Zrób to sama: Lekki krem ogórkowy na dzień do cery tłustej i mieszanej + Recenzja

Ogórek, ogórek, ogórek, zielony ma garniturek, na na na. Kto pamięta taką piosenkę z dzieciństwa? Ja pamiętam. Ogórki lubię, ale świeże jem bardzo rzadko ze względu na zawartość enzymu rozkładającego witaminę C. Pamiętajcie, że nie warto łączyć ogórka np. z papryką czy pomidorem, bo tracimy cenną witaminę C, a co za tym idzie zmniejszamy wchłanialność wielu innych ważnych pierwiastków np. żelaza. Jadam ogórki najczęściej kiszone - takie to mogłabym słoikami zajadać!
Świeże też kupuję. Po co, skoro ich nie jadam? Do przepisów... kosmetycznych. Ogórek jest naprawdę cennym sprzymierzeńcem skóry, zwłaszcza tłustej i mieszanej. Co można z niego zrobić? Mnóstwo! Na przykład lekki krem do skóry tłustej i to w domu!



Lekki krem na dzień ogórkowy do cery tłustej i mieszanej
nawilżający, oczyszczający i przymykający pory


Receptura na ok. 45 ml kremu


Składniki:
Ogórek (sok z połowy ogórka, ok. 36 ml)
Olej z nasion truskawki (4 ml)
Olej abisyński (3 ml)
emulgator (5% czyli 2,5 ml)


Podział na fazy:
Faza olejowa 20% (oleje + emulgator)
Faza wodna 80% (sok z ogórka)


Przepis na krem ogórkowy

Ogórka kroimy na plasterki, a następnie na mniejsze cząstki. Blendujemy, aby jak najbardziej rozdrobnić ogórka i wydobyć z niego jak najwięcej cennego soku. Teraz przecieramy powstały miąższ przez sitko, zbierając sok do miseczki. Faza wodna gotowa.
Faza olejowa: do miseczki wlewamy odmierzone ilości olejów i dodajemy emulgator (u mnie uniwersalny Glyceryl Stearate Citrate).
Podgrzewamy obie fazy (oczywiście oddzielnie) do temp. ok 50-60 stopni, emulgator musi się roztopić. Następnie przelewamy fazę olejową do wodnej i mieszamy, najlepiej spieniaczem do mleka. Gdy ostygnie znów mieszamy. Przelewamy do pojemniczka.

Dlaczego takie składniki?
Sok z ogórka: oczyszcza, rozjaśnia, odświeża skórę i dodaje jej blasku. Dodatkowo nawilża, odżywia i zmiękcza, tonizuje, działa także przeciwzmarszczkowo. Przymyka pory!


Olej z nasion truskawki: wspaniałe źródło antyoksydantów i cennych składników odżywiających i nawilżających skórę. Łatwo wchłania się przez skórę. Działa ochronnie, antybakteryjnie i lekko ściągająco.


Olej abisyński: intensywnie nawilża i poprawia kondycje skóry. Redukuje zmarszczki, pielęgnuje i odżywia. Szybko penetruje naskórek i nie pozostawia tłustej warstwy. Niewrażliwy na temperaturę. 

Glyceryl Stearate Citrate: emulgator pochodzenia roślinnego, ma za zadanie zmieszać obie fazy i stworzyć emulsję. Dodatkowo zmiękcza skórę.

Recenzja domowego kremu z ogórkiem


Krem zrobiłam już ponad miesiąc temu, więc myślę, że mogę się pokusić o opisanie swoich wrażeń.

Krem jest zielony i delikatnie pachnie ogórkiem. Ma bardzo lekką konsystencję. Łatwo się nabiera i wsmarowuje w skórę. Nie pozostawia smug.

Krem jest leciutki, od razu się wchłania i nie pozostawia żadnej tłustej warstwy. Cera jest gładka, nie całkiem matowa, ale i nie tłusta, powiedziałabym, że promienna. Wygląda świeżo i jakoś tak młodo, dziewczęco.
Nie powoduje uczucia ściągnięcia. Delikatnie nawilża, tonizuje i łagodzi podrażnienia.
Najciekawsze jest to, że krem pięknie przymyka pory. Wiadomo, że nie znikną całkowicie, ale różnica jest bez problemu zauważalna gołym okiem. Dodatkowo zdecydowanie reguluje wydzielanie sebum, bo już po tygodniu regularnego stosowania na dzień cera mniej się świeci, a podkład dłużej się utrzymuje.


Minusem jest w moim przypadku wydajność - dość szybko się skończył. Myślę, że to przez naprawdę lekką konsystencję - przyzwyczajona do kremów, które "czuć" na skórze, aplikowałam go większą ilość albo wręcz dwie warstwy, bo miałam wrażenie, że szybko znika. Sądząc po przymkniętych porach i spółce krem oczywiście był i działał, ale jakoś polubiłam tą podwójną aplikację, więc tak go stosowałam. Porcję ok. 45 ml zużyłam w kilka tygodni, na oko 3-4. Jak dla mnie ok, bo nie dodałam konserwantów, więc i tak pewnie powinnam zużyć go szybciej. W każdym bądź razie przez cały ten okres nie rozwarstwił się, nie zmienił wyglądu ani zapachu i nie zrobił krzywdy. Właściwie za nim tęsknię i na pewno jeszcze nie raz go ukręcę!

I to wszystko bez alkoholu, parabenów, parafiny i innych "fajnych" substancji. Jak widać są one zbędne, a nawet niepożądane.

Zrobicie sobie? Krem kręci się szybciutko, najdłużej chyba rozdrabniałam ogórka, ale powiem Wam, że warto było!

Lefrosch, Pilarix, Krem mocznikowy mocno nawilżający

Czasami przesuszenie skóry jest tak silne, że trudno sobie z nim poradzić. Czasami, zwłaszcza w zimie, kiedy działa ogrzewanie i klimatyzacja, skóra nie nadąża z regeneracją i zatrzymywaniem wody w naskórku, przez co brzydko się łuszczy i wygląda nieestetycznie. Czasami nasze łokcie czy stopy są szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Czasami potrzebujemy złagodzenia skóry po depilacji. Czasami potrzebujemy po prostu kremu do zadań specjalnych! O takim właśnie kremie napiszę dzisiaj - kremie, którego używam w najdziwniejszych sytuacjach i co najważniejsze, który jest skuteczny!



Lefrosch Pilarix, Krem mocznikowy

Krem kupimy w kartoniku, na którym mamy wszelkie niezbędne informacje. Ładne, estetyczne opakowanie w tonacji biało-błękitnej sugeruje, że jest to krem apteczny i oczywiście krem możemy kupić w aptekach w cenie 10-20 zł. Ceny są mocno rozbieżne, dlatego warto poszukać najlepszej.

