Delia, Henna żelowa czyli jak przyciemnić brwi w domu

Masz z natury jasne, delikatne brwi i rzęsy? Codziennie musisz malować brwi pomadą, kredką lub cieniem? Szukasz szybszej alternatywy, łatwiejszych rozwiązań na ciemne, piękne brwi? Ten post jest dla Ciebie. Mam dokładnie taki sam problem, ale znalazłam rozwiązanie. Domową hennę Delii, prostą do aplikacji i dość trwałą. Cały zabieg trwa 8 minut. Tak! 8 minut i na dwa tygodnie malowania brwi masz z głowy!



Delia, Henna do brwi i rzęs żelowa

"Wygodny sposób na koloryzację brwi w domu. Nadaje brwiom wymarzony kształt i podkreśla oprawę oczu. Żelowa konsystencja i specjalny aplikator umożliwiają precyzyjne nakładanie preparatu. Metoda idealna dla Pań w każdym wieku, bezpieczna w stosowaniu i przebadana dermatologicznie."


Hennę można kupić w wielu drogeriach, jest też w Rossmannie. Standardowa cena to 10zł za opakowanie, które wystarcza na kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt aplikacji. Przeliczając na jeden zabieg - grosze! Przy okazji wspomnę, że pęseta widoczna na zdjęciach kosztuje 7zł i jest świetna - niewielka, precyzyjna, łatwo nią manipulować przy najkrótszych włoskach.


Przed nałożeniem henny konieczne jest zrobienie testu uczuleniowego. Wystarczy niewielką ilość mieszaniny nanieść na wewnętrzną stronę przedramienia,po 10 minutach zmyć wodą lub płynem micelarnym. Miejsce testu obserwujemy przez 24 godziny - jeśli nie widać zaczerwieniania ani nic niepokojącego możemy robić hennę. Ja robiłam ten test raz, przed pierwszym użyciem - zero reakcji negatywnej. Poniżej widać skład henny żelowej:


Sposób użycia: wystarczy wycisnąć ok. 1 cm żelu z tubki z 5-6 kroplami aktywatora z buteleczki i całość dokładnie wymieszać. Podczas mieszania żel nabiera ciemniejszej barwy. Zestaw zawiera dodatkowo maleńki pojemniczek i patyczek, dzięki którym wszystko do przygotowania henny mamy od razu pod ręką. Po zabiegu wystarczy je umyć pod bieżącą wodą, po czym wysuszyć i użyć ponownie.


Gotowy żel należy jak najdokładniej nałożyć na brwi oraz - jeśli chcemy - rzęsy. Dzięki temu, że patyczek z drugiej strony zakończony jest niewielkim grzebykiem, rzęsy możemy łatwo i równo pokryć henną. Koniecznie uważajmy, aby mieszanka nie dostała się do oka, by uniknąć ewentualnego podrażnienia.


Zabieg wykonuję regularnie co dwa tygodnie, a trwa on 8 minut. Minutę wszystko przygotowuję, a kolejne 7 minut trzymam hennę na brwiach. Staram się nie wychodzić patyczkiem z henną poza linię brwi, ponieważ farbuje ona również skórę. Można na szczęście zmyć ewentualne plamy np. płynem micelarnym, ale wolę tego uniknąć, ponieważ konieczne jest kilkakrotne pocieranie skóry wacikiem, a to z kolei może podrażnić. Można także zabezpieczyć skórę wokół brwi tłustym kremem (często wykorzystuję do tego zwykły krem Nivea).


Mój kolor to ciemny brąz, ale producent oferuje również hennę w odcieniu grafitowym dla blondynek oraz czarnym. Intensywność odcienia zdecydowanie zależy od tego, jak długo będziemy trzymać żel na włoskach. Im dłużej tym oczywiście mocniej się zafarbują.


Konsystencja żelu jest zdecydowanie łatwiejsza do precyzyjnego nałożenia niż toporna, lepka papka z proszku. Robi się ją także szybciej, samo mieszanie to kilka sekund i gotowe.


Na samym dole możecie zobaczyć efekt, jednak mając porównanie do henny tradycyjnej Delii, tej w proszku, widzę znaczącą różnicę. Proszek jest jednorazowy, po otwarciu wietrzeje i trzeba go wyrzucić, ale daje mocniejszy i delikatnie trwalszy efekt na brwiach. Lepiej "wczepia" się we włoski, a trudniej zmywa. Jednak przy mieszaniu proszku, a potem aplikacji jest zdecydowanie więcej zabawy, a zabieg wychodzi drożej, dlatego ja przerzuciłam się całkowicie na hennę żelową.



Poniżej widać cały proces farbowania brwi henną żelową Delia. 


henna-w-domuNa dwóch pierwszych zdjęciach u góry możecie zobaczyć moje brwi po dwóch tygodniach od poprzedniego hennowania. Widzę, że kolor jeszcze lekko trzyma, moje naturalne włoski są jaśniejsze niż na zdjęciu.

Na trzecim zdjęciu widzicie hennę już pod koniec procesu, kiedy wygląda na bardzo ciemną. Spokojnie, po zmyciu nadmiaru efekt jest delikatniejszy. Zależy on też od czasu trzymania henny na brwiach. Ja zwykle zmywam ją po ok. 7 min, ale producent zaleca nie przekraczanie 10 min. Zabezpieczyłam tutaj skórę kremem Nivea.

Na czwartym zdjęciu henna na brwiach i rzęsach bez zabezpieczania skóry kremem. Patyczkiem przy odrobinie wprawy można nałożyć żel tak, aby nie wyjechać poza linię. Przy zewnętrznych końcach najczęściej robię to końcówką z grzebyczkiem, ponieważ jest cieńsza.

Ostatnie zdjęcie to już efekt po zmyciu henny. Hennę zmywam wacikiem nasączonym ciepłą wodą, a następnie resztki delikatnie zmywam płynem micelarnym. Wszystko ładnie schodzi.

Efekt z pełni mnie satysfakcjonuje, ponieważ wygląda naturalnie. Jeśli mam ochotę na mocniejsze podkreślenie brwi, np. do makijażu wieczorowego, to oczywiście muszę użyć dodatkowego kosmetyku, ale na co dzień jest idealnie. Każde kilka minut zyskane rano jest dla mnie cenne, dlatego bardzo lubię hennę :)

A Wy stosujecie hennę? Robicie sobie w domu czy wolicie pójść do kosmetyczki?

