Babuszka Agafia, Balsam do włosów, peelingi do stóp i ciała

Babuszka Agafia, Balsam do włosów, peelingi do stóp i ciała

Lubię kosmetyki Babuszki Agafii, choć ostatnio zrobiło się małe zamieszanie. Trzeba sprawdzać składy, co i tak zawsze robię, ponieważ może okazać się, że kupimy już całkiem inny produkt, wytworzony w Estonii. Estońskie wersje Babuszki mają zdecydowanie inne składy, już nie tak naturalne jak te rosyjskie.



Babuszka Agafia, Balsam do włosów z cedrem syberyjskim

"Balsam-nalewka do włosów osłabionych i przesuszonych. Pobudza cebulki włosów przyspieszając ich porost i ograniczając wypadanie. Produkt zostawia włosy mocne i zregenerowane, nie obciąża."


Balsam kupimy w wygodnej, smukłej butli za ok. 5 zł/280ml. Skład całkiem przyjemny. Głównie emolienty (nadają blask, chronią przed czynnikami zewnętrznymi, zachowują wilgoć), sok z brzozy (działa ściągająco i pobudzająco), ekstrakt z pięciornika (nawilża, dodaje objętości), organiczny olej lniany (zwiększa wytrzymałość i elastyczność włosów), syberyjski olej cedrowy (intensywnie odżywia). Szczegółowy skład poniżej.

Balsam jest bardzo lekki i delikatnie, przyjemnie pachnie ziołami. Świetny produkt do włosów cienkich i delikatnych, które łatwo obciążyć, ale do włosów grubych i suchych może być zbyt lekki. Cienkie włosy idealnie poskramia, sprawia, że błyszczą i się nie elektryzują, nie przyspiesza przy tym przetłuszczania. Trzeba jedynie uważać podczas nakładania, ponieważ jest bardzo lejący i lubi spływać z włosów, przez co jest średnio wydajny. Nie zauważyłam przyspieszonego wzrostu, ale też używałam go raczej jak odżywki nakładając na kosmyki od 3/4 wysokości. Chętnie go jeszcze kiedyś kupię, jeśli nie zmieni się skład.



Bania Agafii, Cukrowy scrub do ciała antycellulitowy

"Produkt efektywnie walczy z cellulitem, oczyszcza, rozszerza pory i usuwa toksyny. Naturalne składniki zmiękczają i wygładzają skórę, przywracając jej sprężystość i elastyczność."


Skład: szczegółowy poniżej. Formuła oparta jest na łagodnej substancji myjącej oraz cukrze trzcinowym i melisie, które oczyszczają skórę, usuwając martwy naskórek i zmiękczają. Zawiera także m.in. organiczny olejek rozmarynowy, który usuwa toksyny i zapobiega cellulitowi, a jednocześnie pobudza krążenie. Różeniec górski i syberyjski żeń-szeń dostarczają skórze witamin i antyoksydantów, odmładzając ją. Nie podoba mi się, że scrub posiada także polietylenowe drobinki, które nie rozpuszczają się w wodzie i zanieczyszczają środowisko.


Uwielbiam te saszetki Babuszki, można je bez obaw wziąć ze sobą na wakacje czy gdziekolwiek indziej. Zajmują mało miejsca, są praktyczne i trwałe, a koreczki dobrze trzymają, więc nic się nie wyleje. Nie podoba mi się natomiast, że są do siebie tak bardzo podobne, iż nie znając rosyjskiego łatwo je pomylić :)


Scrub antycellulitowy ma postać czerwonawej galaretki z zatopionymi licznymi drobinkami. Wyraźnie widać tu maleńkie pestki, cukier i nieszczęsne polietylenowe kuleczki. To, co mnie uwiodło to zapach, mogłabym wąchać go godzinami! Czuję tu letnie owoce, malinę, porzeczki, truskawki, wiśnie, istny kompot. Przy czym zapach wydaje się mocno naturalny, dość wyraźny, ale nie męczący i nie za słodki, bardzo przypadł mi do gustu, więc cieszę się, że przez jakiś czas pozostaje na skórze. Produkt nie pieni się w kontakcie z wodą, nie nawilża, ale i nie wysusza skóry. Peeling świetnie oczyszcza skórę dzięki trzech rodzajom drobin - cukier wyraźnie mocniej "drapie", reszta łagodnie masuje, pobudzając krążenie. Produkt pozostawia ciało pachnące, miękkie, gładkie i lekko naprężone. Nie zauważyłam wpływu na cellulit, ale nie łudzę się, że sam peeling dwa razy w tygodniu wystarczy. Jest to po prostu pięknie pachnący scrub do ciała, który można również z powodzeniem użyć do stóp lub dłoni. Kosztuje 5-7zł/100ml.


Łaźnia Agafii, Scrub do ciała gryczany

"Scrub poprawia jędrność i sprężystość skóry. Delikatnie oczyszcza, tonizuje i przygotowuje skórę do kolejnych etapów pielęgnacji. Naturalne składniki przywracają skórze elastyczność i pomagają zachować młody wygląd."


Skład: Tutaj początek składu nie bardzo mi się podoba: woda, zagęstnik i wodorotlenek potasu jako regulator pH - syntetyczne substancje, odpowiedzialne za konsystencję gęstej galaretki. Dalej mamy m.in. polietylen, czyli znów sztuczne ścierniwo, które zanieczyszcza środowisko, a które łatwo zastąpić choćby cukrem. Następnie mamy zmielone łuski gryki (bogate źródło witamin, ścierniwo), ałtajski miód (bogactwo witamin, chroni skórę przed starzeniem), ekstrakt z trawy cytrynowej (tonizuje, poprawia funkcje ochronne skóry), organiczny olej z melisy (poprawia sprężystość i ujędrnia skórę), olejek lawendowy (tonizuje, nadaje piękny zapach), konserwanty. Szczegóły poniżej, nie nazwałabym tego scrubu naturalnym:


Scrub gryczany posiada konsystencję gęstej galaretki, jak wspomniałam jest to zasługa syntetycznych substancji wysoko w składzie. Drobinki też są liczne, różnej wielkości i w różnych kolorach, całość wizualnie prezentuje się zachęcająco. Muszę wspomnieć, że peeling gryczany jest zdecydowanie delikatniejszy niż cukrowy, łagodniej "drapie" skórę i może się spodobać osobom, które nie lubią mocnych zdzieraków.


