetyki do makijażu!

Najlepsze kosmetyki do makijażu naturalnego - HITY BLOGEREK!

To już drugi post z serii HITY BLOGEREK. Przypomnę, że ideą serii jest przybliżenie Wam różnych, najlepszych kosmetyków naturalnych okiem kilku blogerek. Wiadomo, że każda z nas jest inna, lubi inne zapachy, konsystencje, ma inną skórę czy włosy, więc  taki post zbiorczy daje nam ogromną możliwość pokazania różnorodnych kosmetyków. Stawiamy tylko na "dobre składy" kosmetyków, bez kontrowersyjnych substancji, pełne składników aktywnych, ekstraktów i olei roślinnych. Post nie jest w żaden sposób sponsorowany, nikt nas nie nakłaniał, aby wspomnieć o konkretnej marce czy sklepie. To są w 100% nasze doświadczenia z danymi kosmetykami, nasi absolutni ulubieńcy, o których często opowiadamy koleżankom lub obserwatorkom na priv! Dzisiejszy temat to naturalna kolorówka. Jeśli szukacie podkładów, tuszy i innych naturalnych produktów do makijażu na pewno znajdziecie poniżej coś, co Was zainteresuje lub przynajmniej poznacie nowe marki. Jedziemy?


Zobacz też: 


kosmetyki-do-makijazu

Paletka do konturowania Couleur Caramel

Big Lashes Mascara Lily Lolo

Pomadka Neve Cosmetics


Magda z bloga Feminine
Wybór trzech naturalnych perełek do makijażu był dla mnie niesłychanie trudny. Do pewnego czasu na rynku był ogromny wybór kosmetyków do pielęgnacji z dobrym składem, a sekcja kolorówki kulała. Obecnie mamy coraz większe możliwości w tej kwestii. Wybierając produkty do tego zestawienia, postawiłam na te, których używam niemal codziennie, więc można bez wątpienia powiedzieć, że są to moi ulubieńcy z tej kategorii. O czym konkretnie mowa?

Paletka do konturowania Couleur Caramel
Mogę określić ją krótko: ideał. Paletka daje możliwość konturowania delikatnego i mocniejszego, zawiera również jaśniejsze odcienie do modelowania twarzy, a nawet brzoskwinkę, którą świetnie można zamaskować cienie pod oczami. Kolory są bardzo uniwersalne, odcienie bronzerów nie są zbyt ciepłe, nie mają pomarańczowych podtonów. Ja lubię mieszać ze sobą kolory z dolnego rzędu, dlatego opakowanie wygląda tak a nie inaczej. Ale to tylko świadczy o tym, że to kosmetyk w częstym użyciu! Prosiłoby się o wypróbowanie takich odcieni także do powiek, ale tutaj przyznam, że rewelacji nie ma. Pigmentacja nie jest aż tak mocna, choć na policzkach wygląda to świetnie i zaleta jest taka, że trudno zrobić sobie tymi kolorami krzywdę. Ale na upartego delikatny makijaż jest możliwy. Opakowanie jest wykonane z grubej tektury, ma wygodny zatrzask na magnes i posiada sporych rozmiarów i dobrej jakości lusterko. Uważam, że to bardzo ciekawa propozycja dla fanek konturowania. Paletkę kupicie w sklepie Ekozuzu w cenie 180 zł. Nie jest to mało, ale biorąc pod uwagę świetny skład i aż 6 odcieni o całkiem dużej gramaturze – 3 gramy, uważam że to dobra inwestycja.
Przyznam, że z tej marki lubię dużo więcej kosmetyków… Ale miały być trzy, więc na tym poprzestanę, bo kolejny hit już czeka!

Big Lashes Mascara Lily Lolo
Najlepszy naturalny tusz do rzęs jakiego do tej pory używałam, a wierzcie, że przetestowałam ich sporo. Ma dość dużą szczoteczkę, ale nie przeszkadza to w wykonaniu czystego makijażu (czytaj nie jesteśmy uciapane tuszem z góry na dół ;). Jego formuła jest dość gęsta, standardowo jak większość tuszy wygląda najlepiej po 2-3 tygodniach od otwarcia, kiedy troszkę podeschnie. Idealnie rozdziela rzęsy, nadaje im naprawdę głęboki odcień czerni, pogrubia je i wydłuża. Nie osypuje się w ciągu dnia. Ten tusz to mój pewniak nawet na większe wyjścia i dopiero po jego odkryciu na dobre zrezygnowałam z drogeryjnych mascar. Lubię też tusze Couleur Caramel, ale jak wspominałam… miało być top 3!