Cosnature, Cytrynowa naturalna pianka do mycia twarzy

Oczyszczanie skóry jest dla mnie najważniejszym zabiegiem pielęgnacyjnym. O ile mogę sobie czasem pozwolić zapomnieć o kremie czy makijażu, o tyle nie ma absolutnie mowy o pominięciu umycia skóry z warszawskich zanieczyszczeń oraz resztek kosmetyków, a już w szczególności makijażu. Sama myśl o pójściu spać z sebum, zatkanymi porami, silikonowym kremem BB i wizja poszarzałej, zaczopowanej cery wywołuje we mnie niechęć i zawsze mobilizuje do dbania o siebie. Nawet kiedy się bardzo nie chce, gdy jestem zmęczona, a oczy same się zamykają. Nie chcę po prostu potem walczyć z podskórnymi  krostkami i licznymi zaskórnikami. Codziennie korzystam więc z dwuetapowego oczyszczania, gdzie pierwszym etapem jest olejek, a drugim pianka. Obecnie kończę opakowanie cytrynowej pianki Cosnature, o której chcę napisać więcej. Zapraszam.



Cosnature, Naturalna pianka oczyszczająca 3w1 z cytryną i melisą

"Pianka oczyszczająca do twarzy zawierająca ekstrakty ze skórki cytryny i liści melisy pochodzących z certyfikowanych upraw ekologicznych. Delikatnie i skutecznie usuwa makijaż, zanieczyszczenia skóry, martwe komórki naskórka i nadmiar sebum. Pozostawia skórę oczyszczoną, świeżą bez uczucia ściągnięcia. Polecana do codziennego stosowania do skóry normalnej i mieszanej."


Kosztuje ok. 25zł/150 ml. Produkt posiada stabilne opakowanie z porządnego plastiku. Pod korkiem kryje się wygodna pompka, dzięki której z płynu powstaje delikatna pianka. Nie zdarzyło się, aby pompka się zacięła. Posiada szeroki otwór, dzięki czemu wystarczy nacisnąć raz, aby uzyskać wystarczającą ilość kosmetyku. Oczywiście w zależności od naszych preferencji można używać pianki w większej ilości, na przykład ja lubię stosować dwie pompki, ponieważ myję nią nie tylko twarz, ale także szyję i dekolt.


Skład: Aqua (woda), Coco-Glucoside (jedna z najłagodniejszych substancji myjących otrzymywana z kwasów tłuszczowych oleju kokosowego oraz cukrów owocowych; substancja myjąca i pianotwórcza, emulgator, bezpieczna dla kobiet w ciąży), Sucrose (cukier; rozjaśnia i odkaża skórę), Sodium Cocosulfate (średnio drażniąca substancja myjąca; emulgator; zaleca się ostrożność osobom z trądzikiem różowatym), Glycerin (gliceryna; nawilża), Betaine (betaina; łagodzi podrażnienia wywołane detergentami, nawilża, zwiększa elastyczność), Alcohol (oczyszcza, zabija bakterie, może wysuszać wrażliwe cery jeśli jest go w pielęgnacji zbyt dużo, konserwuje także produkt), Lactic Acid (kwas mlekowy; zmiękcza, nawilża, pomaga zachować odpowiednie pH skóry), Melissa Oficinalis Leaf Extract (ekstrakt z liści melisy; posiada właściwości ściągające, odświeżające, oczyszczające), Citrus Limon Peel Extract (ekstrakt ze skórki cytrynowej; odświeża, tonizuje skórę, pomaga regulować nadmierne wydzielanie sebum), Citric Acod (kwas cytrynowy; utrzymuje odpowiednie pH produktu), Parfum (kompozycja zapachowa), Citral (składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach cytryny), Citronellol (składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach róży i geranium), Geraniol (składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach pelargonii czyli geranium), Limonene (składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach skórki cytrynowej), Linalool (składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach konwalii), Potassium Sorbate (konserwant dopuszczony w produkcji kosmetyków naturalnych), Sodium Benzoate (konserwant; dopuszczony w produkcji kosmetyków naturalnych, bezpieczny dla kobiet w ciąży).
Kosmetyk posiada sporo składników kompozycji zapachowej, które mogą wywołać reakcje alergiczne (pieczenie, zaczerwienienie, swędzenie) dlatego warto przed użyciem wykonać próbę uczuleniową.


Zapach pianki jest bardzo odświeżający, mocno cytrynowy, ale nie do końca wydaje się naturalny. Jest dość silny, niektórym może skojarzyć się ze środkami czystości, choć ja osobiście go polubiłam. Pianka wytworzona przez pompkę jest bardzo lekka, miękka i puszysta, całkowicie biała.


Sposób użycia: Przed użyciem wstrząsnąć. Stosować rano i wieczorem na wilgotną skórę. Myć twarz, masując skórę kolistymi ruchami, następnie spłukać obfitą ilością ciepłej wody. Użyć kremu na dzień lub na noc.
Pianka jest bardzo przyjemna w użyciu, myję nią twarz wieczorem od ok. 5 miesięcy (z małymi przerwami na wykańczanie innych kosmetyków) i dopiero czuję, że zaczyna dobijać dna. Na jej zużycie mamy na szczęście 12 m-cy, a jest niesamowicie wydajna!
Wystarcza 1-2 pompki do umycia twarzy, szyi i dekoltu, a te 1-2 pompki są tworzone z naprawdę niewielkiej ilości płynu. Ubolewam, że opakowanie nie jest przezroczyste i w żaden sposób nie da się zobaczyć ile produktu jeszcze zostało.

Pianka świetnie myje skórę, jeśli używam jej po olejku czuję, że domywa wszystko - znika uczucie tłustości ze skóry, a zwykle nie używam olejku z emulgatorem. Zdarzało mi się z lekkiego lenistwa, pośpiechu czy też ciekawości myć tą pianką twarz w pełnym makijażu. Z zaskoczeniem mogę stwierdzić, że produkt zmywa wszystko – cienie, tusz, pomadę do brwi, podkład czy krem BB, jedynie z kreskami wodoodpornymi nie do końca sobie radzi. Wtedy oczywiście pianki używam również na okolice oczu, nie czuję pieczenia czy podrażnień, ale robię to sporadycznie, w ramach eksperymentu, ponieważ zwykle najpierw makijaż usuwam płynem micelarnym lub olejkiem. 





