DIY: Jak zrobić naturalne perfumy lub zapach do domu czy auta?

DIY: Jak zrobić naturalne perfumy lub zapach do domu czy auta?

Od dawna chodził za mną pomysł na naturalny odświeżacz na bazie olejków eterycznych. Całkowicie bezpieczny, bez sztucznej kompozycji zapachowej, bez konserwantów, które mogą podrażniać górne drogi oddechowe, a przy tym niewielki i przyjemny wizualnie. Kombinowałam, aż wreszcie dotarło do mnie, że najważniejsze jest opakowanie! Tak powstał prosty przepis, którym w zasadzie można się "pobawić" dobierając użyte składniki całkowicie pod własne preferencje zapachowe i gust. Prosty, przyjemny sposób na przykład na spędzenie nudnej, deszczowej soboty. Przy okazji mogą to być również perfumy, choć do tej wersji zdecydowanie lepiej sprawdzi się masło mango lub babassu (mają niską temperaturę topnienia i szybko się rozpuszczają pod wpływem ciepła skóry).


zapach-do-auta-diy

DIY Naturalne perfumy / olejek zapachowy do samochodu lub szafy


Przepis na ok. 11 ml olejku: 
  • 2,5 łyżeczki oleju bazowego (olej ze słodkich migdałów, makadamia lub inny jak najbardziej neutralny w zapachu, może być z powodzeniem rafinowany) 
  • ok. 50 kropel olejków eterycznych (przed dodaniem olejków eterycznych do bazy najlepiej je wymieszać tylko ze sobą) 
  • płatki kwiatów (opcjonalnie, wrzucamy przed zalaniem olejami, pełnią funkcję dekoracyjną w olejku zapachowym)
  • szklana buteleczka z naturalnym korkiem.

perfumy-do-wnetrz-diy

Jak zrobić naturalny zapach do samochodu diy?

Samo tworzenie jest bardzo proste! Przygotowujemy sobie stanowisko oraz zbieramy wszystkie potrzebne produkty w jedno miejsce, myjemy ręce (zawsze) i bierzemy się do pracy. Na tym etapie powinniśmy mieć już wcześniej opracowaną recepturę (czyli ile i które olejki chcemy dodać) lub możemy "iść na żywioł" i zmieszać po prostu co nam się podoba, tworząc całkowicie nowe zapachy :)

  • UWAGA, warto zapisywać swoje receptury, aby móc je w przyszłości odtworzyć.

Jeśli mamy suszone płatki i chcemy ich użyć zaczynamy od nich - wsypujemy po prostu odpowiednią ilość, nie za dużo, aby olejki też się zmieściły.

  • UWAGA, jeśli chcemy użyć płatków lub drobnych kwiatków ususzonych przez siebie upewnijmy się, że są naprawdę bardzo suche i nie "zepsują" nam olejku.

olejki-natura-receptura

Olejki eteryczne - tworzenie zapachu

Następnie wkraplamy odpowiednią ilość wybranych przez nas olejków eterycznych (ok. 50 kropel) bezpośrednio do buteleczki, zatykamy np. palcem i dobrze ze sobą mieszamy (tak, same olejki eteryczne!)

diy-naturalny-zapach-samochodu

Uzupełniamy prawie pod korek olejem bazowym - jak widzicie ja użyłam oleju makadamia we względu na jego neutralny zapach, który nie będzie ingerował w aromat olejków eterycznych. Następnie buteleczkę zamykamy mocno korkiem. Możemy zawiązać sznureczek, za który powiesimy zapach w aucie czy szafie.

  • UWAGA! Koreczki są różne, czasem są zbyt duże, więc trzeba je optymalnie mocno wepchnąć, aby olejek się nie rozlał. Z tego powodu także dbajmy o to, aby buteleczka stała na stabilnym podłożu lub wisiała możliwie zawsze pionowo. Koreczki nie zawsze są w 100% szczelne, więc raz na jakiś czas warto także sprawdzić czy korek dobrze trzyma.

jak-zrobic-olejek-zapachowy

W podobny sposób możemy stworzyć różne kolorystyczne mieszanki, wystarczy użyć kolorowego oleju bazowego (np. zielony olej awokado) i innych płatków. Warto się bawić zasadami, mieszać ulubione zapachy, komponować je wedle własnego gustu.

jak-zrobic-odswiezacz

Jak przechowywać olejek zapachowy diy?


  1. Zawsze pionowo ze względu wspomniany wyżej koreczek. Jeśli tworzymy zapach do samochodu możemy koreczek lekko podkleić w jednym miejscu, aby zyskać pewność, że nie wyskoczy. Nie możemy zakleić całego, ponieważ utrudnimy wtedy działanie olejkom.
  2. Użyte olejki - jak sama nazwa wskazuje - są eteryczne czyli ulotne. Po pewnym czasie przestaną pachnieć, a w takim wypadku możemy zapach odświeżyć na dwa sposoby:
  • przechylając buteleczkę trzymając mocno korek, aby nie wypadł do momentu aż poczujemy, że olejek delikatnie wycieka,
  • otwierając koreczek i dodając kilka kropel olejku eterycznego.

używanie-olejków-eterycznych

Jakie opakowanie kupić na naturalny odświeżacz DIY?

Sekretem tego przepisu jest niewielka szklana buteleczka z naturalnym koreczkiem. Znalazłam takie na jednym z portali aukcyjnych wśród komponentów do tworzenia biżuterii. Te niewielkie buteleczki, rozmiarów 4-5 cm wysokości idealnie się sprawdzają - wyglądają przeuroczo, można na nich zawiązać sznureczek do powieszenia zapachu np. w aucie, a dzięki koreczkowi zapach powoli się uwalnia. Powtórzę jeszcze raz, że w każdym momencie można także zawartość odświeżyć dodając kolejną porcją olejków eterycznych, wymienić całkiem zawartość lub nasączyć ponownie korek poprzez kilkuminutowe postawienie "do góry nogami" na ręczniku papierowym (chodzi o to, aby koreczek namókł olejkiem i ponownie oddawał zapach).

zapachy-olejki-eteryczne

Zasady tworzenia kompozycji zapachowych


Najlepsza część zabawy to komponowanie ulubionej mieszanki olejków eterycznych. Zasady są całkiem proste, ale warto je też czasami złamać, aby otrzymać zupełnie inny, zgodny z własnymi preferencjami, aromat.

