Wykończeni w czerwcu

Wykończeni w czerwcu

Na początku czerwca była cudowna pogoda, więc było także opalanko. W ruch poszedł również bronzer, bo moje nogi wyjątkowo trudno się opalają, więc chciałam je wspomóc. Wykończyłam też kilka kosmetyków do pielęgnacji twarzy, jest też trochę samoróbek oraz próbek. Zapraszam na wykończonych :)


Bandi, Veno Care, Płyn micelarny: wspaniały demakijaż, co tu dużo pisać - szybko, bez podrażnień, bez tarcia i bez pieczenia. Konkretny produkt, bardzo skuteczny, ale niestety średnio wydajny przez zbyt duży otwór. Mimo wszystko chętnie go jeszcze kupię. Więcej KLIK

Accos, Tonik oczyszczający: całkiem fajny, przyjemnie pachnący tonik. Odświeża, reguluje sebum, oczyszcza, ale nie widze najmniejszej różnicy pomiędzy nim a tonikiem antybakteryjnym Ziaji, oprócz ceny - Ziaja jest trzy razy tańsza, a ma większą pojemność. Nie kupię. Więcej KLIK i KLIK

Czysta linia, Peeling do twarzy morelowy: wspaniale pachnie i ma mnóstwo drobinek, przez co świetnie złuszcza skórę, ale niestety mnie zapchał - zawiera parafinę. Myślę, że świetnie się sprawdzi przy cerach mniej skłonnych do zapychania. Zużyłam do rąk, z powodzeniem zresztą. Ja nie kupię. Więcej KLIK

CD, Krem nawilżający z lilią: marka robi niezłe zamieszanie w blogosferze, ale ten krem męczyłam niemiłosiernie długo. Skład nie jest zły, ale niestety zapchał mnie, przez co nie używałam go do twarzy. Początkowo nakładałam go na szyję i dekolt, ale po jakimś czasie tam też zaczął siać spustoszenie, więc wykończyłam jako balsam do ciała. Nawilża i nie poza tym, dla mnie to średniak jakich wiele, do tego jak dla mnie śmierdzi sianem. Nie kupię go, ale w zapasach mam inne kosmetyki tej marki. Więcej KLIK

Lavera, Krem z liposomami oraz bio-różą i bio-olejem z awokado: krem przeznaczony dla suchej skóry, więc nic dziwnego, że na mojej tłustej nie sprawdził się na dzień. Mimo wszystko szczerze go pokochałam odkąd zaczęłam używać go na noc, bo to co wyczyniał z moją skórą jest niesamowite. Rano była nawilżona i odżywiona, naprężona i mięciutka. Do tego jest niesamowicie wydajny, ma fajną konsystencję, choć dla mnie śmierdział... smalcem, nic na to nie poradzę. Mam za to sygnały, że wielu dziewczynom zapach się spodobał, to bardzo indywidualna kwestia. Więcej KLIK. Za jakiś czas chętnie kupię.


Babuszka Agafia, Specjalny szampon do włosów "Aktywator wzrostu": fajny szampon, idealna saszetka na wyjazdy! Bardzo fajnie się sprawdzał na moich cienkich włosach, odbijał je u nasady, nawilżał, no i przede wszystkim dokładnie mył. Ciekawie pachnie i nie jest drogi, zauważyłam też więcej bejbików. Mam już w zapasach inne wersje tych szamponów, chętnie jeszcze kupię i ten. Więcej KLIK.

Loko-Kolor, Zmywacz różany do paznokci: mój najulubieńszy zmywacz. Bardzo tani i skuteczny, szybko sobie radzi z lakierami i co najważniejsze nie wysusza płytki paznokcia, wręcz ją lekko natłuszcza. Pachnie! Fenomen jakiś. Mam już w zapasach i na pewno jeszcze kupię.

Miraculum, Krem do twarzy Lift Line na noc: dostałam od mamy, która chciała go... wyrzucić. Nie sprawdzał się u niej zupełnie, a ja nie miałam najmniejszego zamiaru nakładać go na twarz ze względu na parafinę wysoko w składzie. Zużyłam go więc do... parafinowych zabiegów na dłonie i stopy :D Taki recykling. No i ma szklany słoiczek, który na pewno spożytkuję. Nie kupię.

Auchan, Chusteczki Sensitive: używam ich do wszystkiego, do czego tylko można użyć takich chusteczek, od skóry twarzy, przez dłonie, stopy i higienę intymną aż do wycierania kurzu czy deski rozdzielczej w samochodzie :) Mają świetny skład oparty na oleju lnianym i słonecznikowym, a kosztują 4 zł. Moim zdaniem najlepsze! Niestety już dwa razy ich szukałam w Auchan i nie ma, mam nadzieję, że nie przestali ich produkować? Kupiłam w zamian inne, też marki własnej Auchan, trochę inny, ale znośny skład, zobaczymy jak się spiszą... Chętnie kupię jak tylko się pojawią na półce! Więcej KLIK

Soleo, Sun Care, S.O.S. Mleczko po opalaniu: w sekundę łagodzi zaczerwienienie, podrażnienie i pieczenie spowodowane słońcem, przynosi natychmiastowa ulgę! To moje zużyte drugie opakowanie. Bez niego nie ruszam się na żadne plaże czy jeziora. Zawiera m.in. masło shea, sok z aloesu, olej z kukui (wyjątkowo regenerujący i odżywczy, ma działanie łagodzące, ochronne i kojące skórę, świetnie zmiękcza i nawilża, posiada naturalny filtr przeciwsłoneczny), olej macadamia. Fajnie pachnie, ale nie jakoś wyjątkowo na tle podobnych produktów. Mam już kolejny!


Avon, Intensywnie nawilżający krem do twarzy, rąk i ciała: kupiony oczywiście z katalogu, całkowicie w ciemno, jakieś 2,5 roku temu. Chyba jest to jakaś edycja specjalna. Ogromna butla 750 ml kosztowała ok. 17 zł. Potworek pielęgnacyjny, tak właśnie o nim myślę. Nie nadaje się do twarzy, bo napakowany jest wazeliną, woskiem ciekłym, trójglicerydami, sylikonami, czyli cudownymi zapychaczami, a wszystko jest pięknie zakonserwowane pochodną formaldehydu. Nie ratuje go śladowa ilość masła shea, oleju z migdałów, żelu aloesowego czy panthenolu...Nie nadaje się ani do do rąk, ani do stóp, ani do skóry ciała, bo okrutnie wysusza skórę, która staje się "styropianowa" czyli nieprzyjemna w dotyku, drażniąca. Męczyłam go strasznie przez tyle czasu (tak, rok po terminie), ale w końcu dam mu spokój. Zostało ok. 1/3 butelki i w takim stanie przywita się ze śmietnikiem, bo mam go już dość! W życiu nie kupię, precz z nim :)

Ziaja, Kremowe mydło pod prysznic z jedwabiem: pokochałam ten zapach! Relaksujący i delikatny, trochę przypominał mi perfumy. Skład standardowy (SLS), ale za to niska cena, duża dostępność i brak efektu wysuszenia skóry. Kupię! Więcej KLIK.

Auchan, Savon Liquide Alep, Mydło w płynie Alep: mydło w płynie na bazie Potassium Cocoate. W ciągu dnia mnóstwo razy myję ręce (nie, nie mam nic wspólnego z Lady Makbet...), więc cenię produkty niewysuszające skóry. To mydło takie właśnie jest! Pieni się dobrze i pięknie pachnie, trochę słodkawo. Wyprodukowane we Francji, kosztuje 3-4zł/300ml. Mam już kolejne!


Jeden z dwóch słoiczków (biały) mojego DIY kremu pod oczy rozjaśniającego: fajnie wyszedł, chętnie jeszcze go ukręcę. Obecnie mam jeszcze pół drugiego słoiczka. Ostatnio o nim pisałam KLIK.