Skóra po umyciu jest dobrze oczyszczona, lekko skrzypiąca, a pory przymknięte. Po przemyciu tonikiem nie widać na waciku żadnych pozostałości po podkładzie czy innych zanieczyszczeniach. Niestety w chwilę po zmyciu skóra jest też lekko ściągnięta, domaga się wręcz nawilżenia i ukojenia, dlatego w żadnym razie nie jest to produkt dla cer suchych i wrażliwych. Mnie nie podrażnił ani nie uczulił, choć mam mały epizod z reakcją alergiczną na kosmetyki Cosnature, więc zawsze warto uważać. Ja bardzo polubiłam cytrynową piankę do mycia twarzy za dokładność, łagodne detergenty i skuteczność. Sądzę, że najlepiej się sprawdzi dla posiadaczek skóry tłustej i mieszanej, niezbyt wrażliwej, a potrzebującej dokładnego, jednak łagodnego oczyszczenia.


Znacie kosmetyki Cosnature? Coraz więcej mam ich w swojej łazience, co Was jeszcze ciekawi?

Mizon, Krem pod oczy ze śluzem ślimaka

Kosmetyki ze śluzem ślimaka wciąż są szalenie popularne, choć nie do końca jestem pewna w jaki sposób pobiera się śluz i w jakich warunkach żyją ślimaki. Wiem natomiast, bo sprawdziłam na sobie, że śluz naprawdę ma niesamowity wpływ na skórę - nawilża, ujędrnia, łagodzi podrażnienia, wygładza, regeneruje. Takie działanie jest też silnie pożądane pod oczami, gdzie powstały już u mnie pierwsze zmarszczki. Jak się zatem spisał krem Mizon pod oczami?


Mizon, Multi Function Formula, Krem pod oczy z filtratem ze śluzu ślimaka

"Regenerujący i przeciwzmarszczkowy krem ze śluzem ślimaka, który zawiera aż 80% filtratu. Dzięki peptydom i adenozynie działa przeciwzmarszczkowo, rozjaśnia przebarwienia, ujędrnia, rewelacyjnie nawilża i napina skórę wokół oczu oraz rozjaśnia przebarwienia."


Krem opakowany jest w ładny kartonik, na którym powinna znaleźć się naklejka w języku polskim (jeżeli kupimy kosmetyk u polskiego dystrybutora). Krem można kupić w dwóch wersjach: w słoiczku o pojemności 25 ml oraz w tubce - 15 ml. Ceny zaczynają się od 45 zł.


Skład: Snail Secretion Filtrate (filtrat ze śluzu ślimaka; silnie regeneruje), Butylene Glycol, Glycerin, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Limnanthes Alba (meadowfoam) Seed Oil (odżywia, ujędrnia), Niacinamide (wit. B3; rozjaśnia, działa przeciwzmarszczkowo), Octyldodecyl Myristate, Glyceryl Stearate, Peg-100 Stearate, Squalane (odżywia i odmładza skórę), Polyacrylate-13, Polyisobutene, Water, Polysorbate 20, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Beeswax, Ethylhexylglycerin, Caprylyl Glycol, Tropolone, Dimethicone, Glyceryl Stearate, Palmitic Acid, Stearic Acid, Sodium Hyaluronate (nawilża, ujędrnia), Rh-oligopeptide-1 (EGF, peptyd; intensywnie wspomaga odnowę komórek), Palmitoyl Pentapeptide-4 (prokolagen; zapobiega wiotczeniu skóry, stymuluje regenerację tkanki łącznej), Hydrolyzed Wheat Protein (hydrolizat protein pszenicy; nawilża, wygłądza), 1,2-hexanediol, Prunus Amygdalus Dulcis Seed Extract (olej ze słodkich migdałów; odżywia i uelastycznia), 1,2-hexanediol (konserwant utrzymujący wilgoć), Portulaca Oleracea Extract (ujędrnia, uelastycznia), Betula Platyphylla Japonica (brzoza japońska; wybiela skórę), Adenosine (adenozyna; liftinguje, spłyca zmarszczki, regeneruje skórę, uelastycznia), Disodium Edta (konserwant).


Wewnątrz kartonika znajduje się zgrabna tubka w kolorze starego złota. Bardzo wygodnie się z niej wyciska zawartość, ponieważ jest miękka i elastyczna. Korek jest zakręcany. Średnio stoi, łatwiej jest ją gdzieś położyć. Na zużycie produktu mamy 12 m-cy od otwarcia.


Krem posiada białą barwę i jest praktycznie bezzapachowy, co mi bardzo odpowiada. Nie rozumiem po co krem pod oczy miałby pachnieć, skoro zwiększa to ryzyko podraznień, a nawet podczas aplikacji praktycznie nie da się poczuć zapachu. Konsystencja jest dość lekka, trochę lepka - w końcu mamy tu aż 80% śluzu ślimaka, to do czegoś zobowiązuje. Nie ciągnie się jednak jak krem do twarzy z tej serii, jest trochę żelowa.



Krem pod oczy Mizon bardzo dobrze się aplikuje pod oczy. Wystarczy wycisnąć odpowiednią ilość i delikatnie wklepać w okolice oczu, starając się nie naciągać skóry. Producent zaleca unikać kontaktu z oczami, więc zawsze starałam się nie nakładać go zbyt dużo, aby w nocy się nie przemieszczał pod powieki. Nigdy nie podrażnił mnie ani nie uczulił.


Głównym zadaniem produktu jest regeneracja oraz walka ze zmarszczkami. Powinien także rozjaśniać cienie. Po zużyciu całej tubki mogę stwierdzić, że krem Mizon ładnie nawilża skórę pod oczami, bardzo delikatnie ujędrnia i napina skórę przy regularnym stosowaniu, ale absolutnie nie ma najmniejszego wpływu na cienie czy zmarszczki, a bardzo na to liczyłam. Jego działanie nie jest spektakularne i jest to dla mnie prawdziwe zaskoczenie - działa poprawnie, widzę różnicę w nawilżeniu odkąd go używam, ale tak zwanego szału nie ma. Krem jest lekki, nie zostawia na skórze ochronnej warstwy, nadaje się także na dzień pod makijaż i być może to jest przyczyną zbyt słabego działania. Moja skóra po trzydziestce potrzebuje już czegoś konkretnego, przeciwzmarszczkowego, a ten produkt prawdopodobnie lepiej się sprawdzi u kogoś młodszego. Będą z niego zadowolone osoby szukające dobrego nawilżenia i regeneracji skóry w okolicach oczu, ale nie oczekujące niczego więcej.