Mieszamy ze sobą:
  • nuty zapachowe "ciężkie" (np. paczula, drzewko różane, sandałowe, lawenda)
  • nuty zapachowe słodkie (np. wanilia, kwiatowe)
  • nuty zapachowe świeże (np. pomarańcza, cytryna, mandarynka, bergamotka, herbata).

diy-perfumy-jak-zrobic

Podczas tworzenia zapachu możemy kierować się zasadami komponowania perfum, które tworzy się na bazie trzech nut zapachowych:

  • Nuta górna (nuta głowy) – "pierwsze wrażenie", nuta najbardziej ulotna, szybko znika, np.:
- cytrusy (cytryna, bergamotka, pomarańcza, limonka, mandarynka, grejpfrut, drzewko herbaciane)
- zielone (mięta, melisa)
- ziołowe (lawenda, tymianek)
- leśne (drzewa iglaste: jodła, sosna).
  • Nuta środkowa (nuta serca) – dominujący zapach, podstawa całej kompozycji, np.:
- kwiatowe (róża, ylang ylang, jaśmin, drzewo różane, geranium, gardenia, neroli, bez lilak, konwalia, fiołek)
- korzenne (goździk, cynamon, imbir, kardamon)
- zielone (szałwia, rozmaryn, cyprys, jałowiec).
  • Nuta dolna (bazowa) – wzmacnia zapach, nadaje mu głębi, wyczuwalna słabo i najpóźniej, za to najbardziej trwała, np.:

    - drewniana (sandał, cedr, paczula)
    - balsamiczna (kadzidło, mirra)
    - aromatyczno-słodka (wanilia, herbata, miód, migdały).

UWAGA! przykładowe proporcje wyglądają następująco: nuty dolne 30-45%, nuty środkowe ok. 30%, nuty górne 25-40%.


W przypadku olejków eterycznych przykładowe nuty mogą się prezentować następująco:
  • nuta dolna - cerdowy,
  • nuta środkowa – goździk, ylang ylang, drzewko różane, geranium, rozmaryn,
  • nuta górna – cytryna, bergamotka, pomarańcza, grejpfrut, mandarynka, drzewko herbaciane, lawenda, mięta, sosna, jodła.

naturalne-olejki

Podoba Wam się pomysł? Do tej pory zrobiłam już kilkukrotnie takie olejki i jestem z nich bardzo zadowolona. Wyglądają ładnie, są w 100% naturalne, nadają się na prezent i mają wiele zastosowań.
Naturalne żele pod prysznic bez SLS/SLES: Alterra, Biolove, Organic Shop, Iceveda

Naturalne żele pod prysznic bez SLS/SLES: Alterra, Biolove, Organic Shop, Iceveda

Idealny żel pod prysznic czyli jaki?


Od żelu pod prysznic nie wymagam (chyba) wiele. Oczekuję przyjemnego zapachu, najlepiej naturalnego, bez chemicznej nutki, od której odwykłam. Zdecydowanie w składzie mile widziane delikatniejsze detergenty, po których nie swędzi mnie skóra i nie mam uczucia nieprzyjemnego ściągnięcia i suchości (kiedyś myłam się żelami Ziaji i Isany, jednak od dłuższego czasu moja skóra szybciej się przesusza i stała się wrażliwsza). Ważne, aby formuła żelu dobrze myła skórę, odświeżała ją i nie podrażniała. Oczywiście im niższa cena tym lepiej. Ot i tyle! Jak widzicie nie oczekuję mocnego pienienia się, ponieważ poza wmawianym w każdej reklamie efektem psychologicznym nic mi ona nie daje, a najczęściej wiąże się z zawartością silnych detergentów, które właśnie przesuszają (u mnie zostało to stwierdzone organoleptycznie, u siebie musicie sprawdzić sami). Ok, fajnie jak żel tworzy puszystą piankę, otulającą ciało, ale jeśli w zamian dostaję konieczność kolejnej kąpieli w balsamie i dwie godziny drapania to dziękuję, postoję. Wolę bez ;) Zresztą teraz coraz więcej osób szuka łagodniejszych czy naturalnych żeli pod prysznic i dla nich jest ten post.


zele-alterra

Biolove, Naturalne pachnące żele pod prysznic z Kontigo


Biolove to marka własna drogerii Kontigo, której producentem jest ta sama firma, która tworzy kosmetyki Nacomi - na pewno znacie. To co lubię w Biolove to niskie ceny i naprawdę częste promocje - przy odrobinie cierpliwości można kupić żele nawet za 5 zł (jak ja poniższe; standardowa cena 14,99 zł/250 ml). Do wyboru mamy ok. 11 owocowych zapachów (oferta stale się powiększa), z których moimi faworytami jest:
- Malina - zapach gumy Mamby, trochę sztuczny, ale słodki i radosny, niezbyt trwały, pod prysznicem lekko pachnie, na skórze bardzo delikatnie i po chwili znika,
- Brzoskwinia - zapach dżemu brzoskwiniowego czy morelowego, lekko kwaskowy, bardzo nietrwały, pod prysznicem trochę pachnie, na skórze wcale,
- Kiwi - trochę przypomina kiwi, a trochę jabłuszko, pachnie najdelikatniej i jest bardzo nietrwały,
- Borówka - bardziej przypomina mi jagody, owocowy, dość nietrwały zapach (na skórze go nie czuję),
- Brownie z pomarańczą - zapach pomarańczowej czekolady, dość ulotny, słodki i 'jadalny' (o całej serii pisałam tutaj: Biolove, Kosmetyki o zapachu brownie z pomarańczą).

recenzja-zelu-biolove

Wszystkie żele Biolove mają skład oparty na kokamidopropylobetainie (łagodna substancja myjąca z kokosa) i Lauryl Glucoside (bardzo łagodna dla skóry substancja myjąca i emulgator). Następnie gliceryna i panthenol (nawilżają, łagodzą podrażnienia), Coco-Glucoside (glukozyd kokosowy, łagodna substancja myjąca, emulgator), Glyceryl Oleate (bezpieczny emolient tłusty, emulgator, substancja zwilżająca, ułatwiająca usuwanie zanieczyszczeń), bezpieczne konserwanty oraz w zależności od zapachu odpowiednie kompozycje zapachowe (tu uwaga, kompozycje zapachowe mogą uczulać!). Podsumowując skład jest naprawdę delikatny i o ile nie mamy alergii na któryś z popularnych składników kompozycji zapachowej nie powinien podrażniać nawet wrażliwej skóry. To ogromny plus tych żeli - są najłagodniejsze ze wszystkich marek z tego posta, a cena w promocji jest wręcz śmieszna.

Przechodzimy do działania - żele robią dokładnie to co powinny, czyli myją skórę :) Nie ma w tym większej filozofii, ale uwaga - nie pienią się praktycznie wcale! Po zmieszaniu z wodą tworzą coś w rodzaju lepkiej mazi, która dobrze radzi sobie z zabrudzeniami i szybko się spłukuje, ale piany nie oczekujcie. Żele pozostawiają za to skórę miękką i nie wysuszają. Nie powodują, że skóra swędzi, nawet podrażniona nie piecze. Jak wspomniałam po wyjściu spod prysznica zapachy szybko się ulatniają, co akurat dla mnie jest zaletą - aromat nie miesza się z zapachem balsamu lub perfumami. Nie są jednak idealne - poprzez dość lejącą konsystencję mogą być niewydajne, szczególnie jeśli mamy wrażenie, że przez brak pienienia trzeba nałożyć ich więcej na skórę. Opakowania są całkiem wygodne, korek na klik się nie zacina, a dzięki smukłej butli zmieści się na każdej półce pod prysznicem. Etykiety są papierowe, więc z czasem wyglądają brzydko. W promocji kupuję je masowo, widziałam, że teraz wszedł nowy zapach owoców leśnych.