Oliwkowe mydło w paście DIY od Mineralnej Kasi: mydełko o ciekawej, ciągnącej się konsystencji, zawierało rozdrobnione oliwki. Fajnie myje i nie wysusza skóry, ale bardzo długo trzeba je spłukiwać, ponieważ szybko zaczyna się kleić do skóry. Kasia potrafi robić różne cuda, więcej KLIK. Raczej nie porwę się na jego zrobienie, nie mam o tym pojęcia :)

Calaya, Ekstrakt z alg: bardzo odżywczy ekstrakt, który wzbogaca każdy kosmetyk w niezbędne pierwiastki i witaminy. Posiada charakterystyczny zapach, który lepiej jest czymś "przykryć", co w praktyce oznacza użycie silniej pachnącego składnika jako towarzysza. Bardzo często z niego korzystałam w swoich DIY. Obecnie sklep ma w ofercie inny ekstrakt z alg i to aż z pięciu,pewnie jeszcze bardziej odżywczy. Chętnie nabędę.

Na zdjęcia nie załapały się trzy inne moje kosmetyki DIY, ponieważ od razu użyłam opakowań po nich do czegoś innego. Były to:

Mgiełka do włosów DIY: moja absolutnie ulubiona. Jako pierwsza spowodowała, że mogłam myć moje tłuste włosy co drugi dzień, co jest nie lada wyczynem. Poza tym wspaniale nabłyszczała włosy, nawilżała i wygładzała, a dzięki zielonej herbacie chroniła je także przed negatywnym wpływem środowiska. U mnie sprawdzała się tylko rozpylona na mokrych włosach. Zrobię koniecznie jak tylko kupie składniki, przede wszystkim olej z pestek moreli! więcej KLIK.

Krem owocowy DIY zwężający pory: krem z sokiem truskawkowym. Fajnie wyszedł, ale postanowiłam popracować nad recepturą, a konkretnie nad emulgatorem, który trochę lepiej by związał fazy. Krem fajnie spisywał się na dzień, był bardzo lekki, nie zapychał, a nawilżał i zwężał pory, po nim zdecydowanie mniej się świeciłam, więc wiem, że idę w dobrym kierunku. Więcej KLIK.

Wcierka do skóry głowy: chciałam dobrze, a wyszła ma-sa-kra! Dwa pierwsze użycia były super, zapach do zniesienia. Jednak im dalej tym gorzej... Wcierka okrutnie zaczęła śmierdzieć, przez co używanie jej stało się koszmarem... Szkoda, bo po tych kilku użyciach zauważyłam, że na szczotce znajduje się widocznie mniej włosów! Przynajmniej na to miała niewątpliwy wpływ. Co do przetłuszczania, to bez problemu dwa dni włosy wytrzymywały i były świeże, z tego także jestem bardzo zadowolona. Nie będę pisać osobnej recenzji, edytowałam TEGO posta... Polecam dla odważnych, zdeterminowanych albo chorych na zatoki/mających porządny katar! Nad przepisem popracuję jeszcze :)



Próbki:
Playboy, Żel pod prysznic: nic specjalnego, żel jak żel. Zapach nie przypadł mi do gustu. Nie kupię. 

Le Petit Marseillais, Żel pod prysznic o zapachu kwiatów pomarańczy: bardzo przyjemny zapach, poza tym żel jak żel, przypomina mi bardzo - poza zapachem oczywiście - kremowe żele Ziaji. Nie wysusza. Może kiedyś kupię, zobaczymy.

Le Petit Marseillais, Mleczko nawilżające: kompletnie nie czuję tego produktu! Świetnie pachnie, ale jak dla mnie zbyt intensywnie, po kilkunastu minutach męczy, a potem nawet mdli. Nie nawilża, nie odżywia, wręcz wysusza skórę. Zużyłam na nogi, po czym miałam "tarkę" zamiast skóry, szorstką i nieprzyjemną w dotyku. Co za sadysta to wymyślił? W życiu nie kupię, nawet za darmo nie chcę :)

Marion, Plasterki punktowe na wypryski: oczywiście nie jest to próbka, tak wygląda produkt pełnowymiarowy, ale jakoś mi tu pasowała. Plasterki trochę działają, ale stosowane na noc, jak zaleca producent, bezpowrotnie giną w odmętach pościeli i nie da rady ich znaleźć. Tak czy owak ja nie znalazłam ani jednego, wszystkie zgodnie wyparowały :) Nie kupię, nie lubię zachodzić w głowę co się z nimi stało :D Więcej KLIK

FlosLek, Regenerujący żel do higieny intymnej: fajny, idealna saszetka na wyjazd. Niestety to była chyba ostatnia. Nie wiem czy kupię pełnowymiarową wersję, póki co mam spore zapasy. Tak czy owak myje, nie podrażnia, odświeża.

Dermacos, Nawilżający krem na dzień: dla mnie porażka! Roluje się niemiłosiernie, nie nawilża jakoś specjalnie, za to przyspiesza przetłuszczanie skóry. Dla mnie za konkretny na dzień. Fajnie,że ma filtr. Nie kupię.

Korana, Miodowy krem do twarzy 40+: nie mój przedział wiekowy,ale byłam go bardzo ciekawa. Na szczęście użyłam go na noc i całkiem fajnie się spisał. Rano buźka była miękka i nawilżona. Przyjemnie pachnie. Tego nie kupię, ale rozważam inne produkty tej firmy.

Ecodenta, Pasta do zębów: używałam sporadycznie, bo nie znam jej składu, a unikam fluoru. Nic specjalnego, ma dziwną konsystencję ni to żelu ni pasty, pachnie miętowo ale z jakimś gorzkawym tłem. Zęby myje, nie powypadały mi :) Nie kupię.


Płatki kosmetyczne Cleanic: lubię je, ale jakoś szczególnie się nie wyróżniają. Są miękkie i nie rozdzielają się na włókna, ale to samo mogę napisać o większości dostępnych w Polsce płatków. Kupuję je tylko na promocji. Mam chyba ze 4 opakowania w zapasach (tak, dobra promo była ;)

Corine de farme, Delikatny żel myjący 2w1: zużyłam sama. Skład podobno naturalny, a napakowany SLS, PEG-ami, mnóstwem konserwantów i zapachów wysoko w składzie. Uwaga, aż 0,003% składników pochodzi z upraw ekologicznych, no szaleństwo po prostu! Dziecku bym tego nie kupiła, gdybym je miała oczywiście :)

Balea, Miniaturka żelu pod prysznic Abend Rot: wiem, że sporo osób chwali te żele, ale ja nie wiem dlaczego? Może to kwestia tego konkretnego zapachu, który zdecydowanie mnie nie uwiódł, trąci mi czymś gorzkim i nieprzyjemnym (tak, zapach, nie piłam go przecież). Skład normalny, drogeryjny, bardzo podobny choćby do żeli Isana, które o wiele lepiej dla mnie pachną :) Mimo to mam ochotę wypróbować inne warianty, może zmienię zdanie :)

Ziaja, Liście Manuka, Żel myjący: przyjemny zapach, myje. Składowo znów nic nadzwyczajnego, ale mam w zapasach cała butelkę. Zobaczymy jak się spisze stosowany dłużej.

FlosLek, Anti Acne, Krem matujący: częsty bywalec próbkowego denka. Sprawdzony krem, ale nigdy dotąd nie miałam całego opakowania. Fajnie pachnie ziołami, nawilża i matuje na dłużej, niż wiele innych kremów. Nie zapycha, nie wysusza, nie podrażnia. Kiedyś kupię, bo bardzo go polubiłam dzięki próbkom.

Sylveco, Lekki krem rokitnikowy: mam pełną wersję, a próbki zabieram w podróże, aby nie taszczyć ze sobą ciężkich waliz. Sprawdzony wielokrotnie, więc wiem czego się po nim spodziewać. Wkrótce pełna recenzja!

Mio, The Activist, Olejek do ciała zwiększający sprężystość i młodość skóry: miłość od pierwszego użycia! To świetna alternatywa między dobrym składem (masa olejów od pierwszego miejsca w INCI) a pięknym, choć sztucznym zapachem. Doskonale nawilża, odżywia i ujędrnia, dość szybko się wchłania, a pachnie cytrusami, głównie pomarańczą. Mam w zapasach inne olejki, ale jeśli kiedyś mi się skończą biegnę po ten!

Pokrzepol, Szampon zapobiegający wypadaniu włosów: ciekawy szampon na bazie SLS. Mocno oczyszcza, ale po jednym użyciu właściwie niewiele mogę o nim napisać. Śmiesznie pachnie, dla mnie lemoniadą, zupełnie nie spodziewałam się takich aromatów. Może kiedyś kupie, nie wiem.

