Mizon, Vita Lemon, Cytrynowy peeling enzymatyczny

Mizon, Vita Lemon, Cytrynowy peeling enzymatyczny

Peeling jest bardzo ważnym etapem w mojej pielęgnacji skóry i nie wyobrażam sobie pomijać tego kroku. Odkąd zwracam uwagę na delikatność kosmetyków do twarzy moja cera znacząco się poprawiła, pojawia się mniej niemiłych niespodzianek czy zaskórników. Skóra jest lepiej dotleniona, ma zdrowszy koloryt, a dobroczynne składniki z kremów łatwiej mogą dotrzeć wgłąb naskórka. Peeling twarzy wykonuję regularnie dwa razy w tygodniu, ponieważ moja mieszana skóra (w kierunku tłustej) łatwo się zapycha przez wzmożone wydzielanie sebum, a do tego jest grubsza, i posiada rozszerzone pory. Obecnie na przemian używam peelingu mechanicznego, scrubu Montibello oraz enzymatycznego, cytrynowego od Mizon. Markę Mizon poznałam już wcześniej przy okazji używania kremu ze śluzem ślimaka KLIK.


Mizon, Vita Lemon Sparkling Peeling Gel

Według producenta: "Delikatnie złuszcza i usuwa martwy naskórek, odtyka pory i reguluje wydzielanie sebum. Przenika w głębsze warstwy naskórka, dotlenia komórki i usuwa z nich zanieczyszczenia oraz toksyny. Dzięki niemu skóra wygląda promiennie i odzyskuje zdrowy koloryt. Zawiera cenne składniki roślinne tj. ekstrakt z szałwii oraz wąkrotki azjatyckiej, ekstrakt m.in. z papai, jabłka, zielonej herbaty oraz aloesu, dzięki czemu peeling posiada właściwości przeciwutleniające, detoksykujące, odświeżające i nawilżające, działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie, rozjaśnia przebarwienia oraz łagodzi podrażnienia. Produkt może być stosowany w pielęgnacji każdego typu skóry."


Mizon to marka koreańska, ale obecnie można bez problemu kupić te kosmetyki w polskich sklepach internetowych. Cytrynowy peeling kosztuje ok. 65-70zł/150g. Jest niesamowicie wydajny, zwłaszcza w porównaniu z peelingami mechanicznymi. Produkt kupimy w kartoniku, na którym powinna być naklejka w języku polskim (jeżeli kupimy go w polskim sklepie). Kosmetyk należy zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia.


W środku znajdziemy zgrabną butelkę z mocnego plastiku zaopatrzoną w zwykłą pompkę. Opakowanie powinno zawierać także plastikowy stoper, zapobiegający rozlaniu się produktu w transporcie. Etykieta jest trwała i nie ściera się, a na niej są już tylko napisy po angielsku i koreańsku.


Skład: Water, Glycerin, PEG_7 Glyceryl Cocoate, Steartrimonium Methosulfate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Cellulose, Water , Isopropyl Alcohol, Butylene Glycol, Salvia Hispanica Seed Extract, Centella asiatica Extract, Houttuynia Cordata Extract, Fragrance, Citrus Medica Limonum (lemon) Fruit Extract, Propanediol, 1,2-Hexanediol, Coptis Chinensis Root Extract, Sodium Hyaluronate, Carbomer, Propylene Glycol, Pyrus Malus (apple) Fruit Extract, Carica Papaya (papaya) Fruit Water, Camellia sinensis Leaf Extract, Gypsophila Paniculata Root Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Nelumbo Nucifera Flower Extract Lilium Candidum Flower Extract, Leontopodium Alpinum Flower/Leaf Extract, Convallaria Majalis Root Extract, Magnolia Liliflora Flower Extract, Paeonia Lactiflora Root Extract, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil.


Sam peeling posiada lekko żółtą barwę i żelową, niezbyt gęstą konsystencję. Dobrze się rozprowadza i nie spływa z dłoni. Zapach jest lekko cytrynowy, ale wydaje się sztuczny i jakby "gorzki", ze specyficznym, chemicznym aromatem w tle, nie umiem lepiej go określić. Myślę, że nie każdemu się spodoba, choć ja się do niego przyzwyczaiłam i już mi nie przeszkadza, tym bardziej, że nie utrzymuje się długo na skórze.


Aplikacja peelingu jest bardzo wygodna i praktyczna. Wystarczy wycisnąć jedną, maksymalnie dwie pompki produktu, a następnie masować suchą twarz przez kilka minut. Już po chwili w palcach wyczujemy grudki martwego naskórka, co może zaskoczyć, ale jest jak najbardziej prawidłowym działaniem. Po max. 5 minutach peeling wystarczy zmyć letnią wodą. Ważne, aby unikać kontaktu produktu z oczami. 
Działanie? GENIALNE! Ten peeling pozostawia skórę idealnie miękką, nawilżoną, delikatną, a wszelki ślad do suchych skórkach znika jak za dotknięciem magicznej różdżki. Po zabiegu mam ochotę non stop dotykać twarzy, ponieważ cera jest tak miła w dotyku, jakby była o wiele młodsza (czytaj nie 32-letnia). Dodatkowo produkt rozjaśnia przebarwienia i naczynka, wyrównuje koloryt, dodaje blasku i delikatnie ujędrnia. Do tego nie wysusza ani nie podrażnia i jest niesamowicie wydajny.


O innych moich ulubionych peelingach enzymatycznych przeczytasz tutaj: peeling ze strony e-naturalne KLIK, Ziaja PRO KLIK oraz mechanicznych: oczyszczający Sylveco KLIK, przeciwtrądzikowy Nacomi KLIK.