sklady-zel-biolove-kontigo

Alterra, Naturalne żele pod prysznic z Rossmanna


Do rossmannowskiej marki mam sentyment - to jedne z pierwszych kosmetyków o naturalnych składach, jakie poznałam. Do tej pory uwielbiam Rumiankowy balsam do ust, którego zużyłam chyba już z 50 opakowań (żałuję, że wycofali wersję z granatem, która miała równie fajny skład, a pachniała słodko i owocowo). Teraz już wiem, że szampony Alterra nie są dla mnie (po wypróbowaniu kilku wersji okazało się, że SCS, na którym oparte są formuły szamponów powoduje u mnie - i nie tylko u mnie - łupież, podrażnia skórę głowy i przesusza). Dezodorant (na alkoholu) też się u mnie nie sprawdził - zupełnie nie chronił mnie przed zapachem potu, wręcz czułam się po nim jeszcze bardziej niekomfortowo niż beż żadnej ochrony. Podobnie nie byłam zadowolona z toniku (na alkoholu) i płynu micelarnego. Pozostałam jednak wierna żelom, które także zawierają SCS, ale akurat skóra ciała na tym bardzo nie cierpi. Oczywiście najczęściej kupuję je w promocji ;)

Przeczytaj też: 

alterra-zele-rossmann

Standardowa cena ok. 7 zł/250 ml jest naprawdę przyjemna, dodajmy do tego różne drogeryjne promocje i wiadomo co nam wyjdzie - zapasy kosmetyczne ;) Wyobraźcie sobie, że w pewnym momencie nazbierałam chyba z 10 tych żeli w różnych wersjach zapachowych. Na szczęście to produkt, którego używamy codziennie, więc znika dość regularnie. Moje ulubione zapachy żeli Alterra to:
- Limonka Bio i Agawa Bio - delikatny cytrusowy zapach z kremową nutą, utrzymuje się na skórze przez krótki czas, na lato idealny;
- Pomarańcza z wanilią - bardzo kremowy zapach, przypomina budyń lub koktajl pomarańczowy z mleczną nutą, lekko otulający, ale nie jest słodki, raczej cierpki;

- Rokitnik Bio i Olejek arganowy Bio - pachnie owocowo, nawet bym powiedziała, że lekko pomarańczowo, posiada białą, kremową konsystencję;
- Róża chyba najmniej przypadła mi do gustu, jest słodka, dość sztuczna.

Bywają jeszcze inne wersje zapachowe, w tym limitowane. Jest jeszcze wersja żel i szampon Sensitive w jednym oraz olejek pod prysznic (bez SCS).

zele-alterra

Składy żeli Alterra różnią się w zależności od konsystencji. Te kremowe nie zawierają SCS (rokitnik oraz pomarańcza z wanilią). Te przezroczyste oparte są właśnie o SCS (limonka i róża). Musicie sprawdzać. Dlaczego o tym piszę?

Sodium Coco Sulfate jest detergentem naturalnym  (z kokosa), jednak "mocnym", silnie odtłuszczającym, niedaleko mu do SLS/SLES. Jeśli Wasza skóra jest wrażliwa albo szybko się wysusza może się okazać, że SCS jest dla niej nieodpowiedni, zbyt agresywny (mimo, że nadal przecież naturalny, dopuszczany także przez ECOCERT).

Poza tym  składy są w pełni naturalne, zawierają naturalne zagęstniki, substancje nawilżające, oleje, ekstrakty roślinne, alkohol (jako naturalny konserwant) oraz oczywiście kompozycję zapachową, która może uczulać (to kwestia indywidualna). Szczegółowy skład na zdjęciu:


Kremowe żele pienią się zdecydowanie słabiej (rokitnik, pomarańcza) niż przezroczyste (na SCS, limonka, róża), więc jeśli piana jest dla Was ważna, a mocniejszy detergent nie wysusza skóry - śmiało polecam. Osobiście wolę jednak wersje kremowe, łagodniejsze dla skóry, po których nic mnie nie swędzi ;) Kremowe wersje absolutnie nie wysuszają skóry, nawet nie czuję konieczności natychmiastowego balsamowania. Żałuję, że podobnych wrażeń nie mam po wersji limonkowej, której zapach uwielbiam - tutaj masło do ciała to obowiązek (wszystko zależy od skóry, przy normalnej może wcale nie być konieczne). Żele są średnio wydajne, tak naprawdę wszystko zależy od Was i tego ile produktu zużywacie przy jednym myciu. Dla mnie wydajność jest zadowalająca, szczególnie ze względu na cenę i dostępność. Skóra po umyciu pachnie delikatnie i krótko - dla mnie to kolejny plus. Dobrze odświeżają, zmywają zanieczyszczenia, czyli spełniają swoje podstawowe zadanie. Opakowania są trwałe, jedynie naklejona z tyłu papierowa etykieta może z czasem się brzydko zdzierać.

konsystencja-alterra

Organic Shop, Żel pod prysznic Organic Passion Fruit & Cocoa


Marka Organic Shop jest pewnie Wam dobrze znana ze względu na cukrowe scruby do ciała. Osobiście miałam ich kilka i faktycznie są świetne, pachną obłędnie i mają przyjemny skład. Niestety z kolei figowa maska do włosów nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, jest zbyt delikatna (może być za to idealna do włosów niskoporowatych). Żel natomiast zdobył moje serce zapachem i wydajnością - nie chciał się skończyć! Ogromny plus za opakowanie z pompką, które było bardzo wygodne pod prysznicem. Żel kosztował ok. 8 zł/280 ml (troszkę większa pojemność niż standardowo).


zel-pod-prysznic-organic-shop

Skład żelu Organic Shop oparty został także o Sodium Coco Sulfate (pamiętacie, naturalny detergent z kokosa, ale dość mocny w działaniu) oraz łagodniejszych środkach myjących. Co ciekawe, pomimo takiej bazy zwykle nie swędziała mnie po nim skóra (lub inaczej - swędziała bardzo rzadko), co doskonale obrazuje moje podejście do INCI - nie znając dokładnego składu procentowego poszczególnych składników nie jesteśmy w stanie określić dokładnie "mocy" detergentów. Tutaj prawdopodobnie SCS wcale nie ma tak dużo jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka i proporcje pomiędzy detergentami dobrze się uzupełniają z substancjami nawilżającymi i łagodzącymi podrażnienia. W składzie mamy też masło kakaowe (po konsystencji wnioskuję, że w minimalnej ilości) oraz ekstrakty z marakui i pomarańczy gorzkiej (akurat ekstrakty są zwykle skoncentrowane i nie powinno ich być dużo w składzie). Do tego sól (pewnie w roli zagęstnika), bezpieczne detergenty i składniki kompozycji zapachowej (uważać muszą na nie alergicy).