Działanie jest w zasadzie dość podobnego do scrubu antycellulitowego, z tym że delikatniejsze. Różnica jest natomiast w zapachu - wersja gryczana wyraźnie pachnie bardziej ziołowo, odświeżająco, pobudzająco, a sam zapach jest intensywniejszy, ale nie pozostaje na skórze. Produkt nie pieni się, a w kontakcie z wodą rozpuszcza i na skórze zostają tylko drobinki masujące. Scrub niestety lekko wysusza moją skórę, więc zazwyczaj balsamuję po nim ciało. Dla mnie jest to najmniej udana wersja tych produktów, raczej nie sięgnę po niego ponownie. Kosztuje 4-7zł/100ml.


Bania Agafii, Zmiękczający peeling do stóp

"Pomaga odzyskać gładką i delikatną skórę stóp. Usuwa martwy, zrogowaciały naskórek, tak aby skóra stała się miękka i gładka, a składniki aktywne mogły wniknąć głębiej i zapewnić skórze maksymalne odżywienie i nawilżenie."


Skład: Początek stanowią emolienty i gliceryna, następnie mamy m.in. drobinki polietylenowe (echhh, szkoda, że nie cukier lub zmielone pestki), wosk pszczeli (wygładza skórę, zmiękcza i zabezpiecza przed utratą wilgoci), ekstrakt z babki zwyczajnej (oczyszcza, regeneruje, działa antyseptycznie), organiczny ekstrakt z szałwii (tonizuje i koi skórę), mielona kora wierzby (usuwa zrogowaciały naskórek, odżywia i nawilża). Szczegóły poniżej:


Peeling do stóp ma fajną, lekko kremową konsystencję, która dobrze się rozprowadza na skórze. Zatopione liczne, ostre i bardzo małe drobinki świetnie masują twardą skórę stóp, pozostawiając ją wyjątkowo miękką i wygładzoną. Zapach brzoskwiniowej herbaty, pobudzający i przyjemny, pozostaje dosłownie chwilę na skórze, po czym znika. Zdecydowanie umila cały zabieg i wydaje się naturalny. Scrub nie pieni się. Jest też świetny do masażu rąk, zwłaszcza zniszczonych, z suchymi skórkami - momentalnie wygładza.


Peeling można stosować na dwa sposoby: na suchą skórę, aby dokładnie i dość mocno oczyścić i zmiękczyć skórę lub na wilgotną, kiedy działa nieco łagodniej, więc można go nawet użyć na łydki. Podoba mi się, że pozostawia na skórze leciutką, prawie niewyczuwalną warstewkę ochronną, dzięki czemu skóra nie jest sucha i nie potrzebuje natychmiastowego ratunku w postaci kremu. Kosztuje nawet 3,50zł/100ml. Być może jeszcze go kupię, zwłaszcza na urlop.


Tak się przedstawiają produkty Babuszki, których ostatnio używałam. Nie do końca się zgodzę, że są to kosmetyki w pełni naturalne, choć zawierają sporo fajnych substancji aktywnych. W przypadku tych produktów naprawdę warto czytać składy, ponieważ mogą się zmieniać.

Znacie scruby Babuszki Agafii? Zapachy mają niesamowite, ale chętnie widziałabym inne składniki ścierające zamiast polietylenu.

Klairs, Mask sheet, Intensywnie nawilżająca maska w płachcie

Klairs, Mask sheet, Intensywnie nawilżająca maska w płachcie

Uwielbiam maski w płachcie, nic na to nie poradzę. Kiedy nadchodzi weekend, moje myśli płyną ku gorącemu, leniwemu popołudniu, a wtedy od razu mam ochotę ochłodzić się płachtą i zrelaksować. Maski poznałam już różne. Jedne kosztowały 2,99 zł, inne 30 zł i nie mogę powiedzieć, że cena stanowi wyznacznik działania. Choć każda skóra jest inna i potrzebuje trochę innej pielęgnacji oraz dostarczenia perfekcyjnie dobranych składników, praktycznie każda będzie wdzięczna za nawilżenie. Zwłaszcza takie długotrwałe i przyjemne, jakie może zapewnić Rich Moist Soothing Mask Sheet.


Klairs, Rich Moist Soothing Sheet Mask, Intensywnie nawilżająca maska w płachcie

"Maska, którą wypełnia serum Klairs. Łagodzi, odżywia i nawadnia skórę. Zawiera duże stężenie kwasu hialuronowego. Maska wykonana jest z bawełny. Idealna dla skóry wrażliwej, która potrzebuje dodatkowej dawki nawilżenia."


Skład: Szczegółowy poniżej. Zaraz po wodzie znajdziemy kwas hialuronowy, który dobrze nawilża, ujędrnia i zatrzymuje wilgoć w skórze. Dalej mamy też cały arsenał roślinnych ekstraktów i witamin.


Jest to koreańska maska, która kosztuje 8-10zł, do kupienia np. na juui.pl. Opakowanie łatwo się otwiera. Muszę wspomnieć, że wielu osobom azjatyckie mask sheety kojarzą się wyłącznie z zabawnymi nadrukami, zwierzątkami, kolorami. Tutaj nic takiego nie znajdziemy, opakowanie jest wręcz niepozorne, choć kryje taki skarb.