Jestem niesamowicie zauroczona tym peelingiem, na moją skórę działa idealnie, bez najmniejszych negatywnych atrakcji. Na pewno kupię kolejne opakowanie! Znacie inne koreańskie kosmetyki warte uwagi?
Iles Du Vent, Naturalna maska do twarzy

Iles Du Vent, Naturalna maska do twarzy

Zastanawiałam się czy pisać ten post, ponieważ od dawna nic nowego o tej polskiej marce nie słyszałam. Swojego czasu była wszędzie, obecnie strona producenta i sklep internetowy nie działają, Instagram i Facebook zatrzymały się w czasie kilka tygodni temu... A szkoda! Dzisiejsza bohaterka, czyli maska do twarzy wiele razy uratowała moją skórę w sezonie jesień-zima oraz obecnej, niekończącej się wiosny... Postanowiłam jednak skończyć co zaczęłam, może produkty będą jeszcze dostępne. Oby!


Iles Du Vent, Face Mask, Maska do twarzy

Od producenta: "Maska ma działanie kremu o podwyższonym stężeniu składników aktywnych, dzięki czemu daje natychmiastowy efekt idealnie gładkiej i promiennej cery. Skutecznie nawilża i odżywia. Ekstrakt z winogron chroni skórę przed przetłuszczaniem, a hibiskus ułatwia proces usuwania toksyn, poprawia krążenie, wzmacnia naczynia krwionośne i przeciwdziała powstawaniu tzw. „pajączków” charakterystycznych dla cery naczynkowej. Polecana do każdego rodzaju skóry."


Z tego co widziałam wszystkie kosmetyki tej marki miały identyczne opakowania, więc aby niczego nie pomylić za każdym razem należy czytać opisy. Podoba mi się opcja opakowania pudełeczka z zwykłą, falowaną tekturę i przewiązanie całości rafią. To bardzo oryginalny pomysł, wygląda uroczo i "eko", mimo że samo opakowanie jest już plastikowe i posiada aluminiową nakrętkę.


Cały ten opakowaniowy minimalizm mocno do mnie przemawia! Podobają mi się zarówno kobiece zdobienia czarną kokardką, delikatne tło etykiety i proste, eleganckie fonty. Całość wygląda klimatycznie i widać, że design jest przemyślany i subtelny, jak lubię. Maska kosztowała ok. 89zł/75ml, a więc niemało, ale jest niesamowicie wydajna.


Przed pierwszym użyciem należy zerwać aluminiową folijkę, dzięki czemu mamy całkowitą pewność, że produkt jest świeży i bezpieczny, bo przed nami nikt się do niego nie dobierał. To taki szczegół, który również budzi moją sympatię.


Na etykiecie niewiele możemy przeczytać o produkcie i niestety musimy znać angielski, ponieważ po polsku niczego się dowiemy. Co ciekawe sama marka pochodzi właśnie z Polski, więc trochę to mylące, zwłaszcza że nazwa firmy czerpie z kolei od nazwy grupy wysp Polinezji Francuskiej...


Skład: Aqua, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Caprylate, Isoamyl Cocoate, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil (olej sezamowy; odżywia i nawilża, ochrania skórę przez negatywnym wpływem środowiska), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Extract (ekstrakt z winogron; reguluje nadmiar sebum, działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie), Cocos Nucifera (Coconut) Oil (olej kokosowy; nawilża, regeneruje, działa antybakteryjnie, tworzy ochronny film na skórze), Gardenia Tahitensis (certyfikowany olej monoi; głęboko i na długo nawilża, zmiękcza i wygładza skórę, przywraca równowagę hydrolipidową, łagodzi podrażnienia i stany zapalne, goi drobne uszkodzenia naskórka), Glycerin, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract (hibiskus; wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych i poprawia krążenie, więc skóra szybciej pozbywa się toksyn), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (masło shea; nawilża i uelastycznia, przeciwdziała podrażnieniom), Theobroma Cacao(Cocoa) Seed Butter (masło kakaowe; wzmacnia proces odnowy i regeneracji komórek skóry, nadaje jej równomierny odcień), Glyceryl Stearate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (olej migdałowy; odżywia i uelastycznia), Hydrogenated Vegetable Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Tocopherol (mixed) (witamina E; opóźnia proces starzenia się skóry), Beta-Sitosterol, Squalene, Xanthan Gum, Sodium Phytate, Parfum, Geraniol, Limonene, Linalool.


Maska ma postać gęstego kremu o konsystencji budyniu w lekko beżowym odcieniu. W zapachu wyczuwam zresztą bardzo naturalne aromaty, które trudno nazwać, ale trochę kojarzą się z karmelowym, słodkim deserem. Maska bardzo dobrze się aplikuje, nienagannie trzyma skóry i nie spływa. Stosuję ją w razie potrzeby, ale ze względu na skórę mieszaną w kierunku tłustej i bogaty skład produktu nie używam jej częściej niż raz w tygodniu. Myślę, że posiadaczki cer suchych mogłyby stosować ją częściej, tym bardziej, że warto! Maska posiada ładny, naturalny skład, głównie emolientowy, uzupełniony bogactwem ekstraktów i olei. Używam jej zawsze na noc nakładając na całą twarz (zamiast kremu!) lub tylko punktowo, w zależności od aktualnych potrzeb cery. Nie zmywam jej, zostawiam na całą noc, aby jak najwięcej cennych substancji zdążyło się wchłonąć.