Podsumowując mam mieszane uczucia co do kremu ze śluzem ślimaka pod oczy. Zdaję sobie sprawę, że postawiłam mu wysoką poprzeczkę ze względu na świetne doświadczenia z kremem tej samej marki i prawdopodobnie stąd mój delikatny zawód. Z drugiej strony krem jest dość drogi jak na podobne efekty, a mogę je osiągnąć przykładowo produktami FlosLeku za 10-20zł lub dołożyć więcej na zakup czegoś skuteczniejszego. Mimo wszystko krem nie jest zły, po prostu lepiej się sprawdzi na młodszej skórze.

Znacie produkty Mizon? Czy lubicie koreańskie kosmetyki?

Wax Pilomax: kosmetyki do ciemnych włosów

Od dwóch lat farbuję włosy na ciemniejszy kolor, w związku z tym musiałam delikatnie zmienić kosmetyki do ich pielęgnacji. Zależało mi na tym, aby kolor nie zmywał się zbyt szybko, choć oczywiście wiele zależy od jakości farby. Osobiście najczęściej włosy farbuję u sprawdzonej fryzjerki. W domu czasem, po kilku tygodniach, odświeżam efekt szamponem koloryzującym lub farbą. Stawiam jednak głównie na codzienną pielęgnację, dlatego byłam ciekawa czy kosmetyki przeznaczone właśnie do ciemnych, farbowanych włosów faktycznie dają efekt? Czy produkty Wax Pilomax przedłużają trwałość farby?



Właśnie wykańczam trzy produkty marki, które stanowią specjalnie dobrany do potrzeb moich włosów zestaw. Kosmetyki zaproponował trycholog podczas konferencji Meet Beauty, po uprzednim zbadaniu skóry głowy. Zawiera on:

Wax Angielski Pilomax, Szampon głęboko oczyszczający, do każdego koloru włosów, przed maskami Wax

"Szampon głęboko oczyszczający PURE WAX do włosów zniszczonych, do stosowania przed maskami WAX. Skutecznie myje włosy i skórę głowy, nawet z nierozpuszczalnych w wodzie silikonów i substancji pozostających po środkach stylizacyjnych. Przygotowuje włosy i skórę głowy na regenerujące działanie masek WAX."

Laboratorium Pilomax, Pielęgnacja krok 2, Odżywka, włosy farbowane ciemne

"Odżywka do włosów farbowanych, do stosowania po każdym myciu. Dzięki zawartości białka keratyny wzmacnia włosy, a ekstrakt skrzypu polnego przeciwdziała wypadaniu włosów i ich starzeniu. Odżywka została przebadana dermatologicznie, jest bezpieczna dla wrażliwej skóry głowy, ponieważ nie zawiera parabenów, SLS, SLES."

Wax Angielski Pilomax, Arabica, Maska regenerująca do włosów farbowanych na kolory ciemne ido skóry głowy

"Maska przeznaczona do regeneracji włosów poddawanych koloryzacji. Odbudowuje uszkodzone włosy, silnie je nawilża, pogrubia i wygładza. Zapobiega łamliwości, rozdwajaniu i wypadaniu włosów. Wzmacnia blask koloru."


Opakowania tych kosmetyków nie do końca są wygodne w stosowaniu. Najmniej przemyślana wydaje się butelka szamponu, który zwyczajnie trudno wydobyć - plastik jest bardzo mocny, a produkt dość gęsty, więc aby umyć włosy muszę mocno ściskać butlę, szampon sam nie wypływa. Kosztuje ok. 17zł/200ml. Odżywkę posiadam w wersji mini 70ml i z tego co widziałam jest już niedostępna. Tubka jest wygodniejsza, choć pod koniec równie trudno ją wydobyć co szampon. Duża tuba kosztowała ponad 20zł/200ml. Najwygodniejszy jest słoik z maską, choć tu z kolei mamy do czynienia z absurdalnie mocnym zamknięciem - trudno otworzyć wieczko, trudno je szczelnie zamknąć, również muszę używać siły. Maska kosztuje ok. 23zł/240ml i jest warta każdej złotówki!


Skład szamponu: Aqua, Sodium Laureth Sulfate (silnie oczyszczający detergent), Cocamide DEA, Sodium Chloride, Piroctone Olamine (pirokton olaminy; działa przeciwłupieżowo, zmniejsza wydzielanie sebum), Aloe Barbadensis Gel (aloes, nawilża, odżywia, naturalny filtr UVA i UVB), Panthenol (provitamin B5 - łagodzi podrażnienia, regeneruje, nawilża), Ammonium Lauryl Sulfate (kolejny silny detergent), Cocamidopropyl Betaine, PEG-8 Cocoate, Styrene/Acrylates Copolymer, Glycol Cetearate, Parfum, Coco-Glucoside, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone.

Skład odżywki: Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Phenoxyethanol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetrimonium Chloride, DMDM Hydantoin, Hydrolyzed Keratin (keratyna; wygładza, zwiększa objętość włosów), Equisetum Arvense (Horsetail) Leaf Extract (ekstrakt ze skrzypu polnego; wzmacnia, działa łagodząco), Parfum (Fragrance), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Glycerin (nawilża), Panthenol (provitamin B5 - łagodzi podrażnienia, regeneruje, nawilża), Ethylhexylglycerin, CI 19140

Skład maski: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Coffea Arabica Seed Extract (kawa; poprawia ukrwienie, usuwa toksyny), Panthenol (provitamin B5 - łagodzi podrażnienia, regeneruje, nawilża), Hydrolyzed Keratin (keratyna; wygładza, zwiększa objętość włosów), Glycerin (gliceryna; nawilża, zatrzymuje wilgoć we włosach), Equisetum Arvense Leaf Extract (ekstrakt ze skrzypu polnego; wzmacnia, działa łagodząco), Lawsonia Inermis Extract (henna; naturalny filtr UV, zapobiega utracie wody i regeneruje), Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Ethylhexylglycerin


Szampon jest średnio gęsty, lekko perłowy, delikatnie pachnie. Dobrze się pieni, dzięki mocnym detergentom dokładnie oczyszcza skórę głowy oraz włosy ze wszystkich zanieczyszczeń i środków do stylizacji. Stosuję go raz w tygodniu, ponieważ na co dzień używam łagodniejszych produktów. Nie podrażnił mnie, nie zauważyłam też wysuszenia skóry, nie spowodował łupieżu. Szczerze nie widzę większej różnicy między nim a innymi mocniejszymi (czytaj ze SLES), a tańszymi szamponami.

Odżywka to biały, mocno perłowy krem o przyjemnym, lekko kwiatowym zapachu. Jak wspomniałam chyba nie jest już produkowana, ale ponieważ nie wyróżnia się niczym szczególnym nie jest mi jej szkoda. Na pewno pomaga rozczesać włosy, delikatnie nabłyszcza i nie obciąża, ale to zbyt mało, aby za nią tęsknić. Nie zauważyłam też szczególnego wpływu na kolor, a aby to przetestować czekałam z otwarciem maski aż do wykończenia odżywki.

Maska Arabica natomiast to zupełnie inna bajka. Ten kosmetyk to prawdziwa bomba wśród WAX-ów. Maska jest gęsta, posiada ciemny, brązowy kolor i obłędnie pachnie świeżo zmieloną kawą. Mogłabym ją wąchać godzinami. Jednak najlepsze jest to jak działa: nakładam ją od nasady po same końce, aby nie tracić cennego działania kawy na cebulki włosów oraz skórę głowy. Jedyne na co muszę zwrócić szczególną uwagę to dokładne spłukanie jej ciepłą wodą, co zajmuje mi dłuższą chwilę. Maska pięknie nabłyszcza, wygładza i unosi włosy u nasady. Są po niej sypkie, lśniące, wyglądają zdrowo i pięknie. Mam wrażenie, że mam po niej więcej włosów lub że są one pogrubione, jakby napojone. W dotyku są miększe, milsze i elastyczne, pokuszę się o stwierdzenie, że zregenerowane, choć efekt niestety znika po kolejnym umyciu. Dodatkowo przestały tak wypadać, co zaczynało mnie martwić - choć używam także specjalnego płynu na wypadanie, więc może to być zasługa obu tych produktów. Ponadto moja fryzjerka zauważyła, że kolor faktycznie dłużej się utrzymał, więc delikatnie chroni farbę przed wypłukiwaniem, choć nie jest to aż tak widoczne, abym zauważyła sama. Mimo wszystko to mój ulubiony produkt Pilomaxa i kolejny ulubieniec. Ze wszystkich produktów do ciemnych włosów, także innych marek, to jedyny, który ma faktyczny wpływ na kolor.


Marka ma również propozycję dla włosów jasnych i rudych oraz serię z henną. Obecnie odżywkę już skończyłam, zostały mi resztki szamponu oraz cudownej maski kawowej - a jest to produkt, który na pewno jeszcze nieraz kupię.

Czy polecacie jakieś inne produkty Pilomax? Miałyście henny? Bardzo mnie teraz kuszą.

Planeta Organica, Najlepszy peeling enzymatyczny do twarzy

Peelingi enzymatyczne są zdecydowanie delikatniejsze i mniej drażniące niż peelingi mechaniczne, zawierające drobinki rysujące skórę. Szczególnie cery suche i wrażliwe, a także trądzikowe lub naczynkowe powinny zrezygnować z peelingów mechanicznych na rzecz łagodniejszych sposobów usuwania martwego naskórka. Najlepszym tego typu kosmetykiem będzie preparat na bazie kwasów owocowych, które łagodnie rozpuszczą martwy naskórek pozostawiając cerę odświeżoną, miękką i młodszą. Taki jest właśnie peeling Planeta Organica.



Planeta Organica, Naturalny żel peelingujący do twarzy, do wszystkich typów skóry

"Złuszczający żel do twarzy na bazie wyciągu z organicznej papai i kwasów AHA. Działa silnie regenerująco i tonizująco oraz poprawia wchłanianie innych substancji odżywczych. Wchodzące w skład peelingu kompleksy z ekstraktów roślinnych i olejków roślinnych poprawiają mikrokrążenie, wyrównują koloryt skóry, działają odświeżająco i wygładzająco."


Kosztuje ok. 15zł/50ml, do kupienia głównie w sklepach internetowych z kosmetykami naturalnymi. Buteleczka z żelem zapakowana jest w kartonik, który jest co najmniej dwa razy za duży w stosunku do produktu. Kolorystyka bardzo mi się podoba, dodaje energii i świeżości.


Skład: Aqua enriched  with Carica Papaya Fruit Extract (organiczny ekstrakt z papai; głęboko odżywia i intensywnie nawilża skórę), Papain (papaina, enzym z papai; przyspiesza procesy odnowy komórek, wygładza skórę), Pyrus Malus (Apple) Fiber (błonnik jabłkowy; pobudza przemianę materii w komórkach skóry), Citric Acid (kwas cytrynowy; przeciwutleniacz), Lactic Acid (kwas mlekowy; usua martwy naskórek, nawilża), Bromelain (bromelaina, enzym z ananasa; złuszcza, nie podrażnia wrażliwej cery), Eclipta Prostrata Extract (ekstrakt z Bringraj; roślina ajurwedyjska;regeneruje i wzmacnia skórę), Daucus Carota Sativa Seed Oil (olej z nasion marchwi; spowalnia starzenie się skóry, nawilża i natłuszcza), Macadamia Ternfolia Seed Oil (olej makadamia; nawilża, działa przeciwzmarszczkowo), Persea Gratissima Oil (olej awokado; bogaty w witaminy, głęboko odżywia skórę), Vitis Vinifera Seed oil (olej z pestek winogron; działa przeciwzapalnie, chroni przed szkodliwymi rodnikami), Guaiacum Officinale Wood Oil (olej z gwajakowca lekarskiego; działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia), Citrus Aurantifolia (Lime) Peel Oil (olejek z limonki; działa przeciwzapalnie i ściągająco), Olea Europeae Fruit Oil (oliwa z oliwek; natłuszcza i nawilża skórę), Melia Azadirachta Oil (olej z drzewa Neem; działa przeciwzapalnie i regenerująco), Echinacea Purpurea Extract (ekstrakt z jeżówki; wzmacnia i regeneruje skórę), Linoleic Acid & Oleic Acid & Linolenic Acid (odpowiadają za prawidłowe nawilżenie skóry, wchodzą w skład cementu międzykomórkowego w naskórku), Mandelic Acid (kwas migdałowy; wygładza i nawilża), Saccharum Officinarum Extract (ekstrakt z trzciny cukrowej; nawilża i silnie regeneruje), Glycyrrhiza Glabra Root Extract (ekstrakt z korzenia lukrecji; rozjaśnia, zmniejsza zaczerwienienia, przyspiesza gojenie), Citrus Medice Limonum Fruit Extract (ekstrakt z cytryny; rozjaśnia, spowalnia starzenie skóry), Salicylic Acid (kwas salicylowy; złuszcza zrogowaciały naskórek, działa przeciwzapalnie), Retinol (witamina A; antyoksydant, chroni skórę przed starzeniem), Lecithin (lecytyna; zmiękcza i odżywia skórę, naturalny emulgator), Rosmarinus Officinalis Leaf Extract (ekstrakt z rozmarynu; działa przeciwzapalnie, ujędrnia, wygłądza), Glycolyc Acid (kwas glikolowy; oczyszcza, zmiękcza i wygładza), Hydroxypropyl Starch Phosphate (naturalny zagęstnik), Panthenol (prowitamina B5; poprawia nawilżenie, łagodzi podrażnienia), Sodium Hydroxide (regulator pH), Iron Oxydes (tlenek żelaza, naturalny czerwony pigment), Benzyl Alcohol (naturalny konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant identyczny z naturalnym, bezpieczny), Benzoic Acid (konserwant), Sorbic Acid (naturalny konserwant).