W środku znajdziemy dobrze nasączony, bawełniany płat, w którym oczywiście wycięto otwory na oczy, nos oraz usta. Materiał jest niezwykle delikatny i przyjemny w dotyku. Mając porównanie do innych koreańskich marek widzę, że tkanina jest trochę mniejsza, co mi osobiście odpowiada - nie zachodzi tak mocno na włosy i mniej się marszczy, choć nie znaczy to, że wcale. Generalnie nie znalazłam jeszcze idealnie dopasowanej maski, więc nie przeszkadza mi to. Płachta bardzo dobrze trzyma się twarzy, nie zsuwa się, można w niej swobodnie chodzić. Pachnie bardzo przyjemnie, delikatnie i subtelnie, cytrusowo, ożywczo i nienachalnie.

Zobacz też Mizon, Nawadniająca maska w płachcie
Zobacz też SkinFood, Maseczka głęboko oczyszczająca pory
Zobacz też Skin79, Maska bąbelkująca 


Producent zaleca trzymać maskę 20 minut na skórze. Osobiście lekko ją przetrzymałam do 25 minut. Podczas całego zabiegu towarzyszyło mi bardzo miłe, delikatne uczucie chłodu i orzeźwienia, jakże pożądane w letnie dni. Przez cały zabieg nie odnotowałam najmniejszego pieczenia czy łzawienia oczu. Po 20 minutach miałam wrażenie, że skóra wypiła całe serum i maska lekko przeschła, ale po dotknięciu palcami wciąż wyczuwałam delikatną wilgoć i miękkość tkaniny. Po 25 minutach zdjęłam ją, nadmiar wtarłam w szyję i dekolt (zawsze tak robię), po czym wyrzuciłam, ponieważ płachty są oczywiście jednorazowe.


Moja skóra po zdjęciu płachty wyglądała doskonale! Przede wszystkim pory zostały mocno przymknięte, przez co cera wydawała się gładka i jednolita. Gołym okiem widać, że skóra jest mocno nawilżona, wręcz napojona, w dotyku zaś mięciutka, delikatna i jędrna. Całkowicie zniknęły zaczerwieniania na policzkach, zostały wręcz rozjaśnione i niewidoczne. Serum, które pozostało na skórze bardzo szybko się wchłonęło nie pozostawiając lepkiej warstwy, choć miałam uczucie, że coś na niej jest, skóra nie jest "naga". Twarz po tej masce została delikatnie rozświetlona, przez co wyglądała młodziej i zdrowiej. Ale to nie wszystko! Efekt, który opisuję utrzymał się bardzo długo. Przez kilka bitych godzin skóra była w doskonałym stanie. Myślę, że intensywnie nawilżająca maska Klairs stosowana regularnie potrafi zdziałać niesamowite rzeczy i na pewno kupię cały zapas.

Jestem pozytywnie zaskoczona działaniem tej maski w płachcie. W tym momencie mogę śmiało i z całą stanowczością stwierdzić, że to najlepszy koreański mask sheet jaki miałam! Do tego z łatwością można go kupić już za 8zł, więc nie jest wcale drogi, a efekt utrzymuje się długo.

Znacie tą lub podobnie działającą maskę na tkaninie?
Lirene, Vitamin Energy C+D Pro, Żel, serum i krem z nowej serii 30+

Lirene, Vitamin Energy C+D Pro, Żel, serum i krem z nowej serii 30+

Uwielbiam cytrusowe kosmetyki, nie kryję się z tym od dawna. Wy też je lubicie? Pomarańcza dodaje energii, a jednocześnie relaksuje; grejpfrut sprawia, że patrzę na świat optymistycznie i inspiruje do myśli o egzotycznej plaży; mandarynka dodaje słodyczy i witalności; limonka pobudza. Są to zapachy, które dotąd mnie nie znudziły, chętnie więc używam kosmetyków raczących mój zmysł powonienia tak ekscytującą mieszanką. Cała seria Vitamin Energy marki Lirene dostarcza mi właśnie takich atrakcji w postaci bonusu. Choć nie mam nic przeciwko kosmetykom bezzapachowym (mniejsza szansa na uczulenie) to jednak przyjemny zapach z samego rana lub wyciszający zmysły wieczorem także przyjmuję z otwartymi ramionami. Na nic jednak piękny zapach, jeśli działanie jest słabe. A jak jest z nową serią witaminową Lirene?


Kartoniki kremu oraz serum zabezpieczone są dodatkową folią, dzięki czemu mamy pewność, iż nikt nie używał ich wcześniej. W przypadku żelu do twarzy tej pewności mieć nie możemy, gdyż nadal otwieranie kosmetyków w drogerii jest niestety popularne... Opakowania są całkiem ładne, przezroczyste, a szata graficzna nawiązuje do cytrusów kojarzących się z witaminami.


Lirene, Żel myjąco - energetyzujący, Vitamin Energy C+D pro

"Oczyszczona skóra to pierwszy i niezbędny krok skutecznej pielęgnacji energetyzującej i odmładzającej. Ekspertki Lirene, poszukując rozwiązania jak dokładnie oczyścić i zatrzymać witalność skóry na dłużej, opracowały wyjątkowy żel, który nie tylko skutecznie oczyszcza skórę, ale także zwęża pory, zmniejszając ich widoczność oraz zapewnia zdrowy wygląd cery. Skuteczna baza myjąca została wzbogacona o składniki aktywne, synergicznie dbające o kondycję cery. Unikalna Duo C w połączeniu z wit. D pro rozpromieniają skórę oraz wspierają barierę naskórkową. Kompleks oligosacharydowy wspomaga odblokowanie i zwężenie porów oraz ujednolica koloryt. Witamina E, zamknięta w gwarantujących stabilność mikrokapsułkach, działa antyoksydacyjnie oraz poprawia ogólne odżywienie skóry."