W najbardziej odwodnionych miejscach moja cera spija ją natychmiastowo, maska wręcz wnika praktycznie do matu. Chwilę dłużej potrzebuje na wchłonięcie tam, gdzie skóra jest uregulowana lub występuje nadprodukcja sebum. Właściwie ten produkt stał się dla mnie pewnego rodzaju wskazówką, dzięki której łatwiej mogę ocenić aktualny stan cery, bo wszystko widzę już w chwilę po aplikacji. Poza tym maska ma tak przyjemnie dobrany skład, że pomimo zawartości masła shea i oleju kokosowego nigdy mnie nie zapchała ani nie podrażniła (solo kokos zawsze mnie zapycha!). Kosmetyk świetnie regeneruje, odżywia i koi skórę, przywraca jej blask i witalność, nie potrafię inaczej tego ująć. Rano skóra jest świetlista, ale nietłusta, miękka i delikatna w dotyku, nawilżona, a suche skórki znikają. Wielokrotnie, praktycznie w dobę, uregulowała moją odwodnioną cerę, bardzo źle reagującą na ciągłe zmiany temperatur i suche powietrze z kaloryferów. Po prostu cudo!


Maskę już praktycznie wykończyłam, ponieważ zawsze piszę recenzje po dokładnym przetestowaniu produktu.  Niesamowicie żałuję, że obecnie tego produktu nie można nigdzie kupić, mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni! Niewiele jest na rynku tak wydajnych i skutecznych produktów z naturalnym składem, które w moment koją moją cerę w trudnym okresie zimy/wiosny, przywracając jej odpowiedni poziom nawilżenia i gładkość.

Jeśli wiecie co się stało z tą firmą koniecznie dajcie mi znać! Może kosmetyki dostępne są pod inną nazwą, ale nie znalazłam nigdzie takiej informacji. Znacie ich produkty?
Bandi, Female 35+, Multiaktywny koktajl do twarzy

Bandi, Female 35+, Multiaktywny koktajl do twarzy

Bandi to jedna z tych polskich marek kosmetycznych, która może poszczycić się ogromnym doświadczeniem oraz asortymentem, wśród którego każda cera znajdzie dla siebie ulubieńców. Mnie samej zdarza się dość często wspominać o produktach tej marki, choćby o dwuetapowym oczyszczaniu twarzy olejkiem i pianką, czyli zestawie do demakijażu z serii Female 35+, przyjemnym płynie micelarnym do cery naczynkowej czy dobrze się wchłaniającym kremie na szyję i dekolt. Nie wszystkie jednak kosmetyki Bandi z równą chęcią bym przetestowała, ponieważ unikam pewnych składników, o czym pisałam w poście o składach (np. niektóre kremy zawierają parafinę). Niemniej staram się mieć otwarty umysł i nie zamykać w sztywnych ramach, o czym też nieraz już pisałam. Koktajl jest produktem, co do którego miałam jednak inne obawy, ale czy słusznie?

Bandi, Energetyzujący multiaktywny koktajl

Według producenta: "Skoncentrowany preparat polecany dla kobiet narażonych na przyspieszone starzenie się skóry. Wysoka zawartość substancji wpływających na syntezę kolagenu, w krótkim czasie wygładza cerę i redukuje zmarszczki. Regularne stosowanie preparatu wzmacnia mechanizmy obronne skóry, redukuje destrukcyjny wpływ wolnych rodników na komórki oraz pomaga zachować odpowiednie nawodnienie. Składniki aktywne: biała herbata, karboksymetyloglukan, olej ryżowy, oliwa z oliwek, proteiny pszeniczne, proteiny ryżowe, zamknięte w liposomach: hydroksyprolina, rutyna, witamina c".


Koktajl kupimy w uroczym, fioletowym kartoniku, który dodatkowo jest zafoliowany. Wewnątrz znajdziemy opakowanie z produktem, ulotkę oraz próbkę innego kosmetyku marki Bandi (próbki w opanowaniach to standard tej firmy). Kosztuje ok. 75zł/30ml.


Skład: oparty jest na wodzie i tzw. suchych silikonach, które po kilku godzinach odparowują ze skóry i nie pozostawiają tłustej warstwy na dłużej. Zawiera m.in. białą herbatę (źródło polifenoli, koi podrażnienia,delikatnie nawilża, zapobiega powstawaniu zmarszczek), proteiny pszeniczne (regenerują skórę, napinają i ujędrniają ją dając natychmiastowy efekt wygładzenia) oraz ryżowe (działają przeciwzmarszczkowo), olej ryżowy (stymuluje procesy naprawcze skóry, regeneruje, odżywia i poprawia napięcie), oliwę z oliwek (regeneruje i wygładza, koi stany zapalne i podrażnienia skóry), hydroksyprolina, rutyna i witamina C zamknięte w liposomach (stymuluje komórki skóry do produkcji kolagenu, przywracając napięcie skóry; witamina C jest niezbędna do syntezy kolagenu, dodaje skórze energii i zdrowego kolorytu; rutyna wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych, zwiększa ich elastyczność), karboksymetyloglukan (nawilża, chroni przed wysuszającym działaniem detergentów i promieniowania UV, pobudza odnowę skóry, przyspiesza procesy antyoksydacyjne w skórze, działa przeciwzmarszczkowo, poprawia koloryt skóry i jej elastyczność). Szczegółowy skład poniżej:


Opakowanie koktajlu to bardzo lekka, plastikowa buteleczka z pompką typu air-less. Jest to niezwykle higieniczne rozwiązanie, chyba najlepsze jakie tylko możemy spotkać. Sama buteleczka jest niewielkich rozmiarów i bardzo poręczna. Napisy się nie wycierają, więc przez cały okres użytkowania kosmetyk wygląda nienagannie.


Zapach kremu jest lekko herbaciany, delikatny i nienachalny, jak lubię. Umila aplikację i nie "gryzie się" z aromatami innych produktów, więc prawdopodobnie przypadnie do gustu większości kobiet. Sam produkt ma postać lekkiego kremu o żelowej konsystencji i lekko kremowej barwie. Dobrze się rozprowadza na skórze, szybko wchłania i nie pozostawia lepiącej czy tłustej powłoczki. Nie podrażnił mnie ani nie zapchał porów. Producent poleca stosować go zarówno na dzień jak i na noc.