Pomadka Neve Cosmetics
Jako trzeci kosmetyk postanowiłam wybrać pomadkę włoskiej marki Neve Cosmetics. Używam jej praktycznie codziennie, jest zawsze w mojej torebce i na pewno wypróbuję więcej odcieni. Jej formuła jest taka jak lubię – nawilżająca, komfortowa, ale nie zbyt klejąca. Pięknie podkreśla usta i utrzymuje się na nich całkiem długo, jak na pomadkę niezastygającą. Mój odcień to Panna Cotta, wyrazisty "nudziak", który będzie pasował do większości typów urody.
Mam nadzieję że wśród moich ulubieńców wypatrzycie coś ciekawego dla siebie!


ulubiona-kolorowka
Autorka zdjęcia: Feminine

Couleur Caramel: puder jedwabny, korektor w kremie, mascara Backstage

Ania z bloga CoKręciAnulę
W mojej naturalnej kolorówce zdecydowanie króluje marka Couleur Caramel. Na co dzień maluje się bardzo skromnie - jedynie primer, podkład mineralny, korektor i tusz do rzęs. I tylko jeden produkt z wymienionych kosmetyków jest z innej firmy 😊

Zacznijmy od początku, czyli od primera.
W roli primera stosuję puder jedwabny Couleur Caramel. Puder jest bardzo, bardzo drobniutki. Nie zmienia odcienia cery w sposób widoczny, jest prawie transparentny.
Puder rozświetla cerę bez jej nabłyszczania. Optycznie wyrównuje koloryt, sprawia, że skóra wydaje się być dużo gładsza! Jest leciutki, absolutnie nie czuć, że ma się go na skórze. Rozprowadza się naprawdę cudownie! Zgodnie z nazwą - jest bardzo jedwabisty. Ogranicza osiadanie minerałów w załamaniach, a wyrównując fakturę skóry polepsza rozprowadzanie podkładu. Nie wysusza skóry, wręcz odczuwam jego pielęgnacyjne działanie. Puder jedwabny służy mi także jako puder wykończeniowy. Matuje moją mieszaną cerę na kilka przyzwoitych godzin i nie daj efektu spłaszczenia – jest to naturalny i aksamitny mat.

Kolejnym produktem, któremu jestem wierna od ponad 3 lat jest korektor w kremie Couleur Caramel. Korektora używam głównie pod oczy, w razie konieczności także punktowo na niedoskonałości. Korektor najlepiej nakładać paluszkami, w małych ilościach. Ja „maczam” lekko opuszek palca w kremie, stempluje niewielką ilością korektora skórę pod oczami i wklepuję korektor. Powtarzam tą czynność zazwyczaj 2 lub 3 razy, do osiągnięcia pożądanego poziomu krycia. Co nieco korektora zbiera się z czasem w załamaniach skóry, ale wystarczy wówczas „przeklepać” okolice oczu. Nie mam wyjątkowo dużych cieni, ale mam. W moim przypadku korektor sprawdza się wyśmienicie. Jest dla mnie idealny! Lekko rozjaśnia, rozpromienia, sprawia, że cienie pod oczami są mocno ukryte, a skóra dodatkowo pielęgnowana (skład korektora jest piękny!). Nie ma mowy o wysuszaniu, przy wieczornym zmywaniu makijażu odczuwalna jest moc pielęgnacyjna korektora.

Ostatnim krokiem mojego codziennego, skromnego makijażu, jest oczywiście tusz do rzęs. Mascara Couleur Caramel Backstage to chyba najlepsza mascara naturalna jaką miałam. Daje prawdziwie drogeryjny efekt – pogrubia, lekko podkręca, zapobiega „opadaniu” rzęs. Łatwo się nanosi i przez długi czas stosowania nie ma tendencji do osypywania w ciągu dnia. Dodatkowo, dzięki składowi, wzmacnia i pielęgnuje rzęsy. Oczywiście nie jest wodoodporna, ale nawet w upały daje radę.