Skład: Aqua (Water), Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Acrylates Copolymer, Triethanolamine, Hydroxyacetophenone, Disodium EDTA, Cellulose, Mannitol, Lactose, PEG-18 Glyceryl Oleate / Cocoate, Hydroxypropyl Methylcellulose, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Polysorbate 20, Cichorium Intybus (Chicory) Root Extract, Lens esculenta (Lentil) Seed Extract, Ethyl Ascorbic Acid, Lecithin, Lonicera Japonica Flower Extract, Lonicera Caprifolium Flower Extract, Ethylhexylglycerin, Methylparaben, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Benzoic Acid, Parfum (Fragrance), Limonene, CI 77492 (Iron Oxides), CI 12085 (D&C Red No. 36), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 16035 (FD&C Red No. 40).


Żel kupimy w solidnej, przezroczystej butelce z mocnym korkiem. Możemy łatwo kontrolować poziom produktu, więc nie zaskoczy nas nagłe denko. To co zachwyca to zapach, który jest bardzo energetyzujący, choć akurat w żelu subtelniejszy niż w pozostałych produktach. Nie utrzymuje się na skórze po zmyciu. W lekko pomarańczowym, dość gęstym żelu zatopione zostały drobinki z witaminą E, które podczas masowania rozpuszczają się, przenikając do piany. Żel dobrze oczyszcza skórę, jednak dość mocno ją wysusza. Moja skóra jest po nim nieprzyjemnie ściągnięta, potrzebuje toniku i nawilżenia. Dla mnie nie jest to produkt do codziennego użytku, ale być może dlatego, że od dawna używam delikatniejszych oczyszczaczy i odzwyczaiłam się od podobnego uczucia. Kosztuje ok. 15zł/200ml.


Lirene, Skoncentrowane StimuSerum na noc, Vitamin Energy C+D Pro

"Specjalistyczne serum, które zapewnia idealną pielęgnację uzupełniającą, gwarantując widoczny efekt rewitalizacji i stymulacji energetycznej skóry. Optymalna zawartość kompleksu wit. Duo C oraz wit. D pro zapewnia wielowymiarowy efekt odmłodzenia. Duo C skutecznie penetruje skórę, chroniąc DNA komórkowe oraz aktywując syntezę białek kolagenu. Intensywnie rewitalizuje i rozświetla. Wit. D pro wspomaga barierę naskórkową oraz stymuluje naprawę mikrouszkodzeń, spowodowanych starzeniem i negatywnym wpływem środowiska. Unikalny kompleks SkinAwake, naturalnego pochodzenia i bogaty w mikroelementy, cukry i witaminy wspomaga procesy odnowy komórkowej zachodzącej podczas snu. Komórki są lepiej odżywione, a skóra pełna energii i witalności. Wysokocząsteczkowy kwas hialuronowy wiąże wodę w skórze, nawilżając i wygładzając. Zamknięta w gwarantujących stabilność mikrokapsułkach wit. E, zapewnia ochronę antyrodnikową oraz odpowiedni poziom nawilżenia skóry."


Skład: Aqua (Water), Propanediol, Alcohol Denat., Triethanolamine, Carbomer, PPG-26-Buteth-26, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Glycerin, Buteth-3, Disodium EDTA, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Ethylhexylglycerin, Sodium Benzotriazolyl Butylphenol Sulfonate, Cichorium Intybus (Chicory) Root Extract, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Cellulose, Mannitol, Lactose, Ethyl Ascorbic Acid, Lecithin, Tributyl Citrate, Sodium Hyaluronate, Lonicera Japonica Flower Extract, Lonicera Caprifolium Flower Extract, Hydroxypropyl Methylcellulose, Tocopheryl Acetate, Polysorbate 20, Phenoxyethanol, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Parfum (Fragrance), Limonene, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Linalool, Citronellol, Geraniol, CI 77492 (Iron Oxides), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 12085 (D&C Red No. 36), CI 16035 (FD&C Red No. 40).


Serum kupimy w zafoliowanym kartoniku, na którym znajdziemy mnóstwo obietnic i zapewnień producenta. Produkt zaś został umieszczony w ślicznym, szklanym opakowaniu z pompką - bardzo lubię tego typu buteleczki, są higieniczne, choć niestety pompka w moim egzemplarzu się zacina. Jedna, dwie pompki wystarczą, aby dokładnie rozprowadzić kosmetyk na całej twarzy, szyi i dekolcie. Lekko pomarańczowa barwa nawiązuje do witamin i zapachu - cytrusowego, trochę mocniejszego niż żelu do mycia, ale zdecydowanie w tej samej gamie zapachowej. Aromat jest pobudzający, a jednocześnie relaksuje, koi zmysły i odpręża. Bardzo trafia z mój gust, dłuższą chwilę utrzymuje się na skórze. W dość gęstym żelu zatopione są nieliczne kuleczki z witaminami, które szybko się rozpuszczają podczas masowania skóry. Serum używałam codziennie przez dwa tygodnie, ale wydaje mi się, że lekko przesuszyło mi skórę, więc zaczęłam je stosować co 2-3 dni, zawsze na noc. Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego działania. Serum lekko rozświetla skórę, postawia na niej lepiącą się warstewkę, która w pewnym sensie napina skórę - dzięki temu cera wydaje się jędrniejsza i gładsza. Przymyka też lekko pory. Produkt nie zapchał mojej skóry, nie przyspieszał przetłuszczania ani nie podrażniał. Kosztuje ok. 27zł/30ml.