Miałam obawy ze względu na lekko żelową konsystencję, ponieważ moja cera naprawdę takich nie lubi. Mam negatywne doświadczenia z rolowaniem się podobnych produktów i przesuszaniem skóry ze względu na słabe przenikanie substancji aktywnych. Na szczęście tutaj nic takiego się nie wydarzyło. Krem mimo lekkości całkiem fajnie nawilża, choć najbardziej zauważalne jest delikatne napięcie skóry. Niestety bardzo trudno jest ocenić czy faktycznie wpływa na zmarszczki i poprawia elastyczność, ponieważ moja skóra nadal jest dość młoda i jeszcze nie wiotczeje. Koktajl stosuję różnie, w zależności od potrzeb, choć najczęściej na noc. Czasem traktuję go po prostu jak serum, nakładając na niego dodatkową cienką warstwę kremu odżywczego.


Koktajl nadaje się także na dzień, przy czym koreańskie kremy BB trzymają się na nim bez zarzutu. Nie zauważyłam, aby makijaż szybciej się ścierał czy spływał, aczkolwiek w ciągu dnia moja tłusta cera potrzebowała dodatkowego zmatowienia (cieniutką warstwą pudru ryżowego lub przy użyciu bibułki matującej). Cera nabierała satynowego, ładnego blasku, ale nie świeciła się nadmiernie - myślę, że podobny efekt bardzo zadowoliłby posiadaczki cery suchej, ponieważ ja z moją tłustą buzią jestem wyczulona i nie potrzebuję dodatkowego efektu glow ;)


Podsumowując multiaktywny koktajl Bandi to bardzo przyjemny, nawilżający i lekki krem, który nie zapchał porów ani mnie nie uczulił. Zawiera sporo cennych substancji aktywnych, nadaje się zarówno na dzień jak i na noc, szybko wchłania i ładnie pachnie. To bardzo poprawny kosmetyk do cery, która nie ma specjalnych wymagań, a potrzebuje lekkiego ujędrnienia oraz nawilżenia bez obciążania skóry. Dodatkowo koktajl może dobrze nam służyć zarówno solo jak i w duecie z mocniejszymi, odżywczymi kremami.

Znacie kosmetyki Bandi? Co polecacie?
Na co zwrócić uwagę na chińskiej stronie?

Na co zwrócić uwagę na chińskiej stronie?

No właśnie, co warto kupić chińskiego? Odpowiedź na pytanie jest bardzo prosta: bardzo wiele! Pisałam wcześniej o tym co warto kupić na chińskiej stronie, dzisiaj chciałabym podzielić się swoimi przemyśleniami na temat zakupów. Wiele chińskich stron, które powstają szybko i licznie, powoli zdobywa internety. Ubrania w każdym praktycznie stylu, cudowne poszewki na poduszki, gadżety do domu i kosmetyczne, peruki, torebki i buty w ilościach, od których aż kręci się w głowie kuszą, by kliknąć "add to bag". W dodatku wszystko kilkakrotnie taniej i bez wychodzenia z domu. Za to nie ma się po co oszukiwać - to, co otrzymamy może się różnić od obrobionego w programie graficznym zdjęcia. Materiały sukienki nie dotkniemy, by ocenić jakość, butów nie przymierzymy... W dodatku na paczkę lub paczki musimy czekać min. 2 tygodnie. Mimo wszystko podczas zakupów czuję dreszczyk emocji.

Najbardziej lubię przeglądać strony z gadżetami kosmetycznymi. Moje ulubione to wszelkie przyrządy pomagające mi w codziennym życiu. Jako maniaczka pielęgnacji musiałam zainwestować w zestaw dedykowany przygotowaniu miseczek. Zawiera: miseczkę, mieszadło, miarki i pędzel ułatwiający dokładne nałożenie maski na skórę. Przed użyciem wyparzyłam wszystko we wrzątku i dodatkowo przetarłam spirytusem salicylowym. Spisuje się świetnie, używam go także do własnych tajemnych mikstur diy.


Ostatnio dopadła mnie ochota na wypróbowanie sztucznych rzęs. Jednak dokładne przyklejenie kępek to trudna sztuka, a ja lubię ułatwiać sobie życie. Wypatrzyłam więc specjalny przyrząd ułatwiający precyzyjne przymierzenie, a następnie przytrzymanie rzęs. Jeszcze go nie używałam, ale mam nadzieję, że się sprawdzi.

Biżuteria to kolejny dział, który lubię przeglądać. Dotąd jednak nie skusiłam się na zakup, dopóki nie zobaczyłam kosmicznego wisiorka. Na zdjęciu wyglądał pięknie, ale cóż, okazał się dość nijaki. Tani miękki metal, plastik i brzydkie wygięcie nie zachęciły mnie do noszenia, a już tym bardziej do kolejnego zakupu. Szkoda.

Śmieszne skarpetki stopki, w tym przypadku trampki, wrzuciłam do koszyka od razu. Nie żałuję, ale warto wziąć pod uwagę, że jest to rozmiar uniwersalny. Noszę 38 i moim zdaniem na większej stopie będą się zsuwać. To już kolejny wzór w mojej kolekcji.
 

Osłonki na pędzle już kiedyś kupiłam, bardzo przydatny gadżet! Sprawiają, że pędzle po myciu nie odkształcają się, łatwiej też je przechowywać, zwłaszcza duże i puchate sztuki.