Tubka z odkręcanym korkiem stabilnie stoi na głowie. Kolorystyka pudełka utrzymana została również na tubce, która jest miękka i wygodna.


Tubka z odkręcanym korkiem stabilnie stoi na głowie. Co prawda wolę korki typu klik, ale daję radę. 
Skład: Już na drugim miejscu jest mocznik (20% całego składu), następnie emolienty tłuste, gdzieś dalej gliceryna, masło shea, 2% kwasu salicylowego, alantoina i panthenol. Szczegóły na zdjęciu powyżej.


Krem jest dość gęsty, nie spływa ze skóry. Jest treściwy i dzięki temu niesamowicie wydajny. Jednocześnie szybko się wchłania, pozostawiając pielęgnującą warstewkę na skórze, która nie jest tłusta. Zapach ma lekko apteczny, z niczym konkretnym mi się nie kojarzy, ale jest do zniesienia.



Krem najczęściej służy mi za genialny krem ratunkowy dla dłoni (np. w zimie, kiedy raz zapomniałam posmarować ręce i oczywiście wziąć rękawiczki - po nocy z Pilarixem po suchej skórze nie było nawet śladu). Czasami mam ręce podrażnione i spierzchnięte od detergentów, ale wystarczy, że posmaruję je tym kremem i po kłopocie. Krem szybko się wchłania, więc nadaje się także na dzień. Moim ulubionym sposobem jest natomiast konkretniejsza warstwa na noc - rano wstaję z gładkimi i mięciutkimi dłońmi.
Świetny na stopy, kolana i łokcie, które po nim są miękkie, nawilżone i gładkie. Warto posmarować nim skórę po depilacji, co złagodzi podrażnienia (zwłaszcza po maszynce!) i zapobiegnie wrastaniu włosków. 
Niedawno miałam problem z bardzo przesuszoną i łuszczącą się skórą pod brwiami, a niewielka ilość tego kremu pomogła mi przywrócić te miejsca do normy, przy czym nic się złego nie stało. Producent na opakowaniu nie wspomina czy można go stosować na twarzy, ale patrząc na skład nie widzę przeciwwskazań.
Podobno pomaga także na rogowacenie okołomieszkowe, z którym ja osobiście się nie borykam, więc nie jestem w stanie tego sprawdzić.


Pilarix to mój ulubiony krem do zadań specjalnych. Myślę, że warto go mieć, w nagłych przypadkach bardzo się przydaje. 

Znacie?  Macie takie sprawdzone kremy "prawie do wszystkiego"?

Yves Rocher, Pur Bleuet, Woda do demakijażu twarzy i oczu

Oczyszczanie skóry twarzy to podstawa, dlatego też zużywam mnóstwo tego typu produktów. Najwięcej wykańczam żeli, peelingów i płynów micelarnych (choć bywa, że one wykańczają mnie). Mam pootwierane jednocześnie po 2-3 opakowania kosmetyków o takim samym przeznaczeniu (wina mojej niepohamowanej ciekawości), ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się dopuścić do ich przeterminowania i wyrzucenia. Po prostu nadążam z ich zużywaniem, a kolejne produkty w zapasach czekają... Bywa, że smutno mi, iż dany kosmetyk się skończył (np. płyn micelarny Sylveco), a bywa, że... się cieszę. Jak było tym razem?

Yves Rocher
Pur Bleuet
Woda do demakijażu twarzy i oczu
z wyciągiem z bławatka bio


Butelka jest dość wąska, ale stabilna. Kolor ma fioletowy i przezroczysty, bardzo mi się podoba, także zdjęcie chabra do mnie przemawia, bo to jedne z moich ulubionych roślin. Za pojemność 200 ml w cenie regularnej trzeba zapłacić 21 zł (ale ja, jak to ja, wypatrzyłam promocję za dychę).


Biały korek na klik jest wygodny, łatwo się otwiera, ale na pewno sam tego nie zrobi (zabierałam ten płyn na wyjazdy i nigdy się nie wylał). Otworek jest trochę zbyt duży, dlatego najczęściej wylewa się na płatek za dużo płynu. To wada nr 1.


 Woda ma lekko żelową konsystencję, ale mimo wszystko jest bardzo lejąca. Właściwie ta konsystencja mnie wkurza, bo gdyby była całkiem wodnista wsiąkałaby w płatek, a tak to rozlewa się na boki i z niego ścieka (wada nr 2), tym bardziej, że jak już wspomniałam, trudno wylać odpowiednią ilość, najczęściej od razu leci zbyt dużo produktu. Woda-żel jest całkowicie przezroczysta i właściwie bezzapachowa, może z lekką nutą kwiatową, ale naprawdę ledwo wyczuwalną.

Na zdjęciu widać jak woda ścieka z ręki, a zdjęcie zrobione sekundę po poprzednim u góry...


Skład: Na obronę tylko dodam, że już na trzecim miejscu jest hydrolat z chabra bławatka. Szczegóły na zdjęciu:


Najważniejsze jest działanie, a tego nie mogę mu odmówić. Zmywa makijaż, co prawda nie od razu, trochę trzeba nim pomacać się po twarzy, ale daje radę. Problem jest natomiast z oczami. Powoduje pieczenie i szczypanie (zapewne wina methylpropanediolu, drugiego w INCI), na szczęście takie do wytrzymania, ale nie jest to mile ani przyjemne. Wada nr 3.
Mam wrażenie, że lekko zaognia zaczerwienienia i zamiast łagodzić jeszcze bardziej je podkreśla. 
Jak dla mnie producent nie dotrzymał własnych słów z opakowania, ale to żadna nowość prawda?


To jeden z tych produktów, które wykończę bez żalu, grzecznie pożegnam i nie zaproszę do siebie więcej.

Znacie produkty do oczyszczania z YR? Miałam kiedyś płyn micelarny z serii Sebo Vegetal, który pięknie wysuszał mi cerę i peeling morelowy, który ładnie pachniał, owszem, ale nie pilingował...

Silnie nawilżająca mgiełka do twarzy i/lub włosów DIY

Pewnie nie powinnam się tak w kółko powtarzać, ale ważne rzeczy warto utrwalać: każdą, w tym także tłustą cerę trzeba nawilżać! Widzę sama po sobie, że to naprawdę działa. Cera się uspokaja, nie produkuje w nadmiarze sebum, więc mniej się świeci, ma mniejszą tendencję do zmarszczek i zaskórników oraz innych niemiłych niespodzianek. Same plusy, zero minusów. Tak więc, nawilżamy się. Od środka to raz, od zewnątrz dwa.