Żel dobrze się pienił, był przezroczysty i dość gęsty. Zapach to poezja - owocowy, z nutą cierpkości, ale nadal słodki, przypominał egzotyczne owoce w koktajlu i był intensywny. Jeśli lubicie mocne zapachy, do tego długo utrzymujące się na skórze i pianę to może być propozycja dla Was. Żel nie wysusza skóry, choć oczywiście także i nie nawilża. Minusem jest nieprzezroczysta butelka - naprawdę dobra wydajność produktu sprawia, że się do niego przyzwyczajamy, a tu siup i pewnego dnia bez ostrzeżenia się kończy.

naturalny-zel-organicshop

Iceveda, Najbardziej śmierdzące żele pod prysznic


Na koniec ciekawostka - zwykle w moich postach czytacie, że niestraszny mi hydrolat z czystka czy lawendy, że jestem dość odporna na różne zapachy i tolerancyjna dla "naturalnych" nut zapachowych. Odwołuję te słowa, tfu tfu! Po poznaniu tych żeli stwierdziłam, że wszystko to banialuki i bajki dla dzieci! Czystek czy kocanka przy tych aromatycznych potworkach z Icevedy to najpiękniejsze zapachy świata. Ceny wahają się między 7 a nawet 14 zł/280 ml.

Staram się nie hejtować, ale na samo wspomnienie tych produktów przechodzą mnie ciarki, choć ze względów ekonomiczno-ideologicznych zużyłam je do ostatniej kropelki, żeby nie wyrzucać (nie, nikt nie chciał ich ode mnie wziąć).

Dość Wam wiedzieć, że:

  • Iceveda żel fioletowy - jałowiec grenlandzki i olej arganowy, oczyszczający ziołowy żel pod prysznic dla wszystkich typów skóry
Zawiera ekstrakty z jałowca, lilii wodnej, olej arganowy, olejek z trawy cytrynowej, olejek z drzewka herbacianego. Ta kompozycja zapachowa to jakaś pomyłka - zapach wypisz wymaluj ziołowej kostki toaletowej, do tego intensywny tak bardzo, że aż kręci w nosie. Spod prysznica wyskakiwałam w tempie błyskawicy, byle się już tylko wytrzeć i wysmarować czymś innym. Dodam, że zapach jest niezwykle intensywny pod prysznicem i dłuższą chwilę utrzymuje się na skórze. Barwa miodowo-przezroczysta.


  • Iceveda żel turkusowy - brzoza północna i miodla himalajska, relaksujący ziołowy żel pod prysznic dla wszystkich typów skóry

Najdziwniejszy zapach kosmetyku ever. Nie przypomina mi niczego konkretnego, więc trudno go porównać. Wyobraźcie sobie połączenie świeżych liści brzozy, rumianku, lawendy i olejku ylang-ylang, a do tego miodły (olej neem)? To nie mogło po prostu wypalić! To są zupełnie niepasujące do siebie nuty zapachowe, chaos dla nosa, a do tego zaostrzony przez olej neem, który sam w sobie test już "ostry" i kontrowersyjny. 

  • Iceveda żel jasnozielony - płucnica islandzka i amla indyjska, odświeżający ziołowy żel pod prysznic do wszystkich typów skóry

Zawiera ekstrakty z płucnicy islandzkiej, amli indyjskiej, olejki eteryczne z rozmarynu, cytryny i palczatki cytrynowej. To najznośniejszy zapach z tych trzech, ale nie chcę zmylić Waszej czujności - nadal średnio przyjemny. Lubię ziołowe zapachy, im naturalniejsze tym lepiej, ale tutaj po prostu coś "nie gra", jakby podczas tworzenia kompozycji nie sprawdzono jak to wszystko pachnie razem. Do tego zapachy są intensywne, może nawet "podbite" sztuczną kompozycją zapachową.

zele-pod-prysznic-iceveda

Przezroczyste opakowania z pompką to duży plus żeli Iceveda. Dzięki nim wygodnie się ich używa pod prysznicem i zawsze wiemy, ile produktu zostało jeszcze w środku (czytaj: kiedy to się wreszcie skończy??). Etykieta jest trwała, nie zmywa się z czasem. Na szczęście żele średnio się pienią, przez co miałam wymówkę, aby nabierać ich więcej i szybciej zużyć. Z tego też względu były mało wydajne. Nie wysuszały skóry, ale i nie nawilżały. Często swędziały mnie po nich łydki (nie wiem dlaczego akurat nogi, może słabiej się zmywały?).

Skład żelu turkusowego Iceveda: Składniki INCI: Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Azadirachta Indica Seed Oil, Betula Alba Juice*, Lavandula Angustifolia Oil*, Cananga Odorata Flower Oil*, Chamomilla Recutita Flower Water*, Parfum, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Caramel, CI 19140, CI 42090, CI 42051, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Citronellol.
(*) - składniki organiczne pochodzące z upraw ekologicznych

Jak widzicie składy oparte są o mocny SCS i jeszcze kilka innych detergentów. Zagęszczająca formułę sól jest dość wysoko w INCI. Dalej mamy oleje, ekstrakty roślinne, olejki eteryczne, bezpieczne konserwanty. Sporo kompozycji zapachowej i UWAGA syntetyczne barwniki (nie wiem po co w żelu barwniki, jestem na nie, nawet mimo tego, że niektóre z nich są "jakości" spożywczej).

sklad-zel-iceveda

Gdybym miała Wam przedstawić swój subiektywny ranking tych żeli wyglądałby on następująco:

  1. Żele Biolove - bardzo łagodne, nie wysuszały i nie powodowały swędzenia skóry, przyjemnie pachniały (choć bardzo delikatnie i krótko), nie pieniły się. Można je naprawdę tanio kupić w promocjach (tylko w Kontigo).
  2. Żel Organic Shop - za obłędny owocowy zapach, dość delikatną formułę (mimo SCS), pienienie, niską cenę i pompkę. Skuszę się także na inne wersje zapachowe!
  3. Żele Alterra, szczególnie te w wersji kremowej za delikatność, łagodność dla skóry, brak swędzenia, dobrą dostępność (Rossmann), niską cenę i promocje.
  4. I tyle. Żele Iceveda trafiają na listę "do zapomnienia" i nigdy więcej nie spojrzę nawet w stronę tej marki. To moje bardzo subiektywne wrażenia, ale jeśli Wy też nie lubicie mocno ziołowych, dziwnych kompozycji zapachowych nie radzę się nawet do nich zbliżać :D
A Wy jakie żele pod prysznic lubicie? Aktualnie wykończyłam wszystkie te powyższe kosmetyki i stosuję serię marki White Flowers (do kupienia w Rossmannie). Będzie o nich osobny post.
Warsztaty fotograficzne dla blogerek w Warszawie - czy warto?

Warsztaty fotograficzne dla blogerek w Warszawie - czy warto?