Lirene, Odżywczy krem głęboko nawilżający do cery suchej i wrażliwej na dzień i na noc, Vitamin Energy C+D Pro

"Nawilżający krem-żel rozświetlający z unikalnym kompleksem ultranowoczesnej formy witaminy Duo C (hybrydowe połączenie dwóch form witaminy C), wit. D pro oraz wit. E. Połączenie to wielowymiarowo chroni młodość skóry, gwarantując spektakularne efekty. Rozświetlenie i ujędrnienie, dzięki wit. Duo C, która doskonale penetruje skórę, chroniąc DNA komórkowe i aktywując syntezę kolagenu. Działa intensywnie rewitalizująco i rozświetlająco. Wit. D pro odnawia barierę naskórkową oraz wspomaga proces regeneracji mikro-uszkodzeń, spowodowanych starzeniem biologicznym i negatywnymi czynnikami zewnętrznymi. Skóra staje się promienna, jędrna i elastyczna. Unikalny kompleks SkinRestart, dzięki bogactwu polisacharydów, mikroelementów, witamin oraz flawonoidów, rewitalizuje komórki skóry. Zamknięta w mikrokapsułkach wit. E zapewnia ochronę antyrodnikową oraz reguluje gospodarkę wodno-lipidową skóry. Skóra odzyskuje zdrowy wygląd, jest odżywiona oraz lepiej broni się przed czynnikami zewnętrznymi."


Krem kupimy w kartoniku zabezpieczonym dodatkową folią, mamy więc pewność, że nikt przed nami nie otwierał pudełeczka. Kosztuje ok. 25zł/50 ml i można go dostać w większości znanych drogerii. Krem występuje również w wersji rozświetlającej do cery normalnej.


Skład: Początek stanowią emolienty, gliceryna oraz lekki silikon, które tworzą na skórze warstwę ochronną, wygładzają oraz zmiękczają skórę. Niektóre składniki średnio mi się podobają np. izoparafina (emolient z ropy naftowej, który może zapychać przy dłuższym używaniu) czy phenoxyethanol (potencjalnie drażniący konserwant syntetyczny). W połowie znajdują się witaminy, kwas hialuronowy oraz ekstrakty roślinne. Pod koniec wymieniono barwniki oraz niektóre składniki kompozycji zapachowej (potencjalne alergeny). Szczegóły poniżej:


Wewnątrz kartonika znajduje się lekki, plastikowy słoiczek z nakrętką. Wolę kremy w opakowaniach z pompką, ponieważ są higieniczniejsze, dlatego tutaj używam po prostu szpatułki, którą wybieram krem. Unikam w ten sposób nadkażania zawartości bakteriami.


Pod nakrętką znajdziemy jeszcze jedno zabezpieczenie, tym razem w formie aluminiowej folii. Dzięki temu zwiększa się trwałość kosmetyku, gdyż kontakt z powietrzem ograniczony został do minimum.


Krem faktycznie ma lekko żelową konsystencję, bardzo przyjemną w dotyku i aplikacji. Nakłada się go z prawdziwą przyjemnością, gdyż gładko sunie po skórze i dobrze się rozprowadza. Używam go również na szyję i dekolt, delikatnie wklepując opuszkami palców. W delikatnie pomarańczowym kremie widoczne są zatopione drobinki z witaminami, które podczas masowania skóry rozpuszczają się całkowicie, nie nadają kolorytu. Moment po aplikacji żelowa formuła wchłania się w moją skórę praktycznie do matu, jednak już po 20-30 minutach cera zaczyna się lekko błyszczeć, a po godzinie całkowicie się świeci. Z tego względu używam go wyłącznie na noc, kiedy błyszczenie mi nie przeszkadza. Rano skóra nie świeci się bardziej niż zwykle, nie budzę się z grubą warstwą sebum, więc nie obawiam się, że zwiększa przetłuszczanie. Zapach oczywiście jest obłędny - taki sam, jak serum, ale odrobinę bardziej słodki. Utrzymuje się na skórze dłuższą chwilę.


Kremu używam najczęściej jako ostatnią warstwę wieczornej pielęgnacji. Po dokładnym demakijażu i umyciu skóry tonizuję ją hydrolatem lub esencją Bielendy, wklepuję żel aloesowy, odczekuję chwilę, a następnie "zamykam" uprzednio nałożone kosmetyki nawilżające warstwą emolientową kremu Lirene. W tej roli sprawdza się doskonale, gdyż pomaga wcześniej użytym składnikom działać głębiej i dłużej, a dzięki delikatnej warstewce ochronnej uniemożliwia odparowanie wody i zatrzymuje ją w naskórku.

Zobacz też: Bielenda, Multiesencja 4w1
Zobacz też: Płyny micelarne do demakijażu


Krem-żel Lirene użyty solo delikatnie nawilża i rozświetla skórę, choć jest to na granicy nieładnego błyszczenia - może być to spowodowane przeznaczeniem produktu do cery suchej, w końcu moja jest mieszana (ale też potrzebuje porządnego nawilżania). Regularnie stosowany sprawia, że cera wydaje się ładniejsza, pory są mniej widoczne, a skóra wygląda na jędrniejszą i bardziej zwartą - przyznam, że jest to dla mnie zaskoczeniem. Patrząc na mocno emolientowy skład nie spodziewałam się żadnej rewelacji, ale muszę przyznać, że jest to przyzwoity krem drogeryjny. Nie jest naturalny ani idealny, ale chętnie go jeszcze kiedyś kupię, ponieważ nie zapycha, nie uczula, krzywdy nie robi, za to cieszy zapachem i żelową konsystencją.


Kusi Was ta cytrusowa seria kosmetyków Lirene? Lubicie witaminy w kremach?
Cosnature, Naturalny olejek regenerujący z owocu granatu

Cosnature, Naturalny olejek regenerujący z owocu granatu

Bardzo lubię kosmetyki naturalne, są one podstawą mojej pielęgnacji. Przeplatam je azjatyckimi perełkami, a czasem typowo drogeryjnym produktem - choć zawsze patrzę na składy. Jednak to te naturalne, pełne olei i ekstraktów roślinnych są najważniejsze dla mojej skóry, ponieważ dają szczególnie dobre efekty. Kosmetyki naturalne lepiej nawilżają, odżywiają i wygładzają moją skórę, wspierają proces regeneracji i uodparniają ją na czynniki zewnętrzne. Przy tym minimalizuję ryzyko nakładania szkodliwych lub potencjalnie szkodliwych substancji na skórę - choć nie łudzę się, że całkiem ich uniknę. Wiele razy zastanawiałam się i szukałam badań na temat skutków długotrwałego i wielorazowego nakładania na skórę różnych konserwantów i syntetycznych substancji chemicznych, ale o tym innym razem. Dzisiaj chcę Wam przedstawić świetny kosmetyk, którego możemy używać na wiele różnych sposobów. Mowa o regenerującym olejku do ciała.