Fajnym sposobem na nawilżenie bez obciążania skóry jest mgiełka. Używałam tych gotowych, ale w jakimś momencie zapragnęłam stworzyć swoją własną. Dziś będzie to już moja mgiełka numer 3, trochę trudniejsza niż poprzednie. Pierwsza to była po prostu... zielona herbata + kwas hialuronowy. Działała super!Druga: woda różana + napar ze skrzypu + kwas hialuronowy. Działała jeszcze lepiej!

jak-zrobic-kosmetyki

Silnie nawilżająca mgiełka do twarzy i/lub włosów o zapachu kwiatów pomarańczy z kwasem hialuronowym i witaminą B3


przepis-na-mgielke-diy

Bazą będzie hydrolat z kwiatów gorzkiej pomarańczy, który nada mgiełce charakterystycznego zapachu bez użycia sztucznych kompozycji zapachowych lub naturalnych, ale czasem podrażniających olejków eterycznych. Czy zapach neroli jest ładny to kwestia gustu. Ewentualnie można dodać dowolnego innego hydrolatu np. różanego, lawendowego, oczarowego.

Składniki (na 30ml):
  • hydrolat z kwiatów gorzkiej pomarańczy 
  • kwas hialuronowy ok. 5 - 10 ml
  •  mleczan sodu 1 ml
  • witamina B3 1,2 ml (max. 1,5 ml)
  • witamina B5 1,2 ml (max. 1,5 ml)
  • buteleczka z atomizerem miarki (precyzja jest tutaj dość istotna)

Sposób wykonania mgiełki nawilżającej

Odmierzone witaminy B3, B5 oraz mleczan sodu przelewamy/przesypujemy bezpośrednio do buteleczki z atomizerem i dolewamy trochę hydrolatu, aby dokładnie rozpuścić je w cieczy (potrząsamy). Następnie dodajemy kwas hialuronowy, znów mieszamy, po czym dopełniamy hydrolatem do końca. Gotowe. Sprawdzamy pH gotowego produktu, u mnie wyszło gdzieś pomiędzy 5 a 6 czyli idealne (pH skóry to ok. 5,5).


Dobór składników do własnej receptury mgiełki

Hydrolat z kwiatów pomarańczy gorzkiej: zmniejsza zaczerwienienia skóry, poprawia jej ukrwienie, przywraca kwaśny odczyn. Łagodzi podrażnienia i nawilża wszystkie typy skóry. działa antybakteryjnie i ściągająco, reguluje wydzielanie sebum. Doskonale odświeża cerę i ją regeneruje. Jest antyoksydantem. Bezpieczne stężenie hydrolatu do 100%.

 Witamina B3 (niacynamid): silny antyoksydant, chroni skórę przed działaniem promieniowania UVB oraz wolnych rodników, rozjaśnia przebarwienia posłoneczne oraz zapobiega powstawaniu nowych, działa nawilżająco oraz reguluje poziom nawilżenia skóry,  redukuje wydzielanie sebum, działa przeciwzapalnie oraz przyspiesza gojenie się ran, działa także przeciwbakteryjnie, przyspiesza leczenie oparzeń, wygładza i uelastycznia blizny, zwęża pory. 2-5%

Kwas hialuronowy: głęboko nawilża i zapobiega wysychaniu skóry. Uelastycznia, napręża skórę, ujędrnia. Łagodzi podrażnienia i chroni skórę. Do 100% (oczywiście roztwór).

Mleczan sodu: zapobiega i zmniejsza przebarwieniom skóry, silnie nawilża (podnosi nawilżenie naskórka aż do 90%), działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie. 0,1-5%

Witamina B5 (d-pantenol): wnika bardzo głęboko w skórę, poprawia nawilżenie, ujędrnienie, uelastycznia. Łagodzi stany zapalne i podrażnienia. Przyspiesza regenerację skóry i gojenie ran. 0,5-5%

jak-nawilzyc-tlusta-cere

Przechowywanie kosmetyków diy

Normalnie na półeczce w łazience czy nawet w torebce. W lecie warto trzymać ją w lodówce, ponieważ ochłodzona jeszcze lepiej orzeźwia. Należy zużyć w ciągu max. 2 tygodni. Można przedłużyć świeżość naturalnym konserwantem.
  

Stosowanie domowej mgiełki nawilżającej

Rozpylamy w razie potrzeby. Ja bardzo lubię nawilżać nią skórę twarzy przed aplikacją serum/kremu. Nadaje się także na włosy. Świetnie sprawdza się przy maseczkach z glinki, po spryskaniu nią maseczka na twarzy nie zastygnie w skorupę. Doskonała na plażę, do ogrodu, na wakacje czyli wszędzie tam, gdzie jest upał i potrzebujemy ochłody i orzeźwienia, a nasza skóra złagodzenia ewentualnych podrażnień i nawilżenia.
Dobrze sobie radzi ze zwężeniem porów i z kojeniem wszelkich podrażnień, cera się wyrównuje, nie jest ściągnięta i nie woła "pić". Silnie nawilża i to na długo.


Lubicie mgiełki? Podoba Wam się mój przepis?

Avon, Planet Spa, Amazonian Treasures, Scrub do ciała z jagodami Acai

Zobaczyłam go w katalogu i od razu mi się spodobał. Jagodowe opakowanie, atrakcyjna cena w promocji, tyle wspaniałych obiecanek producenta i jak tu się oprzeć? Jak nie kupić? Jak nie ulec? Niestety często się na to nabierałam, teraz mam za swoje: wyciągam po kolei z zapasów takie produkty i się zastanawiam... i myślę... i dumam... Nad czym? A to już musicie przeczytać dalej :)

Avon
Planet Spa
Amazonian Treasures
Oczyszczająco-wygładzający scrub do ciała
z brazylijskimi jagodami Acai

Zrób to sama: Serum przeciwzmarszczkowe do cery tłustej i mieszanej

Uwielbiam sera, od kilku lat stosuję i te kupne i te własnoręcznie zrobione. Zawierają skoncentrowane składniki aktywne i doskonale pielęgnują cerę. Nakładam je raczej na noc, kiedy skóra potrzebuje odżywienia i regeneracji.
Dziś przedstawię Wam prosty przepis na własne serum. Ja akurat dobrałam składniki tak, aby nawilżyć i ujędrnić moją tłustą skórę po zimie, ale po zastanowieniu uznałam, że właściwie serum powinno się dobrze spisać także przy cerze suchej, a nawet wrażliwej.