Uwielbiam fotografię! Takie wyznanie na początek, bo to ważne, aby lubić to, co się często robi :) Lubię układać kompozycje (oczywiście kiedy mam na to czas i pomysł), kombinować, przekładać i sprawdzać jak uchwycić detal, na którym mi zależy. Dlatego jak tylko Marta (bafavenue.pl) rzuciła hasło "warsztaty fotograficzne" weszłam w to bez zastanowienia! Tym bardziej, że miałam już okazję uczestniczyć w podobnym wydarzeniu i sporo się nauczyłam (m.in. używania siatki w telefonie, dzięki której dużo łatwiej od razu wykadrować zdjęcia na Instagram). I tak pewnej zimnej soboty wylądowałam w najprawdziwszym studiu fotograficznym!


Autor zdjęcia: @ania_smir

Studio fotograficzne MarszalStudio

Z przyjemnością zobaczyłam jak wygląda prawdziwe studio fotograficzne. MarszalStudio jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce miejsc, w którym wykonywane są fotografie produktowe i packshoty (zdjęcia na białym tle). A przecież na swój Instagram robię właśnie zdjęcia produktowe, tyle że stylizowane! Ze studiem współpracuje wiele znanych marek kosmetycznych, m.in.: Make Me Bio, Ministerstwo Dobrego Mydła, Ecocera, La Perla, V.Laboratories, Joanna, Fitomed, ale oczywiście także i marki odzieżowe, żywnościowe itp. Powiem Wam, że z ciekawością rozglądałam się po udostępnionym nam "terenie", podglądałam dodatki do tworzenia kompozycji, oświetlenie i chłonęłam atmosferę. Widać było, że ekipa studia jest ze sobą bardzo zżyta i świetnie się dogaduje :)

Autor zdjęcia: @ania_smir

Warsztaty fotograficzne - teoria

Warsztaty rozpoczęły się wykładem, który poprowadził dla nas Marcin Stańczak (fotograf ślubny). Marcin opowiadał nam głównie o oświetleniu. Najbardziej z tego wykładu zapamiętałam jedno proste, ale jakże genialne zdanie:

---> Fotografia to zabawa światłem <---


To zdanie tak mnie uderzyło i zapadło mi w pamięć, ponieważ jest kwintesencją zabawy aparatem. W końcu robiąc jakiekolwiek zdjęcie próbujemy właśnie uchwycić światło odbite od jakiegoś przedmiotu. Na tym polega wszystko to, co widzimy! Poniżej najważniejsze informacje, abyście Wy również mogli skorzystać:

  1. Doświetlajmy zdjęcia blendą lub białą kartką, a nawet kawałkiem styropianu. Marcin mocno skupił się na tematyce doświetlenia zdjęcia. Jeszcze mam mały kłopot z odpowiednim operowaniem blendą (a właściwie w moim przypadku zwykłą białą kartką z bloku technicznego). Dopiero ćwiczę doświetlenie zdjęć. Warsztaty uświadomiły mi, że odbicie światła jest bardzo korzystne nie tylko dla samej fotografii, która staje się wtedy mniej "płaska", ale także do odpowiedniego wyeksponowania samego przedmiotu, który fotografujemy. Przykładowo łatwiej uchwycić świecący napis, często logo marki, które odbija światło i staje się niewidoczne na zdjęciu. 
  2. Najlepszym źródłem światła jest rozproszone słońce! Marcin dużo mówił też o tym, co już sama zauważyłam czyli o źródle światła. Większość fotografii, które wykonuję staram się robić przy świetle dziennym (słonecznym), które najlepiej oddaje barwy i ciepło. Żeby światło nie było zbyt mocne i nie tworzyło długich, ostrych cieni staram się je lekko przytłumić firanką lub bardzo jasną roletą lub czekam, aż słońce zostanie przysłonięte chmurą. Dzięki temu kontury fotografowanych przedmiotów są bardziej zmiękczone i przyjemniejsze w odbiorze. 
  3. Lampy błyskowej najlepiej nie używać wcale, jeśli potrzebujemy dodatkowego źródła światła można zainwestować w lampy z żarówką. Jeśli mamy w domu mało światła słonecznego możemy posiłkować się lampami. Najlepiej nie korzystać jednak z tzw. lamp błyskowych, dostępnych przy aparatach, ponieważ nie mamy nad nimi żadnej kontroli i często widać potem odbicia i błyski na przedmiotach, zwłaszcza szklanych. Nie wygląda to dobrze. Z pomocą przychodzą lampy - źródła światła stałego. Osobiście posiadam lampę ze statywem i tak zwaną parasolką, ale rzadko z niej korzystam, a jeśli już to głównie zimą. 
  4. Golden Hour trwa tylko chwilę! Wieczorem, tuż przed zachodem słońca, a także chwilę po jego wschodzie mamy kilka minut tzw. złotej godziny. Słońce emituje wtedy piękne, złote światło, w którym wyjątkowo korzystnie wygląda skóra oraz niektóre krajobrazy. Podczas golden hour bardzo ładnie wyglądają sesje fotograficzne modeli, ale i ciekawe, "ciepłe" selfie. Trwa to zwykle ok. 15 - 20 minut, w zależności od pory roku.


Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Pokaz makijażu do idealnego selfie @_wake_up__make_up

Próbowałam milion razy zrobić dobre ujęcie makijażu, więc wiem jak bardzo jest to trudne. Aparat "zjada" kolory, spłyca blendowanie cieni. Na zdjęciu "znika" konturowanie, które na żywo wygląda idealnie. Jeśli więc chcemy, aby makijaż był widoczny na zdjęciu, musimy go odpowiednio wykonać. Oznacza to, że powinien być on dużo mocniejszy i bardziej wyrazisty niż nasz makijaż dzienny. Niekoniecznie w takim makijażu do fotografii wygląda się dobrze na żywo. Przy makijażu do zdjęcia szczególnie ważną kwestią jest odpowiedni podkład, który wygładzi skórę i ujednolici koloryt oraz puder, który nie da efektu wybielenia na fotografii (gołym okiem tego nie zauważymy). Podobnie konturowanie powinno być mocniejsze, nie za zimne (nie chcemy chyba wyglądać jak przebrane na Halloween ;) i nie za ciepłe.  Z rozświetleniem też lepiej nie przesadzać. Jeśli nałożymy rozświetlacz w nieodpowiednim miejscu lub nałożymy go zbyt "szeroko" uzyskamy nieestetyczny efekt błyszczącej skóry, zamiast ładnie podkreślonych kości policzkowych. Poniżej możecie zobaczyć niesamowity makijaż, jaki powstał na naszych oczach. Użyte kosmetyki nie były naturalne, od razu mówię, ale myślę, że raz na jakiś czas można sobie pozwolić bez żadnej szkody dla skóry na takie "odjechane" zdjęcie. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Skóra modelki wyglądała pięknie, świeżo,była ładnie, dziewczęco rozświetlona, gładka. Oczy podkreślone, nie przerysowane. Na żywo wyglądało to jeszcze piękniej! Na zdjęciach widzicie też, że Marcin trzymał blendę od dołu przy twarzy modelki - to wyszczupla szyję i zmiękcza rysy twarzy, szczególnie brody i kości żuchwy. Ten trick warto sobie zapamiętać :)

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: @ania_smir

Annabelle Minerals pokaz makijażu mineralnego @anna.maria.makeup

Markę Annabelle Minerals lubię bardzo. Są to moje pierwsze minerały, jakie kiedykolwiek miałam i używam ich od jakichś czterech lat. Moja kolekcja minerałów jest ogromna ale jej największą część stanowią właśnie kosmetyki M :) Modelką do makijażu mineralnego została Patrycja (malenkabloguje.blogspot.com). Podkład mineralny jest zupełnie innym produktem niż fluid w płynie. Warto wspomnieć, że Annabelle Minerals posiada aż 3 różne formuły podkładów, dzięki którym łatwiej możemy znaleźć produkt dopasowany do rodzaju i oczekiwań naszej skóry.