Cosnature, Olejek do ciała regenerujący

"Zawarty w składzie olej z nasion granatu posiada właściwości antyoksydacyjne, chroni przed wolnymi rodnikami i aktywnie regeneruje skórę. W połączeniu z olejem migdałowym, olejem z awokado i nagietka zapewnia skórze właściwy poziom nawilżenia, wygładza i ją pielęgnuje. Wspaniale się wchłania i nadaje skórze delikatny, zmysłowy zapach. Polecany do codziennego stosowania po kąpieli, do masażu lub po goleniu i depilacji. Odpowiedni do wszystkich typów skóry. Produkt przebadany dermatologicznie wolny od syntetycznych substancji zapachowych, barwników i konserwantów."


Olejek kupimy w tekturowym pudełeczku, które rewelacyjnie się otwiera - nie trzeba się z nim siłować dzięki wyprofilowanemu brzegowi. Bardzo mi się to spodobało, gdyż nieraz denerwowałam się i kombinowałam z pilniczkiem, żeby takie opakowania otworzyć. Podobnie wygląda kartonik kremu do twarzy (zielona tubka na zdjęciu), którego również obecnie używam, więc za jakiś czas będzie osobna recenzja :)


Skład: Helianthus Annuus Seed Oil (olej słonecznikowy), Punica Granatum Seed Oil (olej z nasion granatu: wygładza i odżywia skórę, dobrze regeneruje i napina, działa antyoksydacyjnie, odmładza, pielęgnuje skórę suchą i skłonną do łuszczycy), Persea Gratissima Oil (olej z awokado: bogate źródło witamin: A,B,D,E,H,K,PP, kwasu foliowego i minerałów: magnezu, manganu, żelaza, fosforu, potasu, sodu, cynku oraz skwalenu; łagodzi podrażnienia, działa przeciwzapalnie; jest łatwo przyswajalny przez skórę oraz włosy; działa kojąco i odżywczo; wzmacnia naturalną barierę ochronną skóry), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej ze słodkich migdałów: wygładza, nawilża, chroni najbardziej nawet wrażliwą skórę; bogate źródło substancji przeciwstarzeniowych; nawilża skórę czyniąc ją bardziej miękką, jędrną i elastyczną; opóźnia procesy starzenia; wzmacnia lipidową barierę ochronną skóry), Glycine Soja Oil (olej sojowy: wygładza, zmiękcza, utrzymuje wilgoć w skórze; uelastycznia; przyspiesza regenerację), Parfum (kompozycja zapachowa), Ubiquinone (koenzym Q10; dotlenia, rewitalizuje i odmładza skórę, działa antyoksydacyjnie; nawilża i poprawia koloryt skóry), Calendula Officinalis Flower Extract (olej z nagietka: łagodzi, działa leczniczo, przeciwzapalnie, antybakteryjnie oraz przeciwwirusowo; przyspiesza odnowę naskórka), Tocopherol (wit. E, odmładza skórę, chroni przed szkodliwymi czynnikami, nawilża, a jednocześnie chroni przed utlenieniem oleje i przedłuża ich świeżość), Benzyl Alcohol (naturalny konserwant, imituje zapach jaśminu), Benzyl Salicylate (składnik kompozycji zapachowych - maskuje nieprzyjemne zapachy innych substancji; jednocześnie filtr UV, może alergizować), Citral, Limonene, Linalool (składniki kompozycji zapachowej, potencjalne alergeny).


Buteleczka olejku jest niewielka, bardzo lekka i przezroczysta, dlatego w miarę możliwości lepiej przechowywać ją w zaciemnionych miejscach np. szafce. Korek jest odkręcany i porządny, więc sam się nie otworzy. Etykieta jest trwała, napisy w całości po niemiecku. Olejek należy zużyć w ciągu 6 m-cy od otwarcia. Kosztuje ok. 25-30zł/100ml. Kosmetyki dostępne są w Hebe, aptekach DOZ i Cefarm oraz drogeriach Eko.


Olejek Cosnature posiada słomkową barwę i jest lejący, niezbyt gęsty, bliżej mu do wody. Podoba mi się, że korek posiada niewielki otwór, dzięki któremu nic się nie tłuści, a zawartość wylewamy bezpośrednio na dłoń, a nie wszędzie dookoła. Zapach jest bardzo naturalny, delikatny, lekko owocowy i słodkawy. Podobną nutę ma krem do twarzy i pod oczy tej marki. Na skórze utrzymuje się ok. pół godziny, przynajmniej u mnie.



Producent zaleca stosowanie olejku po kąpieli lub prysznicu, delikatnie wmasowując w wilgotną skórę.  Można także kilka kropel dodać do wody podczas kąpieli w wannie. Oba sposoby świetnie się sprawdzają. Najbardziej lubię wcierać olejek Cosnature właśnie w wilgotną skórę, dzięki czemu mam jedwabiście gładką, miękką i pięknie pachnącą skórę. Nadmiar wycieram ręcznikiem, który potem nie jest tłusty, a delikatnie przejmuje zapach :) Skóra pozostaje długotrwale nawilżona, a jednocześnie wcale nie jest tłusta, co szczególnie latem nie jest pożądane.