Kosmetyki Couleur Caramel mają charakterystyczne, tekturowe, bardzo wytrzymałe i bardzo ładne opakowania. Nie jestem znawcą kolorówki, bo jak pisałam nie szaleję na tym polu, ale ich kosmetyki są tak dobre, że nie ciągnie mnie do poszukiwania innych. A w moim przypadku to chyba największa pochwała :D


ulubiency-couleur-caramel
 Autorka zdjęcia: Co Kręci Anulę

Świetne, naturalne pomadki do ust - Lily Lolo, Couleur Caramel

Couleur Caramel, Tusz do rzęs Backstage


Agnieszka z bloga KosmetycznyFronesis:
Zdecydowanie krótszą drogą charakteryzuje się przejście na naturalną pielęgnację niż naturalny makijaż. Moje makijażowe zbiory to wciąż w dużej mierze typowo „drogeryjna” kolorówka, co nie znaczy, że w naturalnym makijażu nie odnalazłam już swoich perełek.

Jednym z nich jest tusz marki Couleur Caramel o nazwie Backstage
. Naturalne tusze niezwykle rzadko spełniają oczekiwania, ale Backstage jest dowodem na to, że tusz może być świetny, a przy okazji posiadać naturalny skład. Backstage nigdy mnie nie zawiódł. Nie odbija się, nie kruszy, ładnie podkreśla rzęsy, efekt można wzmocnić wedle upodobania i potrzeby. Nie jest wodoodporny, więc łez szczęścia nie przetrwa.. ale dzięki temu bez zbędnego tarcia ładnie poddaje się zmyciu. Oprócz wersji czarnej występuje w dwóch pięknych wersjach kolorystycznych, po które z całą pewnością sięgnę.

Pomadki to coś od czego warto zacząć swoje przejście na naturalną pielęgnację, głównie ze względu na to, że w sporej części stanowią mimowolnie nasze pożywienie. Statystyczna kobieta w ciągu swojego życia zjada około 4 kg szminek.. Troszkę te statystyki wydają mi się naciągane, szczególnie jeśli patrzę na siebie, ale fakt spożywania jest niezaprzeczalny.
Moją pierwszą ulubienicą jest pomadka marki Lily Lolo w odcieniu Nude Allure, czyli naturalny, lekko brzoskwiniowy, beż. Kolor nienachlany, delikatny, odpowiedni na każdą okazje i do każdego makijażu. Znika niezauważalnie. Pomadka jest bardzo komfortowa, nie podkreśla skórek, daje lekko mokre wykończenie. Mój wielokrotny ulubieniec i prezent, do którego będę nieustannie wracać.
Jeżeli wolisz nieco bardziej matowo-kremowe wykończenie w niemal identycznym odcieniu co Nude Allure od Lily Lolo, odpowiednik znajdziesz w asortymencie marki Couleur Caramel, w dziale pomadek o wykończeniu błyszczącym, ale nie tak błyszczącym jak Lily Lolo. Nie wiem, którą wolę bardziej, ale wiem, że to mój idealny kolor na co dzień.

Za to na wieczór pokochałam odcień 126 z Couleur Caramel w wersji matowej. To zgaszona, nieco brązowa czerwień, która nie bije po oczach, ale również nie pozostaje niezauważona. Matowe wykończenie, które pozostawia usta komfortowe i nawilżone. Tu nie trzeba się obawiać o wysuszenie. Pomadka, która ma w składzie olej jojoba, wosk karnauba, wosk kandelila, masło shea i witaminę E nie jest w stanie zaszkodzić naszym ustom, za to pięknie je podkreśli.
Smacznego!

ulubione-couleur-kosmetyki-naturalne
 Autorka zdjęcia: Kosmetyczny Fronesis

Couleur Caramel, Mascara Revolution

Felicea, Naturalna pomadka do ust

Annabelle Minerals, Mineralny podkład matujący


Aneta, autorka bloga CosmetiCosmos
Poznałam już kilka naturalnych tuszy, jednak z "rodziny" Couleur Caramel wyjątkowo spodobał mi się efekt maskary Revolution. Świetny naturalny skład (m.in. hydrolat różany, naturalne woski i oleje roślinne) idzie w parze z silikonową szczoteczką. Posiadam wersję limitowaną z zaokrągloną końcówką, która pomaga pięknie podkreślić dolne rzęsy bez rozmazywania. Formuła tuszu łatwo rozprowadza się na rzęsach, podkreśla je, rozdziela i delikatnie podkręca, nadając głębokiego czarnego odcienia. Jednocześnie nakładając więcej niż 1 warstwę łatwo mogę uzyskać modny ostatnio efekt mocno podkreślonych rzęs. Tekturowe opakowanie szalenie mi się podoba, jest lekkie i praktyczne. Maskara nigdy mnie nie podrażniła, nie uczuliła. Tusz Revolution nie kruszy się aż do wieczora, nie rozmazuje, jednak trzeba uważać podczas deszczu czy wzruszających ;) momentów, ponieważ nie jest wodoodporna (ale lepiej sobie radzi z wodą niż Backstage, którą też posiadam). Łatwo się zmywa bez pocierania. Kosztuje 72 zł/9 ml w sklepie Ekozuzu.