  • Podkład rozświetlający, którego osobiście nigdy nie miałam w pełnowymiarowym opakowaniu, polecany do cery suchej i normalnej. 
  • Podkład matujący, który jest najlepszy dla osób początkujących oraz do skóry normalnej, tłustej i mieszanej. 
  • Podkład kryjący, który jest dosyć trudny do nakładania, jeżeli się nie ma jeszcze wprawy i który absolutnie odradzam jeżeli nigdy nie miałyście minerałów (sypkich podkładów). 

Osobiście jestem wierną fanką formuły matującej. Zużyłam już kilka słoiczków podkładów AM w różnych odcieniach. Ładnie stapia się ze skórą, nie "ciastkuje" na skórze (jak potocznie mówi się na "warzenie" podkładu czyli zbieranie). Dobrze współpracuje z kilkoma kremami, choć dobranie kremu pod minerały to też jest sztuka.


  • Dobre kremy do cery tłustej i mieszanej pod minerały: naturalne wzmacniające serum Vianek do twarzy (nie to olejowe, tylko w małej buteleczce z pompką jak krem pod oczy z fioletowymi kwiatkami, ok. 25 -35 zł/15 ml), D'Alchemy Krem regulujący na dzień do cery tłustej i mieszanej na hydrolatach (świetny skład, 150 zł/50 ml) oraz Bishojo, Krem wodny nawilżający (ostatnio nigdzie go nie widziałam, może już go nie produkują? skład nie był naturalny, ale wciąż ok, bardzo lekki krem).

Podkład mineralny najlepiej wcierać okrężnymi ruchami pędzlem. Do wyboru mamy trzy rodzaje pędzla AM. Osobiście jestem ogromną fanką pędzla kabuki, który daje najbardziej naturalny efekt. Najtrudniej jest też zrobić sobie nim plamy i smugi na twarzy, a jednocześnie można nałożyć dowolną ilość bardzo cienkich warstw - co jest jak najbardziej wskazane przy podkładach mineralnych. Pamiętajmy też o strzepaniu nadmiaru proszku przed nałożeniem go na skórę, żeby właśnie uniknąć efektu "ciastkowania" i nałożyć wszędzie równomiernie cienką warstwę podkładu.

Dzięki marce miałyśmy okazję poznać nowości czyli rozświetlacze oraz róże z serii Glow.(Dostałyśmy do przetestowania 4 najnowsze produkty, które już miałam okazję kilkukrotnie nosić na skórze i którymi jestem zachwycona! Efekt jest idealny na co dzień. Rozświetlacz wygląda bardzo naturalnie na skórze, współpracuje również z innymi minerałami - próbowałam z Lily Lolo, Amilie oraz Sampure).
Cienie Annabelle Minerals to kolejny temat. Posiadam z 10 różnych odcieni, przy czym najbardziej lubię i najczęściej używam dwóch: odcienia Vanilla (jest też świetny pod oczy do maskowania niewyspania) oraz Candy (brzoskwiniowy róż, pięknie podkreśla tęczówkę oka na co dzień). Cienie mineralne również są proszkiem, który bardzo dobrze nakłada się pędzelkami AM (mam kilka). Generalnie planuję napisać Wam więcej o tej marce, bo bardzo lubię te produkty i czasem pokazuję się Wam na Instagramie w makijażu.

Makijaż Patrycji wyszedł przepięknie. Bardzo świeżo! Cera była rozświetlona, gładka, ujednolicona, policzki delikatnie podkreślone. Z tego co Patrycja mówiła wieczorem make up ten utrzymał się w bardzo dobrym stanie przez wiele godzin, aż do wieczora. Jestem w stanie bez problemu w to uwierzyć, ponieważ u mnie minerały też trzymają się bardzo długo. Jedyne co mi przeszkadza to fakt, że zbierają się przy noskach okularów, jeśli akurat je noszę i trzeba pamiętać o tym, aby raz na jakiś czas delikatnie rozetrzeć te okolice, choćby palcem.

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: @ania_smir
 
Autor zdjęcia: @ania_smir

Ćwiczenie seflie z blendą i lampą pierścieniową

Nie będę ukrywać - nie jestem fanką selfie, więc rzadko możecie mnie oglądać na moim Instagramie czy blogu. Częściej już próbuję zrobić zdjęcie makijażu co - jak wspomniałam - wcale nie jest proste. Posiadam też mały ring na telefon, który ułatwia doświetlenie np. oka, ale poprzez swoją niewielką średnicę jest w stanie oświetlić adekwatnie niewielki obszar skóry. Poza tym ringi zostawiają w źrenicy charakterystyczne kółeczka, które nie zawsze wygląda ładnie (zależy, w którym miejscu to kółeczko się znajdzie już na zdjęciu). Podoba mi się efekt szyi doświetlonej srebrną blendą, którą umieszczamy u dołu. Dzięki odbiciu światła od dołu wyszczuplamy szyję i linię żuchwy, a skóra wygląda na bardziej gładką - kolejny prosty trick do zapamiętania :)

Autor zdjęcia: @ania_smir

Układanie kompozycji do zdjęć na Instagram bafavenue.pl

Organizatorka warsztatów Marta również miała swoje wystąpienie. Opowiadała nam o kompozycji zdjęcia. Marta jest fanką kolorowych, ciekawych teł - tak innych od białego, najczęściej spotykanego tła na Instagramie. Było to inspirujące wystąpienie i odświeżyło, a także wręcz ośmieliło mnie to wypróbowania kolorów jako tła. Marta mocno stawia też na cienie i odpowiednie doświetlenie zdjęć tak, aby fotografowany produkt nie były "płaskie", dwuwymiarowe. Dzięki cieniowi fotografowany np. kosmetyk w okrągłej buteleczce nabiera trzeciego wymiaru i wydaje się bardziej realny. Wygląda też ciekawiej na zdjęciu. Kompozycje Marty są prześliczne, dobrane tematycznie, ale nie zabałaganione (że się tak wyrażę). Widać, że Marta lubi umieszczać fotografowany przedmiot w środku fotografii, tak abyśmy nie mieli wątpliwości co jest głównym tematem zdjęcia. Sama bardzo często tak robię, więc wszystkie rady Marty mocno do mnie trafiły i z przyjemnością próbowałam wprowadzić je w życie w kolejnej części warsztatów, tym razem praktycznej.