Love Me Green, Krem do ciała: okropny tłuścioch, który dość długo się wchłania. Być może miałam zbyt duże oczekiwania wobec niego, tak czy owak nie sprostał im. Zawiera sok z aloesu, olej ze słodkich migdałów, skwalan, śladowe ilości różnych ekstraktów. Zapach całkiem ciekawy, trochę jak lizaki czy cukierki. Działanie nie zachwyciło mnie, zostawiał denerwującą warstwę, nie nawilżył skóry, właściwie niewiele zrobił. Nie kupię.

Klapp, Stri-Pexan, Intensywny krem pod oczy: pierwszy raz spotkałam się z taką dziwną konsystencją, jakby żelowo-kremową i bardzo tłustą w dotyku. Zapach delikatny, ale okropny! Dziwnie się rozprowadza, bardzo łatwo nałożyć go zbyt dużo i... uwaga... bardzo trudno jest go wieczorem zmyć! Zachowuje się dosłownie jak cement, trzyma się skóry jak imadło. Podczas zmywania powoduje, że makijaż do niego przyczepiony rozmazuje się i miałam pod oczami piękne czarne plamy nieomalże przyklejone do skóry. Aby się go pozbyć musiałam używać żelu, potem płynu micelarnego, a na koniec olejku i pianki Bandi, dopiero taka kombinacja pomagała. 20ml tego cuda kosztuje 100zł. Ja podziękuję. Nie kupię tego dziwaka.


Opalanko:
SuperTan, Tropical Fruits, Tingle Bronzer do ciała i trudnoopalających się nóg: tingle, jakie tingle, co za tingle? Nie wiedziałam co to znaczy, olałam i potem żałowałam! Tingle to koszmar! Tingle znaczy mniej więcej, że moment po aplikacji skóra zrobi się niemiłosiernie czerwona i piekąca jak cholera, a stan ten utrzyma się półtorej godziny! Posmarowałam tym na szczęście tylko nogi, a i tak ledwo to przeżyłam. Opaliły się, fakt, ale nigdy więcej! Cudnie pachnie, jednak ze względu na zbyt hardkorowe przeżycia więcej nie kupię.

SuperTan, Banana & Caramel, Bronzer do opalania z olejem szafranowym: fajnie pachnie, słodko, karmelowo, ale znośnie intensywnie. Na szczęście brak dziwnych efektów ubocznych, opalanko przyjemne, pachnące i przyspieszone. Użyłam go tylko na nogi i ręce, warto pamiętać, że nie posiada on filtrów. Opalenizna jest przyspieszona, a ja naprawdę trudno się opalam. Poza tym uzyskałam ładny brązowawy odcień, który mam nadzieję, że się utrzyma dość długo. Mam kolejną saszetkę.

SuperTan, Frosted Banana, Przyspieszacz opalania z wyciągiem z konopi: fajnie pachnie, ale jak dla mnie zbyt słodko, landrynkowo. Zużył go mój mąż, bo ja odmówiłam współpracy z takim aromatem :) Posmarował plecy i brzuch (znaczy ja mu posmarowałam), opalił się szybko i ładnie, równomiernie. Fajna sprawa. Podoba mi się, że na drugim miejscu w składzie jest sok z aloesu, wysoko jest też olej słonecznikowy, ekstrakt z ogórka i zielonej herbaty oraz olej konopny. Nie wiem czy kupię.

Znacie coś z moich wykończonych kosmetyków?
Himalaya, Wybielająca pasta do zębów

Himalaya, Wybielająca pasta do zębów

Nie używam past do zębów z fluorem, który jest szkodliwy dla organizmu, a mamy go aż w nadmiarze choćby w wodzie wodociągowej "uzdatnianej dla naszego dobra". Dziękuję za taką łaskę. Jeśli ktoś myśli, że powypadały mi wszystkie zęby muszę go zmartwić - zęby są na swoim miejscu i mają się bardzo dobrze :) Regularnie chodzę na przeglądy do stomatologa dwa razy w roku i za każdym razem słyszę to samo: "śliczne ząbki, nie da mi Pani zarobić" :D Raz na kilka lat zdarza się mała plomba, zapewne przez moje niemiłosierne uzależnienie od czekolady :) Poza tym zęby są mocne, silne, gładkie, lśniące i jasne same z siebie. Nie są białe, bo ludzkie kości z natury nie są idealnie białe, a szkoda mi je osłabiać chemicznym wybielaniem. Duży wpływ na kolor ma dieta, ja jestem zapaloną kawo- i herbatoholiczbą, niestety napoje te zostawiają na szkliwie osad, więc zęby wydają się żółtawe. Tu wkracza pasta wybielająca, która ma za zadanie usunąć ten osad i na tym głównie polega jej działanie.


Himalaya Herbals, Wybielająca pasta do zębów Sparkly White - Lśniąca biel


 Pastę kupiłam w Biedronce za 7 zł, ale z tego co się orientuję jej cena oscyluje w granicach 11 zł/75 ml. Kupimy ją w kartoniku, bardzo ładnym moim zdaniem, niestety zaraz po zakupie wyrzucimy go do śmieci. Tubka też jest ładna kolorystycznie, to moje ulubione kolory, dzięki czemu od razu rzuciła mi się w oczy.


Z tyłu kartonika mamy wszelkie podstawowe informacje. Dowiemy się m.in., że pasta nie zawiera fluoru, natomiast posiada w swoim składzie wiele ciekawych ekstraktów roślinnych i wyciągów ziołowych oraz enzymy z papai i ananasa. Skład bez parabenów oraz chemicznych wybielaczy, odpowiedni dla wegetarian.


Skład:  Nie jest jakiś wyjątkowo super, ale całkiem przyzwoity. Podstawą formuły jest to co w zwykłych pastach drogeryjnych (o wiele tańszych dodam) czyli SLES. Mamy tu także m.in. obiecaną bromelinę oraz papainę (enzymy roślinne, usuwają płytkę nazębna i przebarwienia), menthol (odświeża, antyseptyczny), ekstrakt z drzewa arakowego (Salvadora Persica, właściwości ściągające i bakteriobójcze), ekstrakt z łupin migdałów (Prunus Amygdalus Dulcis), olejek cynamonowy (właściwości antyseptyczne, przeciwbólowe, rozgrzewające), olejek goździkowy (działanie antyseptyczne, odświeżające, ściągające). Szczegóły na zdjęciu:


Pasta jest cała biała. Dość zwarta konsystencja powoduje, że nie ścieka ze szczoteczki, ale jednocześnie łatwo wychodzi w tubki. Trochę zasycha na nakrętce, ale da się to przeżyć.

 
Sama pasta jest słodka, nawet bardzo, co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Początkowo się ucieszyłam, ale muszę przyznać, że potem stało się to dość męczące. Myślę, że fanki słodkości będą zadowolone :) Posiada delikatny zapach, lekko miętowy, ale także jakiś niezidentyfikowany posmak owocowy. Co ważne, nie wysusza mi ust i nie pękają mi przez nią kąciki, a nagminnie się to zdarzało dawno temu przy używaniu past Colgate. Poza tym Himalaya jest wydajna, wystarczy niewielka ilość, by dokładnie oczyścić zęby, ponieważ mocno się pieni.


Zęby myję szczoteczką elektryczną od ponad roku, ale nie będę nikogo do tego namawiała, bo sama wiele lat myłam manualną i zęby to przeżyły. Napomknę tylko, że kto raz spróbował elektrycznej raczej nie wraca do zwykłej szczoteczki, różnica jest bowiem ogromna. No, ale nieważne czym - ważne żeby myć! :D

Właśnie przed chwilą wypiłam kawkę, po której na zębach oczywiście został osad, barwiący płytkę na żółtawy kolor:


A po myciu ową pastą było już tak: Zęby są wizualnie bielsze, lśniące i czyste.


Moim zdaniem pasta jest warta uwagi. Kupiłam ją głównie ze względu na brak fluoru, zawartość enzymów i wyciągów roślinnych oraz całkiem ładne opakowanie. Okazała się być ciekawą alternatywą dla mojej kokosowej samoróbki, jednak składem jej nie dorównuje.