Naturalna pomadka polskiej marki Felicea w odcieniu 24 - kremowy, delikatny, "szary" róż - idealny na co dzień i do każdego makijażu, ponieważ nie zawiera żadnych drobinek ani perłowego połysku. Co mam Wam napisać? Uwieeelbiam ją! Jest tania (19 zł), o pięknym składzie, dość łatwo dostępna (on-line, Hebe, drogerie i targi naturalne), bezzapachowa. Ładnie wygląda na ustach, nie roluje się, równomiernie znika. Szalenie komfortowa w noszeniu, zupełnie nie czuję jej na ustach, tak jakbym nosiła balsam ochronny. Nie jest bardzo trwała (nie zastyga), ale mogę poprawić makijaż nawet w ciemno. Nie rozlewa się poza kontur. Dla mnie ideał, a nie jestem fanatyczką kolorowych pomadek na co dzień. Felicea to wyjątkowy produkt dla mnie!

Annabelle Minerals, Mineralny podkład w wersji matującej to mój must have od kilku lat! Właśnie kończę drugie pełnowymiarowe opakowanie podkładu w odcieniu Golden Fair. Wersja matująca jest moim zdaniem najlepszą formułą AM, ponieważ najłatwiej się rozprowadza, nie "warzy" na skórze, wytrzymuje kilka godzin, a mat jest naturalny i nie jest "płaski". Łatwo także budować krycie na skórze, przynajmniej pędzlem kabuki (mam kilka różnych marek, baby kabuki AM uważam za jeden z lepszych). Owszem, minerały nie ukryją całkowicie porów jak robią to silikony, jednak ma to też swoje plusy - absolutnie "nie zapychają". Wręcz niejednokrotnie minerały pomogły leciutko przysuszyć ewentualne "niespodzianki". Odkąd używam minerałów na co dzień moja cera jest ładniejsza, gładsza i promienna. Opakowanie kosztuje 35-40 zł i wystarcza na absurdalnie długo (4 g).
Gdyby nie było ograniczenia do 3 produktów napisałabym Wam jeszcze o naturalnej pomadzie do brwi Couleur Caramel ;)

Annabelle-minerals-podklad-matujacy
Autorka zdjęcia: CosmetiCosmos

Couleur Caramel, czarny eyeliner oraz puder jedwabny

Boho Green Make Up, pomadka do ust


Paulina z bloga Alstroemeriav
1. Couleur Caramel, czarny eyeliner
Jeśli szukacie intensywnie czarnego eyelinera o naturalnym składzie z wygodnym aplikatorem to koniecznie wypróbujcie ten z Couleur Caramel! Ma wygodny, cienki pędzelek, którym można precyzyjnie wykonać zarówno cienkie, jak i grubsze kreski. Intensywnie czarną kreskę uzyskamy już za pomocą pierwszej warstwy. W okresie jesienno-zimowo-wiosennym trzyma się cały dzień bez poprawek, jednak gdy robi się cieplej to lubi nieco odbić się na powiece, więc warto nałożyć go na jakąś bazę, chociaż trwałość ma lepszą, niż używany przez wiele osób eyeliner w słoiczku od Maybelline. Buteleczka jest mała (4 ml), ale eyeliner jest bardzo wydajny, jedno opakowanie wystarczyło mi na ponad pół roku! Jest ze średniej półki cenowej (około 66 zł), ale zużyłam już dwa opakowania i nie wyobrażam sobie, żeby go u mnie zabrakło.