Naklejki wodne na paznokcie także kupuję bez oporów, bo są bardzo tanie, dobrze się nakładają i są w stanie szybko i łatwo zmienić klasyczny manicure w małe dzieło.


Ubrania to temat rzeka i muszę Was ostrzec: to największa loteria! Czasem zdarzało się, że ubrania były wykonane z zupełnie innych materiałów niż się spodziewałam. W dodatku może być tak, że ubrania uparcie się mną i nie dają uprasować, choćbym nie wiem co robiła i jakich tricków nie używała. Przed założeniem zawsze je piorę, a przed praniem moczę w wodzie z octem, to mój sprytny patent na to, by kolory się nie spierały i nie farbowały podczas prania czy noszenia. Naprawdę działa!
Bardzo ważne jest dokładne dobranie rozmiaru. Zazwyczaj na stronach podane są rozmiary także w cm (trzeba tylko kliknąć w tabeli). Najwygodniej jest zmierzyć już posiadany ciuszek i porównać z planowanym zakupem. Zwykle się sprawdza.

Z poniższej bluzy jestem niesamowicie zadowolona! Materiał jest naprawdę dobrej jakości, świetnie się układa, a przy tym wygląda ciekawie. Dobrze się w niej czuję. Po moim tricku z octem prałam ją już dwukrotnie i wiem, że nie farbuje.


Bielizna za to jest tematem, który dotąd mnie nie interesował. Skusiłam się na gorset, ale podczas zakupów nie byłam pewna rozmiaru. Niestety nie trafiłam... Gorset wydaje się ok, jest lekko rozciągliwy, więc na osobę noszącą dosłownie jeden rozmiar większy byłby dobry. Cóż, ja dalej będę omijać dział bielizny.


Moje ogólne wrażenia są mimo wszystko pozytywne. Dodam, że wszystko powyższe przyszło w dwóch oddzielnych paczkach. Pierwsza po 2 tygodniach, a druga dopiero po miesiącu, więc jest to zabawa dla cierpliwych. 

A Wy macie jakieś doświadczenia z chińskimi stronami? Na co jeszcze warto zwrócić uwagę podczas zakupów?
Bielenda, Fluid matujący oraz Multifunkcyjny krem CC

Bielenda, Fluid matujący oraz Multifunkcyjny krem CC

Bielenda to bardzo znana marka, a jednak dotąd podchodziłam do niej z ogromną rezerwą. Powodem jest nieuzasadnione pozycjonowanie się na markę naturalną, wykorzystywanie dziury w przepisach, a dokładniej brak dokładnych regulacji prawnych dotyczących kosmetyków naturalnych. Niemniej muszę być sprawiedliwa i zauważyć, że marka oferuje nam coraz lepsze kosmetyki, od genialnej serii z kwasem migdałowym po dzisiejszy fluid matujący. Trzymam kciuki za kolejne cuda z lepszymi składami.


Bielenda, Make up fluid matujący, kolor naturalny

Według producenta: "Matujący fluid w doskonały sposób poprawia wygląd cery mieszanej i tłustej. Idealnie i na długo matuje skórę, nadaje jej aksamitnego wykończenia oraz jednolitego wyglądu. Dostępny w 3 idealnie dopasowujących się odcieniach: naturalnym, beżowym oraz karmelowym. 
Wyjątkowe połączenie pigmentów i składników pudrowych korzystnie wpływa na wygląd skóry: poprawia jej odcień, tuszuje niedoskonałości, przebarwienia i drobne zmarszczki. Fluid doskonale dopasowuje się do cery, dając naturalny i świeży efekt, a ultra lekka nietłusta konsystencja nie obciąża jej. Fluid zawiera witaminę B3, która reguluje wydzielanie sebum, ogranicza błyszczenie i zmniejsza widoczność porów. Jedwabista, nasycona pigmentami formuła idealnie adaptuje się do światła i kształtu twarzy, precyzyjnie rozprowadza, zapewniając  przyjemną aplikację i doskonały jednolity efekt."


Rzadko używam drogeryjnych podkładów, stawiam raczej na minerały lub koreańskie BB, jednak zwykle jestem otwarta także i na inne opcje. Zwłaszcza jeśli są tanie. Fluid Bielenda kosztuje max. 12 zł/30g i jest łatwo dostępny (np. w Rossmannie).

Skład nie jest idealny, ale fluid zawiera m.in. Nacynamid, czyli wit. B3, która zmniejsza pory i redukuje wydzielanie sebum, wit. E oraz siarczan magnezu, który działa antybakteryjnie i matująco. Szczegóły: Aqua (Water), Cyclopentasiloxane, Dimethicone, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Propylene Glycol, PEG/PPG 18/18 Dimethicone, Trimethylsiloxysilicate, Niacinamide, Magnesium Sulfate, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Tocopheryl Acetate, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Dimethicone Crosspolymer, Disteardimonium Hectorite, Triethoxycaprylylsilane, Methicone, Propylene Carbonate, Silica Dimethyl Silylate (nano), Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499.



Do wyboru mamy trzy odcienie fluidu. Mój kolor to nr 1 naturalny, który idealnie wtopił się w dość jasną cerę, choć nie jestem bardzo blada. Warto zauważyć, że po otwarciu mamy 6 miesięcy na zużycie produktu i zdecydowanie trzeba wziąć ten fakt pod uwagę, gdyż po tym czasie podkład zaczyna się utleniać i ciemnieje. Konsystencja nie jest lejąca, raczej jest dość gęsta, ale doskonale rozprowadza się zarówno palcami jak i pędzlem, przy czym nie tworzy smug i nie wchodzi w załamania. Dla mnie bardzo ważne jest także, że nie zapycha i dość łatwo się zmywa.