Zrób to sama
Serum dwufazowe do twarzy
przeciwzmarszczkowe
do cery tłustej i mieszanej
(ale także do suchej i wrażliwej)

Mam 30 ml buteleczkę, więc dałam:
ok. 15 ml herbaty zielonej czyli połowa pojemności (pamiętajcie, że zielonej herbaty nie zalewamy wrzątkiem, a najlepsza jest liściasta, choć od biedy może być ta w pampersie)
ok. 7 ml kwasu hialuronowego (u mnie potrójny 1,5%)
ok. 13 ml olejów (u mnie kilka kropel oleju z wiesiołka, bo zależało mi, aby go wykończyć, kilkanaście kropel oleju z pestek moreli, do końca dopełniłam olejem abisyńskim)
max. 3ml ekstraktu z owoców malin (dałam po prostu odrobinę).


Jak widzicie wszystko jest "na oko", ponieważ wszystkie składniki oprócz ekstraktu z malin z powodzeniem można używać nawet w 100% stężeniu na skórę. Jeżeli czegoś nie macie to nie ma problemu. Najważniejsza jest zielona herbata i dowolny olej/oleje, reszta jest opcjonalna, choć kwas hialuronowy też warto mieć w swojej kosmetyczce.

Do dzieła:
Do herbaty dodajemy ekstrakt z malin i dobrze mieszamy, aby się rozpuścił. Następnie dodajemy kwas hialuronowy oraz oleje. Mieszamy. 
Gotowe. 
Mamy żółte dwufazowe serum, dlatego przed użyciem wstrząsamy. Używamy codziennie wieczorem na oczyszczoną twarz.


Serum ma lekką konsystencję, chwilę się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. 


Dlaczego takie składniki?
Olej abisyński: intensywnie nawilża i odżywia skórę. Redukuje zmarszczki, wygładza, uelastycznia i zmiękcza. Nie pozostawia filmu na skórze i nie zatyka porów.

Kwas hialuronowy: silnie i głęboko nawilża. Wygładza, ujędrnia i uelastycznia skórę. Łagodzi podrażnienia. Ułatwia przenikanie substancji wgłąb naskórka.

Olej z wiesiołka: reguluje wilgotność i pracę gruczołów łojowych. Regeneruje i uelastycznia, wzmacnia odporność i odmładza skórę. Łagodzi podrażnienia, wypryski i przebarwienia.

Olej z pestek moreli: łatwo wnika wgłąb naskórka poprawiając kondycję skóry zwiotczałej, zmęczonej i ze zmarszczkami. Poprawia napięcie i nawilżenie skóry. Nie pozostawia tłustej warstwy.

Ekstrakt z owoców malin: odświeża, wygładza i wzmacnia skórę. Zapobiega nadmiernemu wydzielaniu sebum. Łagodzi podrażnienia.

Zielona herbata: silny antyoksydant, chroni skórę przed starzeniem, wolnymi rodnikami i promieniowaniem UV. Nawilża i łagodzi podrażnienia. Ujędrnia i zwiększa napięcie skóry. Działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie, pomaga w leczeniu trądziku i zmniejsza powstawanie zaskórników.

W tle widać jak serum wygląda po zmieszaniu

Zachęciłam Was do eksperymentów? Lubicie robić własne kosmetyki?

Pomadka Alterra na rzęsy, rezultaty po 2 miesiącach

Minęły prawie dwa miesiące odkąd zaczęłam kurację na rzęsy pomadką rumiankową Alterra. Przez cały ten czas tylko raz zapomniałam posmarować nią rzęsy przed snem, do czego uczciwie się przyznaję. Myślę jednak, że nie ma to jakiegoś ogromnego znaczenia. Czasem smarowałam się nią także rano np. w wolny weekend, kiedy mogłam pochodzić bez makijażu. Nie uczuliła mnie i nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków. Co nie znaczy, że są pozytywne...
Czy są jakieś rezultaty? Myślę, że ponad 50 dni codziennego, regularnego stosowania to jest już jakiś punkt odniesienia.


Pomadka Alterra jako odżywka do rzęs
rezultaty po ponad 50 dniach stosowania raz dziennie (na noc)




Używając pomadki codziennie na noc chciałam osiągnąć:
  • zagęszczenie i przyciemnienie rzęs
  • przyspieszenie wzrostu
  • a co za tym idzie wydłużenie.


Zdaję sobie sprawę, że niektóre zdjęcia pozostawiają wiele do życzenia, ale mam nadzieję, że widać "rezultaty" ;)

PRZED                                                                 PO


Widzicie jakąś różnicę? Bo przyznam szczerze, że ja... prawie żadnej.

Oczywiście możliwe, że te 50 dni to zbyt krótko, aby uzyskać jakiś efekt, ale żeby tak praktycznie żaden? Ani pogrubienia, zagęszczenia, ani przyciemnienia. Nic. Zupełnie nic. Może jedynie mniej wypadają, ale od dłuższego czasu nie mam z tym problemów, więc trudno mi stwierdzić, czy to zasługa Alterry. Po bliższym przyjrzeniu się zdjęciom stwierdziłam, że jednak jest coś! Odrobinkę wydają mi się dłuższe, zwłaszcza na dolnym zdjęciu. Ale może to jakieś moje życzeniowe myślenie?

Może moje rzęsy są po prostu odporne na bycie ładnymi? Nie pomagają prośby ani groźby, sera, olej rycynowy i odżywki. Jednakowoż jestem człowiekiem upartym tak więc rozpoczynam kolejną kurację. 

Bimatoprost

EDIT: Po wszystkich serach z bimatoprostem, który faktycznie DZIAŁA, ale NA KRÓTKO (mniej więcej po 1-2 miesiącach rzęsy rosną jak szalone, jednak potem równie szybko wypadają - szczególnie po odstawieniu serum) stwierdziłam, że jednak wracam do pomadki Alterra, która ma szansę wzmocnić rzęsy w sposób naturalny i bezpieczny.

Mimo wszystko nie jestem przeciwniczką bimatoprostu, ale trzeba obchodzić się z nim z zachowaniem wszelkiej ostrożności i uwagi, a w przypadku zaobserwowania jakichkolwiek zmian zaprzestać stosowania serów z tym składnikiem. Prawda jest taka, że tylko bimatoprost sprawi, że rzęsy urosną, ale może być też niebezpieczny. Więcej o tym w podlinkowanych wpisach poniżej:



A jak u Was? Stosowałyście Alterrę na rzęsy? Jakieś rezultaty? A może znacie krem Belcils?