2. Couleur Caramel, transparentny puder jedwabny
Pudry rzadko robią na mnie większe wrażenie. Według mnie puder ma matowić i utrwalać makijaż, więc nie sądziłam, że w jakiejś kwestii by mógł mnie zaskoczyć. Jak bardzo się myliłam! Jedwabny puder nie zachęcał mnie ze względu na wysoką cenę (około 100 zł), dopóki nie udało mi się go kupić na większej promocji i teraz nie wyobrażam sobie nie mieć go w mojej kosmetyczce. Puder daje niesamowicie przyjemne uczucie jedwabiście gładkiej skóry, jego wykończenie jest po prostu cudowne. Matuje, ale bez efektu brzydkiego, płaskiego matu – wręcz przeciwnie, efekt jest bardzo naturalny, satynowy, a do tego utrzymuje się przez kilka godzin bez żadnych poprawek. Można go też używać jako primer, co znacznie przedłuża trwałość makijażu, a do tego nie trzeba się martwić, że przesuszy skórę. Jest to zdecydowanie najlepszy puder, jakiego kiedykolwiek używałam i warto się nim zainteresować mimo wysokiej ceny – jest tego wart!

3. Boho Green Make Up, pomadka nr 304
W makijażu stawiam zawsze na oczy, czyli eyeliner i tusz do rzęs, nigdy nie interesowały mnie kolorowe pomadki czy szminki, co wynikało głównie z czystego lenistwa i braku potrzeby podkreślenia ust – zdecydowanie stawiam na bezbarwne balsamy i pomadki pielęgnacyjne, których używam cały czas. Podczas makijażowej promocji w Rossmannie zainteresowała mnie marka Boho i postanowiłam, że dam jednak szansę kolorowej pomadce i wybór padł na numer 304, który jest delikatnym i subtelnym odcieniem ciemnego różu. Nie jest to krzykliwy kolor i mimo raczej naturalnego efektu zdecydowanie widać go na ustach, czyli daje dokładnie taki efekt, jakiego oczekiwałam. Jestem totalnie zakochana w tym kolorze i formule tej pomadki: jest kremowa, łatwo się ją rozprowadza, nie wysusza ust. Minusem może być jej trwałość, ponieważ raczej na pewno zniknie po zjedzeniu czegoś lub odciśnie się na kubku przy piciu kawy czy herbaty, więc jeśli szukacie czegoś ultra trwałego, to odradzam pomadki Boho. Mnie na szczęście to nie przeszkadza i to właśnie dzięki tej pomadce przekonałam się do malowania ust!

puder-jedwabny
Autorka zdjęcia: Alstroemeriav

Couleur Caramel, Puder brązujący i korektor
Earthnicity, Podkład mineralny


Magda z bloga NaTropiePiękna
Trzy najlepsze naturalne kosmetyki kolorowe? Żaden problem:) Gdy poznałam temat kolejnego wpisu z serii Hity Blogerek od razu miałam swoich faworytów przed oczami. Używam ich od dawna i nigdy mnie nie zawiodły. Tak więc ranking otwiera...

1. Podkład mineralny Earthnicity
Ten podkład to pierwsze minerały, które się u mnie sprawdziły, i które przywróciły mi wiarę w podkłady mineralne. Próbowałam wcześniej kilku podkładów i za każdym razem coś było nie tak. Mój główny zarzut dotyczył bardzo szybkiego świecenia się (mam cerę mieszaną). Natomiast ten podkład nałożony cieniutką warstwą wygląda bardzo naturalnie, delikatnie kryje i co najważniejsze nie powoduje szybszego przetłuszczania się cery. Mój kolor to zimą Sunrise, latem Natural buff. Wystarczy naprawdę odrobina by wyrównać koloryt skóry i wyglądać promiennie.

2. Puder brązujący Couleur Caramel
Ten puder jest moim odkryciem w kategorii bronzerów. Bo ja mam z nimi taki problem, że albo nabieram ich za dużo i robię sobie plamy, albo nie potrafię dobrać odpowiedniego odcienia. Ten puder (nr 25) jest dla mnie idealny na wiosnę i lato, gdy moja buzia jest już nieco opalona. Kolor jest zdecydowanie ciepły, ale mi się podoba i wygląda ślicznie na opalonej buzi. Ale to co lubię w nim najbardziej to fakt, że nim po prostu nie da się zrobić plamy:) Można spokojnie miziać pędzlem po jego powierzchni i nie ma opcji by nabrać go za dużo. Jest dość twardy i nie pyli się, co też jest dużym plusem bo nie ma obaw o brudne ubrania. Ładnie rozprowadza się na buzi, tworząc delikatną chmurę koloru i wygląda bardzo naturalnie. Jest matowy, tak jak lubię, a efekt konturowania można stopniować dokładając go nieco więcej. Pierwsza klasa!