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: @ania_smir


Praktyka czyni mistrza! Ćwiczymy fotografie produktowe kosmetyków


Na warsztatach nie zabrakło także części praktycznej, która jest chyba najważniejszym elementem takich spotkań. W końcu to właśnie praktyka, czyli próbowanie różnych kompozycji, układanie tła, zabawa światłem, zestawiania dodatków pod względem kolorystycznym, ale także i faktur buduje nasze doświadczenie. Warsztaty były dla mnie świetną zabawą, a jednocześnie ćwiczeniem umiejętności. Dostałyśmy od sponsorów spotkania całą masę kosmetyków, które mogłyśmy w dowolny sposób fotografować, układając przeróżne kompozycje. Oceńcie sami jak mi poszło i które zdjęcie najbardziej Wam się podobają (cztery zdjęcia na końcu wpisu). 

Najważniejsze, co mogę Wam przekazać po warsztatach, to aby próbować! Znaleźć sobie wolne 2-3h, zebrać w jedno miejsce różnego rodzaju dodatki np.:

  • kolorowe kartki, 
  • papier do pakowania prezentów, 
  • karteczki z cytatami, 
  • biżuterię, 
  • rośliny świeże, suszone i sztuczne, 
  • koszyczki, 
  • drewniane elementy, 
  • szyszki z ogrodu, 
  • ładne okładki zeszytów czy notesów, 
  • ozdobne tace czy talerze, 
  • ręczniczki z różną ciekawą fakturą,
  • sweter z ładnym splotem,
  • wstążki, sznurki, łańcuszki,

czyli to, co sami lubicie na zdjęciach i układanie w dowolny sposób oraz patrzenie "poprzez kadr" w telefonie czy aparacie jak to wszystko wygląda razem. Pamiętajcie, że na zdjęciu wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej niż widzi je nasze oko "na żywo".

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Zostawiam Was poniżej ze sponsorami spotkania, a także moimi ulubionymi zdjęciami z tych warsztatów. Bardzo się cieszę, że miałam okazję wziąć w nich udział. Dziękuję Marcie oraz całej ekipie i sponsorom za zorganizowanie tak świetnego wydarzenia i mam nadzieję, że będę miała okazję wziąć udział w kolejnej edycji. Zgłaszać może się każdy chętny! 

Cieszę się również, że miałam okazję spotkać blogerki i influencerki: Martę (bafavenue.pl), Ewelinę (revelkove-love.pl), Dianę (IG @naturale.blog), Patrycję (malenkabloguje.blogspot.com), Olę (IG @ja_ola), Sylwię (czokomorena.pl), Sabinę (okiemmarzycielki.pl), Małgosię (blondhairaffair.pl), Magdę (racjapielęgnacja.pl), Ulę (recenzje-kosmetyczneuli.blogspot.com), Weronikę (IG @malinaila).
Bawiłam się świetnie! To była bardzo inspirująca i pozytywna sobota. Jeśli będziecie miały okazję koniecznie bierzcie udział w warsztatach fotograficznych. Nawet się nie zastanawiajcie czy warto. Warto! :)

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Sponsorzy warsztatów

Obiektów o fotografowania oraz poznania dostarczyli nam: Wydawnictwo Helion, Annabelle Minerals, Tołpa, Vita Liberata, Nuev, Sampure Minerals, Jardin, O!Figa i L'biotica.

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Śmiało piszcie w komentarzach, czy któraś z powyższych kompozycji przypadła Wam do gustu. Czy Wy też tak lubicie robić zdjęcia jak ja? Może mieliście okazję uczestniczyć już w podobnych warsztatach?
Made by Natures, recenzja Balsamu do demakijażu / nowe kosmetyki naturalne

Made by Natures, recenzja Balsamu do demakijażu / nowe kosmetyki naturalne

Kosmetyki naturalne Made by Natures

Nowe marki kosmetyków naturalnych zawsze mnie ciekawią. Lubię być na bieżąco :) Gdy tylko usłyszałam o Made by Natures wiedziałam, że chcę sprawdzić działanie tych kosmetyków na sobie, tym bardziej, że składy są faktycznie ładne, nie za długie, a półprodukty dobrane pod konkretne wymagania skóry. Formuły nie są skomplikowane - tak naprawdę większość można zrobić samemu w domu. Doskonale jednak wiem, że nie każdy ma na to czas i nie każdy to lubi, a poza tym gotowe kosmetyki nie są wcale drogie. Dzisiaj zapraszam na recenzję balsamu do demakijażu na bazie masła shea oraz masła mango.


kosmetyki-naturalne

Made by Natures, Balsam do demakijażu do cery problematycznej


Ostatnio króluje u mnie demakijaż olejami i balsamami, ponieważ jest bardzo skuteczny. Takie produkty rozpuszczają nawet produkty silikonowe i wodoodporne, nie mówiąc o moim zwykłym dziennym makijażu kosmetykami naturalnymi. Sam masaż olejkiem dodatkowo relaksuje, a poza tym nie naciąga i nie podrażnia skóry. Nie trzeba także używać płatków kosmetycznych, więc taki demakijaż jest idealny dla ruchu #zerowaste (dodajmy do tego jeszcze szklany słoiczek). W moim przypadku balsam czy olejek zwykle nie podrażnia także oczu - ale to już kwestia bardzo indywidualna. Na zużycie balsamu mamy 12 miesięcy od daty produkcji, która znajduje się na spodzie słoiczka - produkty nie są dodatkowo zakonserwowane, ale też nie zawierają wody, w której głównie rozwijają się bakterie.

Zobacz też:

recenzja-oczyszczanie-twarzy

Analiza składu balsamu do demakijażu


Bazą balsamu do demakijażu Made by Natures są dwa masła: nierafinowane shea oraz masło mango (tu już nie mamy informacji, więc prawdopodobnie jest rafinowane) - oba dobrze znam jako półprodukty. Nierafinowane masło shea jest twarde i w formułach może tworzyć skupiska (niewielkie grudki), natomiast masło mango jest miękkie, plastyczne i bardzo szybko topnieje pod wpływem temperatury ciała (jest to jedno z moich ulubionych "surowych" maseł do ciała, obok babassu). Dla "zmiękczenia" maseł, a zarazem dodania masie delikatności i dodatkowych właściwości producent dorzucił:
  • olej z pestek winogron (jeden z najlżejszych olejów, bogaty w wit. E, nie pozostawia tłustej warstwy na skórze, wygładza skórę i działa przeciwzapalnie, komedogenność =1 /w skali 0-5/),
  • olej rycynowy (komedogenność =1, najczęściej używany do mieszanek do demakijażu olej, bardzo tani, dobrze oczyszcza pory, wspiera odbudowę komórek)
  • olej laurowy (znany z właściwości przeciwtrądzikowych, łagodzi stany zapalne, działa antyseptycznie oraz antygrzybiczo, posiada ostry, gorzki zapach i ciemnozielony kolor / UWAGA na cery naczyniowe, ponieważ przyspiesza krążenie i rozszerza naczynka krwionośne)
  • olej z czarnuszki (komedogenność= 1, bogaty w antyoksydanty, łagodzi stany zapalne i przyspiesza ich gojenie, wzmacnia i ujędrnia skórę, polecany do cer trądzikowych i problematycznych, również ma bardzo charakterystyczny, mocny zapach)
  • olej tamanu (kmedogenność=2, pachnie podobnie do przyprawy maggi, dość intensywnie, polecany do leczenia blizn i ich rozjaśnienia, działa przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie, dlatego często polecany jest do cery problematycznej)
  • olejki eteryczne (rozmarynowy i geraniowy, nadają balsamowi świeżego, naturalnego zapachu, a jednocześnie rozmarynowy działa aromaterapeutycznie rozluźniająco, a na skórę antybakterynie, natomiast geraniowy działa ściągająco, przeciwwirusowo i pomaga regulować nadmierne wydzielanie sebum / UWAGA na cery wrażliwe i alergiczne, olejki eteryczne mogą podrażniać, niektórych uczulają).