Fluid matujący Bielenda doskonale ukrywa rozszerzone pory i drobne niedoskonałości skóry, maskuje także niewielkie zaczerwienienia. Bardzo podoba mi się, że przy tym nie tworzy efektu maski, właściwie wygląda bardzo naturalnie, świeżo i wręcz dziewczęco. Co ciekawe nie zauważyłam, aby podkreślał suche skórki. Jednak jego największą zaletą jest faktyczne, długotrwałe matowienie skóry przy jednoczesnym nie wysuszeniu jej na wiór. Daje ładne, pudrowe wykończenie, które u mnie utrzymuje się ok. 6h, a przy dodatkowym użyciu cienkiej warstwy ryżowego pudru nawet 10h. Czasem w ciągu dnia delikatnie się ściera, ale nie jest to bardzo widoczne. To aż nieprzyzwoicie dobre działanie za jedyne 12zł!


Bielenda, Krem CC neutralizujący zaczerwienienia

Od producenta: "Innowacyjny krem łączy najlepsze cechy kremu do codziennej pielęgnacji i korektora do skóry z przebarwieniami. Dzięki lekko zielonej barwie pozwala na zneutralizowanie zaczerwienień, zamaskowanie blizn potrądzikowych i pajączków. Zakrywa również rozszerzone pory. Kosmetyk pielęgnuje skórę: wzmacnia naczynka, łagodzi podrażnienia, wygładza i działa odmładzająco. Wszystko dzięki mocy składników aktywnych: kwasu hialuronowego, alantoinie i troxyrutynie, która jest odpowiedzialna za wzmocnienie naczyń krwionośnych."


Krem CC kupiłam w kartoniku, który szybko wyrzuciłam, ale zdążyłam zrobić zdjęcie. Podoba mi się, że całość była zafoliowana, więc miałam pewność, iż krem nie był wcześniej otwierany. Kosztuje ok. 15-20zł/40ml i jeszcze do niedawna był łatwo dostępny. Produkt nie zapchał porów i nie podrażnił mnie.



Skład: Aqua (Water), Ethylhexyl Cocoate, Caprylic / Capric Trigliceride, Isononyl Isononanoate, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Betaine, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, CI 77891 (Titanium Dioxide), Potassium Cetyl Phosphate, Troxerutin, Allantoin, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Dimethicone, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Lactic Acid, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Limonene, CI 77288 (Dichromium Trioxide).


Konsystencja jest dość rzadka, lejąca się. Zapach jest bardzo przyjemny, orzeźwiający i słodkawy, umila aplikację, choć jest też dość intensywny. Krem dobrze rozprowadza się na skórze, szybko wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Przede wszytkom posiada lekko zieloną barwę, co ma na celu neutralizować zaczerwienienia. Można nakładać go na całą twarz i/lub punktowo wzmacniać efekt np. na policzkach czy w okolicach nosa. Krem całkiem przyjemnie nawilża, ale po kilku godzinach sprawia, że skóra zaczyna się błyszczeć. Jego główną zaletą jest ochładzanie zaczerwienienia, jednak przez niezbyt gęstą konsystencję krem nie potrafi całkiem usunąć wizualnie zaczerwienień, a jedynie jakby je zobojętnia. Dzięki niemu nałożony podkład lepiej sobie poradzi ze zniwelowaniem np. naczynek, które stają się zdecydowanie mniej widoczne.


Poniżej możecie zobaczyć jak krem CC Bielenda i fluid matujący wyglądają na skórze, solo, bez przypudrowania. Nie widać zaczerwienień, nawet przy skrzydełkach nosa. Skóra jest idealnie matowa, a jednocześnie wygląda naturalnie, jakbym użyła lekkiego kremu BB. 



Po lewej efekt w pełnym makijażu, już po delikatnym przypudrowaniu lekkim pudrem ryżowym. Dzięki fluidowi make up idealnie wygląda przez wiele godzin, więc mogę pojechać do pracy bez dźwigania w torebce całego arsenału akcesoriów poprawiających makijaż. Nawet bibułki matujące nie są mi potrzebne. Całość można jeszcze utrwalić fixerem, ale na co dzień rezygnuję z nadmiaru tego typu rozwiązań, pozostawiam je na specjalne okazje, np. wesele.
Mnie efekt w pełni zadowala, ponieważ w codziennym makijażu stawiam na szybkość wykonania (maluję się przed 7 rano), lekkość (nie znoszę, gdy kosmetyki pogarszają stan cery, tworząc błędne koło!) i trwałość.


A Wy znacie kosmetyki Bielendy warte bliższej znajomości? Co polecacie?
Czy warto czytać składy kosmetyków?

Czy warto czytać składy kosmetyków?

Ostatnio wiele się mówi o czytaniu składów kosmetyków, aby uniknąć kupowania bubli i samej chemii w pięknym opakowaniu. Czasem jednak łatwiej powiedzieć niż zrobić, zwłaszcza jeśli się nie zna na pamięć wszystkich możliwych składników, bardzo często o kosmicznych nazwach. Kto to zapamięta? Czy przed zakupem kremu trzeba poświęcić pół godziny (oby tylko!) na dokładne studiowanie poszczególnych składników w internecie? Czy to w ogóle ma sens?


Gdzie szukać składu kosmetyku?

W Polsce według prawa producent ma obowiązek wykazać skład kosmetyku na jego opakowaniu. Czasem zdarza się, że opakowanie np. tuszu do rzęs jest zbyt małe, w takim przypadku możesz poprosić ekspedientkę w drogerii o udostępnienie Ci ulotki ze składem lub poszukać go w internecie. Zdarza się też, że skład jest ukryty pod naklejką. 
Skład to inaczej INCI (International Nomenclature of Cosmetic Ingredients). Użyte substancje określone są w języku angielskim oraz, w przypadku nazw roślin, po łacinie. Jest to nazewnictwo uniwersalne, więc kupując kosmetyk np. we Włoszech równie dobrze poradzisz sobie z określeniem składu. Niektórzy polscy producenci określają także skład po polsku.