Zrób to sama: Mgiełka do włosów z zieloną herbatą

Ostatnio pisałam, że skończyła mi się mgiełka do włosów Radical i zostawiam sobie opakowaniu na somoróbkę. Dziś będzie właśnie o tym - o mojej pierwszej mgiełce do włosów. Myślę, że przepis jest bardzo prosty, ale zobaczymy jak się spisze ten mój wynalazek po testach. 
Butelkę "obdarłam ze skóry", co łatwe nie było i w sumie źle zrobiłam, bo pozostał klej, którego w żaden sposób nie mogę usunąć. Wyszła taka matowa butelka, trochę nieładna, ale przeżyję. W końcu liczy się wnętrze :)

Mgiełka do włosów
nawilżająca
z zieloną herbatą
 
100 ml zielonej herbaty (pamiętajcie, że nie zalewamy jej wrzątkiem)
30 kropel dowolnego oleju (u mnie 15 kropel olej z pestek moreli oraz 15 kropel olej z wiesiołka)
ew. dowolne mleczko (u mnie owsiane) ok. 4 g
ew. 3 krople olejku zapachowego (u mnie grejpfrut, tylko i wyłącznie dla zapachu)


Do dzieła:
Do herbaty wyciskamy mleczko - jeśli chcemy je dodać, dokładnie mieszamy. Następnie dodajemy odmierzoną ilość olejów i ewentualnie olejek zapachowy. Dość szybko fazy powinny nam sie rozdzielić tzn. faza tłuszczowa będzie sobie pływać na powierzchni. Buteleczkę zamykamy. 
Jest to mgiełka dwufazowa, więc przed użyciem porządnie wstrząsamy i spryskujemy włosy (w zależności od preferencji od podstawy po same końce lub tylko od połowy). Po wstrząśnięciu otrzymujemy piwko z pianką :D

Najlepiej nie robić zbyt dużej ilości i przechowywać ją w lodówce. Jeżeli nie dodamy konserwantu (ja nie dodaję) należy zużyć mgiełkę w ciągu 10 dni. Na szczęście przepis jest prosty i szybki, więc łatwo można zrobić kolejne porcje i w dodatku wzbogacać je o różne półprodukty w zależności np. od pory roku lub stanu naszych włosów.

Przed zmieszaniem serum wygląda tak:
 

Dlaczego takie składniki:
Olej z pestek moreli: wygładza i odżywia włosy, łatwo się spłukuje, nawilża, nadaje połysk, chroni włosy przed utratą wody oraz warunkami atmosferycznymi.

Olej z wiesiołka: wzmacnia cebulki i zmniejsza wypadanie włosów, reguluje pracę gruczołów łojowych, nawilża i zapobiega utracie wody, nabłyszcza włosy i zapobiega ich matowieniu.

Mleczko owsiane: zmiękcza i wygładza włosy, nawilża, zapobiega odparowywaniu wody, ułatwia rozczesywanie, nabłyszcza.

Zielona herbata: chroni przed UV, nawilża, wzmacnia włosy i przyspiesza ich wzrost.

 Piwko po zmieszaniu:


Skusicie się? Na pewno napiszę recenzję za jakiś czas :)

Monotheme ioECO, Żel do mycia twarzy z ekstraktem z ogórka

 Promocje, ach promocje... Czy jest coś bardziej kuszącego na tym świecie? Czyż można przejść obojętnie obok nowego produktu lub takiego, na który od dłuższego czasu polujemy jeśli jest w "super hiper ekstra" cenie? Ja nie potrafię. Staram się, omijam drogerie, nie wchodzę na Allegro i pilnuję się na każdym kroku, a i tak zawsze znajdę okazję, wyprzedaż, zniżki. I nie mogę się powstrzymać. Winna! Bo jak nie skorzystać i przejść obojętnie, jeśli widzę produkt, na który czyham od kilku miesięcy za... 7 zł przy regularnej cenie ok. 25zł? No jak? Nie da się!

Tak właśnie nabyłam dwa produkty Monotheme ioECO. Dziś napiszę Wam o jednym z nich, a mianowicie żelu do mycia twarzy.



Monotheme ioECO,  Głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy z solami mineralnymi i   ekstraktem z ogórka dla skóry wrażliwej


Zgrabna buteleczka w kolorze białym niestety uniemożliwia kontrolowanie ilości żelu. Zielone akcenty i symbol ogórka bardzo podobają mi się wizualnie, całość wygląda po prostu schludnie, ale i ciekawie.
Wszelkie podstawowe informacje znajdziemy na opakowaniu... w języku włoskim. Na szczęście jest też krótka, konkretna etykieta po polsku. Cena regularna wynosi ok. 25zł, ale mi udało się dorwać go za 7zł/200ml :) Dostępny jest m.in. w Douglasie i Hebe.


 Żel posiada pompkę, co osobiście uwielbiam ze względów higienicznych. Najpierw jednak trzeba zdjąć przezroczysty koreczek, co jest mniej wygodne, zwłaszcza mokrymi rękoma. Mam także zastrzeżenia co do kształtu butelki i szerokości tejże pompki, uniemożliwiają one bowiem wygodne nabranie żelu - muszę całkiem przechylić całe opakowanie i dopiero wtedy pompować żel na rękę, w innym przypadku wszystko spływa prosto na etykietę... Średnio to wygodne, ale wykonalne.


Skład:  Zaraz po wodzie mamy łagodny dla skóry detergent Decyl Glucoside, następnie nawilżającą glicerynę, ekstrakt z ogórka, oliwę z oliwek, antyoksydant, ekstrakt z limonki, Parfum, identyczny z naturalnym konserwant, konserwanty, składniki kompozycji zapachowej.


Żel jest dość gęsty, nie spływa z ręki. Po roztarciu w dłoniach lekko się pieni. Bardzo przyjemnie, choć delikatnie pachnie, raczej świeżo, nazwałabym ten zapach połączeniem ogórka z limonką, tak jak wynika ze składu. Posiada delikatnie żółtawy odcień.
Jest bardzo wydajny, ponieważ dosłownie dwie pompki wystarczą na umycie twarzy oraz szyi i dekoltu.

Dokładnie oczyszcza skórę z wszelkich zanieczyszczeń i makijażu. Pozostawia ją nawilżoną, odświeżoną i gotową do dalszych zabiegów. Nie podrażnia i nie uczula. Myję nim czasem także oczy, ponieważ nie powoduje szczypania ani pieczenia. Domywa nawet tusz do rzęs. Nie ściąga skóry, choć mam wrażenie, że lekko domyka pory, bo skóra po nim jest ładniejsza i gładsza.


W skrócie: uwielbiam go. Oprócz niezbyt udanego opakowania nie widzę z nim wad. Jeśli spotkam go znów w "super hiper" promocji wykupię chyba wszystkie sztuki jakie będą na stanie w drogerii ;) 

Znacie te kosmetyki?