oczyszczanie-balsamem-demakijaz

Skład (INCI): Butyrospermum Parkii Butter (nierafinowane masło shea), Mangifera Indica Seed Butter (masło mango), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Ricinus Communis Seed Oil (olej rycynowy), Laurus Nobilis Fruit Oil (olej laurowy), Nigella Sativa Seed Oil (olej z czarnuszki), Calophyllum Inophyllym Seed Oil (olej tamanu), Rosmarinus Officinalis Leaf Oil (olejek eteryczny rozmarynowy), Pelargonium Graveolens Flower Oil (olejek eteryczny geraniowy), Geraniol, Linalool, Limonene, Citral, Citronellol (zgodnie z prawem wymienione alergeny, naturalne składniki olejków eterycznych).

sklad-balsamu

Recenzja Balsamu do demakijażu Made by Natures


Balsam do demakijażu cery problematycznej Made by Natures znajduje się w słoiczku z ciemnego szkła o wadze 50 g i kosztuje 25 zł (swój dostałam do przetestowania od marki, a kupić je można na stronie www.madebynatures.pl). Jest to produkt ultra wydajny, ponieważ niewielka ilość po rozpuszczeniu pod wpływem ciepła dłoni wystarcza na wymasowanie całej twarzy, a nawet szyi i dekoltu. Ilość, jaka potrzebna jest do jednorazowego zabiegu musicie wyczuć sami - mnie wystarcza połowa tego co jest na zdjęciu niżej. Balsamu używam od jakichś trzech miesięcy i pomimo stosowania go co drugi dzień wciąż została 1/3 słoiczka! Produkt posiada średnio intensywny zapach, według mnie przyjemny (i to pomimo zawartości praktycznie samych silnie pachnących olei, które w zestawieniu ze sobą solo mogłyby być kontrowersyjne i dla niewielu osób znośne). Najbardziej wyczuwam odrobinę oleju laurowego i olejki eteryczne, a całość nie jest mocna - taka w sam raz (pamiętajcie jednak, że jestem ogromną fanką olejków eterycznych w pielęgnacji i nie mam na nie uczulenia). Konsystencja pod palcami jest miękka i plastyczna, zupełnie inna niż twarde, surowe masło shea. Łatwo nabrać balsam dłonią lub szpatułką, w zależności jak wolicie. Barwę ma w pełni naturalną, lekko zielonkawą (od oleju laurowego). Szybko się rozpuszcza w dłoniach do postaci płynnego olejku.


Zobacz też:

demakijaz-cera-problematyczna

Naturalny demakijaż balsamem na bazie masła shea


Kosmetyku najchętniej używam pod prysznicem, podobnie jak olejków płynnych, żeli czy pianek - przy okazji mycia całego ciała wieczorem. Stosuję go raz dziennie, przed pójściem spać, do wieczornego, porządnego oczyszczania. Najpierw rozpuszczam balsam w dłoniach, a następnie delikatnie, okrężnymi ruchami masuję skórę twarzy, szyi oraz oczy (u mnie nie powoduje podrażnienia czy pieczenia). Czasem stosuję go na sucho, a czasem na skórę już zwilżoną wodą - nie widzę najmniejszej różnicy w działaniu. Balsam do demakijażu nie zawiera emulgatora, więc nie uda się go zmyć samą wodą. U mnie jest pierwszym etapem oczyszczania skóry twarzy z makijażu oraz innych zanieczyszczeń miejskich, a zmywam go pianką lub żelem, które radzą sobie z tym świetnie. Balsam sam w sobie jest oczywiście produktem tłustym, ale nie aż tak bardzo jak balsam Czarszki (mam porównanie do wersji regulującej z olejkiem z drzewa herbacianego) i lepiej się zmywa, nie zostawiając "mgły" na oczach. Skóra po oczyszczeniu wygląda świetnie, jest gładka, miękka, nie przesuszona, a przy tym dokładnie umyta (sprawdzałam kilkukrotnie, domywa wszystko łącznie z silikonowymi podkładami, wodoodpornym eyelinerem). Balsamu można używać także do OCM i usuwać resztki ciepłym ręcznikiem (osobiście nie lubię tej metody, wolę żel).

Nie zauważyłam, aby "zapychał" czy w jakikolwiek sposób podrażniał moją tłustą cerę. Przy regularnym stosowaniu stan skóry lekko się poprawił - lekko, ponieważ sam w sobie nie jest zły. Największą różnicę widzę przed tzw. "tymi dniami", kiedy ze względów hormonalnych zdarza się, że pojawiają się wypryski - balsam przyspiesza ich gojenie i powrót do gładkiej cery, chociaż oczywiście stosuję także inne produkty. Cera na przełomie zimy i wiosny nie przesuszała mi się tak mocno jak potrafiła w poprzednich latach (skóra tłusta również może się przesuszać pod wpływem np. suchego powietrza z kaloryferów). Przy cerze typowo trądzikowej, z wieloma otwartymi rankami, byłabym ostrożna, ponieważ taka skóra różnie reaguje np. na masło shea i inne oleje (oraz oczywiście olejki eteryczne), trzeba by indywidualnie sprawdzać jego działanie. Natomiast przy typowym przetłuszczaniu i sporadycznych niedoskonałościach balsam powinien działać idealnie. Myślę, że równie dobrze może się spisać przy oczyszczaniu cery suchej czy normalnej, ze skłonnościami do wyprysków. Przy mocno naczynkowej raczej odradzam ze względu na olej laurowy.

konsystencja-balsamu-myjacego

Podsumowując jest to fajny, naturalny balsam do demakijażu, który idealnie spełnia swoją podstawową funkcję - dokładnie i delikatnie oczyszcza skórę z make upu oraz innych zanieczyszczeń. Zapakowany w szklany słoiczek, niedrogi (25 zł) i bardzo wydajny produkt z niewielkiej, polskiej manufaktury (wykonany ręcznie). Dla mnie bomba!

O widocznym na niektórych zdjęciach niebieskim peelingu do ciała napiszę Wam już wkrótce. Jesteście ciekawe? Lubicie demakijaż takimi balsamami czy wolicie inne sposoby?