Jak czytać skład kosmetyku?

Przede wszystkim warto pamiętać, że producenci mają obowiązek wykazywać skład w kolejności od składników, których jest w kosmetyku najwięcej do tych użytych najmniej. Dopiero składniki, których zawartość nie przekracza 1% mogą być wykazane w dowolnej kolejności (na samym końcu). Jeśli więc wg INCI na pierwszym miejscu jest Aqua, to właśnie wody jest najwięcej. A skoro jest woda to będą też konserwanty, które mają uniemożliwić namnażanie się bakterii w tej wodzie. Prosta logika.


Dlaczego warto czytać skład?

Nie musisz znać wszystkich możliwych substancji chemicznych. Ważne, aby unikać kosmetyków, które mają kilka lub nawet kilkanaście konserwantów. Większość z nich jest dobrze przebadana i teoretycznie bezpieczna, ale czy zastanawiasz się czasem ile w ciągu dnia konserwantów w siebie wcierasz? W żelu pod prysznic, balsamie, kremie do rąk, do twarzy, stóp, szamponie, odżywce, toniku, podkładzie, tuszu do rzęs, pomadce? Myślisz, że taka kumulacja jest zdrowa i dla Ciebie dobra? Osobiście unikam także parafiny i innych olei mineralnych (w INCI np. Paraffinum Liquidum, Paraffin Oil, Mineral Oil, Petrolatum), nie dlatego, że są trujące, ale dlatego, że pozostawiają nieprzepuszczalną warstwę na skórze, która robi więcej szkody niż pożytku (np. zapycha pory, sprzyja trądzikowi). Dodatkowo parafina zatrzymuje na powierzchni wszystkie substancje aktywne zawarte w formule, więc skóra nie skorzysta z zawartości tego cudownego kwasu hialuronowego czy oleju z pestek malin. W produktach do twarzy unikam także alkoholu (samo Alcohol lub Alcohol denat), który niepotrzebnie wysusza skórę usuwając naturalny płaszcz lipidowy, przez co skóra staje się nieelastyczna, sucha i szybciej powstają zmarszczki. To wszystko wyczytuję w INCI jeszcze przed zakupem kosmetyku.

Czego szukać w składzie?

Przede wszystkim warto szukać substancji aktywnych. To będą m.in. te nazwy łacińskie oraz kończące się na "extract" lub "oil". Także kwas hialuronowy, witaminy, komórki macierzyste np. jabłek, naturalne masła m.in. shea. Im wcześniej w składzie tym prawdopodobnie w kosmetyku jest ich więcej i mają szansę zadziałać na naszą skórę.


Czego unikać w składzie?

Najlepiej unikać kosmetyków z dużą zawartością (lub w ogóle z zawartością) substancji, których głównym zadaniem nie jest maksymalne nawilżenie, odżywienie lub ochrona skóry, a jedynie stworzenie lub utrzymanie odpowiedniego wyglądu jak konsystencja, zapach, kolor. Szczególnie zwróć uwagę na:

  • Parafinę i inne oleje mineralne (Paraffinum Liquidum, Paraffin Oil, Mineral Oil, Petrolatum, więcej na ten temat wspomniałam wyżej, tanie wypełniacze zwiększające pojemność kosmetyku).
  • Wysuszający alkohol (samo Alcohol lub Alcohol Denat., ponieważ związki alkoholi to zupełnie inne substancje, np. Cetyl Alcohol to emolient, który zmiękcza i wygładza skórę).
  • Konserwanty w nadmiarze (pewna dawka bezpiecznych konserwantów jest konieczna jeśli formuła zawiera wodę; nie sądzę abyś miała ochotę nakładać na siebie bakterie i pleśń, skoro możesz tego uniknąć, m.in. parabeny).
  • Pochodne formaldehydu (silnie alergizują, nawet po kilku latach na pozór bezszkodowego używania, u mnie objawia się to silnym łzawieniem oczu oraz drapaniem w gardle).
  • Sztuczne drobinki w peelingach, które nam nic złego nie zrobią, ale nie rozpuszczają się jak sól czy cukier, przedostają się więc do wód powierzchniowych, gdzie są zjadane przez zwierzęta i niszczą środowisko.
  • Alergeny czyli np. nadmiaru substancji zapachowych i barwników, choć substancje naturalne także potrafią uczulać.
  • Silikony (np. Cyclopentasiloxane), w zależności od cery potrafią mniej lub bardziej zapychać pory, a stosowane na włosy maskują ich prawdziwy stan, wygładzają włosy tylko wizualnie do czasu ich umycia.
  • SLS oraz SLES, czyli substancje silnie odtłuszczające, wysuszające i podrażniające skórę, szeroko stosowane m.in. w szamponach i żelach pod prysznic (pierwotnie używane były np. do domywania pokładów platform wiertniczych z ropy!)

Dlaczego nie warto czytać składu?

Brzmi przewrotnie, ale jest w tym ziarenko prawdy. Dlaczego? Ponieważ sama robię własne kremy, peelingi, balsamy i inne kosmetyki więc wiem, jak trudno jest opracować idealną formułę. Nie chodzi tylko o konsystencję kosmetyku, ale także np. o dozwolone stężenie, rozpuszczalność, pH produktu. To naprawdę nie jest proste, nie dziwię się wiec producentom, którzy strzegą swoich tajemnic. Wynika z tego to, że nigdy nie wiemy ile dokładnie danego składnika jest w formule. Owszem, zdarza się, ze producent napisze na opakowaniu np. 5% Urea, ale to tylko jeden składnik z wielu, a czasem baaaardzo wielu. Dlatego IDENTYCZNY skład wykazany w INCI może mieć zarówno bogate, tłuste masło do ciała jak i leciutki, szybko się wchłaniający krem do twarzy. Warto traktować skład poglądowo i podchodzić do niego ze zdrowym rozsądkiem.