A właśnie. Robiłyście już może własną pastę do zębów? Ja jestem z mojej KLIK niesamowicie zadowolona, robiłam ją już kilka razy, muszę napisać recenzję :)
A Wy czym obecnie myjecie zęby?
Akcja: Wakacje z blogerkami

Akcja: Wakacje z blogerkami

Wczoraj wieczorem byłam w trasie, co często mi się zdarza w weekendy :)
Mąż prowadził, a ja siedziałam na Facebooku i przerzucałam z nudów posty, aż natrafiłam na coś interesującego. Można by rzec, że byłam we właściwym "miejscu w sieci" we właściwym czasie, bo tak oto od słowa do słowa udało mi się załapać na fajną akcję :)

Akcja
Wakacje z blogerkami
1.07-31.08

https://www.facebook.com/events/1463500680631029/

W akcji bierze udział 12 dziewczyn, a każda jest zupełnie inna i ma trochę inne zainteresowania, chociaż w jakimś stopniu podobne - jak to kobiety ;)
Każda blogerka ma 5 dni, w ciągu których opublikuje posty promowane przez inne dziewczyny z akcji. M.in. będzie to:
1 dzień: TAG Wakacje z blogerkami
3 dzień: Recenzja produktu niezbędnego w wakacje
5 dzień: Stylizacja wakacyjna.

Już dzisiaj zapraszam Was do odwiedzin blogów biorących udział w akcji:
Zapraszam także do dołączenia do oficjalnego wydarzenia na Facebooku
klikając w banerek powyżej :)

Myślę, że pomysł jest fajny, ponieważ sama poznałam już kilka nowych, ciekawych blogów, a przecież o to właśnie chodzi. Poza tym będzie to dla mnie małe wyzwanie, zwłaszcza jeśli chodzi o stylizację wakacyjną, bo jak dotąd pomysł na taki post nawet mi przez głowę nie przeszedł...

Mam nadzieję, że będziemy się wszyscy fajnie bawić.
Już 1 lipca rusza akcja, nie mogę się doczekać!

Brałyście udział w podobnych przedsięwzięciach?

PS. Przy okazji nieśmiało przypomnę o konkursie u mnie, zostało już tylko 3 dni na zgłoszenie się. Banerek w prawym górnym rogu :)
Biolaven, Żel do higieny intymnej

Biolaven, Żel do higieny intymnej

Produkty do higieny intymnej na stałe zapisały się w mojej pielęgnacji. Używałam już różnych marek - tańszych, droższych, znanych i nie, ale żaden nawet nie zbliżył się do ideału. Czego oczekuję? Po pierwsze dobrego składu, który nie wysusza! Po drugie odpowiedniej konsystencji i przyjemnego zapachu, który odświeża. Po trzecie sensownego opakowania, które nie utrudnia użytkowania. Na koniec oczywiście przydałaby się znośna cena :)
Dziś napiszę o produkcie, któremu najbliżej do ideału z dotychczas poznanych żeli.


Biolaven organic, Naturalny żel do higieny intymnej


Nowa marka Sylveco ciekawiła mnie od dawna, bo jak wiecie, Sylveco uwielbiam! Mam już kilka produktów Biolaven, które z przyjemnością stosuję.



Żel ma świetną, bardzo stabilną buteleczkę, nie przewraca się, choć stoi na samiutkim brzegu. Etykieta jest estetyczna i nieprzeładowana kolorowymi obrazkami, tak samo zresztą jak wszystkie ich kosmetyki. Pompka ani razu się nie zacięła, działa bez zarzutu.
Muszę się jednak przyznać, że nie mogłam jej odblokować przed pierwszym użyciem, kręciła się we wszystkie strony, ale nie chciała wyskoczyć. Tak czy owak udało się, po tym incydencie niczego nie mogę jej zarzucić. 


Etykieta jest bardzo trwała, wygląda nadal jak nowa, nic się z niej nie zmazuje. Z tyłu opakowania mamy podstawowe informacje o produkcie tj. skład, sposób użycia i kilka słów o samym żelu. Dowiemy się m.in., że ma on pH 4.0 czyli kwaśne, jak najbardziej dostosowane do okolic intymnych. Koszt ok. 16 zł/300 ml.


Żel jest przezroczysty i dość wodnisty. Potrafi przeciekać przez palce i jest to chyba jedyna, niestety dość poważna wada. Musiałam trochę nabrać wprawy, aby go z powodzeniem używać, ale wolałabym, by żel był po prostu gęstszy. Ułatwiłoby to zdecydowanie jego użytkowanie.
Płyn cudownie pachnie winogronami, ale takimi słodkimi, jakby trochę cukierkowo, zapach całej serii jest taki. W ogóle nie wyczuwam tu lawendy i jak dla mnie to dobrze - kocham ją, ale tylko w ogrodzie.


Skład: według mnie całkiem prosty. Zaraz po wodzie mamy Lauryl Glucoside (łagodna substancja myjąca), a potem glicerynę (nawilża), Cocamidopropyl Betaine (bardzo łagodna substancja myjąca), Lactic Acid (kwas mlekowy, wspomaga naturalną florę bakteryjną, zmniejsza ryzyko infekcji), Coco-glucoside (bardzo łagodna substancja myjąca), Panthenol (łagodzi podrażnienia), Glyceryl Oleate (emolient, emulgator), olej z pestek winogron (koi, łagodzi, przyspiesza regenerację, odżywia, natłuszcza, nawilża, wzmacnia naturalna barierę ochronną skóry)), Sodium Benzoate (konserwant, dopuszczalne stężenie to 0,5%), olejek eteryczny z lawendy (właściwości antyseptyczne), Parfum (kompozycja zapachowa).


Żel ładnie się pieni, wytwarza specyficzną, niską i gęsta pianę. Niewielka jego ilość wystarczy do umycia się pod warunkiem, że nie przecieknie przez palce... Trzeba w tym nabrać trochę wprawy, wtedy będzie bardzo wydajny. Mam go kilka tygodni i nadal jest go sporo, niestety nie wiem ile dokładnie, bo plastik, z którego wytworzone jest opakowanie uniemożliwia kontrolę ilości
Żel doskonale odświeża i nawilża skórę, łagodzi podrażnienia, sam będąc niezwykle delikatnym. Ma świetny skład! Zero nieprzyjemnych historii, zero pieczenia czy swędzenia. W skrócie działanie jest doskonałe!

Bardzo go polubiłam za zapach i działanie, gęstszy byłby dla mnie ideałem! Znacie już jakieś kosmetyki Biolaven? Jakie wrażenia?
DIY: Rozjaśniający krem pod oczy owocowy + recenzja

DIY: Rozjaśniający krem pod oczy owocowy + recenzja

Pozostaję w temacie owoców po doskonałych doświadczeniach z cytrusowym peelingiem, od którego już się chyba uzależniłam oraz z Owocowym musem do twarzy :) Teraz postanowiłam zrobić krem pod oczy, a ponieważ borykam się ostatnio z lekkimi zasinieniami zależy mi na uszczelnieniu naczynek i rozjaśnieniu tej okolicy. Oczywiście nawilżenie i odżywienie skóry zawsze jest u mnie w cenie.

Owocowy krem pod oczy
rozjaśniający

Składniki na 30 ml (u mnie 2 opakowania po 15 ml)

Faza wodna (42%):
5% ekstraktu z soku mandarynkowego (1,5 ml)
29% hydrolat z pomarańczy słodkiej (8,7 ml)
3% witamina B3 (0,9 ml)
5% mocznik (1,5 ml)

Faza olejowa (42%):
30% macerat ze stokrotek (9 ml)
10% masło shea (3 ml)
2% emulgator (GSC) (0,6 ml)

Faza dodatków (16%):
5% kwas hialuronowy (1,5 ml)
1% ekologiczny konserwant FEOG (0,3 ml)
5% ekstrakt z malin w płynie (1,5 ml)
5% ekstrakt z alg (1,5 ml)

Poza tym dwie miseczki na fazy, opakowanie na na gotowy krem, coś do mieszania i duuużo miarek lub strzykawka. Oczywiście wszystko czyste i odkażone.