3. Korektor Couleur Caramel
Ten korektor to jest mistrzostwo świata. Wyparł wszelkie inne korektory jakich używałam. W opakowaniu wydaje się kremowy, a podczas nakładania staje się pudrowy i ładnie wtapia się w skórę. Kryje bardzo dobrze, a duży wybór odcieni sprawia, że każdy znajdzie odpowiedni dla siebie. To co w nim lubię najbardziej, to fakt, że nie włazi w zmarszczki, nie podkreśla niedoskonałości i świetnie współpracuje z wszelkimi podkładami. A przy tym jest tak wydajny, że chyba nigdy się nie skończy:) Uwielbiam go i nie mam potrzeby szukać innych!

kosmetyki-mineralne
Autorka zdjęcia: Na Tropie Piękna

Annabelle Minerals, Podkład mineralny kryjący

Pacifica, Stellar Gaze Strength&Length Mascara

Axiology, Pomadka naturalna do ust


Ania z bloga AnneMarie
Makijaż nie jest moja najmocniejszą stroną. Przeważnie go nie robię, a jeśli już mi się zdarza, to jest bardzo minimalistyczny i prawie niewidoczny. Wybierane do niego naturalne kosmetyki pozwalają mi uzyskać ten efekt, przy okazji zapewniając komfort użycia i bezproblemowe noszenie. Moim pierwszy makijażowym hitem, poznanym jakieś 3 lata temu, jest mineralny podkład Annabelle Minerals w wersji kryjącej. To moje pierwsze i od razu udane spotkanie z sypką formułą podkładów. Przyznam, że nauczenie się odpowiedniej aplikacji zajęło mi chwilę, ale warto było sięgnąć po pędzel. Podkład można nakładać cienkimi warstwami, zwiększając stopień krycia w razie potrzeby. U mnie to przeważnie 1-2 warstwy, zależnie od stanu cery. Efekt? Skóra jak po obróbce w Photoshopie ręką specjalisty. Koloryt jest wyrównany, niedoskonałości zakryte, a skóra jednolita przez cały dzień. Warto jeszcze pamiętać o jej dobrym przygotowaniu przed makijażem i nałożyć ulubiony krem, szczególnie przy suchych skórkach, by podkład ich nie uwydatnił.

Jeśli chodzi o oczy, używam jedynie tuszu. Z cieniami czy eyelinerem zupełnie mi nie po drodze! Znalezienie zadowalającej, trwałej formuły to nie lada wyzwanie. W większości tuszy przeważnie coś mi nie pasuje i nie mam ochoty do nich wracać. Po Stellar Gaze Strength&Length mascara prawdopodobnie jeszcze sięgnę :) Pacifica stworzyła naprawdę udany tusz. Dobrze się aplikuje, choć spora szczoteczka jest dla mnie momentami wyzwaniem, ładnie wygląda na rzęsach po jednej warstwie oraz co dla mnie niezwykle istotne - trzyma się bez osypywania i rozmazywania. Dotąd nie spotkałam tuszu, który byłby u mnie tak trwały. Potrafi przetrwać nawet łzawienie podczas wiatru, a nie jest wodoodporny! Raz zdarzyło mu się delikatnie rozmazać pod jednym okiem, ale nie udało mi się wyśledzić przyczyny. Jak na cztery miesiące używania to mimo wszystko imponujące osiągnięcie.

Na koniec prawdziwa wisienka na torcie - pomadka od Axiology. Mój odcień Philosophy wpada w brzoskwiniowe tony, ładnie harmonizujące z lekko oliwkową cerą, dobre właściwie na każdą okazję. Tym, co ją szczególnie wyróżnia, jest aksamitna kremowość na ustach. To najprzyjemniejsza w nakładaniu i noszeniu konsystencja, jaką do tej pory spotkałam. Od razu zaznaczę, że to nie jest trwała szminka, ale zjada się równomiernie i bez estetycznej tragedii. Myślę, że to może być pierwsza szminka, jaką uda mi się skończyć aż do ostatniej odrobiny. Polecam wszystkie trzy kosmetyki, ale jeśli miałabym wybrać, zaczęłabym właśnie od Axiology - to chyba o czymś świadczy?

annabelle-minerals-kryjace
Autorka zdjęcia: AnneMarie

Couleur Caramel, Baza wygładzająco - matująca

Pixie Cosmetics, Podkład mineralny

Annabelle Minerals, Cienie mineralne i glinkowe do powiek


Małgosia z bloga BlondHairAffair
Jeszcze kilka lat temu znalezienie dobrej, naturalnej kolorówki graniczyło z cudem. Na szczęście czasy się zmieniąją, kosmetyki naturalne są coraz bardziej popularne i dostępne, zatem w końcu jest z czego wybierać. Co więcej… wśród nich jest już tyle perełek, że wybór 3 ulubieńców zajął mi naprawdę wiele czasu!