Chciałabym znać skład, ale to dla mnie zbyt wiele...

Nie martw się, z pomocą może przyjść Ci... technologia. Dokładnie aplikacja Cosmetic Scan, która w przejrzysty sposób, po zeskanowaniu kodu produktu, pokaże Ci m.in. ile dany kosmetyk zawiera substancji komedogennych (zapychających), a ile potencjalnych alergenów. Jeśli jest tego sporo lepiej odstawić go na półkę. Sama czasem z niej korzystam, choć mam wrażenie, że aplikacja cały czas jest w trakcie budowania bazy :)


Na koniec chciałabym zauważyć, że każdy mój czy Twój wybór w drogerii jest bardzo ważny. Producenci bacznie przyglądają się naszym zakupom i poglądom konsumentów. Jeżeli sprzedaż naturalnych, bezpieczniejszych kosmetyków wzrośnie - zapewniam, że wzrośnie także podaż, czyli Twój wybór. Tak działa rynek. Do Ciebie należy przyszłość. Wybierajmy świadomie.
Co warto kupić na chińskiej stronie?

Co warto kupić na chińskiej stronie?

Lubię zakupy, nic na to nie poradzę. Nie zmienia niczego fakt, że w modzie jest minimalizm, białe ściany i puste półki. Nie znaczy to jednak, że kupuję rzeczy tylko dlatego, że są tanie, w promocji, z wyprzedaży. Kupuję to, co mi się faktycznie podoba i co mi się przyda. Idealnie jest, gdy jednocześnie jest porządne, ładne, praktyczne oraz niedrogie. Wiele dostępnych w Polsce produktów pochodzi jednak z Chin, taka jest prawda i większość z nas się z tym pogodziło. Rodzimy rynek zalewany jest tanim plastikiem i tekstyliami, a wiele znanych marek, choćby odzieżowych, szyje w Azji za grosze, by następnie sprzedać produkty z wielokrotnym zyskiem. Na tym polega biznes, takie jest prawo pieniądza. O ile kosmetyki czy żywność uparcie wybieram i będę wybierać najchętniej polskie, o tyle nie mam ochoty przepłacać na wszystkim innym, skoro i tak pochodzi z jednego źródła, a jedyną różnicą jest różnica w cenie. 

Organizer na kosmetyki

Przede wszystkim warto rozejrzeć się za praktycznymi pudełkami pomagającymi utrzymać porządek. Jeśli tak jak ja posiadacie wiele kosmetyków lub innej drobnicy, choćby biżuterii, ładny organizer pomoże Wam poukładać przedmioty w jednym miejscu. U mnie do tej pory stałego lokum nie miała kolorówka, która rezydowała w przeróżnych kosmetyczkach, piórnikach, na półkach i w szafkach. Teraz przynajmniej ta część, której aktualnie używam, ma własne, wydzielone miejsce. Przy okazji wygląda całkiem znośnie i łatwo mogę znaleźć to, czego potrzebuję :)



Organizer wykonany jest z porządnego, dość grubego plastiku. Dzięki temu, że jest przezroczysty łatwiej mogę znaleźć kosmetyk, którego szukam. Szufladki płynnie się otwierają, a od spodu posiadają przymocowane na stałe filcowe stopery, dzięki którym całość stoi w jednym miejscu i się nie przesuwa.


Organizer składa się z dwóch oddzielnych części, które można wykorzystać osobno lub stworzyć spójną całość, stawiając jedna na drugą. Dolną część stanowią dwie szufladki wyłożone czarnym, miękkim materiałem. Górną - przeróżnej wielkości przegródki, w których z łatwością zmieściłam ulubione pomadki oraz pędzle.


Skarpetki stopki

Pokazywałam Wam niedawno na moim Instagramie, że ostatnio oszalałam na punkcie słodkich skarpetek! Tak, to prawda. Uwielbiam je i traktuję jak kolekcję, choć użyteczną. Skarpetki dobrze się piorą i nie farbują. W większości wykonane są z bawełny, więc całkiem dobrze się noszą, a przy okazji są urocze, zabawne, niepoważne.


Skarpetki stopki: Buldożki  Białe kotki  Mopsy


Osłonki na pędzle

Kolejnym elementem, którego poszukuję na chińskich stronach, są wszelkiego rodzaju gadżety kosmetyczne takie jak np. osłonki na pędzle. Te, które kupiłam są trwałe, elastyczne i niesamowicie pomocne. Pasują na pędzle różnej szerokości, ponieważ są w stanie się rozciągnąć, a potem bez problemu wracają do pierwotnego rozmiaru. Każdej osłonki można użyć wielokrotnie bez względu na to, czy wcześniej ochraniała wąskie pędzelki do cieni czy gruby trzonek pędzla kabuki.


Po każdym myciu pędzli zakładam na nie siateczkę, dzięki której włosie się nie odkształca. Nie zauważyłam, aby pędzelki schły dłużej, zapewne dzięki dostępowi powietrza, jaki zapewniają oczka. Dzięki osłonkom moje pędzle są w doskonałej kondycji, żaden włosek nie odstaje, więc posłużą mi dłużej :) Koszt? Grosze!


Oczywiście to tylko część zakupów, niedługo pokażę więcej. Te są wyjątkowo udane, a na paczkę czekałam tylko 10 dni. A Wy co kupujecie na chińskich stronach albo AliExpress?