Wykonanie:
 Przygotowujemy fazę wodną: w hydrolacie rozpuszczamy ekstrakt mandarynkowy, mocznik oraz witaminę B3. Przygotowujemy fazę olejową: odmierzamy do pojemnika odpowiednie ilości maceratu stokrotkowego, masła shea i emulgatora. Obie fazy wstawiamy do kąpieli wodnej i podgrzewamy do rozpuszczenia się wszystkich składników. Obie fazy muszą mieć tą samą temperaturę! Zestawiamy z kąpieli i dokładnie mieszamy mieszadełkiem do mleka aż do ostudzenia. Następnie dodajemy wszystkie półprodukty z fazy dodatków i ponownie dokładnie mieszamy, im dłużej tym lepiej. Przelewamy do pojemniczka/pojemniczków i odstawiamy do całkowitego związania się składników.


Przechowywanie:
W składzie występuje ekologiczny konserwant, więc można przechowywać ten krem normalnie w łazience lub w lodówce. Ja zrobiłam eksperyment. Jeden słoiczek trzymałam w łazience (biały), a jeden w lodówce (czarny). Co z tego wynikło napiszę dalej. Trwałość to ok. 4 tygodnie.


Dlaczego takie składniki:
Mocznik: nawilża, ułatwia wiązanie wody przez keratynę, zmiękcza naskórek. Pozostawia skórę gładką i jędrną.

Ekstrakt z soku mandarynkowego: nawilża i rozjaśnia skórę, delikatnie złuszcza, zmiękcza naskórek. Wspomaga syntezę kolagenu wpływając na jędrność i elastyczność skóry. Wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych i zmniejsza zmarszczki. Pięknie pachnie.

Witamina B3: rewitalizuje, rozjaśnia przebarwienia, poprawia ukrwienie skóry, poprawia nawilżenie i elastyczność skóry.

Hydrolat z pomarańczy słodkiej: poprawia sprężystość, elastyczność i miękkość skóry. Nawilża i kondycjonuje skórę oraz działa przeciwstarzeniowo.

Macerat ze stokrotek: łagodzi stłuczenia, zmniejsza siniaki, ranki, skaleczenia, rozjaśnia przebarwienia, wzmacnia naczynka. Jak zrobić? Garść kwiatostanów stokrotek suszymy (na parapecie 2 dni), przesypujemy do słoiczka, zalewamy dowolnym olejem i macerujemy na słońcu min. 2 tygodnie. Przecedzamy, gotowe.

Masło shea: nawilża, odżywia i natłuszcza skórę. Tworzy delikatny film, który chroni przed szkodliwymi czynnikami i wysychaniem. Łagodzi podrażnienia.

Potrójny kwas hialuronowy 1,5%: skutecznie nawilża, ujędrnia, wygładza, uelastycznia skórę i łagodzi podrażnienia.

Ekstrakt z maliny w płynie: odżywia, odświeża, oczyszcza i łagodzi. Skutecznie wygładza skórę i regeneruje ją, polecany szczególnie w okolice oczu. Uszczelnia naczynia krwionośne i chroni przed przebarwieniami.

Ekstrakt z alg: odżywia skórę, wzbogaca skład o wiele cennych witamin i innych związków.

Recenzja
Owocowy krem pod oczy
rozjaśniający

Krem pachnie ziołowo, naturalnie. Dla mnie jest to przyjemny aromat, ale wiem, że nie wszyscy go lubią. Do kremu pod oczy nie chciałam dodawać olejków eterycznych, aby nie podrażnić tej wrażliwej okolicy, ale jeśli ktoś lubi inne zapachy to wystarczy zamienić hydrolat na np. neroli. Kolor wyszedł beżowy i jest to jak najbardziej naturalny odcień.
Krem nie podrażnił mnie, nie uczulił, nie powodował pieczenia ani swędzenia oczu.

Jak już wspomniałam krem przelałam do dwóch słoiczków. 
Biały trzymałam w łazience i jego konsystencja wyszła bardziej lejąca, wodnista. Przez tą konsystencję krem trochę spływał poniżej obszaru, na który go nałożyłam i lekko mnie to denerwowało. Na szczęście nie spowodował zapchania porów na policzkach. Do oczu nie spływał, ale na powieki nakładałam go minimalną ilość, więcej wsmarowywałam w zasinienia.


Czarny słoiczek trzymałam w lodówce i zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu ta wersja przechowywania. Po pierwsze dzięki temu konsystencja jest bardziej kremowa, zwarta i lepiej się rozsmarowuje. Nie spływa też tak bardzo jak wersja trzymana w łazience. Poza tym krem jest chłodny, co w lecie daje niesamowicie przyjemne uczucie odprężenia, obkurcza dodatkowo naczynka krwionośne i daje natychmiastowy efekt zrelaksowania podkrążonych oczu! Polecam trzymać go w lodówce, bo jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie.


Kremu używam tylko na noc, ponieważ zostawia na skórze świecącą, pielęgnacyjną warstwę i nakładanie na to makijażu nie jest dobrym pomysłem.


Stosuję go od dwóch tygodni codziennie i zauważyłam lekkie rozjaśnienie zasinień, wygładzenie zmarszczek mimicznych, ujędrnienie i napięcie skóry. Skóra jest ładnie nawilżona i odżywiona oraz zregenerowana. Próbowałam zrobić zdjęcia, aby Wam pokazać ten efekt, ale nic na nich nie widać - to znaczy nie widać moich sińców, więc jak mam pokazać, że się zmniejszyły? :)
Niestety żaden krem nie usunie zasinień całkowicie, ani ten diy ani kupiony za 1000 zł. Nie ma się co oszukiwać.


Jakie są Wasze ulubione kremy pod oczy? Próbowałyście zrobić swój?
Calaya, Francuskie glinki: Zielona Illite oraz Niebieska Blue Pearl

Calaya, Francuskie glinki: Zielona Illite oraz Niebieska Blue Pearl

Uwielbiam glinki. Są w 100% naturalne, wegańskie, nie zawierają żadnych barwników, konserwantów czy sztucznych dodatków, które mogłyby uczulać i podrażniać. Do tego są bardzo uniwersalne, nadają się oczywiście na maseczki do twarzy, ale także do pielęgnacji włosów czy zębów, walki z cellulitem, do kąpieli i jako składnik wzbogacający inne kosmetyki. Poza tym jest ich mnóstwo rodzai i kolorów, a każdy ma trochę inne właściwości, na pewno więc każda cera znajdzie wśród ich bogactwa coś dla siebie.
Moją pierwszą w życiu była żółta glinka Cattier, która wydawała mi się wtedy śmiesznie tania, ale okazała się bardzo droga (4,29 zł za 10g). Od tamtej pory miałam także białą, dwie różne czarne, a także dzisiejsze bohaterki, francuskie glinki: zieloną Illite oraz niebieską Blue Pearl. Brakuje mi do pełni szczęścia czerwonej, różowej oraz fioletowej :)

 

Calaya Naturalne Piękno, Francuska glinka niebieska Blue Pearl


Gdy tylko ją zobaczyłam wiedziałam, że muszę ją mieć! Nie chodzi jedynie o kolor, który oczywiście uwielbiam i jest dla mnie wspaniałą niespodzianką, ale także o jej działanie. Jest to glinka typu Kaolin (nazwa pochodzi od chińskiego słowa "kao-ling" czyli "wysoka góra", skąd wydobywane były glinki; powstaje wskutek wietrzenia skał magmowych i zawiera m.in. kaolinit, kwarc i mikę, a jej bogate złoża występują np. w Chinach, Rosji, Japonii i Francji). Zawiera całe bogactwo minerałów m.in. krzem, żelazo, wapń, glin, magnez, potas, cynk, kobalt (któremu zawdzięcza piękny kolor).
Posiadam glinkę 200 g w wygodnym opakowaniu z zamknięciem. Łatwo się ją przechowuje, zajmuje mało miejsca, a wystarczy na wiele, wiele maseczek.

Wygląd:
Bardzo drobno zmielony proszek o lekkiej konsystencji, jedwabisty w dotyku. Na sucho ma błękitno-szarawą barwę, która zmienia się w piękny błękit o perłowym blasku po dodaniu płynu. Nie podrażnia, nie drapie cery.

Właściwości:
Bardzo uniwersalna glinka. Posiada niesamowite właściwości dotleniające skórę. Remineralizuje i detoksykuje. Jest bardzo delikatna, ale jednocześnie skutecznie usuwa zanieczyszczenia, dodaje skórze blasku, rozjaśnia ją, wygładza i odświeża oraz wyrównuje koloryt. Goi niedoskonałości.


Dla kogo:
Idealna do pielęgnacji dosłownie każdego rodzaju cery, zwłaszcza delikatnej i wrażliwej, suchej, poszarzałej, dojrzałej, odwodnionej, napiętej, alergicznej, tłustej, trądzikowej, z przebarwieniami, zaskórnikami czy o nierównym kolorycie. Idealna dla dzieci i niemowląt. Doskonała dla osób mieszkających w mieście, które chcą dogłębnie oczyścić skórę z toksyn i miejskich zanieczyszczeń np. spalin.


Sposób użycia:
Maseczki na twarz: mieszamy glinkę w proporcji 1:1 z wodą lub hydrolatem, trzymamy na skórze 10-20 min (nie dopuszczamy do wyschnięcia!) i zmywamy. Można taką maseczkę wzbogacić o kilka kropel płynnego ekstraktu (polecam zwłaszcza malinowy) lub dowolnego oleju. Doskonała na dekolt lub plecy, na których występują wypryski. Jako bardzo mocno oczyszczająca pory maska (np. w przypadku stosowania mocno kryjących podkładów z silikonami): dodajemy do maseczki 1 kroplę olejku pichtowego lub rozmarynowego, max. raz na tydzień. Świetnie sprawdza się jako dodatek do żelu do twarzy (1 łyżeczka glinki) wzmacniając działanie oczyszczające skórę. Jako peeling do twarzy (łyżka glinki rozrobioną odrobiną wody do konsystencji papki). Nadaje się także do pielęgnacji niemowląt i dzieci!
Glinką można także wzbogacić kremy, toniki, wcierki, peelingi, balsamy, mydła, szampony, maski do ciała itp. Należy pamiętać jedynie o omijaniu okolic oka.


Zakupy:  
Glinka nie jest droga, kosztuje ok. 8zł/50g lub 23 zł/200g (co wystarczy na mnóstwo maseczek). Do kupienia TUTAJ.

Rezultaty:
Skóra po zmyciu maseczki jest niesamowicie delikatna w dotyku, wręcz aksamitna. Wyraźnie jest rozjaśniona (stąd na zdjęciu "po" sińce pod oczami!), a tzw. niedoskonałości są mniej widoczne. Cera jest dotleniona, pełna blasku, odświeżona, a pory są lekko przymknięte. Po tej maseczce dość długo cera się nie świeciła, ale była jednocześnie promienna, jakby muśnięta lekko rozświetlaczem. Zauważyłam także zmniejszenie ilości zaskórników, które lokują się u mnie zawsze w okolicach nosa. Glinka nie podrażnia cery, jest bardzo delikatna i łatwo się zmywa nie drapiąc. Absolutnie nie wysusza. Uwielbiam ją! I jak świetnie się w niej wygląda, jak Smerfetka. Teraz naprawdę jestem Nie Bieska :D



Calaya Naturalne Piękno, Francuska glinka zielona Illite



Glinka idealna dla mnie jako posiadaczki grubej, przetłuszczającej się skóry, wołającej o oczyszczenie. Musiałam ją wypróbować. Jest to glinka Illite (nazwa pochodzi od stanu Illinois w USA, gdzie ją odkryto, obecnie wydobywa się ją np. w północnej Francji; powstaje wskutek wietrzenia skał krzemionkowo-aluminiowych). Jest najbogatszą w minerały znaną glinką, a zawiera m.in. krzem, magnez, wapń, potas, dolomit, mangan, żelazo, fosfor, sód, selen, cynk, miedź, molibden.
Moje 200g znajduje się także w wygodnej, zamykanej torebce, gabarytowo mniejszej niż glinka niebieska.

Wygląd:
Dość drobno zmielony, bardzo jasnozielony proszek. W dotyku wyczuwalne są jednak niektóre drobinki, nie jest tak aksamitny jak glinka niebieska. Po zmieszaniu z cieczą nadal pozostaje bardzo jasnozielony.


Właściwości:
Silnie dezynfekuje skórę, oczyszcza ją, regeneruje, odżywia, remineralizuje oraz wzmacnia. Jednocześnie działa łagodząco i gojąco np. na wypryski. Absorbuje nadmiar sebum, bakterie i toksyny, zamyka pory (wchłania aż 30% wody). Reguluje wydzielanie sebum. Wspomaga regenerację skóry, pochłania zanieczyszczenia oraz usuwa martwy naskórek. Oczyszcza pory, poprawia ukrwienie, wygładza i ujędrnia skórę. Posiada także działanie przeciwzapalne i antybakteryjne (uniemożliwia rozwój bakterii). Zapobiega powstawaniu zmarszczek. Nałożona na ciało pomaga je wyszczuplić i walczyć z cellulitem. Delikatnie złuszcza. Przyspiesza gojenie ran np. po wypryskach.


Dla kogo:
Świetna do pielęgnacji skóry tłustej, mieszanej, normalnej, trądzikowej, z wypryskami, pryszczami i wrzodami oraz z rozszerzonymi porami. Doskonała do męskiej, grubej skóry! Do cery wrażliwej w połączeniu np. z jogurtem lub olejami.


Sposób użycia:
Maseczki na twarz (1:1 z wodą lub hydrolatem, trzymamy góra 10 min., nie dopuszczamy do wyschnięcia!, taka maseczka dodatkowo złuszcza martwy naskórek przy zmywaniu). Maseczka dla bardzo wrażliwej cery: glinka + jogurt lub dużo oleju. Okłady na ciało w przypadku walki z artretyzmem, bólami mięśni, a nawet zwichnięciami. W celu złagodzenia bólu, pieczenia i przyspieszenia gojenia można ją nakładać w postaci pasty na skaleczenia, oparzenia i miejsca ukąszenia przez owady. Relaksujące kąpiele. Okłady wyszczuplające i antycellulitowe. Dodatek do kremów matujących (nie zatyka porów!). Do włosów jako bardzo mocno oczyszczający szampon (włosy przetłuszczające się, łupież) lub remineralizująca wcierka do skóry głowy (np. tu KLIK) - jednak konieczna będzie odżywka lub maska na długość włosa, aby nie były szorstkie i matowe. Glinką można także wzbogacić różne kremy, toniki, wcierki, peelingi, balsamy, mydła, preparaty punktowe na wypryski lub ukąszenia, szampony, maski do ciała i na włosy itp. Należy pamiętać jedynie o omijaniu okolic oka. 


Zakupy:
Glinka jest bardzo tania, kosztuje ok. 8zł/100g lub 10zł/200g. Do kupienia TUTAJ.

Rezultaty:
Po zmyciu maseczki zdecydowanie zauważalne jest zmniejszenie liczby wyprysków, które są lekko wysuszone. Zmniejszyła także zaczerwienienia, do których mam niestety skłonność. Cera jest wygładzona jak po peelingu, a pory ładnie domknięte (i to na długo!). Ale to co mnie zachwyciło to regulacja sebum - nie świeciłam się calutki dzień, a krem nałożyłam ten co zazwyczaj! Jednocześnie skóra wcale nie była wysuszona, a wręcz zregenerowana i przyjemna w dotyku. Przy zmywaniu maseczki fajnie można zrobić sobie masaż drobinkami, łatwo się zmywa. Najlepiej jest stosować ją regularnie, co powinno wpłynąć na znaczne polepszenie stanu cery oraz oczyszczenie jej z niedoskonałości (warto pamiętać, że początkowo stan ten może się chwilowo pogorszyć, gdyż glinka "wyciągnie" na wierzch podskórne wągry czy zaskórniki).


Ogólne zasady stosowania glinek jako maseczki:
1. Bardzo ważną sprawą jest niedopuszczenie do wyschnięcia glinkowej maseczki na skórze twarzy. Dlaczego? Ponieważ możemy otrzymać efekt odwrotny do zamierzonego: skórę ściągniętą i przesuszoną. Na szczęście owo "niedopuszczenie" jest bardzo łatwe, a nawet przyjemne - wystarczy przelać do dowolnego pojemnika z atomizerem (np. po jakiejś mgiełce lub odżywce do włosów bez spłukiwania) wodę lub hydrolat i raz na jakiś czas spryskiwać skórę z nałożoną maseczką. Glinka nie zaschnie, a my będziemy odświeżone i ochłodzone (szczególnie przyjemne w lecie).
2. Glinki mieszamy zazwyczaj w proporcji 1:1, ale warto taką podstawową maseczkę wzbogacić kilkoma kroplami dowolnego oleju (do cery tłustej polecam szczególnie olej z pestek truskawki, maliny lub moreli) albo ekstraktu (np. malinowy w płynie lub z granatu, mandarynki w proszku). Maseczkę dokładnie mieszamy. 
3. NIGDY nie używamy metalowych przedmiotów. Miseczki i łyżeczki mogą być porcelanowe, plastikowe lub szklane, można także użyć drewnianej szpatułki.
4. Trzymamy je zawsze w suchym miejscu!


Stosujecie glinki? Muszę przyznać, że nie ma chyba lepszych i skuteczniejszych maseczek. W dodatku są w 100% naturalne, uniwersalne i bardzo tanie.
DIY: Wcierka do skóry głowy wzmacniająca cebulki oraz przyspieszająca wzrost włosów

DIY: Wcierka do skóry głowy wzmacniająca cebulki oraz przyspieszająca wzrost włosów

Zamarzyła mi się lwia grzywa... Zamarzyły mi się piękne włosy, bujne i przede wszystkim liczne niczym gwiazdy na niebie. Niech będzie ich więcej, bo im więcej tym weselej prawda?
Tak oto wpadłam na pomysł upichcenia wcierki. Na temat roślin wiem sporo, więc nie miałam problemu z doborem. W ruch poszedł skrzyp, pokrzywa i oczywiście korzeń łopianu.
Zależało mi, aby wcierka oprócz wzmocnienia cebulek, co powinno zaowocować licznymi włosami, regulowała także pracę gruczołów łojowych, nie chcę bowiem męczyć głowy zbyt częstym myciem. Warto spróbować :)

Wcierka do skóry głowy
wzmacniająca cebulki
przyspieszająca wzrost włosów
regulująca pracę gruczołów łojowych
przeciwłupieżowa


Składniki na ok. 0,5 l:
1 łyżka ziela pokrzywy
1 łyżka ziela skrzypu polnego
2 łyżki korzenia łopianu
ok. 4 szklanki wody destylowanej albo przefiltrowanej
1 łyżka nasion gorczycy białej (przyprawa)
1 łyżka nasion kolendry (przyprawa)
1 łyżka mocznika
1 łyżka francuskiej glinki zielonej illite
kilkanaście kropel ekstraktu z alg w płynie
kilkanaście kropel spirytusu salicylowego 2% lub konserwantu

oraz dwa kubki, garnuszek, duży pojemnik, opakowanie/a na gotową wcierkę, lejek, sitko, łyżka.


Zakupy:
Skrzyp, pokrzywę i korzeń łopianu kupiłam w sklepiku zielarskim, kosztują ok. 2-3 zł za paczkę. Glinkę zieloną, mocznik oraz ekstrakt z alg kupiłam w sklepie naturalne-piekno.pl, kosztują kilka złotych, a są bardzo wydajne i wszechstronne. O glince jeszcze napiszę, bo jestem nią absolutnie zachwycona! Przyprawy oraz spirytus nabyłam w zwykłym markecie, kosztują grosze. Wodę destylowaną także można kupić w markecie, ja użyłam przefiltrowanej kranówy.

Wykonanie:
Gotujemy 3 szklanki wody w czajniku. Do jednego kubka wsypujemy łyżkę pokrzywy, do drugiego łyżkę skrzypu. Oba kubki zalewamy wrzątkiem i odstawiamy do naciągnięcia i wystudzenia.


Do garnuszka wsypujemy dwie łyżki korzenia łopianu, zalewamy jedną szklanką zimnej wody i jedną gorącej, chyba że mamy pod ręką dwie szklanki letniej :) Wstawiamy na gaz, przykrywamy i podgrzewamy aż do zagotowania. Zestawiamy z ognia do wystygnięcia.


Po łyżce gorczycy białej i kolendry mielimy w młynku do kawy na pachnący proszek.
Do dużego naczynia przesypujemy zmielone przyprawy i zalewamy je ostudzonymi, przecedzonymi przez sitko płynami (skrzyp+pokrzywa+łopian), dokładnie mieszamy. Powinna wyjść lekko pachnąca zielonkawa zawiesina.


Przelewamy zawiesinę do buteleczek - u mnie wyszły dwie buteleczki 200 ml i jeszcze zostało trochę do użycia od razu :) Do każdej buteleczki wlewamy ok. 180-190 ml, zostawiamy trochę miejsca na składniki aktywne.
Do każdej buteleczki wsypujemy przez lejek albo tubkę z papieru (musi być suchy) po pół łyżki mocznika, po pół łyżki glinki i kilkanaście kropel ekstraktu z alg, na koniec dodajemy jeszcze kilkanaście kropel spirytusu, co by całość zakonserwował. Zamykamy. Dobrze wstrząsamy.
Oczywiście jeśli chcecie zrobić mniejszą ilość wcierki to wystarczy podzielić składniki na pól i dalej postępować analogicznie :)

   Co wyszło:
Zielona zawiesista ciecz o ciekawym ziołowym aromacie. Zapach nie jest zbyt intensywny jak dla mnie, najbardziej wyczuwam kolendrę i gorczycę. Przed użyciem koniecznie trzeba wcierkę wstrząsnąć, aby zawiesina równomiernie się rozproszyła w cieczy. Nie mam pojęcia czy wcierka nadaje się dla blondynek, ja mam teraz ciemniejsze włosy i zaryzykuję :) Dla blondynek polecałabym napar z pokrzywy zastąpić naparem z rumianku (podobno pokrzywa może zafarbować włosy).


Przechowywanie:
Zakonserwowaną wcierkę trzymam normalnie w łazience i nie żałuję jej sobie.

Stosowanie:
Przed zastosowaniem wcierki można zrobić peeling skóry głowy.
Wmasować delikatnie wcierkę w czystą skórę głowy przed (np. 0,5-1h) umyciem włosów, następnie umyć włosy delikatnym szamponem. Spłukać. Na włosy nałożyć maskę.
Jak dokładnie stosować?
Najlepiej trzymać ją w butelce z dzióbkiem lub z atomizerem, który ułatwi aplikację. Ja przelałam ją do butelki po płynie micelarnym Dermedic i bardzo wygodnie mi się ją z niej dozuje. Robimy przedziałek, nakładamy wcierkę, następnie 1-2 cm dalej znów przedziałek i znów wcierka itd. Na koniec delikatnie masujemy skórę głowy okrężnymi ruchami. Można także użyć wacika, strzykawki albo pędzla.

Dlaczego takie składniki:
Ziele pokrzywy: bogactwo m.in. witamin A, B2, C, K oraz pierwiastków siarka, fosfor, żelazo, wapń, sód, potas, krzem, jod, kwasów organicznych, garbników, flawonoidów itp. Zmniejsza wypadanie włosów, wzmacnia je, regeneruje i nabłyszcza. Zmniejsza przetłuszczanie, pomaga walczyć z łojotokiem i łupieżem. Włosy pozostają dłużej świeże.

Ziele skrzypu polnego: zawiera m.in. krzem, potas i krzemionkę (antyoksydant), flawonoidy, kwasy organiczne i garbniki. Poprawia ukrwienie głowy, zmniejsza wypadanie włosów, przyspiesza ich wzrost. Zmniejsza przetłuszczanie. Wzmacnia cebulki oraz regeneruje. Działa kojąco na skórę głowy, antybakteryjnie i przeciwzapalnie. Podobno opóźnia proces siwienia. Włosy wzmacniają się i dłużej są "żywe".

Korzeń łopianu: zawiera m.in. siarkę, fosfor, wit. C, fitosterole, olejki eteryczne, kwasy organiczne. Reguluje działanie gruczołów łojowych i zapobiega wypadaniu włosów. Likwiduje łupież.

Nasiona gorczycy białej: zawiera m.in. wit. A, K, P oraz siarkę, selen, żelazo, wapń, magnez, beta-karoten. Rozgrzewa i pobudza skórę, nawilża, zmiękcza, łagodzi łupież i stany zapalne, oczyszcza skórę. Stymuluje regeneracje struktury włosa oraz skóry głowy, zwiększa przepływ krwi do mieszków włosowych. Pobudza wzrost włosów, nabłyszcza je oraz odżywia cebulki.

Nasiona kolendry: zawiera m.in. żelazo, miedź, potas, wapń, mangan, cynk i magnez. Stymuluje wzrost włosów, zwiększa dopływ krwi do cebulek, likwiduje łupież, reguluje sebum, zapobiega keratynizacji gruczołów łojowych oraz pobudza ich udrażnianie, działa antybakteryjnie.

Mocznik: intensywnie nawilża i regeneruje skórę głowy przy 5-10%. Ułatwia wiązanie wody przez keratynę, przyspiesza odbudowę naskórka. Nie uczula.

Francuska glinka zielona illite: regeneruje, usuwa toksyny i zanieczyszczenia, usuwa obumarłe komórki naskórka, poprawia ukrwienie skóry, działa antybakteryjnie.

Ekstrakt z alg w płynie: bogactwo jodu, żelaza, wapnia, manganu, potasu, magnezu, krzemu, witamin, lipidów, polifenoli oraz aminokwasów. Intensywnie odżywia, remineralizuje, oczyszcza i nawilża. 1-10%

Pierwsze wrażenia:
Póki co użyłam wcierki dwa razy. Zapach ma ziołowy, dla mnie przyjemny, nie jest zbyt intensywny. Czuję go właściwie tylko podczas nakładania. Skóra głowy nie szczypie, nie swędzi, nie piecze, za pierwszym razem jedynie bardzo delikatnie "mrowiła". Wcierka ma w sobie delikatnie drobinki z glinki i zmielonych przypraw, które przyjemnie masują skórę głowy, więc darowałam sobie peelingi. Ładnie się wypłukuje, włosy nią nie pachną. Już po pierwszym razie zauważyłam, że włosy u nasady są zdecydowanie bardziej błyszczące i odbite, na długości na razie nic nie zaobserwowałam.
Testuję dalej i zobaczymy, ale najbardziej liczę na zmniejszenie przetłuszczania i wysyp bejbików :)

Muszę przyznać, że to moja pierwsza wcierka w życiu, więc życzcie mi powodzenia :)

EDIT: Wcierka po kilku dniach skumulowała swoje siły i zaczęła okrutnie śmierdzieć! Zdążyłam użyć jej ok. 6 razy, dopóki nie wytrzymałam, chlusnęłam na włosy wszystko naraz, by szybciej się skończyła i mam ją z głowy. Co zdążyłam zauważyć? Bez problemu włosy były świeże przez dwa dni, tutaj działała świetnie! Ku mojej uciesze zauważyłam także, że na szczotce zostaje znacznie mniej włosów po rozczesywaniu i ogólnie mniej włosów mi wypada i pałęta się bez celu po mieszkaniu (głównie na dywanie). Za krótko jednak jej używałam, aby stwierdzić cokolwiek na temat baby hair, więc nie wiem czy działała na tym polu.
Ogólnie polecam, ale tylko odważnym, zdeterminowanym lub mającym konkretny katar!

A Wy stosujecie wcierki? Czy są widoczne efekty?
Czysta linia: Peeling do twarzy z pestek moreli

Czysta linia: Peeling do twarzy z pestek moreli

O peelingach pisałam już niejednokrotnie: lubię, robię i nie wyobrażam sobie bez nich mojej pielęgnacji. Nie wszystko jest jednak dla każdego, mało tego - to co dla jednej z nas jest świetne - bo peeling ten dla Anastazji z bloga stazyjka (znacie?) jest ulubieńcem, u mnie może niestety zupełnie się nie sprawdzać.
 Czasem mam nieuzasadnioną dobrą opinię o jakimś kosmetyku, którego dotąd nie znałam i o którym nic nie wiem. Daję mu ogromny kredyt zaufania już na wstępie i szczerze mówiąc /a raczej pisząc/ rzadko kiedy dobrze na tym wychodzę. Tak było i tym razem.

Czysta linia
 Peeling do twarzy z pestek moreli


Peeling kupimy w kartoniku, na którym widnieją napisy w niezrozumiałych dla mnie językach sąsiadów zza wschodniej granicy :) Kolorystyka jest absolutnie cudna - soczysta zieleń i piękne morele, trochę zbyt oczywiste, ale wygląda ślicznie. W Polsce kosztuje ok. 12 zł, choć po przeliczeniu z waluty rosyjskiej powinien kosztować 4-8 zł. Pojemność 50 ml.


Wewnątrz kartonika znajduje się tubka w podobnej kolorystyce. Nakrętka jest wygodna, a nieduża tubka zgrabna i stabilna.


Sam peeling ma barwę beżowo-burą z wyraźnie widocznymi drobinkami z pestek moreli. Pachnie pięknie, ale bardzo delikatnie, co ciekawe całkiem naturalnie, wyczuwam tu soczyste owoce moreli lub brzoskwini. Zapach nie męczy i nie utrzymuje się długo.
Peeling bardzo dobrze się rozsmarowuje i wtedy dokładniej widać, że zawiera naprawdę mnóstwo drobinek ścierających, mniejszych i większych, producent ich nie żałował.


Skład: tuż po wodzie znalazły się rozdrobnione pestki moreli, co jest dużym plusem. Mamy tu także Silica (krzemionka, oczyszcza, poleruje, matuje), Glycereth-2 Cocoate (detergent łagodny dla skóry), Zea Mays Oil (olej z kiełków kukurydzy, uelastycznia, odżywia, łagodzi podrażnienia), Urea (mocznik, nawilża, zmiękcza skórę), ekstrakt z rumianku (działa łagodząco, antybakteryjnie, przeciwzapalnie), olej sojowy (nawilża, odżywia), Kaolin (glinka biała, matuje). Niestety zawiera tez różne emolienty, zagęstniki, wypełniacze, substancje konsystencjotwórcze, konserwanty, składniki kompozycji zapachowych oraz parafinę dość wysoko.
 

Zmielonych pestek moreli jest w tym peelingu wystarczająco dużo, aby zrobić ze skórą porządek. Ładnie pozbywają się martwego naskórka i zanieczyszczeń, ale nie są ostre ani zbyt duże, więc mimo dokładności są w miarę delikatne. Konsystencja jest wręcz idealna, a pomimo, że tubka nie grzeszy wielkością peeling ma szansę być bardzo wydajny - niewielka już ilość bowiem wystarczy, aby dokładnie wymasować twarz, szyję i dekolt. Trochę długo trzeba go zmywać. Skóra po nim była wygładzona i zmiękczona.

Czemu więc uważam, że nadużył on mojego zaufania?
Otóż zapchał mnie bardzo szybko, ale za to skutecznie i na długo. Załatwił nie tylko pory twarzy, ale i dekolt, który pokryły nieestetyczne krostki i podskórne gule. Czyja to wina? Moja i tylko moja, ponieważ przed użyciem nie przeczytałam nawet składu... Zdążyłam użyć go trzy razy zanim doszłam to tego, że jest on winowajcą licznie pojawiających się zaskórników i tzw. niedoskonałości. W składzie widnieje jak wół jakże niezbędna przecież w peelingu parafina... A parafina lubi zapychać moją tłustą skórę.

Zużyłam go do dłoni, do czego zresztą świetnie się nadaje i nie robi szkód. Oczywiście u Was może się sprawdzić i wcale nie musi Was wysypać, jeśli jednak macie skórę wrażliwą na zapychanie lepiej na niego uważać, tak na wszelki wypadek...


Wygląda na to, że pozostanę przy peelingu morelowym Soraya, który mi się skończył. Obecnie mam ochotę wysmażyć coś własnego do skóry twarzy, więc w najbliższym czasie może pojawić się post na ten temat :)

Znacie kosmetyki Czystej linii? Gdyby nie ta nieszczęsna parafina i zapychanie mogłoby być bardzo ciekawie, może więc jakieś inne kosmetyki są warte uwagi?