Odżywki do paznokci a formaldehyd + Zrób to sama

W ostatnich latach prawdziwą furorę zrobiła odżywka po paznokci 8w1 Eveline, której to odżywki... szczerze nienawidzę! To, co zrobiła z moimi paznokciami wlecze się za mną nadal, a nie używam jej od... kilku miesięcy.

Zaczęło się dobrze: kupiłam, używałam zgodnie z zaleceniami na opakowaniu, a potem stosowałam jako bazę pod kolorowe lakiery (nigdy nie trzymałam dłużej niż 3 dni i robiłam przerwy). Paznokcie zrobiły się faktycznie twarde i właściwie nic więcej. Zawsze, ale to zawsze podczas malowania nią paznokci koszmarnie łzawiły mi oczy, dosłownie zalewałam się łzami. Oczy dodatkowo szczypały i piekły, a z nosa leciał katar (fuj!), ale ja, jak to ja - nie przejmowałam się, malowałam dalej. Do czasu...

Mniej więcej w połowie buteleczki zauważyłam, że płytka paznokcia stała się nieładna, zażółcona, matowa i sucha jak wiór. Ale to jeszcze nic. Potem było tylko gorzej. Paznokcie zaczęły mi się łamać i rozdwajać. Wyglądały strasznie, jakbym nimi drapała metal. Dopiero wtedy zaczęłam czytać opinie... I się przestraszyłam! Wyrzuciłam tą "odżywkę" szybciej niż biegał Struś Pędziwiatr!

Tak się dowiedziałam co to jest formaldehyd...

Lepiej późno niż wcale. Niektóre dziewczyny skończyły o wiele gorzej: z bólem nie do wytrzymania, grzybicą, z odchodzącą płytką paznokciową (!), ze zmianami koloru paznokci (szare, żółte, brązowe, czarne, do wyboru) i poważnymi chorobami paznokci. 


Formaldehyd - substancja toksyczna i drażniąca, sklasyfikowana jako rakotwórcza (III kategoria). Jeden z najsilniejszych środków odkażających, wykazujących działanie bakteriobójcze, grzybobójcze, pierwotniakobójcze, ściągające, przeciwpotowe i odwaniające. Powoduje denaturację białek enzymatycznych i strukturalnych. Działa także zmiękczająco, poprzez rozpuszczanie keratyny. Substancja ta jest silnie alergenna, powoduje uczulenia, podrażnia drogi oddechowe i oczy. W wysokim stężeniu jest także mutagenna. Czy kojarzycie formalinę, w której kiedyś w salach biologicznych były zakonserwowane zwierzęta, narządy i tkanki? O to to właśnie :) A balsamowanie zwłok? Super, prawda?

Dlaczego więc jest stosowana? W odżywkach i lakierach doskonale utwardza płytkę paznokcia (tylko początkowo) i konserwuje produkt. Maksymalna zawartość formaldehydu w preparatach do paznokci to 5%, ale najczęściej stosowane stężenie to 2% (i takie właśnie jest w produktach Eveline). Mało? Wystarczy, aby wywołać problemy z kondycją płytki i choroby. Ja dziękuję!

Malując paznokcie narażamy je na kontakt z formaldehydem, ale także w jakimś stopniu go wdychamy! Warto o tym pamiętać.


Drążąc temat... formaldehyd występuje powszechnie w najróżniejszych kosmetykach, najczęściej w stężeniu 0,2%: w szamponach, żelach pod prysznic, kremach, balsamach do ciała, płynach do jamy ustnej (w stężeniu o,1%), kosmetykach kolorowych (pudry, podkłady), lakierach i odżywkach do paznokci, także w produktach dla dzieci!
 
Pod jaką nazwą szukać w INCI:
- Formaldehyde,
- Benzylhemiformal,
-Bromo-5-nitro-1,3-dioxane (Bronidox),
- Diazolidinyl Urea,
- Imidazolidinyl Urea,
- Quanternium-15,
- DMDM Hydantoin,
- Methenamine,
- Glutaral,
- Hexetidine,
- Iodopropynyl Butylcarbamate,
- Tosylamide/Formaldehyde Resin,
- w żywności (!) E-240.
Wszystkie nazwy są kosmiczne, ale warto sobie je gdzieś zapisać, z czasem pewnie są do zapamiętania.

Gdzie jest na pewno: Micro Cell 2000, 8w1 Eveline, Diamentowa odżywka Eveline. Warto czytać składy.

Nie jest powiedziane, że wszyscy są na niego uczuleni i że będą mieć objawy takie jak choćby ja. Nie jest też powiedziane, że w pewnym momencie, zwłaszcza podczas zbyt częstego stosowania, nie uczulicie się na niego w przyszłości...

Ja dziękuję, tym bardziej, że są odżywki i lakiery bez formaldehydu, m.in.:
Essie, niektóre Sensique, Paese (przyspieszacz wzrostu paznokci), Diadem (odżywka 3w1),
Nail Tek Citra, Sally Hansen (Nailgrowth Miracle), Miss Sporty 5w1, Essence (Ultra Nails Repair), Poshe (top coat), Venita (Vinylowa regeneracja), LCN (Diamond Powder),
Pierre Arthes, Hean, Bell Fashion Colors, Inglot, China Glaze, Mollon, Celia Colores, Maybelline, Essence Colour&Go, Essie, Kobo Proffesional, Dr Irena Eris, Astor, Pieree Arthes, Wibo, Your Fantasy, Soraya, Zoya, Couleur Caramel, Revlon, Perfect Lady, O.P.I, Hean Fashion Nails, Isa Dora, Delia Coral, Eveline (w dużych opakowaniach), Yves Rocher, niektóre Sally Hansen, Miss Sporty, Ados, Joko, Manhattan, L’Oreal, M.A.C, Givenchy, E.l.f, Chanel, Dior, Estee Lauder, Lancome, Golden Rose (Paris, Rich Color), H&M, Orly.

Na koniec najprostsza na świecie, działająca i naturalna odżywka do paznokci, która pomogła mi się uporać z tym, co zdziałało "cudo" Eveline.

Zrób to sama, Najlepsza na świecie odżywka do paznokci!

Oliwa lub olej rzepakowy + sok z cytryny.
Wystarczy leciutko podgrzać i gotowe. Włączamy sobie fajny film albo ulubioną muzykę, robimy maseczkę na twarz i leżymy wygodnie relaksując się i mocząc pazurki w tej niewyszukanej mieszance. Potrafi zdziałać cuda, a jest śmiesznie wręcz prosta do zrobienia!


Paznokcie przed: trochę jeszcze wysuszone, pożółkłe (a miałam naturalnie białe), skórki suche, raczej matowe.