Buteleczka z ciemnego szkła zaopatrzona została w klasyczną pompkę, dzięki której łatwo i szybko można wydobyć odpowiednią ilość produktu. Jest to też higieniczne, chroni produkt przed kontaktem z bakteriami czy powietrzem.


Sposób użycia: nanieść na czystą i wilgotną skórę twarzy delikatnymi masującymi ruchami, omijając okolice oczu. Pozostawić na 10 minut, a następnie zmyć ciepłą wodą. Peeling stosuję najczęściej podczas prysznica lub tuż przed nim, zawsze wieczorem. Nakładam na skórę kosmetyk, delikatnie rozprowadzam na skórze twarzy oraz szyi i dekoltu, czekam przepisowe 10 minut, po czym zmywam ciepła wodą. Czasem po kilku minutach odczuwam bardzo delikatne ściągnięcie, które na szczęście znika po zmyciu. Nie jest to produkt szczególnie wydajny - na pokrycie samej tylko twarzy potrzebuję czterech małych pompek, ale przy stosowaniu raz w tygodniu wystarczy na kilka miesięcy. Na szczęście nie jest też drogi, za to nadrabia działaniem!


Produkt posiada konsystencję dość rzadkiego żelu o lekkim pomarańczowym zabarwieniu, jednak nie spływa ze skóry, spokojnie można w nim także chodzić. Warto pamiętać, że w miejscach szczególnie podrażnionych lub drobnych rankach, otarciach może zapiec - w końcu zawiera dużą ilość kwasów. Podczas analizy składu zwraca uwagę, że peeling nie zawiera żadnych sztucznych substancji zapachowych. Mimo to posiada delikatny, owocowy zapach, który przywodzi na myśl egzotycznego drinka. Zdecydowanie umila wieczorną pielęgnację. Uwielbiam go!


Skóra po zmyciu żelu jest niezwykle gładka, miękka i miła w dotyku. Nie jest to zwykły peeling, który po prostu złuszcza martwy naskórek, to coś więcej! Produkt poprawia koloryt, zmniejsza zaczerwienienia oraz drobne wypryski. Ułatwia skórze odbudowę, przyspiesza regenerację i w rezultacie ujędrnia, odmładza i rozjaśnia. Pomaga także przeniknąć kolejno nałożonym substancjom głębiej w naskórek, więc jest to idealny etap w pielęgnacji nie tylko naturalnej, ale nawet azjatyckiej. Skóra nabiera blasku, pory zostają lekko przymknięte, pod światło widać, że znikają drobne nierówności spowodowane podskórnymi grudkami.


Takie działanie, skład i cena sprawiają, że to najlepszy peeling enzymatyczny do twarzy jaki kiedykolwiek miałam! Pozostaje dla mnie zagadką dlaczego wciąż jest tak mało znany, bo zasługuje na uznanie.

A czy Wy go znacie? Używacie peelingów enzymatycznych do twarzy?

Wibo, Paletka do konturowania z Rossmanna, wersja Light

Marka Wibo ma wiele fanek, które polecają sobie wzajemnie różne produkty. Nic w tym dziwnego, ponieważ te kosmetyki są tanie i łatwo dostępne stacjonarnie, więc nawet w przypadku nietrafionego zakupu nie jest nam żal straconych pieniędzy. Często można za to znaleźć praktycznie za kilka złotych prawdziwe perełki, sama mam kilku ulubieńców wśród kosmetyków Wibo - pomadę do brwi czy automatyczne kredki do oczu. Nie wszystkie jednak "hity internetu Wibo" się u mnie sprawdziły. Przykładowo zachwalane tusze do rzęs - miałam kilka różnych i to nie jest efekt, jakiego oczekuję. Co warto kupić w Rossmannie?




Standardowa cena paletki ze strony Rossmanna to ok. 25 zł, ale łatwo kupić ją taniej (swoją kupiłam podczas promocji -49%, czyli za ok. 13 zł). Moja wersja to zestaw Light, przeznaczony dla jaśniejszej cery. Całość opakowana jest w kartonik, na którym znajdziemy podstawowe informacje.


Skład: Jest naprawdę nieciekawy, niektóre substancje mogą podrażniać, zapychać pory, wywołać alergię. Typowo drogeryjny produkt, ale... przynajmniej jest skład! Na wielu kosmetykach kolorowych zwyczajnie brak miejsca i choć według prawa klient może teoretycznie w każdym momencie poznać składniki produktu, dobrze wiemy jak wygląda to w praktyce. Pani w drogerii się nie chce, odsyła na strony internetowe, albo sama nie wie gdzie znaleźć informację. W związku z tym często kupujemy kosmetyki - którymi gmeramy przykładowo w okolicach oka - całkowicie w ciemno. Warto zwrócić też uwagę, że paletka jest "made in prc" czyli wyprodukowana w Chinach.



Plastikowe opakowanie jest bardzo trwałe, nie rozpada się nawet pomimo codziennego użytkowania przez kilka miesięcy. Lusterko jest pomocne, ale raczej małe i osobiście rzadko z niego korzystam, dodatkowo bardzo łatwo się brudzi, ponieważ sypkie produkty standardowo się pylą podczas nabierania na pędzel. Za to napisy są bardzo słabej jakości, większość starła się momentalnie, więc obecnie mam po prostu czarną paletkę z resztkami liter - nie wygląda to ładnie.


Paleta do konturowania Wibo zawiera:

Prasowany puder matujący w kamieniu - jak na puder jest bardzo ciemny. Używałam go raczej do delikatnego konturowania lub wyrównania koloru w lecie (używam wysokich filtrów do twarzy i szyi, więc jest delikatna różnica w porównaniu z resztą ciała). Całkowicie matowy i raczej mało trwały.

Rozświetlacz na kości policzkowe - piękny, lekko skrzący, ale bez drobinek, w chłodnym odcieniu. Na skórze utrzymuje się długo, do kilku godzin (zależy jak go nałożę i jaką mamy temperaturę na zewnątrz). Niestety jak to rozświetlacz - po jakimś czasie mocno podkreśla rozszerzone pory skóry, ale znalazłam na to sposób - najlepiej współpracuje z koreańskimi kremami BB (ich formuły są silikonowe, wypełniają pory i tworzą gładką powierzchnię, wieczorem koniecznie trzeba bardzo dokładnie wykonać demakijaż, aby uniknąć zapchania).

Róż do policzków - prześliczny, pomarańczowo-różowy odcień, w zależności od kąta padania światła załamuje się na dwa różne odcienie. Po prostu prześliczny! Długo utrzymuje się na skórze, bez problemu do wieczora, ale niestety okropnie podkreśla pory. W przypadku różu niestety nawet koreańskie BB nie dawały rady, więc znalazłam inne zastosowanie dla tego produktu.


Jakość produktu jest adekwatna do ceny. Kolory rozświetlacza i różu są obłędne! Przepięknie mienią się na skórze, przy czym dają uroczy efekt bez brokatu i całego tego straganowego "blichtru". Nie są mocno napigmentowane, więc nie uda się zrobić nimi plam, za to efekt można stopniować nakładając kolejne warstwy. Niestety mają również wady. Przede wszystkim bardzo podkreślają rozszerzone pory, co przy tłustej cerze jest mocno niepożądane. Dodatkowo lepiej uważać na ten zestaw w przypadku łatwo zapychającej się cery. Jestem maniaczką jeśli chodzi o dokładny, dwuetapowy demakijaż i nigdy go sobie nie odpuszczam, a jednak policzki miałam zapchane - podejrzewam, że to właśnie róż, ponieważ odkąd go tam nie nakładam skóra wróciła do normy. Prawdopodobnie na cerze normalnej lub suchej ten efekt nie wystąpi.


Jak używać palety do konturowania Wibo?

Paleta jest świetna dla osób początkujących, np. do nauki konturowania i rozcierania. Dobrze się aplikuje i łączy, nie tworzy plam. Kolorystyka jest idealna dla naprawdę jasnych cer i osób nie lubiących mocnego makijażu - odcienie dodają cerze świeżości i delikatnego rozświetlenia. Ponadto zestaw jest wielofunkcyjny, zastąpi również cienie, jasnym blondynkom nawet puder do brwi, wyrówna kolor szyi, podkreśli kości policzkowe, ukryje optycznie zbyt wysokie czoło (wystarczy matowym pudrem delikatnie przejechać tuż pod linią włosów), wykonturuje - choć delikatnie.


Osobiście najczęściej używam palety w makijażu dziennym do pracy. Różu używam jako cienia do powiek - robię tak od roku, odkąd zauważyłam, że zapycha skórę i nie widzę negatywnych konsekwencji - nie osypuje się, nie wałkuje w załamaniach i nie podrażnia oczu. Rozświetlacz nakładam w wewnętrzne kąciki oczu oraz na kości policzkowe, bronzera używam do delikatnego, mega szybkiego konturowania i do lekkiego przyciemnienia szyi.


Mój codzienny makijaż zajmuje mi 8-10 minut, rano przed pracą nie mam na niego więcej czasu. Paleta Wibo, róż, tusz do rzęs, miękka kredka, pomada do brwi - i jestem gotowa na kolejny dzień. Jak widzicie nie maluję się zbyt mocno, ponieważ nie mam czasu na dokładne blendowanie, wolę nałożyć jeden kolor na powieki niż niedokładnie roztarte dwa.

Na zdjęciu obok mój codzienny makijaż - efekt, jaki osiągam głównie paletą Wibo. Może nie jest oszałamiający, ale do codziennego, w miarę naturalnego podkreślenia rysów twarzy oraz szybkiego zaakcentowania oczu jak najbardziej wystarczający :)
Niestety dziś w Warszawie cały czas pada, zdjęcie wyszło dość ciemne - mam nadzieję, że jednak coś widać.

Jeśli chodzi o makijaż typowo wieczorowy mam poważne obawy czy uda się z owej paletki wykrzesać coś wyjątkowego. Może z rozświetlacza owszem, natomiast konkurowanie na pewno zniknie, podobnie róż w sztucznym świetle może być zbyt lekko widoczny.


Znacie tą paletkę? Czy wśród produktów Wibo znajdują się Wasi ulubieńcy?

Samo sedno, książka "Zioła dla smaku, zdrowia i urody" + konkurs

Internet jest miejscem niezwykle chłonnym, znajdzie się tu miejsce praktycznie dla każdego. Czy wiecie, że poza powszechnym hejtem i obrzucaniem się zarzutami istnieją miejsca tak pozytywne, że aż nierealne? Ale od początku. Zaczęło się od tego, że mam pewien nawyk - przed przeczytaniem książki poszukuję informacji o autorze. Ciekawią mnie ludzie, którzy piszą (bo to moje marzenie!) - jacy są, co ich ukształtowało, skąd zdobyli wiedzę? Jakimi doświadczeniami lub meandrami wyobraźni chcą się podzielić z nieznajomym czytelnikiem? Tak trafiłam na blog Małgorzaty Kaczmarczyk, autorki "Zioła dla smaku, zdrowia i urody". Blog ziolowawyspa.pl jest o ziołach rzecz jasna, ale jak pięknie jest prowadzony! Jak poetycką duszę pokazuje nam autorka, jakże bliskie mi myśli przesyła przez ekran komputera. Przepadłam i z tym większą przyjemnością przeczytałam książkę, a dziś chcę się podzielić wrażeniami. Mam także niespodziankę i dla Was. Zapraszam.



Małgorzata Kaczmarczyk "Zioła dla smaku, zdrowia i urody"

"To kompendium wiedzy na temat wykorzystania ziół i naturalnych składników w robieniu domowych lekarstw czy kosmetyków. W książce znajdziesz mnóstwo sprawdzonych sposobów wspomagania zdrowia m.in. na zahamowanie przeziębienia, kaszel, uciążliwy katar czy fizyczne przemęczenie. Samodzielnie przygotujesz domowe kosmetyki: krem do twarzy, maseczkę, peeling do ciała czy ziołowy szampon – bez chemicznych dodatków. Książka zainspiruje cię też do kulinarnych eksperymentów i stworzysz niebanalne ziołowe potrawy: zupy, sałatki, a nawet desery. Kolorowe zdjęcia, praktyczne wskazówki i pasjonujące ciekawostki przekonają cię , że przetwarzanie ziół nie jest wiedzą tajemną i daje wiele satysfakcji."

 
Przede wszystkim książka jest przepięknie wydana. Twarda oprawa, dobrej jakości papier, wygodna do czytania, nie za mała czcionka. Oszałamiające, kolorowe zdjęcia ziół, potraw i kosmetyków. To wszystko sprawia, że trzymając w ręku tą pozycję jestem przekonana, że zajrzę do niej jeszcze nie raz. Nie jest to po prostu książka, którą się przegląda byle jak i odkłada na półkę, aby się kurzyła. O nie! Każdą z 272 stron czyta się z prawdziwą przyjemnością. Zioła dla smaku, zdrowia i urody można obecnie kupić w promocji za 35zł, jej standardowa cena z okładki to 45zł.


Książka podzielona jest na działy, dzięki którym z łatwością znajdziemy interesujące nas zagadnienie. Autorka zadbała o to, aby każdy mógł skorzystać z zawartych w pozycji przepisów, więc zaczyna od absolutnych podstaw. Dokładnie opisuje jak przygotować wyciągi wodne, olejowe, glicerynowe, octowe oraz sposoby maceracji ziół w alkoholu czy winie. Nie pomija także bardzo ważnego zagadnienia jakim jest naturalna konserwacja produktów. Chociaż robiłam już wyciągi i maceraty, suszyłam zioła to i tak dowiedziałam się kilku rzeczy.


Książka została napisana w sposób przejrzysty, dzięki uwypukleniu najważniejszych podtytułów oraz pełna dodatkowych wskazówek i informacji. Przeglądając ją z łatwością znajdziemy to, czego potrzebujemy. Mnóstwo przeróżnych przepisów m.in. na wina, lemoniady, zupy, nietypowe dania główne i zaskakujące sałatki a także przetwory i desery. Czyż nie brzmią fascynująco chipsy pokrzywowe, lody bzowe czy lemoniada chabrowa? A może macie ochotę spróbować sosu nasturcjowego lub majonezu nagietkowego? No właśnie! Typowo na pewno nie będzie.


Co ciekawe książka uświadomiła mi również, że w naturze możemy znaleźć  remedium na wiele dolegliwości zdrowotnych. Katar, ból pleców, przeziębienie? Teraz możesz sama przygotować szałwiowy spray na ból gardła, wzmacniającą nalewkę z aronii czy przeciwbólową maść żywokostową! Niesamowite. Mam już w planach w wolny weekend trochę poeksperymentować z ziołami, które mam aktualnie w szafkach. Kiedyś odkryłam, że ssanie goździków genialne pomaga na ból gardła, a teraz będę mogła rozwinąć domowe sposoby na lepsze samopoczucie.


Oczywiście mimo wszystko najbardziej zaciekawiła mnie część dotycząca robienia własnych kosmetyków. Kosmetyki robię od trzech lat, więc temat nie jest mi obcy, ale dotąd używałam raczej niewiele ziół (stawiałam na te bardzo podstawowe jak mięta, rumianek, szałwia, chabry). Teraz zdecydowanie łatwiej poszerzę własną wiedzę o kolejne, czasem bardzo nietypowe rośliny prosto z polskich łąk czy pól. Podoba mi się, że autorka nie tylko pokazuje jak zrobić kosmetyk, ale proponuje całe zabiegi poprawiające kondycję skóry czy np. dłoni. To także idealne wprowadzenie dla osób, które chciałyby zacząć używać naturalnych, zdrowych kosmetyków bez chemii, jakości wręcz jadalnej :)


Czy warto kupić "Zioła dla smaku, zdrowia i urody"?

Zdecydowanie tak. To książka, do której wraca się wielokrotnie nie tylko po inspiracje kulinarne, ale również po domowe (i skuteczne!) sposoby na zdrowie i urodę. To książka, dzięki której osoby zainteresowane zdrowszym trybem życia poznają podstawy stosowania ziół, ich rodzaje i pomysły na użycie ich w gotowych produktach. To książka, dzięki której osoby bardziej zaawansowane usystematyzują swoją wiedzę i uzupełnią o dodatkowe ciekawostki ze świata roślin. To w końcu książka, która jest po prostu ładna, idealna na prezent, zawierająca piękne zdjęcia.


Konkurs

A teraz mam dla Was obiecaną niespodziankę! Książkę możecie wygrać w konkursie, przy czym książki są trzy: jedną możecie wygrać zgłaszając się na blogu (w komentarzu), drugą na moim Facebooku, a trzecią na Instagramie. Co należy zrobić?
1. Odpowiedz w komentarzu na pytanie: Jakie jest Twoje ulubione zioło i jak najbardziej lubisz je stosować?
2. Udostępnij konkurs w dowolnym miejscu (Facebook, Instagram, baner na swoim blogu, Google + itp.) i wklej link do udostępnienia w komentarzu.
To wszystko! Będzie mi oczywiście miło, jeśli mając konto Google dodasz blog do obserwowanych, ale nie jest to żaden obowiązek.

REGULAMIN:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga cosmeticosmos.pl, sponsorem nagród wydawnictwo Edgard.
2. Konkurs trwa do 21 września do godz. 23:59
3. Wybór zwycięzcy na podstawie odpowiedzi na zadane pytanie nastąpi w ciągu max. 3 dni od daty zakończenia konkursu.
4. Konkurs nie jest grą losową.
5. Wygrywają trzy różne osoby i można się zgłosić wszędzie.
6. Zwycięzcy zostaną poproszeni o przesłanie adresu do wysyłki na maila.
POWODZENIA

WYNIKI
Dziękuję za wszystkie wspaniałe zgłoszenia, bardzo trudno było wybrać tylko jedną osobę. Na blogu wygrywa Hair Witch Project - proszę o maila z danymi do wysyłki na adres cosmeticosmos@gmail.com. Gratuluję :)


Lubicie podobne książki? Chcecie częstsze recenzje? Zapraszam do konkursu i powodzenia.
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj w moim kosmetycznym świecie. Mam na imię Aneta i od wielu lat interesuję się kosmetykami, zwłaszcza naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, kręcę własne kremy. Z powodzeniem łączę pielęgnację polską z azjatycką. Mam nadzieję, że miło spędzisz tu czas :) Jeśli szukasz konkretnego kosmetyku skorzystaj z wyszukiwarki. Zapraszam Cię serdecznie do rozgoszczenia się na CosmetiCosmos.pl :)

Jestem tutaj