Niekwestionowanym numerem jeden, którego nie może zabraknąć w mojej kosmetyczce jest Baza matująco-wygładzająca, Couleur Caramel.
Baza, która jednocześnie wygładza, matuje na długie godziny, nie wysuszając przy tym cery, a do tego ma nienaganny skład bez silikonów? Brzmi jak sen, prawda? Jednak dzięki marce Couleur Caramel jest to możliwe :) Kosmetyk nie należy do najtańszych, jednak jest szalenie wydajny i wystarcza na dłuuugie miesiące codziennego stosowania. Doskonale się sprawdza zarówno pod minerały jak i pod płynne podkłady. Używałam tej bazy zarówno podczas mrozów, jak i upałów i mogę z czystym sumieniem przyznać, że sprawdza się we wszystkich warunkach atmosferycznych!

Moim drugim ulubieńcem i produktem, który ZAWSZE gości w mojej kosmetyczce jest podkład mineralny Pixie Cosmetics Amazon Gold. Testowałam naprawdę wiele podkładów mineralnych i zawsze coś było nie tak. Produkty się ścierały, warzyły i ciastkowały, a moja przetłuszczająca się strefa T świeciła niczym latarnia... Aż w końcu trafiłam na podkład od Pixie i… była to miłość od pierwszego wejrzenia! Doskonałe krycie, satynowy mat, który nie jest takim płaskim, pudrowym matem, tylko takim ‘rozświetlonym matem’. Nie umiem tego dobrze opisać, ale skóra wygląda zdrowo i promiennie. Po zastosowaniu na wyżej wymienioną bazę oraz przypudrowaniu dobrym pudrem – makijaż jest nieskazitelny przez caaaały dzień! Trwałość, krycie i długotrwały mat – to trzy rzeczy, których oczekuję od podkładów. W tym wypadku produkt je spełnia doskonale, a nawet robi więcej :)

Trzecim produktem, a raczej grupą produktów (liczę na to, że Aneta mnie za to nie prześwięci :D) są cienie mineralne i glinkowe Annabelle Minerals. Początkowo bardzo ciężko mi było nauczyć się korzystać z cieni do powiek w formie proszku, jednak faktycznie "trening czyni mistrza" i warto poświęcić chwilę na naukę :) Niesamowita gama kolorów, mocna pigmentacja, łatwo się rozcierają i blendują, nadają się zarówno do makijażu dziennego i wieczorowego. Po zmieszaniu ich z odrobiną wody, możemy stosować jako eyeliner! Odcienie są dość uniwersalne, niektóre mogą posłużyć jako korektor pod oczy albo rozświetlacz. Są też okrutnie wydajne! Myślę, że jedno opakowanie może służyć na prawdę wiele lat!

annabelle-minerals-cienie
 Autorka zdjęcia: Blond Hair Affair

Nie mogę podsumować tego posta inaczej: Couleur Caramel rządzi! Najwięcej hitowych kosmetyków pochodzi właśnie z portfolio tej marki. Warto zaglądać do sklepu internetowego ekozuzu.pl, w którym często są różnego rodzaju promocje na Couleur Caramel. Marka jest też łatwo dostępna w drogeriach Kontigo. Cieszę się bardzo, że obecnie coraz łatwiej kupić naturalne kosmetyki do makijażu. Wybór mamy przeogromny, więc każda z nas znajdzie coś dla siebie!
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj w moim kosmetycznym świecie. Mam na imię Aneta i od wielu lat interesuję się kosmetykami, zwłaszcza naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, kręcę własne kremy. Z powodzeniem łączę pielęgnację polską z azjatycką. Mam nadzieję, że miło spędzisz tu czas :) Jeśli szukasz konkretnego kosmetyku skorzystaj z wyszukiwarki. Zapraszam Cię serdecznie do rozgoszczenia się na CosmetiCosmos.pl :)

Jestem tutaj