White Flowers, Kosmetyki naturalne do pielęgnacji ciała z Rossmanna

Naturalne kosmetyki z Rossmanna

Rossmann jest największą siecią drogerii na terenie Polski, więc nic dziwnego, że często pytacie co warto w niej kupić. Czy znacie polską markę kosmetyków z błotem i solą znad Morza Martwego White Flowers? Kosmetyki bardzo aktywne, z minerałami wpływającymi na stan skóry przy dłuższym stosowaniu. Najcenniejsze, od wieków znane właściwości kosmetyczne i terapeutyczne błota, soli i wody z Morza Martwego przeniesione w przyjemnej formie do naszych łazienek (nie wiem dlaczego, ale lubię pisać takie rzeczy :D). Produkty bogate w minerały i pierwiastki np.: magnez, potas, wapń, żelazo, mangan, bromki, siarczany, węglany i wiele innych. Przy regularnym użyciu nie tylko nie podrażniają wrażliwej skóry ciała (sprawdziłam!), a nawet twarzy (tu raczej sporadycznie, np. na wakacjach), ale i potrafią wpłynąć na jej stan oraz wzmocnić naturalną odporność na czynniki zewnętrzne. Przekonałam się o tym sama... na własnej skórze! Skórze, którą wiele myjadeł podrażnia, która jest podatna na swędzenie (SLS, SLES a nawet naturalny SCS doprowadzają mnie do szału!).


naturalne-kosmetyki-rossmann

White Flowers, Naturalny żel pod prysznic

W plastikowej, przezroczystej tubie znajdziemy beżowy żel pod prysznic. Zapach kwiatowy, dość intensywny, umila prysznic i przez dłuższą chwilę utrzymuje się na skórze. Plus jest też taki, że całe pomieszczenie po kąpieli pachnie kwiatowo, więc nie mogę powiedzieć, że zapach jest słaby. Minusem może być natomiast konsystencja, która jest rzadka, dużo rzadsza niż większość tego typu produktów. Trzeba nauczyć się ostrożnego dozowania. Początkowo mnie to irytowało, jednak po kilku użyciach już nie, szczególnie, że po kąpieli nie swędzi skóra, a to dla mnie najważniejsze! Konsystencja może też wpływać na wydajność, szczególnie, że żel słabo się pieni ze względu na użyty bardzo łagodny dla skóry, biodegradowalny detergent z kokosa. Osobiście zupełnie mi to nie przeszkadza - "konieczność" gęstej piany pod prysznicem wmówiły nam reklamy, tymczasem produkty bez niej w zupełności myją skórę! Żel White Flowers ma jeszcze jedną, niebagatelną zaletę - skóra po umyciu nie jest wysuszona, nawet na moich suchych łydkach się nie łuszczy i nie wymaga szybkiego balsamowania. Do tej pory zużyłam już 2 całe opakowania tego żelu i na pewno kupię jeszcze nie raz. W Rossmannie kosztuje ok. 17 zł/250 ml (często jest w promocji). 

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside (bardzo łagodny detergent z kokosa), Maris Limus (100% błota z Morza Martwego), Glycerine (nawilża), Cocamidopropyl Betaine (detergent z kokosa, może przesuszać wrażliwą skórę), Algae Extract (wyciąg z alg, nawilża, koi i odżywia), Parfum (kompozycja zapachowa), Potassium Cocoate (emulgator z kokosa), Xanthan Gum (naturalny zagęstnik), Citric Acid (kwas cytrynowy, regulator pH), Benzyl Alcohol (naturalny konserwant i składnik kompozycji zapachowej o aromacie jaśminu, zdarza się, że uczula), Potassium Sorbate, Sodium Benzoate (dwa konserwanty dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych).

kosmetyki-white-flowers

White Flowers, Naturalny peeling myjący pod prysznic

Peeling myjący to produkt 2w1 - mamy tu żel oczyszczający z drobinkami, dającymi efekt peelingu mechanicznego. Konsystencja również jest rzadka, a całość praktycznie się nie pieni. Kolor beżowy (błotko), tylko ciemniejszy niż żelu ze względu na zawartość naprawdę licznych drobinek (puder z pestek oliwek). Drobinek jest dużo, ale są niewielkie, przez co dokładnie oczyszczają skórę, delikatnie ją tylko "drapiąc". Peeling pozostawia skórę miękką, gładką i pachnącą. Zapach jest również kwiatowy, ale z trochę inną nutą niż żel pod prysznic. Produktu używałam co kilka dni po prostu jako peelingu, z tym, że nie trzeba przedtem myć skóry samym żelem, co przyspiesza wieczorny prysznic. Drobinek jest tak dużo, że po użyciu peelingu myjącego trzeba naprawdę dobrze spłukać wannę, inaczej wszędzie zostaje "piasek". Nie przeszkadza mi to jakoś mocno, ponieważ łatwo i szybko się usuwają, a ja i tak wannę spłukuję regularnie. Przed użyciem warto butelką porządnie wstrząsnąć! Minusem może być też plastikowe opakowanie (PET). Kosztuje ok. 17 zł/250 ml.

Skład: Aqua (woda), Olea Europea Seed Powder (puder z pestek oliwek, drobinki, peeling mechaniczny), Coco-Glucoside (delikatny detergent z kokosa), Maris Limus (100% błoto z Morza Martwego), Gliceryna (nawilża, pomaga zatrzymać wodę w skórze), Cocamidopropyl Betaine (delikatny detergent), Sodium Cocoyl Glutamate (naturalna substancja myjąca), Disodium Cocoyl Glutamate (delikatna substancja myjąca), Glyceryl Oleate (naturalny emulgator z oliwy z oliwek), Parfum (kompozycja zapachowa), Xanthan Gum (zagęstnik), Citric Acid (kwasek cytrynowy, regulator pH), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate (konserwanty dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych).

White Flowers, Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego do ciała

Gęsty peeling w brązowym kolorze, z licznymi solnymi drobinkami. Opakowanie plastikowe, pod zakrętką znajduje się dodatkowe zabezpieczenie w postaci sreberka. Sól nie rozpuszcza się zbyt szybko, więc spokojnie możemy pomasować skórę dłużej, aby uzyskać lepszy efekt wygładzenia i dać czas minerałom na działanie. Niestety nie jest zbyt wydajny, u mnie opakowanie 300 g wystarczyło na jakieś 5-6 zabiegów (3 tygodnie, ale używałam go do masażu całych nóg, pośladków, brzucha i rąk aż do ramion). Zawartość błota z Morza Martwego objawia się też w zapachu - pewnie nie wszystkim się to spodoba, ale mnie jakoś bardzo nie odstrasza, tym bardziej, że działanie jest świetne! Zaznaczę również, że peeling solno-błotny White Flowers to konkretny zdzierak, gdzie drobinki są mocno wyczuwalne, przez co otrzymujemy efekt energicznego, pobudzającego krążenie masażu skóry! Jest to idealny produkt do pielęgnacji ud, pośladków i ewentualnie brzucha, gdzie chcemy troszkę pobudzić tkankę tłuszczową i poprawić ukrwienie. Jednocześnie zawartość olei roślinnych (m.in. kokosowego, z pestek winogron, arganowego) wspiera pielęgnację skórę, nie dopuszczając do jej przesuszenia przez sól. Po zmyciu drobinek wodą na skórze wyczuwalna jest bardzo delikatna, otulająca otoczka - nie mająca nic wspólnego z ciężką, tłustą warstwą, jak można by się spodziewać. Spokojnie można zrezygnować z balsamu lub wręcz przeciwnie - nałożyć coś "antycellulitowego" lub po prostu nawilżającego, ale konieczności nie ma. Kosztuje ok. 15 zł/300 ml.

Skład: Maris Sal (sól z Morza Martwego), Sodium Chloride (sól), Maris Limus (błoto z Morza Martwego), Maris Aqua (woda morska), Cocos Nucifera (Coconuit) Oil (olej kokosowy), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Cocamidopropyl Betaine (detergent z kokosa, może wysuszać), Glycerin (gliceryna, nawilża), Tocopheryl Acetate (wit. E, uelastycznia skórę, chroni oleje przed jełczeniem), Benzyl Alcohol (konserwant), Benzoic Acid (konserwant), Citrus Sinensis (oleje z pomarańczy), Syzygium Aromaticum (olejek goździkowy), Eugenol, D-Limonene, Linalol (składniki naturalnych olejków, mogące uczulać).

kosmetyki-naturalne-white-flowers

White Flowers, Błoto z Morza Martwego

Czyste, 100% błoto z Morza Martwego. Dla tego błota właśnie wielu turystów jeździ nad najbardziej zasolone morze świata - słynie w końcu z właściwości oczyszczających i zawartości minerałów. Nad brzegiem morza ludzie rozsmarowują błoto dosłownie wszędzie - od stóp, przez całe ciało, a nawet twarz i włosy (info od koleżanki z pracy, która osobiście była, widziała i też smarowała :D). Błotko ma podobno także właściwości lecznicze, polecane szczególnie przy łojotoku, łuszczycy, AZS, trądziku, stanach zapalnych, alergiach skórnych, chorobach stawów. W Polsce możemy je bez problemu kupić... w Rossmannie. Plastikowy słoiczek, dodatkowo zabezpieczony sreberkiem kosztuje 28 zł/500 g. Wydajność zależy od tego na jakie części ciała chcecie je nakładać - na całe dosłownie ciało wystarczy raptem na kilka użyć. Z kolei na najbardziej newralgiczne miejsca tzn. uda, pośladki, kolana i maseczkę na twarz - na wiele dłużej. Należy pamiętać, że od otwarcia mamy aż 9 miesięcy na zużycie produktu, ale raczej nie czekajmy aż tyle.
Przed użyciem błotka należy je dokładnie wymieszać, ponieważ u góry zbiera się woda morska - to jest całkowicie naturalne zjawisko. Błotko mieszam drewnianą szpatułką do uzyskania jednorodnej konsystencji i koloru. Konsystencja po wymieszaniu jest wystarczająco gęsta, aby dobrze trzymać się skóry i nie spływać. Podejrzewam, że zastanawiacie się "jak niby nałożyć to na ciało?" - ja też się zastanawiałam :D Mamy co najmniej dwie możliwości, z czego moją ulubioną jest po prostu leżenie... w suchej wannie (bez wody). Rozsmarowuję błoto na skórze całego ciała i po prostu leniuchuje w wannie, nie musząc się martwić, że coś pobrudzę. Drugi sposób nada się tylko, gdy chcemy nałożyć błoto na konkretne części ciała np. uda - smarujemy i owijamy folią spożywczą. Jeśli stosujemy błoto na twarz jako maseczkę oczyszczająco-detoksykującą, dostarczającą minerałów nie musimy się przejmować - można w niej spokojnie chodzić, choć dla pewności można na błotko nałożyć "suchy mask sheet" (do kupienia w formie tabletek na AliExpress lub Hebe), zwilżony zwykłą wodą.
Po nałożeniu błota na ciało nie czuję żadnych atrakcji, natomiast na skórze twarzy czuję jednak delikatne mrowienie, które po kilku minutach znika. Dlatego warto zrobić próbę uczuleniową i sprawdzić jak skóra zareaguje. Błotko naprawdę bardzo dobrze oczyszcza skórę, pozostawiając ją gładką, z przymkniętymi ładnie porami, przyjemną w dotyku, miękką, chociaż troszeczkę wysuszoną (po zabiegu cera zdecydowanie wymaga nawilżenia). Producent na opakowaniu podaje, że błoto można pozostawić do całkowitego zaschnięcia, ale wtedy jest bardzo trudno je zmyć. Dlatego ja troszkę traktuję je jak glinkę i staram się co jakiś czas delikatnie spryskać twarz wodą. Dzięki temu zabiegowi łatwiej zmyć maseczkę, a jednocześnie zmniejsza się szansa na podrażnienie. Kiedy błotko stosuję na całe ciało po zabiegu biorę zwyczajnie letni prysznic z delikatnym żelem lub spłukuję ciało samą wodą. Jest to czyste błoto bez dodatków, wobec czego nie tylko wygląda jak błoto, ale tak też pachnie :) Kosztuje ok. 28 zł/500 g.

Skład: „Maris Limus” (100% błoto z Morza Martwego) (100% błoto z Morza Martwego).

bloto-z-morza-martwego

White Flowers, Naturalne mydło solankowe z Morza Martwego

Ultra wydajne i delikatne mydło w płynie. Skład jest dosyć łagodny, zawiera m.in. wodę z Morza Martwego,  nawilżającą glicerynę, Potassium Cocoate - delikatny środek myjący z kokosa. Zaskakująca jest kompozycja zapachowa, która jest dosyć egzotyczna - kojarzy mi się z jakimiś wschodnimi perfumami, krótko mówiąc, jest orientalna. Musiałam do niej przywyknąć, bo nie wiedzieć dlaczego początkowo zupełnie zapach mi nie pasował do tego mydła :D Produkt jest niesamowicie wydajny, choć zaznaczę, że mydło używałam tylko do mycia rąk, co robię często (za często nawet, moja skóra trochę na tym cierpi, ale nie umiem inaczej). Niby "tylko" 300 ml wystarczyło na kilka tygodni codziennego używania przez dwie osoby, co jest bardzo dobrym wynikiem! Konsystencja w sam raz, niezbyt rzadka i nie za gęsta. Kolor biały i z perłowym połyskiem (mika). Potrafi zasychać na wylocie pompki, przez co czasem "pluje", najlepiej usuwać te "farfocle" przed użyciem.  Największym plusem mydełka jest to, że zupełnie nie wysusza skóry, a to jest bardzo ważne kiedy się często myje dłonie. Pozostawia skórę dokładnie oczyszczoną, egzotycznie pachnącą, miłą w dotyku. Kosztuje niewiele, w zapasie mam już kolejną sztukę! Kosztuje ok. 13 zł/300 ml.

Skład: Aqua (woda), Potassium Cocoate (łagodny detergent z kokosa), Glycerin (gliceryna, nawilża), Maris Aqua (woda morska), Hydroxypropyl Methylcellulose (pochodna celulozy, zagęstnik), Parfum (kompozycja zapachowa), Eugenol, Limonene, Linalool, Lilial, Hexylcinnamaldehyde, Coumarin (składniki kompozycji zapachowej, naturalne i syntetyczne, potencjalne alergeny), Mica (naturalny minerał, nadaje mydełku perłowej barwy), CI 77891 (biały barwnik, dwutlenek tytanu, chroni przed promieniami UVA i UVB), Tin Oxide (tlenek cyny, naturalny barwnik, perłowy pigment, chroni przed promieniami UV).


White Flowers, Mydło błotno-solne w kostce z Morza Martwego

Mydełko w kostce, którym można, według producenta, myć całe ciało, a nawet twarz, również z cerą wrażliwą i problematyczną. Osobiście nie myłam nim nigdy twarzy (ze względu na wyższe pH), więc w tym temacie się nie wypowiem. Popytałam o nie trochę i okazuje się, że sporo osób używa go właśnie głównie do twarzy, nawet mężczyźni! Przeciwników mydeł w kostce jest tyle samo co zwolenników, więc pozostawiam decyzję każdemu z Was z osobna - najlepiej wiecie co Wam służy, a co nie. Skład podobny do "prawdziwego" szarego mydła, naturalny, ale z kompozycją zapachową, pH zasadowe.
Mydło kupimy w kartoniku. Wewnątrz znajdziemy ciemno szarą kostkę o delikatnym zapachu, nieco męskim, orzeźwiającym. Mydło jest twarde, nie rozmięka, ale potrafi pękać. Całkiem dobrze się pieni. Dzięki zawartości drobinek soli można nim wykonać także peeling. Jest bardzo wydajne dzięki konsystencji. Pozostawia skórę dobrze oczyszczoną, delikatnie pachnącą, jednak potrafi troszkę ją ściągnąć - balsam wskazany, ale nie na zasadzie "teraz natychmiast, bo oszaleję". Potrafi też brudzić mydelniczkę lub wannę. Niemniej jeśli szukacie naturalnej, łatwo dostępnej i w dodatku taniej kostki do mycia - warto spróbować. U mnie najlepiej sprawdza się do rąk lub ciała, ponieważ dzięki drobinkom soli dodatkowo wygładza skórę. Kosztuje ok. 8 zł/100 g.

Skład: Sodium Palmate (detergent z oleju palmowego, o zasadowym pH, może podrażniać oczy), Sodium Kernelate (naturalne sole stosowane w mydłach, dzięki którym kostka ma gładszą konsystencję i łatwiej się jej używa), Aqua (woda), Maris Limus (błoto z Morza Martwego), Glycerin (nawilża), Parfum (kompozycja zapachowa), Eugenol, Limonene, Linalool, Lilial, Hexylcinnamaldehyde, Coumarin (wszystkie to potencjalne alergeny z kompozycji zapachowej, pochodzenia naturalnego lub syntetycznego), Sodium Chloride (sól), CI 77268:1 (naturalny czarny barwnik).

kosmetyki-white-flowers

White Flowers, Sól do kąpieli z Morza Martwego

Sól z Morza Martwego 100%, wysoko zmineralizowana, bezzapachowa, w saszetce 500 g. Soli używałam do kąpieli i domowego SPA, wsypując ją do wanny wraz z ulubionymi olejkami eterycznymi (działanie aromaterapeutyczne). Sól przyjemnie zmiękcza skórę i sprawia, że jest lepiej odżywiona. Podobno regularnie stosowana pomaga ujędrnić i wygładzić ciało, przynajmniej takie zabiegi proponują różne ośrodki profesjonalnego SPA :) Podobno też odstresowuje, pomaga się zrelaksować i wyciszyć (trudno mi to ocenić, bo podobną funkcję pełnią dla mnie olejki eteryczne). Wydajność zależy od częstotliwości stosowania - na jedną kąpiel w wannie, według producenta, powinny wystarczyć 2-3 łyżki soli, temperatura wody ok. 38 stopni. Zalecana długość kąpieli to ok. 30 min. Osobiście soli dodawałam zdecydowanie więcej, nawet 2 garści (mam dużą wannę!), a mimo to opakowanie wystarczyło mi na całkiem długo. Drobinki soli są duże, nieregularne. Na jej bazie można zrobić ładny prezent DIY - wystarczy dodać suszone płatki kwiatów np. lawendy, nagietka, odrobinę olejków eterycznych i zamknąć w ozdobnym słoju. Kosztuje ok. 13 zł/500 g.

Skład: Maris Sal (100% sól z Morza Martwego). 93-97% Carnallite KCl.MgCl2.6H2O - wysoko zmineralizowana sól karnalitowa, o wysokiej zawartości potasu i magnezu, 3-7% NaCl). Skład przebadany na Wydziale Farmaceutycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Sól do stóp z Morza Martwego z dodatkiem oleju z czarnuszki i jojoba 

Sól wysoko zmineralizowana o niesamowicie przyjemnym, bardzo rześkim i odświeżającym zapachu.  Dzięki zawartości naturalnych olejków eterycznych (z drzewa herbacianego, trawy cytrynowej i miętowy), a także charakterystycznego zapachu oleju z czarnuszki i oleju jojoba świetnie odświeża stopy i nadaje im przyjemny zapach. Sól sprawia, że gruba skóra stóp jest bardziej odporna na bakterie i grzyby, zmniejsza nadmierną potliwość, a także pomaga w walce ze zrogowaceniami oraz pękającymi piętami. Opakowanie o wadze 500 g trzeba zużyć w ciągu trzech miesięcy, a sól jest bardzo wydajna, więc nie ma co jej sobie żałować. Zdarzało mi się także dodawać ją do kąpieli całego ciała, szczególnie w upały, bo fajnie ochładza skórę. Trzeba wtedy koniecznie pamiętać, żeby nie nasypać jej do wanny za dużo (2 łyżki max.), by nie podrażnić wrażliwszej skóry (rezygnuję już wtedy z dodatku olejków eterycznych!). Sól szybko się rozpuszcza w ciepłej wodzie, nie wysusza i nie ściąga skóry. Świetny zabieg przed pedicure. Kosztuje ok. 14 zł/500 g.

Skład: Maris Sal (100% sól z Morza Martwego), Nigella Sativa Seed Oil (olej z czarnuszki), Cocamidopropyl Betaine (detergent z kokosa, może przesuszać skórę wrażliwą), Cymbopogon Schoenanthus Oil (eteryczny olejek z trawy cytrynowej), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil (eteryczny olejek z drzewa herbacianego), Mentha Piperita (Peppermint) Oil (eteryczny olejek miętowy), D-Limonene, Linalool, Geraniol, Citral (naturalne składniki kompozycji zapachowej, potencjalne alergeny).

ulubiency-white-flowers

Wszystkie kosmetyki dostałam od producenta, który był sponsorem spotkania dla blogerek naturalnych Nature of Woman (organizuję je wspólnie ze Stazyjką). Od tego czasu niektóre kosmetyki kupiłam ponownie już sama, aby mieć je w zapasie, bo tak je polubiłam.

Widocznego na zdjęciach Savon Noir czyli naturalnego czarnego mydła z oliwek nie używałam. Lubię mydła z oliwek, jednak obecnie stosuję je rzadko, co przy absurdalnej wydajności tego typu produktów sprawiło, że przeznaczyłam je do wygrania w konkursie (już się skończył). Mam nadzieję, że zwyciężczyni jest z niego zadowolona :) Jeśli chcecie poczytać o czarnych mydłach zapraszam do kliknięcia linku poniżej:



Gdybym miała podsumować kosmetyki marki White Flowers powiedziałabym tak: wypróbujcie! Nie są wcale drogie, mają naturalne składy (nie mam tylko pewności co do kompozycji zapachowej niektórych produktów) i są łatwo dostępne (Rossmann). Często widzę je też w promocji. Moimi ulubieńcami zostały solankowe mydło w płynie oraz żel i peeling myjący do ciała - świetne, niewysuszające produkty, po których nie swędzi mnie skóra! Podobnie sól z Morza Martwego zostanie ze mną na dłużej jako bardzo uniwersalny produkt, który może być bazą niejednego domowego SPA.

Znacie kosmetyki White Flowers? "Rzuciły" się Wam już w oczy w Rossmannie?

HITY BLOGEREK! Najlepsze akcesoria i gadżety do pielęgnacji

Akcesoria i gadżety przydatne w pielęgnacji


Najczęściej rozmawiamy tutaj o kosmetykach i sposobach pielęgnacji, ale warto poruszyć jeszcze inny wątek - akcesoriów. Obecnie producenci prześcigają się w tworzeniu coraz to nowych gadżetów, które mają nam pomóc w codziennej pielęgnacji, ale także ją uskutecznić lub uprzyjemnić. Śmieszna opaska z uszami, która pomaga przytrzymać włosy podczas nakładania maseczki? Proszę bardzo! Rollery, gąbki konjac, szczoteczki soniczne, pędzle, grzebyki, kamienie peelingujące, rękawice... Uff, ile tego jest! Które gadżety są jednak najlepsze i najskuteczniejsze w codziennej pielęgnacji? A może któreś są niezbędne?


hity-blogerek-gadzety

Skompresowanie maseczki w płachcie z Aliexpress


Agnieszka z bloga KosmetycznyFronesis:
Ja i akcesoria.. to związki, które najczęściej są totalnymi niewypałami.. nieważne jak pięknie wyglądają i jak bardzo są skuteczne. Być może jestem zbyt leniwa, a z pamięcią też u mnie najlepiej nie jest. Jest jednak coś, czemu jestem nieustannie wierna i każda fanka maseczek w płachcie powinna mieć je w zapasie. Mowa o skompresowanych maseczkach.

Większość z nas lubi gotowe maseczki w płachcie.. ja też! Jednak często za te lepsze trzeba zapłacić około 10 zł, a skompresowane mogą kosztować nawet 0,50 gr.
Dodatkowo z pewnością sama zauważyłaś, że w opakowaniu po gotowej maseczce zostaje często sporo esencji. Zazwyczaj aplikuje się ją na skórę po zdjęciu maseczki. Ja wykorzystuję je wtórnie jako drugą maseczkę! Zanurzam w wodzie bawełnianą maseczkę skompresowaną, odciskam z nadmiaru wody i nasączam esencją, która mi pozostała. Oczywiście trzymam się zasady, aby wykorzystać esencję nie później niż następnego dnia.

Dodatkowo takie „puste” płaty masek mogę nasączać czym chcę. Najczęściej jako bazę stosuję popularny tonik hibiskusowy Sylveco, który dzięki swojej gęstości na dłużej podtrzymuje wilgoć maski. Łącze z glinkami, olejami, kwasem hialuronowym, aloesem.. super sprawdzają się samodzielne hydrolaty oraz toniki, chociaż warto uważać na składy toników, bo nie wszystkie mają działanie łagodzące.

W przypadku maseczek, które potrafią szybko wysychać i należy nieustannie pilnować ich nawilżenia spryskując hydrolatem, maski skompresowane potrafią niemal całkowicie zdjąć nam ten obowiązek z głowy. Na zaaplikowaną maseczkę nakładam nasączoną wodą maskę w płachcie.. nie używam hydrolatów, bo szansa na to, że się przedostaną przez wszystkie warstwy do skóry są marne, a jeżeli potrzebuję dodatkowego nawilżenia.. zraszam wodą.

Jestem ogromną fanką tego typu maseczek. Pozwalają wykorzystać w pełni surowce, które już posiadam, bawić się w małego chemika, zmniejszają o połowę koszt gotowych maseczek z uwagi na drugie wykorzystanie pozostałej w opakowaniu esencji, zaoszczędzają mi czas i nerwy przy aplikowaniu masek, których wilgotności trzeba stale pilnować itd. Jedyny problem to kwestia znalezienia „swojego kształtu twarzy”. Przebrnęłam już przez kilka opakowań, ale to kochana Anula odnalazła ideał! Marka Xitian.. cudownie cienki materiał i bez jakiegokolwiek docinania (dostępna na aliexpress, cena około 10 zł za 20 szt.).

maski-w-plachcie-aliexpress
Autorka zdjęcia: Kosmetyczny Fronesis

Wielorazowa maszynka do golenia oraz płatki kosmetyczne

Szczotka do masażu na sucho


Magda z bloga Feminine:
Moi ulubieńcy w 2/3 są z kategorii less waste. Wśród nich maszynka na żyletki, której początkowo bałam się używać, wielorazowe płatki kosmetyczne oraz szczotka do masażu, którą uwielbiam, ale mam zrywy i używam jej bardzo nieregularnie.

Maszynka na żyletki
Moja jest marki Wilkinson i kupiłam ją w Rossmannie. Poza niewątpliwą zaletą,że wystarcza na dłużej i nie produkujemy zbędnych ilości plastiku, jest też dużo bardziej skuteczna w goleniu. Wymienne wkłady są naprawdę ostre i trzeba mieć nieco lżejszą rękę niż w przypadku jednorazówek, ale szybko można dojść do wprawy. Gorąco polecam Wam takie rozwiązanie jako zamiennik plastikowych maszynek.

Wielorazowe płatki kosmetyczne
To już szczyt ekologii! Ale naprawdę bardzo polubiłam ich stosowanie. Kupiłam trochę przypadkiem, żeby mieć bezpłatną dostawę z apteki internetowej. Pomyślałam, że może mi się sprawdzą. Od tamtej pory nie kupuję płatków jednorazowych. Są miękkie, dobrze się piorą i spełniają swoją funkcję. Czego chcieć więcej, skoro ponownie - możemy w łatwy sposób ograniczyć ilość produkowanych odpadów w łazience?

Szczotka do masażu na sucho
To gadżet spoza kategorii less waste, ale powiedzmy, że może zastąpić peeling, który kupiłabym w plastikowym opakowaniu ;) Bo taka szczotka wspaniale usuwa martwy naskórek, a co więcej poprawia cyrkulację krwi i ujędrnia skórę. Żeby wzmocnić efekty można stosować balsam wyszczuplający np. z Resibo. O zabiegu masażu na sucho można napisać cały elaborat, ale powiem tylko, że ogromnie polecam masowanie ciała, bo ma rewelacyjny wpływ na wygląd skóry i samopoczucie. Moja szczotka jest marki Nested i kupiłam ją w sklepie Triny. Początkowo wydawało mi się nie do przejścia, żeby się nią "podrapać", ale z każdym takim zabiegiem szczotkowania było lepiej i moje ciało się zahartowało. Po około dwóch tygodniach masowania skóra była bardziej napięta, miała zdrowszy koloryt, a ja czułam się świetnie (szczotkowanie pomaga usuwać toksyny z organizmu!). Niniejszym obiecuję - głównie sama sobie, wrócić do regularnego szczotkowania.

akcesoria-less-waste
Autorka zdjęcia: Feminine

Senkara, Mydło do pędzli kosmetycznych


Paulina z bloga Alstroemeriav:
Jeśli chodzi o gadżety kosmetyczne to uważam, że ich nie potrzebuję. Jest jednak jedna rzecz, której nie wyobrażam sobie, żeby mogło u mnie zabraknąć – mowa o mydle do pędzli z Senkary! (100 g/25 zł).

Do czasu zakupu tego mydła moje pędzle i gąbeczkę myłam zwykle znanym wszystkim olejkiem z Isany, nie podobał mi się jednak jego skład i to, że ciężko było go wydobyć z butelki bez rozlewania, a do tego zawsze po jego użyciu miałam suchą skórę dłoni. Senkara wpadła na świetny pomysł, żeby mydło wlać do wysokiego plastikowego opakowania, co uważam ze totalny strzał w dziesiątkę! Dzięki wysokim ściankom opakowania dłonie nie mają kontaktu z mydłem, co uważam za zbawienie, zwłaszcza, jeśli macie problemy z wrażliwą skórą dłoni. Mydło jest też banalnie proste w obsłudze: zwilżam włosie pędzla, kolistymi ruchami czyszczę pędzel na powierzchni mydła, po czym przepłukuję pędzel wodą i gotowe. Zero rozlanego olejku czy bałaganu w umywalce! Po użyciu wystarczy przetrzeć powierzchnię mydła ręcznikiem papierowym, pozostawić do wyschnięcia i zamknąć opakowanie. Mydło świetnie sobie radzi z wszelkimi zanieczyszczeniami i domywa zarówno pędzle, jak i gąbeczki. Według mnie to mydło bije na głowę wszystkie inne tego typu, właśnie dzięki poręcznemu i wygodnemu opakowaniu. Jest też bardzo wydajne, a do tego ma banalnie prosty skład: zmydlony olej kokosowy, woda, kompozycja zapachowa i kumaryna. Ma przyjemny, lekko kokosowy zapach.

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy jak ważne jest mycie pędzli i gąbeczek i jak wiele bakterii się na nich osadza oraz że to one mogą być powodem niespodzianek na twarzy! Dla osób, które używają pędzli i gąbeczek takie mydło powinno być „must have” i szczerze polecam właśnie to z Senkary! :) 

mydlo-do-mycia-pedzli
Autorka zdjęcia: Alstroemeriav

Szczotka do włosów Wet Brush

Szczotka do masażu ciała na sucho

Płachty do tworzenia maseczek DIY


Ania z bloga CoKręciAnulę:
Rzadko w codziennych rytuałach pielęgnacyjnych stosuję kosmetyczne gadżety. Zazwyczaj bardzo szybko o nich zapominam i kurzą się gdzieś w kąciku. Stąd też ta kategoria zdecydowanie u mnie kuleje. Ale z pomocą pozostałych Dziewczyn coś tam znalazłam :)

Szczotka Wet Brush
Wet brush totalnie zdeklasowała stosowaną przeze mnie wcześniej szczotkę Tangle Teezer. Wet Brush jest znacznie skuteczniejsza i delikatniejsza dla włosów. Sunie po nich bajecznie! Nawet największe kołtuny poddają się jej wyjątkowo łatwo i praktycznie bez szarpania. Włosy rozczesuję w trzykrotnie krótszym czasie niż to miało miejsce z TT i nie robię przy tym zbolałych min do lustra wywołanych ciągnięciem :D. Wet brush  działa delikatniej i skuteczniej jednocześnie. Szczotki używam codziennie od ponad 2 lat i oprócz porysowanych wzorków nic jej nie dolega.
Świetna, naprawdę świetna szczotka. Moje włosy są wniebowzięte :)

Druga szczotką, o której Wam dzisiaj napiszę, jest szczotka od masażu ciała na sucho.
Oprócz stosowania do masowania na sucho ciała (o którym nie będę się rozpisywać, bo każdy wie o co chodzi), wykorzystuję ją również do suchego peelingu skóry głowy. Kiedy nie mam czasu, albo ochoty, na zabawę z peelingowaniem skóry głowy a czuję, że jest jej to potrzebne, w ruch idzie ta właśnie szczotka. Oczywiście trzeba jej używać w tym celu z rozwagą, aby nie zniszczyć sobie włosów. Ja przykładam szczotkę do głowy, przedzieram się delikatnie przez włosy i wykonuję nią niezbyt zamaszyste ruchy w linii prostej. Potem przykładam szczotkę kawałek dalej i powtarzam. Szczotka ma dużą powierzchnię, a masaż jednego miejsca trwa ok. 15 sekund, więc wykonanie peelingu całej skóry głowy nie trwa wcale długo. Potem myję włosy jak zwykle, płucząc je jedynie odrobinę dłużej, by pozbyć się usuniętego naskórka. Polecam, fajna i szybka metoda.

Płachty do maseczek
Płachty do maseczek mam zawsze w dużej ilości, bo strasznie się boję, że może mi ich zabraknąć. Odpowiada mi taka forma pielęgnowania cery, jednak gotowe maseczki w płachtach zazwyczaj nie potrafią mi dogodzić. Zdecydowanie wolę sama zrobić esencję do ich nasączania.
Bazy do nasączania maseczek robię przeróżne! Przeważnie za każdym razem są inne, ale główne składniki się powtarzają i są nimi zazwyczaj: żel aloesowy/różany bądź kwas hialuronowy, olej (awokado, czarnuszka, róża, acai), hydrolaty lub toniki. Do takiej podstawy esencji dodaję często witaminę C, ciutkę kwasu migdałowego lub glukonolaktonu, różnego rodzaju wyciągi i ekstrakty roślinne. Do zrobienia esencji często wykorzystuje także resztki kremu bądź serum do twarzy. Możliwości jest nieskończenie wiele! I kupa radochy z samodzielnie wykonanej maseczki w płachcie.

gadzety-kosmetyczne
Autorka zdjęcia: Co Kręci Anulę

Wielorazowe płatki kosmetyczne Ovium

Jadeitowy roller do masażu

Ręczniczek bawełniany do wycierania twarzy


Aneta, autorka bloga CosmetiCosmos:
Gadżetów kosmetycznych mam dużo, ale na co dzień używam ich raczej niewiele. Za to gdy nadchodzi czas domowego spa z przyjemnością stosuję kilka, szczególnie jadeitowy roller i gąbeczkę konjac.

Płatki wielorazowe odkryłam niedawno i nie ukrywam, że te marki Ovium są moimi pierwszymi. Porównując je do jednorazowych od razu widać, że są dużo bardziej miękkie i miłe w dotyku (najczęściej używałam Cleanic), nie podrażniają skóry. Płatki świetnie się piorą, choć u mnie schną dość długo, jak na tak małą powierzchnię (powieszone w przewiewnym woreczku). Traktuję je jako gadżet, ponieważ obecnie używam mało płatków i tylko do płynu micelarnego, a demakijaż najczęściej robię olejkiem, więc płatki nie są mi potrzebne na co dzień - najlepszy less waste :) Kosztują 12 zł za sztukę, wyprodukowane są z bawełny organicznej, wymyślone z pasji i szyte w Polsce. Najważniejsze, że jednego płatka można używać ok. 3 m-ce codziennie, z czasem zmniejszają swój rozmiar i robią się minimalnie bardziej szorstkie niż na początku, ale nadal przyjemne w użyciu.

Jadeitowy roller kupiłam podczas targów, ponieważ chciałam wybrać go sama. Przed zakupem sprawdziłam czy się nie zacina i czy kamień nie ma odprysków. Masuje skórę płynnie, a dzięki temu, że kamień jest zawsze zimny, szczególnie latem w upały, lubię stosować go do maseczek w płachcie - zwiększa wchłanianie składników, ochładza i koi. Równie dobrze współpracuje z każdym serum, także olejowym czy kremem, a nawet solo. Mniejsza końcówka idealnie sprawdza się w okolice oczu i nosa. Częsty masaż poprawia krążenie krwi i limfy pod skórą, dzięki czemu jest ona lepiej odżywiona, a opuchnięcia szybciej znikają. Kosztował 75 zł, ale można znaleźć taniej.

Z kolei bawełniany ręczniczek do twarzy to mój codzienny gadżet! Specjalnie go tu pokazuję, aby poruszyć ważny temat - oddzielne, szybko schnące ręczniczki do osuszania twarzy są bardzo ważne, szczególnie jeśli walczycie z trądzikiem, macie cerę skłonną do zanieczyszczania, pryszczy, tłustą lub mieszaną. Pierzemy go jak najczęściej i suszymy w przewiewnym miejscu, aby bakterie nie zdążyły się zadomowić. Niby nic - tylko dodatkowy ręcznik, a bardzo zmienia życie, bo przyczynia się go czystej skóry twarzy!

pięlęgnacyjne-gadżety
Autorka zdjęcia: CosmetiCosmos

The Body Shop, Masażer do twarzy


Anastazja z bloga Stazyjka:
Od dłuższego czasu moim ulubionym gadżetem kosmetycznym jest masażer do twarzy. Regularnie stosowany, daje niesamowite rezultaty. Głęboki masaż mięśni twarzy pobudza krążenie, stymuluje wytwarzanie kolagenu i elastyny, przyśpiesza  krążenie limfy w naczyniach, co powoduje, że opuchnięcia nie są nam straszne.
Masażer z The Body Shop ma dwie metaliczne kulki, między które trafia fałd skóry i tym samym jest wykonywany masaż twarzy. Dodatkowo kulki chłodzą skórę, więc wykonanie takiego masażu z rana bardzo korzystnie wpływa na cerę. Sam masażer jest solidnie wykonany, kulki są ciężkie, gładkie, bez żadnych połączeń czy szwów. Wielkość kulek jest odpowiednia nawet dla małej twarzy. Łatwo nim się operuje, choć jest dość ciężki. Rączka wygodnie leży w dłoni, więc nie ma szans, by masażer się wyślizgnął nawet gdy mamy mokre ręce. Mam ten gadżet już od dobrych kilku lat i jest w stanie idealnym, choć korzystam z niego kilka razy w tygodniu.
Do masażu używam serum lub pozostałości esencji z maseczek w płachcie, co tylko wzmacnia efekt. Kontur twarzy jest dobrze wyrysowany, policzki nie opadają, skronie są wymodelowane, a drugi podbródek to przeszłość. Do tego udało mi się zażegnać problem wiecznie opuchniętej z rana twarzy. Dobry limfodrenaż rozwiązuje kłopot na długo.
 

masazer-the-body-shop
Autorka zdjęcia: Stazyjka

Drewniana szczotka For Your Beauty

Kamienna płytka do masażu gua sha


Ania z bloga AnneMarie:
Kosmetyki kosmetykami, ale istnieje też sporo akcesoriów okołopielęgnacyjnych które są przydatne lub wręcz niezbędne. Do niezbędnych należy na pewno szczotka do włosów. Przez długi czas używałam Tangle Teezera, następnie do kompletu dobrałam anioła z Tangle Angel, ale dopiero spontaniczny zakup w Rossmannie stał się moim ulubieńcem. Drewniana szczotka marki For your beauty jest połączeniem naturalnego włosia ze szpileczkami z tworzywa. Występuje w trzech wersjach w różnym rozmiarze, mała i większa okrągła oraz tzw. paddle brush, czyli duża kwadratowa. Ja mam największą na co dzień i małą na wyjazdy. Szczotki świetnie rozczesują włosy, nawet te gęste, nie puszą ich, ale nadają im gładki wygląd. Jak na ten moment to najlepsze szczotki, jakie trzymałam w dłoni!

Gadżetem  z kategorii przyjemnych, ale niekoniecznie potrzebnych jest płytka do masażu. Masaż mogę wykonać dłońmi, ale gua sha to świetne urozmaicenie! To mała, kamienna płytka w formie wyciętego, zaokrąglonego trójkąta lub serca, jak kto woli. Wykonuje się nią ruchy, przykładając wąski koniec mniej więcej pod kątem 60 stopni i sunąc po skórze od środka twarzy na bok i na zewnątrz. Taki masaż pobudza krążenie, ułatwia wchłanianie substancji z kosmetyku nałożonego jako bazę do masażu, przeciwdziała grawitacji i ujędrnia skórę. Siłę nacisku można regulować, więc masaż da się wykonać nawet na wrażliwej cerze, ale robi się go także na całe ciało dla poprawy wyglądu lub przy różnego rodzaju bólach. To niedrogi gadżet, którym warto się zainteresować. W sieci jest mnóstwo filmików instruktażowych z jego udziałem. To może zamiast kolejnego kremu taka płytka byłaby fajnym pomysłem?

gua-sha-do-masazu
Autorka zdjęcia: AnneMarie

Czy Wy też używacie gadżetów kosmetycznych? Który jest Waszym must have?

D'Alchemy, Przeciwzmarszczkowa pielęgnacja skóry tłustej i mieszanej - krem na dzień i na noc

Z droższymi kosmetykami często jest tak, że się boimy w nie inwestować. Dlatego cieszę się, ze są producenci, którzy tworzą próbki oraz dbają o to, aby docierały do potencjalnych konsumentów. W iluż to kosmetykach zakochałam się właśnie dzięki próbkom! Tak było też i z D'Alchemy :) Inaczej na wiele z nich nie zwróciłabym pewnie uwagi ze względu na ceny. Z drugiej strony kwestia cen jest mocno indywidualna. Dla jednych z nas 150 zł za dobry krem to drogo, "bo są tańsze", dla innych 150 zł to z kolei niewiele, biorąc pod uwagę, że są kremy i za 600 zł. Dlatego w swoich postach nie oceniam cen, ale je udostępniam, bo wiem, że to jeden z wielu czynników wpływających na decyzje zakupowe. Czy sama bym tyle zapłaciła? Za krem lub serum do twarzy - tak. Przykładowo kremu na dzień używam zwykle ok. 3 m-ce codziennie, ale oczekuję od niego więcej niż ładnego zapachu. Za balsam do ciała, żel pod prysznic czy szampon - na pewno nie, te produkty zużywam błyskawicznie i oczekuję od nich o wiele mniej niż od kremu. Wszystko zależy więc od naszego indywidualnego podejścia do pielęgnacji. Piszę to wszystko już na wstępnie, ponieważ wiele razy spotkałam się z pytaniem "czy ten kosmetyk jest wart takiej ceny?". Każda z nas na to pytanie odpowie po prostu inaczej, bo czego innego szukamy w kosmetykach i mamy inne oczekiwania. Żaden krem nie odmłodzi nas po jednym użyciu, czasem więc te oczekiwania są za bardzo wygórowane. Zdarza się też, że spotykam się z oceną składników kremu - że nie są warte takiej ceny. Halo, a słyszałyście o badaniach, dystrybucji, opakowaniach? Kosmetyki to nie są przypadkowo wymieszane składniki, ktoś opracował całą formułę, przebadał ją pod różnym kątem (często za ogromne pieniądze), zadbał, aby produkt był bezpieczny, zainwestował w reklamę. I jeszcze chce na tym zarobić! Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale musiałam. Zapraszam na recenzję trzech produktów marki D'Alchemy. Oceniam ich działanie na swoją typowo tłustą skórę (potwierdzine przez kosmetologa) po trzydziestce - tak gwoli przypomnienia ;)