Jak wspomniałam olejek jest wielofunkcyjny, ponieważ stosowałam go na więcej sposobów. Przede wszystkim bardzo polubiły go moje włosy, które obecnie stały się bardziej porowate od nadużywania prostownicy. Zwykle wcieram olejek w lekko wilgotne włosy, szczególnie dokładnie w końcówki, po czym zawijam w turban z mikrofibry i trzymam w cieple min. godzinę. Następnie myję włosy naturalnym szamponem, który dobrze domywa olejek (można oczywiście użyć także mocniejszego szamponu). Włosy po takim zabiegu są bardziej elastyczne, lśniące, mocniej błyszczą i są wygładzone, nie odstają pojedyncze włoski. Dobrze zmyty olejek nie obciąża fryzury, ale na skalp nakładam go w ilości minimalnej lub wcale, ponieważ moja skóra głowy dość łatwo się przetłuszcza.

Olejku używałam również do demakijażu. Na zwilżoną dłoń wyciskam odrobinę olejku, rozprowadzam w dłoniach, a następnie masuję twarz łącznie w oczami. Nie zdarzyło się, aby olejek zaszczypał w oczy, ale oczywiście trzymam je zamknięte :) Dobrze sobie radzi w rozpuszczaniem podkładu czy koreańskiego kremu BB, jeszcze lepiej z tuszem, a nawet wodoodporną pomadą do brwi. Następnie resztki olejku oraz rozpuszczonych kosmetyków domywam pianką, najczęściej cytrynową Cosnature lub koreańskiej marki. Olejek dobrze zmywa podkład ze skóry, pozostawiając ją miękką i lekko natłuszczoną, a jednocześnie nie mam wrażenia brudnej cery. Czasem zdarza się, że resztki upartego tuszu domywam jeszcze płynem micelarnym. Przez dwa tygodnie regularnego używania nie zauważyłam podrażnienia czy zatykania porów.


Olejek z owocu granatu jest bardzo fajnym, wszechstronnym kosmetykiem naturalnym. Można go stosować na wiele różnych sposobów, w zależności od naszych indywidualnych upodobań i chęci. Skład ma przemyślany i naturalny, zapach delikatny i subtelny. Nie jest bardzo tłusty i dobrze nawilża po kąpieli.

Lubicie olejki do ciała? Stosujecie je w nietypowy sposób czy raczej trzymacie się instrukcji?
LC+, Skarpetki złuszczające do stóp i Odżywcza maska do rąk

LC+, Skarpetki złuszczające do stóp i Odżywcza maska do rąk

Marka LC+ należy do tej samej polskiej firmy, która produkuje kosmetyki Laura Conti. W ofercie znajdziemy ledwo kilka produktów, w tym dwie maski do stóp oraz maskę do rąk w formie rękawiczek. Bardzo lubię taki sposób pielęgnacji, ponieważ niczego nie wybrudzę, a po użyciu kosmetyku mogę go po prostu wyrzucić (choć lekkie wyrzuty sumienia z okazji produkowania śmieci jednak mam). Dzisiaj napiszę dla Was recenzję dwóch produktów, które stosuje się bardzo wygodnie i sprawnie. Najważniejsze jest jednak działanie, ale o tym za chwilę.


Zarówno skarpetki jak i rękawiczki kupimy w tekturowych pudełeczkach z elementami krzykliwej czerwieni. Oczywiście znajdziemy na opakowaniach mnóstwo informacji i obietnic producenta, a także podstawowe informacje dotyczące składu, daty ważności czy wagi produktu.


LC+, Intensywnie odżywcza, rozjaśniająca maska do dłoni w postaci nasączonych rękawiczek

"Intensywna pielęgnacja i rozjaśnianie skóry dłoni. Wysoko efektywna formuła z arbutyną oparta na oleju ze słodkich migdałów, glicerynie i elastynie z kolagenem. Profesjonalny zabieg do domowego użycia. Preparat do intensywnej pielęgnacji przesuszonej, zniszczonej skóry dłoni stanowiący alternatywę dla zabiegów stosowanych w gabinetach kosmetycznych."


Sposób użycia:  Wyjąć z opakowania foliowe rękawiczki, rozłożyć i odciąć zaznaczoną część folii (tutaj trzeba zwrócić uwagę, aby rozciąć już część, w której jest serum). Nałożyć rękawiczki na dłonie, owinąć końcówkę rękawiczki wokół nadgarstka i z elementu w kształcie serduszka usunąć folię zabezpieczającą skleić rękawiczkę. Delikatnie rozmasować dłonie, aby maska równomiernie rozprowadziła się na skórze. Pozostawić na 20-30 minut, po czym zdjąć rękawiczki i spłukać dłonie ciepłą wodą. Wytrzeć do sucha.
Kosztuje ok. 12 zł/jedno opakowanie.



Skład jest dobrze widoczny poniżej. Zawiera m.in.: dużo mocznika (nawilża, zmiękcza), glicerynę (nawilża), parafinę (tworzy film na skórze), arbutynę (rozjaśnia przebarwienia, wyrównuje koloryt skóry), niacynamid (wit. B3, rozjaśnia), olej rycynowy (emolient, natłuszcza), olej ze słodkich migdałów, wit. A i E, kolagen i elastynę (regenerują, odżywiają i odmładzają skórę, uelastyczniają), ekstrakt z limonki (odświeża i lekko złuszcza skórę, rozjaśnia). Skład nie jest naturalny.


Rękawiczki są wykonane z porządnej folii, a urocze serduszka ułatwiają przyklejenie ich wokół nadgarstka, aby całość dobrze trzymała się dłoni i nie osuwała (można nawet wykonywać w nich różne czynności, np. ja na bieżąco pisałam w notesie swoje wrażenia z testowania :D). Już podczas rozcinania unosi się wspaniały, bardzo owocowy zapach, który całkiem mi się spodobał. Wewnątrz rękawiczek znajduje się gęsty, lepiący balsam, więc jeśli nosicie pierścionki lepiej je zdjąć. Już po chwili od założenia rękawiczek doskwierał mi pewien dyskomfort, ponieważ w ciasnej, sztucznej folii dłonie zaczęły się bardzo pocić. Wytrzymałam tak pół godziny, po czym z pewną ulgą zdjęłam maskę, co jest bardzo łatwe.