Paznokcie po: natłuszczone, błyszczące, nawilżone i odżywione, a skórki miękkie. Co najważniejsze: efekt ten się utrzymuje, a przy w miarę regularnym stosowaniu widać znaczącą poprawę.


Na koniec ręce: nadmiar oliwy zawsze wsmarowuję w skórę dłoni, co doskonale ją odżywia, nawilża i natłuszcza na długo. Skóra staje się miękka i elastyczna, warto więc to robić!


I co myślicie? Jesteście przeciwniczkami formaldehydu czy raczej Wam nie szkodzi i nie boicie się go stosować?
Robicie sobie czasem takie oliwkowe spa dla paznokci?

Revitalash, Hi-Def Tinted Brow Gel, Żel do brwi

Czy jest ktoś, ktokolwiek - kto nie słyszał o Revitalash? Chyba nie. Ja na pewno słyszałam duuużo wcześniej zanim zapoznałam się z tym produktem, nawiasem mówiąc, moim pierwszym. Niczego szczególnie się nie spodziewałam, bo ile dziewczyn tyle opinii, wiadomo. Nie chciałam nastawiać się na "tak" albo na "nie", dopóki nie wypróbuję i nie sprawdzę na sobie. Jeśli jesteście ciekawe zapraszam.

Revitalash
Hi-Def Tinted Brow Gel
Żel do brwi


Żel kupujemy w bardzo ładnym, zgrabnym granatowym kartoniku. Wygląda to estetycznie i elegancko, do mnie przemawia! Kartonik jest zaklejony naklejką z hologramem, która ma gwarantować oryginalność produktu. Wewnątrz znajdziemy nasz produkt i ulotkę.


Ulotka wszystko ładnie tłumaczy na wypadek gdyby ktoś nie wiedział co do czego ;) Można sobie także postudiować (chyba) chińskie znaczki-pełzaczki i arabskie litery. Mnie osobiście ta ulotka rozbroiła, ale rozumiem, że takie są wymogi. Instrukcja obsługi jest... same zobaczcie :)


W kartoniku znajduje się opakowanie z produktem, równie ładne i utrzymane z srebrno-granatowej kolorystyce.  Mnie się szalenie podoba!


Najważniejsze jest jednak wnętrze ;)

Do dyspozycji mamy dwie końcówki. Pierwsza to zwykła szczoteczka zanurzona w żelu.
Sam żel jest półprzezroczysty i ma lekko brązowy odcień, w związku z czym przy moim typie urody spokojnie wystarcza i mogę już zrezygnować z pudrów i kredek do brwi. 
Łatwo można dozować przyciemnienie włosków nakładając jedną bądź więcej warstw.
 Doskonale wypełnia ewentualne ubytki we włoskach i robi to subtelnie.

  
Druga końcówka to dwa rodzaje grzebyczków. Bardzo przydatne. Ładnie rozczesują włoski i pomagają ułożyć je tak jak chcemy. Skrywają się pod przezroczystą skuwką.


 Skład: Dokładny na zdjęciu. Producent chwali się zawartością:
peptydy i  betaglukan z owsa - pomagają wzmocnić i odżywić włoski, aby  uwydatnić ich naturalne piękno;
mineralny żel barwiący -  odporna na rozmazanie, naturalna, mineralna formuła barwiąca, wypełnia cienkie, rzadkie brwi, zapewniając precyzyjne i trwałe modelowanie;
Soft-Flex Polymers - technologia elastycznych i miękkich polimerów, kontroluje niesforne brwi i pomaga utrzymać je na miejscu;
olejek rycynowy - odżywia i przyciemnia brwi.


 Najważniejsze, że żel ładnie i naturalnie poskramia niesforne włoski i gwarantuje nam, że przez cały dzień będą w idealnym porządku. Sprawdziłam. Wszystko się zgadza! Ani jeden włosek nie śmie nawet drgnąć od rana do wieczora! Dzięki aplikatorowi łatwo mogę nadać kształt moim brwiom i po prostu, zwyczajnie je mieć! Moje własne są dość jasne, zresztą zobaczcie same:


Drugie zdjęcie zostało zrobione przy sztucznym świetle pod koniec dnia. Brwi wyglądają tak, jakbym dopiero co je pomalowała. Takiego efektu nie uzyskiwałam przy użyciu kredki.
Mam nadzieję, że widać różnicę?

Poniżej: cyknięte gdzieś w ciągu następnego dnia



Żel nie podrażnia i nie uczula, przynajmniej mnie.
Nie rozmazuje się, czego trochę się bałam, szybko zastyga i trzyma w ryzach każdy jeden włosek. Przy tym łatwo się zmywa nawet płynem micelarnym.

Podobno odżywia i chroni przed łamliwością. Tego nie wiem.

Zachwyt nad zachwytami i... wciąż zachwyt!
 Wierzcie mi, nie ruszam się już bez niego z domu!

Cena 80zł/7,4 ml.

Znacie?
Czaję się jeszcze na odżywkę do rzęs, ale też ma bardzo skrajne opinie, na niektóre rzęsy w ogóle nie działa. Znając moje szczęście należę do tej grupy. Ale kto wie? Może kiedyś...

Babuszka Agafia, Maska do włosów "Siedmiu sił"

Ostatnio, właściwie przez ostatnie kilka lat jest niezły szał na kosmetyki eko, naturalne, mineralne i nie wiadomo jakie jeszcze. Spora grupa producentów wykorzystuje tą tendencję do własnych, niecnych celów. Często kosmetyki, które się tak nazywają eko czy mineralne są tylko z nazwy, a składniki, którymi producent się chwali na opakowaniu wypisując je pogrubioną, duża czcionką są w ilościach śladowych czyli praktycznie zero procent!
Jednakowoż uważam, że warto poznawać różne kosmetyki, nawet te mniej naturalne i te tylko z nazwy. Czasem jest tak, że te eko nam po prostu nie służą, a te mniej eko już tak. Taki paradoks.

Dziś napiszę o dziwnej masce do włosów, która mnie urzekła nie wiadomo czym, ale jednak urzekła.

Babuszka Agafia
Maska do włosów "Siedmiu sił"


Zrób to sama: Remineralizująca i wybielająca pasta do zębów

Od kilku lat na co dzień nie używam past do zębów z fluorem, jedynie sporadycznie mi się to zdarza. Dlaczego? Na ten temat możecie przeczytać w internecie, od siebie dodam tylko, że fluor w wysokim dawkach jest szkodliwy, a znajduje się nie tylko w paście czy płynie do płukania jamy ustnej, ale także w wodzie czy pożywieniu. Takie dawki wraz z pokarmem w zupełności wystarczają organizmowi (zębom także), a nadmiar wręcz prowadzi do fluorozy (brązowe plamy na zębach i uszkodzone szkliwo). 