Opakowania kosmetyków D'Alchemy

Marka D'Alchemy specjalizuje się w holistycznej pielęgnacji anty-aging. To ważna informacja, ponieważ młodziutkie cery, przykładowo dwudziestolatek, po prostu mogą nie skorzystać z bogactwa składów. Za to moje 30+ już jak najbardziej! Z drugiej strony żel do mycia twarzy to sama rozkosz dla każdej fanki cytrusów, ale tu już niepotrzebnie spojleruję :D Markę charakteryzują szklane, porządne opakowania. Wydają się całkowicie czarne, jednak tak naprawdę są ciemno fioletowe, ze szkła biofotonicznego. Takie opakowania dodatkowo chronią zawartość przed dostępem światła - przynajmniej jeśli chodzi o kremy do twarzy. Ma to swój maleńki minus - krem na dzień skończył mi się praktycznie z dnia na dzień, ponieważ nie widać zużycia - na szczęście miałam w zapasie kolejny. Z niejaką przykrością odnotowałam, że żel jest w plastikowej butelce PET, która co prawda nadaje się do recyklingu, ale jednak to jedno z tych tworzyw sztucznych, które są bardzo wrażliwe na temperaturę podczas obróbki i nie mogą być poddawane recyklingowi w nieskończoność (uzyskuje się coraz gorszej jakości granulat). Zdecydowanie wolałabym, skoro już marka chce czy musi produkować plastikowe opakowania, aby postawiono na bezpieczniejsze HDPE.

dalchemy-recenzja

Właściwie pisząc tą recenzję oba kremy praktycznie wykończyłam (zostało ich jeszcze na max. jedno użycie). Żel do mycia twarzy też dobija dna. Kremy zawsze recenzuję pod sam koniec ich używania lub grubo po wykończeniu, dlatego mało na moim blogu takich recenzji. Kremy dostałam od marki, co nie ma najmniejszego wpływu na moją opinię - to są dokładne te same produkty i opinia jest taka sama, bez względu na to jak do mnie trafiły. Żel kupiłam sama.

naturalne-kremy-do-cery-tlustej

D'Alchemy, Purifying Facial Cleanser, Oczyszczający żel myjący do twarzy


Żel dedykowany skórze dojrzałej, wrażliwej i przesuszonej oraz tłustej (jak moja) i mieszanej, z niedoskonałościami. Z tą wrażliwą cerą trochę bym uważała, ponieważ w składzie znajdziemy kilka olejków eterycznych z cytrusów, które często podrażniają i uczulają - grapefruit, mandarynka, pomarańcza, drzewo sandałowe, cedr. Moja cera je akurat świetnie toleruje, nie mam też alergii, za to kocham zapach tego żelu. To prawdziwa cytrusowa bomba aromatyczna, pobudzająca do życia, dodająca energii i radości. Po myciu nim buzi mam mnóstwo siły i jestem zrelaksowana (działanie aromaterapeutyczne), ale tu zaznaczę, że jestem ogromną fanką zarówno naturalnych olejków eterycznych, jak i egzotycznych zapachów :) Poza tym w składzie znajdziemy delikatne substancje myjące, wiele ekstraktów roślinnych, odrobinę kwasów (odblokowują pory, regulują nadmierne wydzielanie sebum, a na skórze znajdują się na tyle krótko, że nie powinny podrażniać). Do tego bezpieczne konserwanty, dopuszczone do używania w kosmetykach naturalnych. Cały skład poniżej. Kosztuje 89 zł/125 ml.

Żel D'Alchemy jest przezroczysty, ale delikatnie żółtawy. Konsystencja odpowiednio gęsta, nie przecieka przez palce. Dzięki pompce łatwo go higienicznie dozować, jest też wydajny. Do umycia całej twarzy i szyi wystarczą dwie niewielkie pompki. Zapach jest zniewalający, cytrusowy z nutką egzotyki, bardzo umila mi codzienną pielęgnację. Żel nanosimy na zwilżoną skórę, po czym delikatnie masujemy palcami aż do uzyskania pianki - standardowo. Dobrze się spłukuje pozostawiając skórę miękką, oczyszczoną, delikatnie pachnącą. Nie pieni się nadmiernie, dla mnie wystarczająco. Producent poleca omijać okolice oczu, ale mi zdarza się o tym zapomnieć - oczywiście to kwestia wrażliwości, ale mnie żel nie szczypie w oczy, nie podrażnia. Zwykle stosuję go jako drugi etap w oczyszczaniu wieczornym, stąd informacja, że domywa również olejki i balsamy do demakijażu na maśle shea. Rano zdarza mi się myć skórę tylko nim - odświeża, pobudza i przygotowuje skórę na wchłonięcie kremu. Trudno mi ocenić czy wpływa na regulację błyszczenia skóry, ponieważ na to największy wpływ mają moim zdaniem kremy, które są na skórze o wiele dłużej. Od żelu wymagam przede wszystkim dobrego oczyszczania z resztek makijażu, sebum, kurzu i potu, a D'Alchemy robi to bezbłędnie.

Zwykle przy testowaniu kosmetyków oczyszczających do twarzy sprawdzam też jak sobie radzą z make upem - jako ciekawostkę, ponieważ nie jest to produkt stricte przeznaczony do demakijażu. Tak było i tym razem. Żel bez problemu domywa zarówno podkład mineralny, jak i eyeliner czy tusz naturalny. Z pomadą do brwi też sobie radzi, jednak trzeba chwilę dłużej pomasować. Nie wiem jak żel zmywa drogeryjne, silikonowe kosmetyki do makijażu, bo dawno takich nie używałam.

Podsumowując żel oczyszczający D'Alchemy jest obecnie jednym z moich absolutnie ulubionych produktów do mycia twarzy i myślę, że każda fanka cytrusów go polubi. Producent obiecuje pH neutralne dla skóry.

Skład: Aqua*, Sodium Cocoamphoacetate*, Propanediol*, Decyl Glucoside*, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate*, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate*, Xanthan Gum*, Citrus Paradisi (Grapefruit) Peel Oil**, Citrus Reticulata (Mandarin) Peel Oil**, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil**, Santalum Album (Sandalwood) Wood Oil**, Chondrus Crispus (Red Algae) Powder*, Pyrus Malus (Apple) Juice*, Prunus Persica (Peach) Juice*, Triticum Vulgare (Wheat) Seed Extract*, Hordeum Vulgare (Barley) Extract*, Panax Ginseng Root Extract*, Citrus Grandis (Grapefruit) Fruit Extract*, Carica Papaya Fruit Extract*, Parfum**, Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract*, Benzyl Alcohol, Hydrolyzed Algin*, Zinc Sulfate, Acacia Concinna Fruit Extract*, Balanites Aegyptiaca (Soap Berry Tree) Fruit Extract*, Gypsophila Paniculata (Baby's Breath) Root Extract*, Juniperus Virginiana (Red Cedar) Oil**, Sodium Phytate*, Glycerin*, Glyceryl Undecylenate*, Glyceryl Caprylate*, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Alcohol, Lactic Acid*, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Linalool***, Limonene***

    * Składniki pochodzenia naturalnego
  ** Naturalne olejki eteryczne
*** Składniki pochodzące z naturalnych olejków eterycznych (zgodnie z prawem muszą zostać oddzielnie wypisane ze względu na potencjalne uczulenia)

naturalny-krem-dalchemy

D'Alchemy, All Over Blemish Solution, Krem regulujący do cery tłustej i mieszanej


Krem All Over Blemish Solution w szklanej butelce z pompką. Podoba mi się, że pompka ma niewielką blokadę, dzięki czemu spokojnie możemy zabrać swój krem w podróż i nie martwić się, że coś się wyleje. Krem rekomendowany jest cerze tłustej i mieszanej, potrzebującej oczyszczenia, ale i dojrzałej. Kosztuje 150 zł/50 ml.

Wydajność oceniam na 5+, przy codziennym, regularnym używaniu wystarczył mi na ponad trzy miesiące (dokładniej prawie 3,5). PAO 6 m-cy. Konsystencja jest lekka, choć wydaje się delikatnie masełkowa. Krem szybko się wchłania, bez pozostawiania uczucia tłustości na skórze, co jest ogromnym plusem przy cerze mieszanej. Zdecydowanie nie przyspiesza przetłuszczania, nie powoduje błyszczenia cery, nawet latem (stosowałam go od wiosny przez upały wczesnego lata). Wchłania się praktycznie do zera, do matu, szczególnie jeśli wklepiemy go delikatnie w skórę zwilżoną wcześniej hydrolatem. Rozsmarowany na skórze zupełnie suchej początkowo delikatnie bieli, więc trzeba go chwilkę dłużej wklepywać. To, co nie bardzo przypadło mi do gustu to wyraźnie ziołowy zapach. Połączenie olejków eterycznych z mięty i bergamotki, do tego hydrolaty neroli, cytrynowy i werbenowy nie do końca tworzą spójną kompozycję. Mimo, że zwykle lubię naturalne zapachy, wielką fanką tego konkretnego aromatu nie jestem. Zaznaczam jednak, że to kwestia bardzo indywidualna i każdy nos może odbierać tą kompozycję inaczej.

Krem stosowałam tylko na dzień, wklepując go opuszkami palców w skórę zwilżoną hydrolatem (werbenowym, cytrynowym, aloesowym i bergamotkowym, ponieważ w tym czasie akurat tych używałam). Krem fajnie, prawie natychmiastowo wchłania się do matu, nie trzeba na nic czekać. Dzieki temu jest wręcz wymarzonym produktem pod minerały! Świetnie współpracuje zarówno z sypkimi produktami marek Annabelle Minerals (formuła matująca), Sampure, jak i Amilie (formuła jojoba). Podejrzewam, że z większością, jeśli nie z każdą inną marką również dobrze się dogada. Równie dobrze współpracuje z płynnymi podkładami. Działa trochę jak przedłużająca świeżość czy też matująca baza pod makijaż. Make up nie spływa nawet w upał, dobrze trzyma się skóry, nie wchodzi w pory czy załamania.
Im wyższe temperatury serwowało nam lato, tym bardziej miałam wrażenie, że krem jest chłodzący (byź może to zasługa mięty w składzie). Te wszystkie powyższe zalety sprawiają, że jest to produkt wymarzony na wiosnę, lato, a nawet jesień, ze szczególnym wskazaniem na upały.

Krem przy całym swoim działaniu matującym na szczęście nie przesusza skóry, choć też nie nawilża zbyt mocno - idealnie sprawdzi się w duecie z mocno nawilżającym, bardziej emolientowym kremem na noc. Działanie tego kremu jest idealnie zbalansowane dla cery tłustej czy mieszanej. Początkowo, przez kilka pierwszych tygodni, po nałożeniu All Over Blemish Solution odczuwałam delikatne (naprawdę delikatne, ale jednak) ściągnięcie skóry, co mogło być spowodowane widocznym działaniem zwężajacym pory. Efekt ten przestał być odczuwalny dopiero po jakimś czasie, może się do niego przyzwyczaiłam. Zauważyłam też, że nie można nałożyć go zbyt dużo, bo potrafi się rolować. W przypadku tego kremu D'Alchemy najważniejszą kwestią jest umiar i odpowiednio "oklepująca" aplikacja, wtedy uzyskujemy najlepszy możliwy efekt :) Choć wiem, że Polki są raczej fankami "rozsmarowywania" kremu na suchej skórze serdecznie polecam spróbować czegoś odwrotnego - delikatnego poklepywania skóry, najlepiej od dołu ku górze twarzy, zaczynając od szyi. Przy okazji robimy codzienny masaż "antygrawitacyjny", a w okolicach trzydziestki zaczynają sie pierwsze widoczne zmiany na skórze, więc warto działać już prewencyjnie. Zresztą takie rzeczy wchodzą w nawyk i stają się naturalne. Krem widocznie przyspiesza też gojenie drobnych ranek i znikanie niewielkich grudek podskórnych, które występują u mnie ze względów hormolanych.

Skład jest bardzo ciekawy. Oprócz wspomnianych wyżej olejków eterycznych i hydrolatów, znanych z cennego działania na cerę tłustą i mieszaną, formuła zawiera m.in. żywicę z drzewa pistacji kleistej, która działa antybakteryjnie, antyseptycznie i łagodząco. Niekomedogenny olej z pestek winogron regeneruje, uelastycznia i wzmacnia skórę, regulując przy okazji pracę gruczołów łojowych. Z kolei ekstrakt z bambusa posiada naturalne właściwości matujące skórę.

Skład: Citrus Limon (Lemon) Peel Water*, Lippia Citriodora (Verbena) Leaf Water*, Citrus Aurantium Amara (Neroli) Flower Water*, Propanediol*, Polyglyceryl-3-Cetyl Ether Olivate Succinate*, Aqua*, Bambusa Arundinacea (Bamboo) Stem Extract*, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil*, Isopropyl Isostearate*, Dicaprylyl Carbonate*, Isopropyl Palmitate*, Trehalose*, Glycerin*, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate*, Sodium Stearoyl Glutamate*, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Peel Oil**, Mentha Piperita (Pepermint) Oil**, Pistacia Lentiscus (Mastic) Gum*, Chlorella Vulgaris (Green Algae) Extract*, Hydrogenated Lecithin*,Caprylic/Capric Triglyceride*, Hydrolyzed Algin*, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenethyl Alcohol, Ethylhexylglycerin, Tocopherol*, Benzyl Alcohol, Citric Acid*, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Parfum**, Xanthan Gum*, Squalene*, Sodium Phytate*, Zinc Sulfate, Beta-Sitosterol*, Sodium Hydroxide, Alcohol, Geraniol***, Limonene***, Linalool***

    * Składniki pochodzenia naturalnego
  ** Naturalne olejki eteryczne
*** Składniki pochodzące z naturalnych olejków eterycznych (zgodnie z prawem muszą zostać oddzielnie wypisane ze względu na potencjalne uczulenia)

dalchemy-matujacy-krem-na-dzien

D'Alchemy, Age Cancellation Booster, Przeciwzmarszczkowy lotion dla cery tłustej i mieszanej


Na koniec zostawiłam mojego największego faworyta z tego trio. Krem All Cancellation Booster jako jedyny zawierał kartonik, w którym krył się szklany słoiczek. Wiąże się to z koniecznością stosowania szpatułki lub nakładania produktu palcami, co dla niektórych może być wadą (ze względów higienicznych). Za to widać ile jeszcze produktu nam zostało, coś za coś. Rekomendowany oczywiście skórze tłustej, mieszanej i dojrzałej. Kosztuje 160 zł/50 ml.

Uwielbiam, po prostu uwielbiam zapach tego kremu! Jeszcze bardziej chyba niż cytrusowy żel do mycia twarzy, choć nie sądziłam, że kiedykolwiek padną tu takie słowa. Zapach jest genialnie skomponowany do tego stopnia, że wyczekiwałam wieczornej pielęgnacji, aby tylko go poczuć. Zdecydowanie umilał mi codzienne obowiązki i przez jakiś czas utrzymywał się na skórze, co też mnie cieszyło. Zdarzało się nawet, że wąchałam go tylko i wyłącznie dla poprawy humoru :D Serio, serio. Czym to tak pachnie? Trudno mi konkretnie opisać ten aromat, koleżanka porównała go do słodkiego syropku na kaszel dla dzieci. Czuję w nim całą gamę słodyczy i owoców, przełamaną czymś cytrusowym, leciutko kwaskowym, ale i kwiatowym. Chciałabym mieć takie perfumy, trochę kojarzą mi się z beztroską i zabawą. Dość o zapachu, bo to nie wszystko, co krem ma do zaoferowania.

Wydajność jest genialna, opakowanie 50 ml wystarczyło mi na 4 miesiące regularnego używania, a trochę jeszcze oddałam koleżance do przetestowania - gdyby nie to, pewnie miałabym go z 5 miesięcy albo i dłużej (PAO 6 m-cy). Konsystencja masełka zdecydowanie wpływała na tak dobrą wydajność. Formuła wydaje się na pierwszy rzut oka bogata, ale jednocześnie jest całkiem lekka i nie obciąża skóry. Nie trzeba nabierać dużo kremu, aby dokładnie pokryć skórę twarzy, szyi i dekoltu (oczywiście wklepując go od dołu ku górze). Od razu po wklepaniu skóra odczuwała niesamowity komfort, ukojenie i nawilżenie skóry. Jeśli w ciągu dnia podrażniło mnie słońce czy wiatr ten krem niwelował niemiłe uczucia ściągnięcia i pieczenia. I to natychmiastowo! Wszelkie zaczerwienienia szybciej znikały, a skóra z czasem nabierała jędrności i elastyczności. Najszybciej jednak można zobaczyć efekt mocnego, głębokiego nawilżenia skóry i to jest właśnie to, co mnie zachwyciło już w próbce. Lotion delikatnie wpływa też na zmarszczki mimiczne, które po kliku miesiącach regularnego używania stały się mniej widoczne, a skóra była bardziej sprężysta i rozświetlona. Jednocześnie bardzo podoba mi się, że krem pomimo bogatego składu nie zostawia wyraźnie tłustej warstwy na skórze. Czuję, że na skórze jest delikatna powłoczka, jednak nic się nie klei, ani nie przeszkadza. Moja kapryśna skóra mocno zyskała na wyglądzie dzięki temu kremowi D'Alchemy i z przyjemnością kiedyś go jeszcze kupię (może bliżej zimy, kiedy skóra również wymaga dużo uwagi ze względu na podrażnienia od mrozu). To jest właśnie jeden z takich kremów, po których widzę efekt "wow" praktycznie od pierwszego użycia i który chciałam przetestować właśnie po użyciu próbki! Zaznaczę też, że lotion Age Cancellation Booster z powodzeniem można oczywiście używać także na dzień. Kilkukrotnie sprawdziłam, że nadaje się pod makijaż, należy go tylko troszkę dłużej wklepać. Nadaje cerze półmatowe wykończenie, jednak w największe upały zdecydowanie lepiej sprawdzał się leciutki All Over Blemish. Za to na jesień, zimę byłby wręcz wymarzonym produktem do cery tłustej na dzień. Pomimo bogatej z pozoru konsystencji absolutnie mnie nie "zapchał", nie podrażnił ani nie przyspieszał przetłuszczania skóry.

Skład jest przepiękny, oparty o hydrolaty z oczaru, cytryny i werbeny, które zmiękczają, oczyszczają, regenerują, a jednocześnie działają antyseptycznie na tłustą skórę. Zawartość polisacharydów gwarantuje działanie przeciwstarzeniowe, nawilżające i kojące. Roślinne ekstrakty np. z aceroli, żurawiny, rokitnika i guarany dostarczają antyoksydantów, jednocześnie pobudzając komórki skóry do wytwarzania elastyny i kolagenu, nawilżają, odżywiają i działają regenerująco. Ekstrakt z bambusa matuje i wchłania nadmiar sebum. Niekomedogenny olej jojoba oraz masło shea oraz w mniejszej ilości oleje: lniany, kokosowy, awokado, arganowy, makadamia odżywiają i chronią naskórek przed utratą wilgoci. Olejki eteryczne z róży damasceńskiej i pomarańczy zwężają pory, pomagają regulować nadmierne wydzielanie sebum i nadają kremowi niesamowity aromat.

Skład: Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Water*, Lippia Citriodora (Verbena) Leaf Water*, Citrus Limon (Lemon) Peel Water*, Dicaprylyl Carbonate*, Polyglyceryl-3-Cetyl Ether Olivate Succinate*, Propanediol*, Aqua*, Glyceryl Stearate*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Glycerin*, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil*, Bambusa Arundinacea (Bamboo) Stem Extract*, Pistacia Lentiscus (Mastic) Gum*, Hydrogenated Lecithin*, Caprylic/Capric Triglyceride*, Malpighia Emarginata (Acerola) Fruit Extract*, Paullinia Cupana (Guarana) Fruit Extract*, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract*, Hippophae Rhamnoides (Sea Buckthorn) Fruit Extract*, Myrciaria Dubia (Camucamu) Fruit Extract*, Sodium Stearoyl Glutamate*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil*, Persea Gratissima (Avocado) Oil*, Argania Spinosa (Argan) Kernel Oil*, Macadamia Ternifolia Seed Oil*, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract*, Humulus Lupulus (Hop) Cone Extract*, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Extract*, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract*, Phenethyl Alcohol, Equisetum Arvense (Horsetail) Extract*, Citrus Limon (Lemon) Peel Extract*, Centella Asiatica Extract*, Pinus Sylvestris (Pine) Bud Extract*, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Rosa Gallica (French Rose) Flower Extract*, Rosa Damascena (Damask Rose) Flower Oil**, Benzyl Alcohol, Chondrus Crispus (Carrageenan) Powder*, Squalene*, Ethylhexylglycerin, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Biosaccharide Gum-1*, Sodium Levulinate*, Citric Acid*, Sodium Anisate, Xanthan Gum*, Glyceryl Caprylate*, Sodium Phytate*, Parfume**, Tocopherol*, Alcohol, Beta-Sitosterol*, Citral***, Geraniol***, Limonene***, Linalool***

    * Składniki pochodzenia naturalnego
  ** Naturalne olejki eteryczne
*** Składniki pochodzące z naturalnych olejków eterycznych (zgodnie z prawem muszą zostać oddzielnie wypisane ze względu na potencjalne uczulenia)

naturalny-krem-przeciwzmarszczkowy-dalchemy

Marka D'Alchemy może pochwalić się wartościowymi certyfikatami COSMOS i NATURE. Kosmetyki nie zawierają kontrowersyjnych substancji ani składników pochodzenia zwierzęcego, są odpowiednie także dla wegan. To, że nie są testowane na zwierzętach to europejska oczywistość, ale warto wspomnieć, że właśnie w Europie są produkowane. Formuły kremów skomponowano na bazie droższych hydrolatów, zamiast wody. Kompozycje zapachowe oparto o naturalne olejki eteryczne, co w założeniu ma pełnić rolę aromaterapii (i w przypadku żelu do mycia twarzy oraz lotionu jak najbardziej do mnie przemawia!). Marka dba o wartościowe składniki, sprawdzając dostawców surowców oraz przeprowadzając badania laboratoryjne. Kosmetyki dodatkowo poddawane są innowacyjnym badaniom "biowitalności" (więcej przeczytacie na polskiej stronie D'Alchemy, bo to ciekawy temat). To wszystko wpływa oczywiście na cenę.

Poniżej zdjęcie konsystencji produktów. Od lewej: żel oczyszczający do twarzy, lekki krem All Over Blemish Solution i masełkowy Age Cancellation Booster w słoiczku.

dalchemy-konsystencja

Czy warto kupić kosmetyki D'Alchemy?

Jeśli przeczytałyście cały post już wiecie, że ja Wam nie odpowiem na to pytanie. Dla mnie cena nie jest wygórowana - pewnie dlatego, że pracuję, zarabiam swoje pieniądze i jestem w stanie tyle zapłacić na produkt do twarzy, który świetnie na mnie działa. Czy są tańsze kosmetyki? Oczywiście, że tak, więc macie w czym wybierać. Są również i droższe (do tej pory mój rekord to krem za 600 zł marki Rodial, krem do twarzy Bee Venom z jadem pszczelim). Warto natomiast - i to na pewno gorąco polecam - zdobyć próbki! Sama poznałam markę właśnie poprzez otrzymanie skądś próbek i na tej podstawie podjęłam decyzję o zakupie żelu oczyszczającego do twarzy. Poza tym składy są naprawdę bogate w roślinne ekstrakty i antyoksydanty, przyjazne skórze i delikatne - w sam raz dla fanek pielęgnacji naturalnej. Dodajmy do tego szklane opakowania #lesswaste i fajne działanie. Decyzję pozostawiam każdej z Was.
PS. Widziałam również travel packi z produktami D'Alchemy, m.in. zestaw z Age Cancellation Booster, olejkiem i wodą micelarną w cenie 130 zł, więc warto szukać.

krem-przeciwzmarszczkowy-d-alchemy

Znacie kosmetyki D'Alchemy? Osobiście wiele mi się w nich podoba - bogate składy, niesamowite naturalne zapachy, szklane opakowania i działanie, ale jestem ciekawa Waszej opinii.
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj w moim kosmetycznym świecie. Mam na imię Aneta i od wielu lat interesuję się kosmetykami, zwłaszcza naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, kręcę własne kremy. Z powodzeniem łączę pielęgnację polską z azjatycką. Mam nadzieję, że miło spędzisz tu czas :) Jeśli szukasz konkretnego kosmetyku skorzystaj z wyszukiwarki. Zapraszam Cię serdecznie do rozgoszczenia się na CosmetiCosmos.pl :)

Jestem tutaj