Dłonie po wyjęciu z folii były pokryte cienką warstwą balsamu. Cudownie pachniały owocami, choć zapach jest sztuczny. Skóra była miękka, natłuszczona, wydawała się nawilżona, a skórki przy paznokciach zmiękły tak bardzo, że całkiem zniknęły zadziorki, które ostatnio mnie nękają. Lekko tłusta warstwa sprawiła, że ręce były gładkie i miłe w dotyku. Zadowalający efekt utrzymał się ok. 6h, co jest dobrym wynikiem biorąc pod uwagę, że w tym czasie wykonywałam różne domowe czynności, w tym kilkakrotnie myłam dłonie. Potem z każdą godziną dłonie wracały do poprzedniego stanu. Na pewno efekt utrzymuje się dłużej niż po posmarowaniu skóry większością kremów do rąk, jednak krócej niż się spodziewałam. Możliwe, że używane regularnie są w stanie poprawić stan zniszczonych dłoni na dłużej. Wybielenia nie zauważyłam, ale też moje ręce go nie potrzebują, najbardziej oczekiwałam odżywienia i regeneracji, ponieważ w ciągu dnia wiele, naprawdę wiele razy myję dłonie i to się na nich odbija.


LC+, Maska złuszczająca do stóp w postaci nasączonych skarpetek

"Intensywna pielęgnacja przesuszonej i spękanej skóry stóp. Wysoko efektywna formuła oparta na kwasach owocowych, moczniku, ekstrakcie z kwiatów nagietka, z aloesu oraz olejku z trawy cytrynowej. Profesjonalny zabieg do domowego użycia. Gwarantuje złuszczenie zrogowaciałej, stwardniałej skóry. Po dokładnym procesie złuszczenia (2-3 tygodnie) skóra stóp staje się gładka, miękka i wygładzona. Znika szorstkość i przesuszenie naskórka. Spektakularne rezultaty widoczne już po pierwszym zabiegu".


Skład: szczegółowy poniżej na zdjęciu. Bardzo wysoko w INCI znajdziemy alkohol oraz kwas glikolowy, cytrynowy i salicylowy - odpowiedzialne za złuszczanie naskórka, ale nie podoba mi się, że producent nie informuje o stężeniach kwasów. Kwas glikolowy w stężeniu 20-35% działa delikatnie peelingująco, natomiast złuszczająco dopiero przy stężeniu 50-70%. Oczywiście tu mamy jeszcze inne składniki w formule, które mogą wzmagać działanie lub je zmniejszać. Poza nimi mamy m.in. mocznik (nawilża), alantoinę (łagodzi podrażnienia), ekstrakty roślinne oraz olejek z trawy cytrynowej (odświeża, dezynfekuje).
Kosztuje ok.11,50zł/jedno opakowanie.


Skarpetek używamy podobnie jak rękawiczek - najpierw rozcinamy wzdłuż szwu, a następnie zakładamy je na stopy i zaklejamy uroczymi serduszkami-naklejkami. Dzięki temu w masce możemy całkiem swobodnie chodzić, nic się nie przesuwa ani nie chlupocze. Muszę wspomnieć, że moje skarpetki, zanim je wyjęłam z pudełeczka, były lekko napęczniałe - nie znalazłam nigdzie informacji, czy tak powinno być oraz czy może to mieć wpływ na działanie. Wewnątrz folii znajduje się nieduża ilość płynu o intensywnie ziołowym i świeżym zapachu. Podoba mi się, że skarpetki nie fundują nieprzyjemnego efektu zimna, którego po prostu nie znoszę. Po założeniu ich na stopy należy płyn dokładnie rozprowadzić, od podeszwy po górną część, co bardzo łatwo zrobić masując skórę przez folię. Zdjęłam je po 65 minutach nad wanną, aby nie wylać zawartości oraz obmyć nogi - zgodnie z zaleceniem producenta - ciepłą wodą, co zmywa śliskie serum ze skóry. Należy pamiętać, aby przez 2-3 tygodnie unikać słońca.


Producent informuje, że na efekty należy poczekać, w zależności od stanu zrogowacenia skóry, od 2-3 tygodni. Dzięki swojemu Instagramowi wiem, że zabieg wykonałam dokładnie 18 czerwca. Lato nie chciało nadejść, temperatury ok. 20 stopni, stwierdziłam, że 2 tygodnie nie grozi mi zakładanie sandałków. Czekałam dwa tygodnie - nic. Czekałam trzy tygodnie - NIC. W międzyczasie zaczynało robić się cieplej, a jednak wciąż uparcie chodziłam w balerinkach unikając słońca. 4 tygodnie - NADAL NIC. Zero reakcji, zero złuszczania. Wreszcie po 5 tygodniach, gdy przez kilka dni temperatury dochodziły do 30 stopni i zdecydowałam się na sandały, zauważyłam delikatne, bardzo delikatne złuszczanie skóry na jednej stopie i tylko z jednego boku u góry. Wyobraźcie sobie moje zdenerwowanie... Po 2 dniach złuszczanie się skończyło, zaczęło się na drugiej stopie (dokładnie w tym samym miejscu, dziwne), po czym też po 2-3 dniach ustało. Dodam, że był to obszar jakichś 6-8 cm2... Post piszę po 7 tygodniach od zabiegu i mogę podsumować go krótko: szkoda czasu, nerwów i pieniędzy, ponieważ efekty były tak mizerne, że prawie zerowe. Skarpetki nie sprawdziły się u mnie zupełnie, choć tak na nie liczyłam. Z perspektywy czasu gdy pomyślę, że nie byłam zadowolona ze złuszczających skarpetek Marion chce mi się śmiać - tamte jednak dały większy efekt!


Podsumowując: bardzo możliwe, że maskę do dłoni jeszcze kiedyś kupię, natomiast skarpetki sobie odpuszczę. Jeśli miałyście te produkty podzielcie się proszę wrażeniami, a najlepiej polećcie coś, co działa :)