Czy pasta bez fluoru szkodzi?

Jestem świetnym przykładem na to, że brak fluoru w paście wcale nie szkodzi! Moje zęby są w miarę białe (w miarę, bo jestem zadeklarowaną herbato- i kawoholiczką, poza tym fluor nie wybiela zębów), twarde i nie mam ubytków (co może potwierdzić moja stomatolog, gdyż regularnie ją nawiedzam). Da się? Jasne, że się da!

Do tej pory kupowałam oczywiście gotowe pasty do zębów. Moją najulubieńszą jest szałwiowa bez fluoru Ziaji, ale trudno ją ostatnio dorwać. Często kupuję także taką za... 2zł w Auchan - też nie zawiera fluoru. Z kupnych polecam Himalaya, natomiast odradzam goździkową Promise.


Postanowiłam jednak pójść o krok dalej i sporządzić własną pastę. I nie jest to Prima Aprilis ;)

Pasta do zębów, wybielająca i remineralizująca diy


Składniki:
3 łyżki białej glinki
1 łyżka gorącej wody
1 łyżka oleju kokosowego
1/2 łyżeczki drobnej soli morskiej (lub zmielonej gruboziarnistej)
10 kropli miętowego olejku eterycznego


Dodatkowo: Plastikowa lub ceramiczna miseczka, drewniana lub plastikowa szpatułka/łyżeczka, opakowanie na gotową pastę (u mnie szklany słoiczek po kremie), łyżeczka, łyżka.


Jak zrobić w domu pastę do zębów

Odmierzoną ilość glinki i soli rozpuszczam w wodzie:


Dodaję resztę składników i mieszam na gładką masę (drewnianą szpatułką, ewentualnie plastikową):


Powinna wyjść papka, która następnie lekko stwardnieje (chyba, że jest 25 stopni lub więcej, wtedy olej kokosowy będzie w stanie płynnym). 
Gotowa pasta wygląda tak


Do mycia zębów używam podobnej ilości jak pasty drogeryjnej.

Przechowywanie pasty do zębów z oleju kokosowego


Porcja z tej receptury wystarcza na m/w tydzień. Pastę w szklanym słoiczku trzymam w łazience. Można oczywiście przygotować od razu większą ilość odpowiednio zwiększając proporcje z przepisu, ale wtedy konieczne będzie trzymanie pasty w lodówce i mycie zębów zimną mieszanką :)

Z czego zrobić pastę do zębów?


Olej kokosowy - ma silne właściwości antybakteryjne, antywirusowe i antygrzybiczne, poprawia kondycję dziąseł. Utrzymuje higienę jamy ustnej. Chroni zęby przed próchnicą.

Biała glinka - nadaje się nawet dla wrażliwych dziąseł. Mineralizuje zęby (zawiera m.in. kaolinit, glin, krzem, żelazo, magnez, cynk, wapń, mikroelementy oraz sole minerale). Jest jadalna, podobnie jak glinka bentonitowa. Delikatnie poleruje zęby.

Sól morska - delikatnie myje i szoruje zęby, dodatkowo odżywia dziąsła. Ma działanie antybakteryjne i przeciwzapalne.

Miętowy olejek eteryczny - ma działanie wybielające, odkażające. Jednocześnie konserwuje pastę w naturalny sposób i poprawia jej smak.

Inne dodatki:
Pastę można dowolnie modyfikować według własnych upodobań lub potrzeb.
Możemy ją posłodzić do smaku używając np. stewii, ksylitolu (dodatkowo przeciwdziała próchnicy zębów i chorobom dziąseł, stymuluje wydzielanie śliny) lub karobu (pasta z karobem będzie ciemno brązowa!).
Aby wzmocnić działanie antybakteryjne i odkażające możemy dodać kurkumę (pasta będzie żółta i na taki też kolor zabarwi szczoteczkę oraz umywalkę).  
Aby zrobić delikatniejszą wersję np. dla dzieci można dodać zmielone migdały zamiast soli – delikatnie myją zęby, a zawarty w nich olej dodatkowo złagodzi podrażnienia. 
Aby zapobiec krwawieniu dziąseł można dodać spirulinę.
Aby po prostu coś zmienić można dodać zmielony anyż – wspaniale myje lub dodać inne olejki np. goździkowy, anyżkowy, szałwiowy.

Dla każdego domownika należy przygotować osobny słoiczek z pastą ze względów higienicznych. Można wtedy dobrać składniki wedle potrzeb każdej z osób. 
Można pokusić się o przełożenie pasty do buteleczki z pompką lub nawet tubki (można kupić nową, pustą tubkę albo wykorzystać taką po skończonej paście do zębów i użyć strzykawki). 

Czy domowa pasta do zębów dobrze myje?

Ponieważ nie dało się dokładnie przełożyć pasty do szklanego pojemniczka resztę postanowiłam zeskrobać na szczoteczkę do zębów (używam elektrycznej) i od razu wypróbować. Trochę się obawiałam ohydnego smaku, o którym się tyle naczytałam. Chyba to moje psychiczne nastawienie sprawiło, że nie było tak źle. Właściwie wcale nie było źle! Pasta jest słona w smaku, ale tylko na początku, potem ten posmak znika i zostaje lekkie połączenie kokosa z miętą, bardzo przyjemne. Pasta w ogóle się nie pieni, ale mimo to dobrze doczyściła zęby (dopiero co wypiłam kawę) - są bielsze, gładkie i lśniące. W ustach nie pozostał żaden nieprzyjemny posmak, a wręcz pachnę miętą. Będę testować dalej i na pewno napiszę recenzję :)

Białą glinkę kupiłam w sklepie skarbyafryki.pl KLIK
Olej kokosowy kupiłam w auraherbals.pl (najlepszy!) KLIK
Sól morską kupiłam w markecie
Olejek eteryczny miętowy Kej kupiłam na doz.pl

Wspomnę jeszcze, że kiedyś bardzo pękały mi kąciki ust, co było bolesne i po prostu nieestetyczne. Okazało się, że to pasta Colgate tak mnie urządziła. 2-3 dni po odstawieniu wszystko wróciło do normy. Za jakiś czas znów próbowałam jej używać - zajady wróciły. Od tamtej pory ani myślę nawet patrzeć na te wszystkie Aquafresh'e i Colgate'y, bo one mi po prostu nie służą!

Co Wy na to? Przejmujecie się fluorem czy nie patrzycie na to i bez szkody udaje Wam się używać drogeryjnych past do zębów?

Może wypróbujecie ten przepis?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj