Wax Pilomax: kosmetyki do ciemnych włosów

Wax Pilomax: kosmetyki do ciemnych włosów

Od dwóch lat farbuję włosy na ciemniejszy kolor, w związku z tym musiałam delikatnie zmienić kosmetyki do ich pielęgnacji. Zależało mi na tym, aby kolor nie zmywał się zbyt szybko, choć oczywiście wiele zależy od jakości farby. Osobiście najczęściej włosy farbuję u sprawdzonej fryzjerki. W domu czasem, po kilku tygodniach, odświeżam efekt szamponem koloryzującym lub farbą. Stawiam jednak głównie na codzienną pielęgnację, dlatego byłam ciekawa czy kosmetyki przeznaczone właśnie do ciemnych, farbowanych włosów faktycznie dają efekt? Czy produkty Wax Pilomax przedłużają trwałość farby?



Właśnie wykańczam trzy produkty marki, które stanowią specjalnie dobrany do potrzeb moich włosów zestaw. Kosmetyki zaproponował trycholog podczas konferencji Meet Beauty, po uprzednim zbadaniu skóry głowy. Zawiera on:

Wax Angielski Pilomax, Szampon głęboko oczyszczający, do każdego koloru włosów, przed maskami Wax

"Szampon głęboko oczyszczający PURE WAX do włosów zniszczonych, do stosowania przed maskami WAX. Skutecznie myje włosy i skórę głowy, nawet z nierozpuszczalnych w wodzie silikonów i substancji pozostających po środkach stylizacyjnych. Przygotowuje włosy i skórę głowy na regenerujące działanie masek WAX."

Laboratorium Pilomax, Pielęgnacja krok 2, Odżywka, włosy farbowane ciemne

"Odżywka do włosów farbowanych, do stosowania po każdym myciu. Dzięki zawartości białka keratyny wzmacnia włosy, a ekstrakt skrzypu polnego przeciwdziała wypadaniu włosów i ich starzeniu. Odżywka została przebadana dermatologicznie, jest bezpieczna dla wrażliwej skóry głowy, ponieważ nie zawiera parabenów, SLS, SLES."

Wax Angielski Pilomax, Arabica, Maska regenerująca do włosów farbowanych na kolory ciemne ido skóry głowy

"Maska przeznaczona do regeneracji włosów poddawanych koloryzacji. Odbudowuje uszkodzone włosy, silnie je nawilża, pogrubia i wygładza. Zapobiega łamliwości, rozdwajaniu i wypadaniu włosów. Wzmacnia blask koloru."


Opakowania tych kosmetyków nie do końca są wygodne w stosowaniu. Najmniej przemyślana wydaje się butelka szamponu, który zwyczajnie trudno wydobyć - plastik jest bardzo mocny, a produkt dość gęsty, więc aby umyć włosy muszę mocno ściskać butlę, szampon sam nie wypływa. Kosztuje ok. 17zł/200ml. Odżywkę posiadam w wersji mini 70ml i z tego co widziałam jest już niedostępna. Tubka jest wygodniejsza, choć pod koniec równie trudno ją wydobyć co szampon. Duża tuba kosztowała ponad 20zł/200ml. Najwygodniejszy jest słoik z maską, choć tu z kolei mamy do czynienia z absurdalnie mocnym zamknięciem - trudno otworzyć wieczko, trudno je szczelnie zamknąć, również muszę używać siły. Maska kosztuje ok. 23zł/240ml i jest warta każdej złotówki!


Skład szamponu: Aqua, Sodium Laureth Sulfate (silnie oczyszczający detergent), Cocamide DEA, Sodium Chloride, Piroctone Olamine (pirokton olaminy; działa przeciwłupieżowo, zmniejsza wydzielanie sebum), Aloe Barbadensis Gel (aloes, nawilża, odżywia, naturalny filtr UVA i UVB), Panthenol (provitamin B5 - łagodzi podrażnienia, regeneruje, nawilża), Ammonium Lauryl Sulfate (kolejny silny detergent), Cocamidopropyl Betaine, PEG-8 Cocoate, Styrene/Acrylates Copolymer, Glycol Cetearate, Parfum, Coco-Glucoside, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone.

Skład odżywki: Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Phenoxyethanol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetrimonium Chloride, DMDM Hydantoin, Hydrolyzed Keratin (keratyna; wygładza, zwiększa objętość włosów), Equisetum Arvense (Horsetail) Leaf Extract (ekstrakt ze skrzypu polnego; wzmacnia, działa łagodząco), Parfum (Fragrance), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Glycerin (nawilża), Panthenol (provitamin B5 - łagodzi podrażnienia, regeneruje, nawilża), Ethylhexylglycerin, CI 19140

Skład maski: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Coffea Arabica Seed Extract (kawa; poprawia ukrwienie, usuwa toksyny), Panthenol (provitamin B5 - łagodzi podrażnienia, regeneruje, nawilża), Hydrolyzed Keratin (keratyna; wygładza, zwiększa objętość włosów), Glycerin (gliceryna; nawilża, zatrzymuje wilgoć we włosach), Equisetum Arvense Leaf Extract (ekstrakt ze skrzypu polnego; wzmacnia, działa łagodząco), Lawsonia Inermis Extract (henna; naturalny filtr UV, zapobiega utracie wody i regeneruje), Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Ethylhexylglycerin


Szampon jest średnio gęsty, lekko perłowy, delikatnie pachnie. Dobrze się pieni, dzięki mocnym detergentom dokładnie oczyszcza skórę głowy oraz włosy ze wszystkich zanieczyszczeń i środków do stylizacji. Stosuję go raz w tygodniu, ponieważ na co dzień używam łagodniejszych produktów. Nie podrażnił mnie, nie zauważyłam też wysuszenia skóry, nie spowodował łupieżu. Szczerze nie widzę większej różnicy między nim a innymi mocniejszymi (czytaj ze SLES), a tańszymi szamponami.

Odżywka to biały, mocno perłowy krem o przyjemnym, lekko kwiatowym zapachu. Jak wspomniałam chyba nie jest już produkowana, ale ponieważ nie wyróżnia się niczym szczególnym nie jest mi jej szkoda. Na pewno pomaga rozczesać włosy, delikatnie nabłyszcza i nie obciąża, ale to zbyt mało, aby za nią tęsknić. Nie zauważyłam też szczególnego wpływu na kolor, a aby to przetestować czekałam z otwarciem maski aż do wykończenia odżywki.

Maska Arabica natomiast to zupełnie inna bajka. Ten kosmetyk to prawdziwa bomba wśród WAX-ów. Maska jest gęsta, posiada ciemny, brązowy kolor i obłędnie pachnie świeżo zmieloną kawą. Mogłabym ją wąchać godzinami. Jednak najlepsze jest to jak działa: nakładam ją od nasady po same końce, aby nie tracić cennego działania kawy na cebulki włosów oraz skórę głowy. Jedyne na co muszę zwrócić szczególną uwagę to dokładne spłukanie jej ciepłą wodą, co zajmuje mi dłuższą chwilę. Maska pięknie nabłyszcza, wygładza i unosi włosy u nasady. Są po niej sypkie, lśniące, wyglądają zdrowo i pięknie. Mam wrażenie, że mam po niej więcej włosów lub że są one pogrubione, jakby napojone. W dotyku są miększe, milsze i elastyczne, pokuszę się o stwierdzenie, że zregenerowane, choć efekt niestety znika po kolejnym umyciu. Dodatkowo przestały tak wypadać, co zaczynało mnie martwić - choć używam także specjalnego płynu na wypadanie, więc może to być zasługa obu tych produktów. Ponadto moja fryzjerka zauważyła, że kolor faktycznie dłużej się utrzymał, więc delikatnie chroni farbę przed wypłukiwaniem, choć nie jest to aż tak widoczne, abym zauważyła sama. Mimo wszystko to mój ulubiony produkt Pilomaxa i kolejny ulubieniec. Ze wszystkich produktów do ciemnych włosów, także innych marek, to jedyny, który ma faktyczny wpływ na kolor.


Marka ma również propozycję dla włosów jasnych i rudych oraz serię z henną. Obecnie odżywkę już skończyłam, zostały mi resztki szamponu oraz cudownej maski kawowej - a jest to produkt, który na pewno jeszcze nieraz kupię.

Czy polecacie jakieś inne produkty Pilomax? Miałyście henny? Bardzo mnie teraz kuszą.
Planeta Organica, Najlepszy peeling enzymatyczny do twarzy

Planeta Organica, Najlepszy peeling enzymatyczny do twarzy

Peelingi enzymatyczne są zdecydowanie delikatniejsze i mniej drażniące niż peelingi mechaniczne, zawierające drobinki rysujące skórę. Szczególnie cery suche i wrażliwe, a także trądzikowe lub naczynkowe powinny zrezygnować z peelingów mechanicznych na rzecz łagodniejszych sposobów usuwania martwego naskórka. Najlepszym tego typu kosmetykiem będzie preparat na bazie kwasów owocowych, które łagodnie rozpuszczą martwy naskórek pozostawiając cerę odświeżoną, miękką i młodszą. Taki jest właśnie peeling Planeta Organica.



Planeta Organica, Naturalny żel peelingujący do twarzy, do wszystkich typów skóry

"Złuszczający żel do twarzy na bazie wyciągu z organicznej papai i kwasów AHA. Działa silnie regenerująco i tonizująco oraz poprawia wchłanianie innych substancji odżywczych. Wchodzące w skład peelingu kompleksy z ekstraktów roślinnych i olejków roślinnych poprawiają mikrokrążenie, wyrównują koloryt skóry, działają odświeżająco i wygładzająco."


Kosztuje ok. 15zł/50ml, do kupienia głównie w sklepach internetowych np. w Reco. Buteleczka z żelem zapakowana jest w kartonik, który jest co najmniej dwa razy za duży w stosunku do produktu. Kolorystyka bardzo mi się podoba, dodaje energii i świeżości.


Skład: Aqua enriched  with Carica Papaya Fruit Extract (organiczny ekstrakt z papai; głęboko odżywia i intensywnie nawilża skórę), Papain (papaina, enzym z papai; przyspiesza procesy odnowy komórek, wygładza skórę), Pyrus Malus (Apple) Fiber (błonnik jabłkowy; pobudza przemianę materii w komórkach skóry), Citric Acid (kwas cytrynowy; przeciwutleniacz), Lactic Acid (kwas mlekowy; usua martwy naskórek, nawilża), Bromelain (bromelaina, enzym z ananasa; złuszcza, nie podrażnia wrażliwej cery), Eclipta Prostrata Extract (ekstrakt z Bringraj; roślina ajurwedyjska;regeneruje i wzmacnia skórę), Daucus Carota Sativa Seed Oil (olej z nasion marchwi; spowalnia starzenie się skóry, nawilża i natłuszcza), Macadamia Ternfolia Seed Oil (olej makadamia; nawilża, działa przeciwzmarszczkowo), Persea Gratissima Oil (olej awokado; bogaty w witaminy, głęboko odżywia skórę), Vitis Vinifera Seed oil (olej z pestek winogron; działa przeciwzapalnie, chroni przed szkodliwymi rodnikami), Guaiacum Officinale Wood Oil (olej z gwajakowca lekarskiego; działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia), Citrus Aurantifolia (Lime) Peel Oil (olejek z limonki; działa przeciwzapalnie i ściągająco), Olea Europeae Fruit Oil (oliwa z oliwek; natłuszcza i nawilża skórę), Melia Azadirachta Oil (olej z drzewa Neem; działa przeciwzapalnie i regenerująco), Echinacea Purpurea Extract (ekstrakt z jeżówki; wzmacnia i regeneruje skórę), Linoleic Acid & Oleic Acid & Linolenic Acid (odpowiadają za prawidłowe nawilżenie skóry, wchodzą w skład cementu międzykomórkowego w naskórku), Mandelic Acid (kwas migdałowy; wygładza i nawilża), Saccharum Officinarum Extract (ekstrakt z trzciny cukrowej; nawilża i silnie regeneruje), Glycyrrhiza Glabra Root Extract (ekstrakt z korzenia lukrecji; rozjaśnia, zmniejsza zaczerwienienia, przyspiesza gojenie), Citrus Medice Limonum Fruit Extract (ekstrakt z cytryny; rozjaśnia, spowalnia starzenie skóry), Salicylic Acid (kwas salicylowy; złuszcza zrogowaciały naskórek, działa przeciwzapalnie), Retinol (witamina A; antyoksydant, chroni skórę przed starzeniem), Lecithin (lecytyna; zmiękcza i odżywia skórę, naturalny emulgator), Rosmarinus Officinalis Leaf Extract (ekstrakt z rozmarynu; działa przeciwzapalnie, ujędrnia, wygłądza), Glycolyc Acid (kwas glikolowy; oczyszcza, zmiękcza i wygładza), Hydroxypropyl Starch Phosphate (naturalny zagęstnik), Panthenol (prowitamina B5; poprawia nawilżenie, łagodzi podrażnienia), Sodium Hydroxide (regulator pH), Iron Oxydes (tlenek żelaza, naturalny czerwony pigment), Benzyl Alcohol (naturalny konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant identyczny z naturalnym, bezpieczny), Benzoic Acid (konserwant), Sorbic Acid (naturalny konserwant).


Buteleczka z ciemnego szkła zaopatrzona została w klasyczną pompkę, dzięki której łatwo i szybko można wydobyć odpowiednią ilość produktu. Jest to też higieniczne, chroni produkt przed kontaktem z bakteriami czy powietrzem.


Sposób użycia: nanieść na czystą i wilgotną skórę twarzy delikatnymi masującymi ruchami, omijając okolice oczu. Pozostawić na 10 minut, a następnie zmyć ciepłą wodą. Peeling stosuję najczęściej podczas prysznica lub tuż przed nim, zawsze wieczorem. Nakładam na skórę kosmetyk, delikatnie rozprowadzam na skórze twarzy oraz szyi i dekoltu, czekam przepisowe 10 minut, po czym zmywam ciepła wodą. Czasem po kilku minutach odczuwam bardzo delikatne ściągnięcie, które na szczęście znika po zmyciu. Nie jest to produkt szczególnie wydajny - na pokrycie samej tylko twarzy potrzebuję czterech małych pompek, ale przy stosowaniu raz w tygodniu wystarczy na kilka miesięcy. Na szczęście nie jest też drogi, za to nadrabia działaniem!


Produkt posiada konsystencję dość rzadkiego żelu o lekkim pomarańczowym zabarwieniu, jednak nie spływa ze skóry, spokojnie można w nim także chodzić. Warto pamiętać, że w miejscach szczególnie podrażnionych lub drobnych rankach, otarciach może zapiec - w końcu zawiera dużą ilość kwasów. Podczas analizy składu zwraca uwagę, że peeling nie zawiera żadnych sztucznych substancji zapachowych. Mimo to posiada delikatny, owocowy zapach, który przywodzi na myśl egzotycznego drinka. Zdecydowanie umila wieczorną pielęgnację. Uwielbiam go!


Skóra po zmyciu żelu jest niezwykle gładka, miękka i miła w dotyku. Nie jest to zwykły peeling, który po prostu złuszcza martwy naskórek, to coś więcej! Produkt poprawia koloryt, zmniejsza zaczerwienienia oraz drobne wypryski. Ułatwia skórze odbudowę, przyspiesza regenerację i w rezultacie ujędrnia, odmładza i rozjaśnia. Pomaga także przeniknąć kolejno nałożonym substancjom głębiej w naskórek, więc jest to idealny etap w pielęgnacji nie tylko naturalnej, ale nawet azjatyckiej. Skóra nabiera blasku, pory zostają lekko przymknięte, pod światło widać, że znikają drobne nierówności spowodowane podskórnymi grudkami.


Takie działanie, skład i cena sprawiają, że to najlepszy peeling enzymatyczny do twarzy jaki kiedykolwiek miałam! Pozostaje dla mnie zagadką dlaczego wciąż jest tak mało znany, bo zasługuje na uznanie.

A czy Wy go znacie? Używacie peelingów enzymatycznych do twarzy?
Wibo, Paletka do konturowania z Rossmanna, wersja Light

Wibo, Paletka do konturowania z Rossmanna, wersja Light

Marka Wibo ma wiele fanek, które polecają sobie wzajemnie różne produkty. Nic w tym dziwnego, ponieważ te kosmetyki są tanie i łatwo dostępne stacjonarnie, więc nawet w przypadku nietrafionego zakupu nie jest nam żal straconych pieniędzy. Często można za to znaleźć praktycznie za kilka złotych prawdziwe perełki, sama mam kilku ulubieńców wśród kosmetyków Wibo - pomadę do brwi czy automatyczne kredki do oczu. Nie wszystkie jednak "hity internetu Wibo" się u mnie sprawdziły. Przykładowo zachwalane tusze do rzęs - miałam kilka różnych i to nie jest efekt, jakiego oczekuję. Co warto kupić w Rossmannie?




Standardowa cena paletki ze strony Rossmanna to ok. 25 zł, ale łatwo kupić ją taniej (swoją kupiłam podczas promocji -49%, czyli za ok. 13 zł). Moja wersja to zestaw Light, przeznaczony dla jaśniejszej cery. Całość opakowana jest w kartonik, na którym znajdziemy podstawowe informacje.


Skład: Jest naprawdę nieciekawy, niektóre substancje mogą podrażniać, zapychać pory, wywołać alergię. Typowo drogeryjny produkt, ale... przynajmniej jest skład! Na wielu kosmetykach kolorowych zwyczajnie brak miejsca i choć według prawa klient może teoretycznie w każdym momencie poznać składniki produktu, dobrze wiemy jak wygląda to w praktyce. Pani w drogerii się nie chce, odsyła na strony internetowe, albo sama nie wie gdzie znaleźć informację. W związku z tym często kupujemy kosmetyki - którymi gmeramy przykładowo w okolicach oka - całkowicie w ciemno. Warto zwrócić też uwagę, że paletka jest "made in prc" czyli wyprodukowana w Chinach.



Plastikowe opakowanie jest bardzo trwałe, nie rozpada się nawet pomimo codziennego użytkowania przez kilka miesięcy. Lusterko jest pomocne, ale raczej małe i osobiście rzadko z niego korzystam, dodatkowo bardzo łatwo się brudzi, ponieważ sypkie produkty standardowo się pylą podczas nabierania na pędzel. Za to napisy są bardzo słabej jakości, większość starła się momentalnie, więc obecnie mam po prostu czarną paletkę z resztkami liter - nie wygląda to ładnie.


Paleta do konturowania Wibo zawiera:

Prasowany puder matujący w kamieniu - jak na puder jest bardzo ciemny. Używałam go raczej do delikatnego konturowania lub wyrównania koloru w lecie (używam wysokich filtrów do twarzy i szyi, więc jest delikatna różnica w porównaniu z resztą ciała). Całkowicie matowy i raczej mało trwały.

Rozświetlacz na kości policzkowe - piękny, lekko skrzący, ale bez drobinek, w chłodnym odcieniu. Na skórze utrzymuje się długo, do kilku godzin (zależy jak go nałożę i jaką mamy temperaturę na zewnątrz). Niestety jak to rozświetlacz - po jakimś czasie mocno podkreśla rozszerzone pory skóry, ale znalazłam na to sposób - najlepiej współpracuje z koreańskimi kremami BB (ich formuły są silikonowe, wypełniają pory i tworzą gładką powierzchnię, wieczorem koniecznie trzeba bardzo dokładnie wykonać demakijaż, aby uniknąć zapchania).

Róż do policzków - prześliczny, pomarańczowo-różowy odcień, w zależności od kąta padania światła załamuje się na dwa różne odcienie. Po prostu prześliczny! Długo utrzymuje się na skórze, bez problemu do wieczora, ale niestety okropnie podkreśla pory. W przypadku różu niestety nawet koreańskie BB nie dawały rady, więc znalazłam inne zastosowanie dla tego produktu.


Jakość produktu jest adekwatna do ceny. Kolory rozświetlacza i różu są obłędne! Przepięknie mienią się na skórze, przy czym dają uroczy efekt bez brokatu i całego tego straganowego "blichtru". Nie są mocno napigmentowane, więc nie uda się zrobić nimi plam, za to efekt można stopniować nakładając kolejne warstwy. Niestety mają również wady. Przede wszystkim bardzo podkreślają rozszerzone pory, co przy tłustej cerze jest mocno niepożądane. Dodatkowo lepiej uważać na ten zestaw w przypadku łatwo zapychającej się cery. Jestem maniaczką jeśli chodzi o dokładny, dwuetapowy demakijaż i nigdy go sobie nie odpuszczam, a jednak policzki miałam zapchane - podejrzewam, że to właśnie róż, ponieważ odkąd go tam nie nakładam skóra wróciła do normy. Prawdopodobnie na cerze normalnej lub suchej ten efekt nie wystąpi.


Jak używać palety do konturowania Wibo?

Paleta jest świetna dla osób początkujących, np. do nauki konturowania i rozcierania. Dobrze się aplikuje i łączy, nie tworzy plam. Kolorystyka jest idealna dla naprawdę jasnych cer i osób nie lubiących mocnego makijażu - odcienie dodają cerze świeżości i delikatnego rozświetlenia. Ponadto zestaw jest wielofunkcyjny, zastąpi również cienie, jasnym blondynkom nawet puder do brwi, wyrówna kolor szyi, podkreśli kości policzkowe, ukryje optycznie zbyt wysokie czoło (wystarczy matowym pudrem delikatnie przejechać tuż pod linią włosów), wykonturuje - choć delikatnie.


Osobiście najczęściej używam palety w makijażu dziennym do pracy. Różu używam jako cienia do powiek - robię tak od roku, odkąd zauważyłam, że zapycha skórę i nie widzę negatywnych konsekwencji - nie osypuje się, nie wałkuje w załamaniach i nie podrażnia oczu. Rozświetlacz nakładam w wewnętrzne kąciki oczu oraz na kości policzkowe, bronzera używam do delikatnego, mega szybkiego konturowania i do lekkiego przyciemnienia szyi.


Mój codzienny makijaż zajmuje mi 8-10 minut, rano przed pracą nie mam na niego więcej czasu. Paleta Wibo, róż, tusz do rzęs, miękka kredka, pomada do brwi - i jestem gotowa na kolejny dzień. Jak widzicie nie maluję się zbyt mocno, ponieważ nie mam czasu na dokładne blendowanie, wolę nałożyć jeden kolor na powieki niż niedokładnie roztarte dwa.

Na zdjęciu obok mój codzienny makijaż - efekt, jaki osiągam głównie paletą Wibo. Może nie jest oszałamiający, ale do codziennego, w miarę naturalnego podkreślenia rysów twarzy oraz szybkiego zaakcentowania oczu jak najbardziej wystarczający :)
Niestety dziś w Warszawie cały czas pada, zdjęcie wyszło dość ciemne - mam nadzieję, że jednak coś widać.

Jeśli chodzi o makijaż typowo wieczorowy mam poważne obawy czy uda się z owej paletki wykrzesać coś wyjątkowego. Może z rozświetlacza owszem, natomiast konkurowanie na pewno zniknie, podobnie róż w sztucznym świetle może być zbyt lekko widoczny.


Znacie tą paletkę? Czy wśród produktów Wibo znajdują się Wasi ulubieńcy?
Samo sedno, książka "Zioła dla smaku, zdrowia i urody" + konkurs

Samo sedno, książka "Zioła dla smaku, zdrowia i urody" + konkurs

Internet jest miejscem niezwykle chłonnym, znajdzie się tu miejsce praktycznie dla każdego. Czy wiecie, że poza powszechnym hejtem i obrzucaniem się zarzutami istnieją miejsca tak pozytywne, że aż nierealne? Ale od początku. Zaczęło się od tego, że mam pewien nawyk - przed przeczytaniem książki poszukuję informacji o autorze. Ciekawią mnie ludzie, którzy piszą (bo to moje marzenie!) - jacy są, co ich ukształtowało, skąd zdobyli wiedzę? Jakimi doświadczeniami lub meandrami wyobraźni chcą się podzielić z nieznajomym czytelnikiem? Tak trafiłam na blog Małgorzaty Kaczmarczyk, autorki "Zioła dla smaku, zdrowia i urody". Blog ziolowawyspa.pl jest o ziołach rzecz jasna, ale jak pięknie jest prowadzony! Jak poetycką duszę pokazuje nam autorka, jakże bliskie mi myśli przesyła przez ekran komputera. Przepadłam i z tym większą przyjemnością przeczytałam książkę, a dziś chcę się podzielić wrażeniami. Mam także niespodziankę i dla Was. Zapraszam.



Małgorzata Kaczmarczyk "Zioła dla smaku, zdrowia i urody"

"To kompendium wiedzy na temat wykorzystania ziół i naturalnych składników w robieniu domowych lekarstw czy kosmetyków. W książce znajdziesz mnóstwo sprawdzonych sposobów wspomagania zdrowia m.in. na zahamowanie przeziębienia, kaszel, uciążliwy katar czy fizyczne przemęczenie. Samodzielnie przygotujesz domowe kosmetyki: krem do twarzy, maseczkę, peeling do ciała czy ziołowy szampon – bez chemicznych dodatków. Książka zainspiruje cię też do kulinarnych eksperymentów i stworzysz niebanalne ziołowe potrawy: zupy, sałatki, a nawet desery. Kolorowe zdjęcia, praktyczne wskazówki i pasjonujące ciekawostki przekonają cię , że przetwarzanie ziół nie jest wiedzą tajemną i daje wiele satysfakcji."

 
Przede wszystkim książka jest przepięknie wydana. Twarda oprawa, dobrej jakości papier, wygodna do czytania, nie za mała czcionka. Oszałamiające, kolorowe zdjęcia ziół, potraw i kosmetyków. To wszystko sprawia, że trzymając w ręku tą pozycję jestem przekonana, że zajrzę do niej jeszcze nie raz. Nie jest to po prostu książka, którą się przegląda byle jak i odkłada na półkę, aby się kurzyła. O nie! Każdą z 272 stron czyta się z prawdziwą przyjemnością. Zioła dla smaku, zdrowia i urody można obecnie kupić w promocji za 35zł, jej standardowa cena z okładki to 45zł.


Książka podzielona jest na działy, dzięki którym z łatwością znajdziemy interesujące nas zagadnienie. Autorka zadbała o to, aby każdy mógł skorzystać z zawartych w pozycji przepisów, więc zaczyna od absolutnych podstaw. Dokładnie opisuje jak przygotować wyciągi wodne, olejowe, glicerynowe, octowe oraz sposoby maceracji ziół w alkoholu czy winie. Nie pomija także bardzo ważnego zagadnienia jakim jest naturalna konserwacja produktów. Chociaż robiłam już wyciągi i maceraty, suszyłam zioła to i tak dowiedziałam się kilku rzeczy.


Książka została napisana w sposób przejrzysty, dzięki uwypukleniu najważniejszych podtytułów oraz pełna dodatkowych wskazówek i informacji. Przeglądając ją z łatwością znajdziemy to, czego potrzebujemy. Mnóstwo przeróżnych przepisów m.in. na wina, lemoniady, zupy, nietypowe dania główne i zaskakujące sałatki a także przetwory i desery. Czyż nie brzmią fascynująco chipsy pokrzywowe, lody bzowe czy lemoniada chabrowa? A może macie ochotę spróbować sosu nasturcjowego lub majonezu nagietkowego? No właśnie! Typowo na pewno nie będzie.


Co ciekawe książka uświadomiła mi również, że w naturze możemy znaleźć  remedium na wiele dolegliwości zdrowotnych. Katar, ból pleców, przeziębienie? Teraz możesz sama przygotować szałwiowy spray na ból gardła, wzmacniającą nalewkę z aronii czy przeciwbólową maść żywokostową! Niesamowite. Mam już w planach w wolny weekend trochę poeksperymentować z ziołami, które mam aktualnie w szafkach. Kiedyś odkryłam, że ssanie goździków genialne pomaga na ból gardła, a teraz będę mogła rozwinąć domowe sposoby na lepsze samopoczucie.


Oczywiście mimo wszystko najbardziej zaciekawiła mnie część dotycząca robienia własnych kosmetyków. Kosmetyki robię od trzech lat, więc temat nie jest mi obcy, ale dotąd używałam raczej niewiele ziół (stawiałam na te bardzo podstawowe jak mięta, rumianek, szałwia, chabry). Teraz zdecydowanie łatwiej poszerzę własną wiedzę o kolejne, czasem bardzo nietypowe rośliny prosto z polskich łąk czy pól. Podoba mi się, że autorka nie tylko pokazuje jak zrobić kosmetyk, ale proponuje całe zabiegi poprawiające kondycję skóry czy np. dłoni. To także idealne wprowadzenie dla osób, które chciałyby zacząć używać naturalnych, zdrowych kosmetyków bez chemii, jakości wręcz jadalnej :)


Czy warto kupić "Zioła dla smaku, zdrowia i urody"?

Zdecydowanie tak. To książka, do której wraca się wielokrotnie nie tylko po inspiracje kulinarne, ale również po domowe (i skuteczne!) sposoby na zdrowie i urodę. To książka, dzięki której osoby zainteresowane zdrowszym trybem życia poznają podstawy stosowania ziół, ich rodzaje i pomysły na użycie ich w gotowych produktach. To książka, dzięki której osoby bardziej zaawansowane usystematyzują swoją wiedzę i uzupełnią o dodatkowe ciekawostki ze świata roślin. To w końcu książka, która jest po prostu ładna, idealna na prezent, zawierająca piękne zdjęcia.


Konkurs

A teraz mam dla Was obiecaną niespodziankę! Książkę możecie wygrać w konkursie, przy czym książki są trzy: jedną możecie wygrać zgłaszając się na blogu (w komentarzu), drugą na moim Facebooku, a trzecią na Instagramie. Co należy zrobić?
1. Odpowiedz w komentarzu na pytanie: Jakie jest Twoje ulubione zioło i jak najbardziej lubisz je stosować?
2. Udostępnij konkurs w dowolnym miejscu (Facebook, Instagram, baner na swoim blogu, Google + itp.) i wklej link do udostępnienia w komentarzu.
To wszystko! Będzie mi oczywiście miło, jeśli mając konto Google dodasz blog do obserwowanych, ale nie jest to żaden obowiązek.

REGULAMIN:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga cosmeticosmos.pl, sponsorem nagród wydawnictwo Edgard.
2. Konkurs trwa do 21 września do godz. 23:59
3. Wybór zwycięzcy na podstawie odpowiedzi na zadane pytanie nastąpi w ciągu max. 3 dni od daty zakończenia konkursu.
4. Konkurs nie jest grą losową.
5. Wygrywają trzy różne osoby i można się zgłosić wszędzie.
6. Zwycięzcy zostaną poproszeni o przesłanie adresu do wysyłki na maila.
POWODZENIA

Lubicie podobne książki? Chcecie częstsze recenzje? Zapraszam do konkursu i powodzenia.
Vianek, Naturalne masło do ciała energetyzujące

Vianek, Naturalne masło do ciała energetyzujące

Kosmetyki naturalne to moja miłość od pierwszego użycia. I miłość tą przekazuję dalej, bo lubię się dzielić tym, co dobre i warte poznania. Odkąd użyłam pierwszego produktu Sylveco, absolutnie przepadłam i pokochałambardzo dużo kosmetyków tej marki, podobnie było z młodszym dzieckiem Sylveco czyli Biolaven i oczywiście z Viankiem. Nie wszystko mi służy, bo też nie ma kosmetyków uniwersalnych - należy je dobierać pod kątem indywidualnych potrzeb skóry każdej z nas. Większość jednak świetnie wspominam, kilka kupiłam nawet wielokrotnie, co jest niesamowitym wyczynem dla takiej niepokornej testomaniaczki jak ja. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić masło do ciała z serii orzeźwiającej czyli zielonej. Masło, które posiada niezwykłą, miękką konsystencję i świetnie się wchłania.


Vianek, Masło do ciała z ekstraktami jabłka i mięty

"Bogate w składniki nawilżające masło do ciała pobudza i dodaje energii. Oliwa z oliwek zapewnia wygładzenie, zmiękczenie i przywrócenie elastyczności skóry. Masło zawiera również ekstrakty z jabłka i mięty, które odżywiają i odświeżają skórę. Systematyczne stosowanie zapewnia poprawę kondycji i wyglądu skóry, dzięki czemu staje się ona odporniejsza na przesuszenie."


Opakowanie to klasyczny, plastikowy słoik z zakrętką. Czasami dość niewygodnie się otwiera, zwłaszcza mokrymi rękoma, ale zazwyczaj nie sprawia mi to trudności. Po kilkukrotnym używaniu etykieta pod wpływem wilgoci uległa zniszczeniu i opakowanie nie wygląda już estetycznie.
Warto zwrócić uwagę, że najlepiej zużyć je w ciągu 3 m-cy od otwarcia. Można kupić wersję 150 lub 250 ml. Ceny wahają się w granicach 15-24 zł w zależności od pojemności i sklepu.


Skład cały: woda, olej sojowy (wygładza, natłuszcza i odżywia), masło shea (natłuszcza i nawilża, poprawia elastyczność), gliceryna (nawilża), oliwa z oliwek (źródło skwalenu, odżywia i wygładza skórę, przywraca elastyczność), Sorbitan Stearate (emulgator), Sucrose Cocoate (naturalny emulgator z oleju kokosowego, zmiękcza i nawilża), ekstrakt z szałwii (odświeża i oczyszcza skórę), ekstrakt z jabłka (bogactwo kwasów owocowych, antyoksydant, odświeża skórę i ułatwia przenikanie innych substancji głębiej), Glyceryl Stearate (emolient tłusty, tworzy film ochronny na skórze), Stearic Acid (substancja renatłuszczająca, stabilizator), Cetearyl Alcohol (emolient, natłuszcza), guma ksantanowa (zagęstnik), wit. E (odżywia, odmładza, chroni skórę, antyoksydant), Benzyl Alcohol (naturalny konserwant, imituje zapach jaśminu), kompozycja zapachowa, olejek eukaliptusowy (działa odświeżająco i pobudzająco), Dehydroacetic Acid (łagodny konserwant), Citronellol (składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach róży i geranium, potencjalny alergen).


Masło jest całkowicie białe, choć niestety mam tylko stare zdjęcia, które są dość ciemne. Produkt wypełnia opakowanie po same brzegi. Posiada niezwykle naturalny i delikatny zapach, w którym na pierwszy plan wybija się jabłko, ale nie takie sztuczne "zielone jabłuszko" rodem z PRL-u, a świeżo zerwane z drzewa. Zapach nie jest słodki, na skórze utrzymuje się chwilę, po czym znika - dla mnie idealnie, bo nie lubię mocnych, męczących aromatów.


Masło Vianka wyróżnia się wpośród innych tego typu produktów niesamowicie aksamitną i miękką konsystencją. Uwielbiam zanurzyć palce w słoiczku i czuć tą lekkość bytu :) Kosmetyk przyjemnie otula skórę, dobrze się na niej rozsmarowuje. Wystarczy użyć niewielkiej ilości, aby poczuć nawilżenie. Trzeba jednak uważać, ponieważ lubi "bielić", na pewno kojarzycie ten efekt, kiedy masło zostawia na skórze widoczną, białą warstwę. Na szczęście wystarczy lekko ją wklepać, aby całkiem zniknęła.


Starałam się uchwycić na zdjęciach tą konsystencję, jest lekko puszysta, a jednocześnie dość zwarta. Masło jest treściwe, więc zostawia delikatną warstwę natłuszczającą, która zabezpiecza skórę przed utratą wilgoci. Jeśli damy mu chwilę, wystarczy 2-3 minuty na lepsze wchłonięcie się, nie ubrudzi ubrań i nie będzie się kleić. Dzięki niemu skóra już po kilku użyciach staje się bardziej elastyczna, nawilżona, miękka i gładsza. Podoba mi się jego wydajność, używam go praktycznie od stóp po szyję co drugi dzień, zawsze na noc, a mimo to miałam je przez 2,5 miesiąca regularnego używania (nie liczę sierpniowej przerwy). Jeśli stosowałabym je tylko na nogi wystarczyłoby na dłużej! Przypomnę, że mam mniejsze opakowanie 150 ml, a bardzo często standardowe 250 ml innego produktu zużywam szybciej.


Masła najczęściej używałam na przełomie brzydkiego czerwca i lipca, kiedy temperatury nie rozpieszczały i ciągle padało. Moja skóra była w doskonałym stanie, przyjemna w dotyku, delikatna i sprężysta pomimo niesprzyjającej aury. W lecie używałam go już rzadziej, częściej stawiając na olejki tuż po kąpieli, ale chętnie w okresie jesienno-zimowym wypróbuję inne wersje maseł Vianka, jeśli są tak samo świetne, na pewno dam Wam znać.





Czy znacie inne wersje tego produktu? Po zapachu zainteresowała mnie seria fioletowa, składowo biorę je w ciemno. Pozdrawiam :)
Babuszka Agafia, Balsam do włosów, peelingi do stóp i ciała

Babuszka Agafia, Balsam do włosów, peelingi do stóp i ciała

Lubię kosmetyki Babuszki Agafii, choć ostatnio zrobiło się małe zamieszanie. Trzeba sprawdzać składy, co i tak zawsze robię, ponieważ może okazać się, że kupimy już całkiem inny produkt, wytworzony w Estonii. Estońskie wersje Babuszki mają zdecydowanie inne składy, już nie tak naturalne jak te rosyjskie.



Babuszka Agafia, Balsam do włosów z cedrem syberyjskim

"Balsam-nalewka do włosów osłabionych i przesuszonych. Pobudza cebulki włosów przyspieszając ich porost i ograniczając wypadanie. Produkt zostawia włosy mocne i zregenerowane, nie obciąża."


Balsam kupimy w wygodnej, smukłej butli za ok. 5 zł/280ml. Skład całkiem przyjemny. Głównie emolienty (nadają blask, chronią przed czynnikami zewnętrznymi, zachowują wilgoć), sok z brzozy (działa ściągająco i pobudzająco), ekstrakt z pięciornika (nawilża, dodaje objętości), organiczny olej lniany (zwiększa wytrzymałość i elastyczność włosów), syberyjski olej cedrowy (intensywnie odżywia). Szczegółowy skład poniżej.

Balsam jest bardzo lekki i delikatnie, przyjemnie pachnie ziołami. Świetny produkt do włosów cienkich i delikatnych, które łatwo obciążyć, ale do włosów grubych i suchych może być zbyt lekki. Cienkie włosy idealnie poskramia, sprawia, że błyszczą i się nie elektryzują, nie przyspiesza przy tym przetłuszczania. Trzeba jedynie uważać podczas nakładania, ponieważ jest bardzo lejący i lubi spływać z włosów, przez co jest średnio wydajny. Nie zauważyłam przyspieszonego wzrostu, ale też używałam go raczej jak odżywki nakładając na kosmyki od 3/4 wysokości. Chętnie go jeszcze kiedyś kupię, jeśli nie zmieni się skład.



Bania Agafii, Cukrowy scrub do ciała antycellulitowy

"Produkt efektywnie walczy z cellulitem, oczyszcza, rozszerza pory i usuwa toksyny. Naturalne składniki zmiękczają i wygładzają skórę, przywracając jej sprężystość i elastyczność."


Skład: szczegółowy poniżej. Formuła oparta jest na łagodnej substancji myjącej oraz cukrze trzcinowym i melisie, które oczyszczają skórę, usuwając martwy naskórek i zmiękczają. Zawiera także m.in. organiczny olejek rozmarynowy, który usuwa toksyny i zapobiega cellulitowi, a jednocześnie pobudza krążenie. Różeniec górski i syberyjski żeń-szeń dostarczają skórze witamin i antyoksydantów, odmładzając ją. Nie podoba mi się, że scrub posiada także polietylenowe drobinki, które nie rozpuszczają się w wodzie i zanieczyszczają środowisko.


Uwielbiam te saszetki Babuszki, można je bez obaw wziąć ze sobą na wakacje czy gdziekolwiek indziej. Zajmują mało miejsca, są praktyczne i trwałe, a koreczki dobrze trzymają, więc nic się nie wyleje. Nie podoba mi się natomiast, że są do siebie tak bardzo podobne, iż nie znając rosyjskiego łatwo je pomylić :)


Scrub antycellulitowy ma postać czerwonawej galaretki z zatopionymi licznymi drobinkami. Wyraźnie widać tu maleńkie pestki, cukier i nieszczęsne polietylenowe kuleczki. To, co mnie uwiodło to zapach, mogłabym wąchać go godzinami! Czuję tu letnie owoce, malinę, porzeczki, truskawki, wiśnie, istny kompot. Przy czym zapach wydaje się mocno naturalny, dość wyraźny, ale nie męczący i nie za słodki, bardzo przypadł mi do gustu, więc cieszę się, że przez jakiś czas pozostaje na skórze. Produkt nie pieni się w kontakcie z wodą, nie nawilża, ale i nie wysusza skóry. Peeling świetnie oczyszcza skórę dzięki trzech rodzajom drobin - cukier wyraźnie mocniej "drapie", reszta łagodnie masuje, pobudzając krążenie. Produkt pozostawia ciało pachnące, miękkie, gładkie i lekko naprężone. Nie zauważyłam wpływu na cellulit, ale nie łudzę się, że sam peeling dwa razy w tygodniu wystarczy. Jest to po prostu pięknie pachnący scrub do ciała, który można również z powodzeniem użyć do stóp lub dłoni. Kosztuje 5-7zł/100ml.


Łaźnia Agafii, Scrub do ciała gryczany

"Scrub poprawia jędrność i sprężystość skóry. Delikatnie oczyszcza, tonizuje i przygotowuje skórę do kolejnych etapów pielęgnacji. Naturalne składniki przywracają skórze elastyczność i pomagają zachować młody wygląd."


Skład: Tutaj początek składu nie bardzo mi się podoba: woda, zagęstnik i wodorotlenek potasu jako regulator pH - syntetyczne substancje, odpowiedzialne za konsystencję gęstej galaretki. Dalej mamy m.in. polietylen, czyli znów sztuczne ścierniwo, które zanieczyszcza środowisko, a które łatwo zastąpić choćby cukrem. Następnie mamy zmielone łuski gryki (bogate źródło witamin, ścierniwo), ałtajski miód (bogactwo witamin, chroni skórę przed starzeniem), ekstrakt z trawy cytrynowej (tonizuje, poprawia funkcje ochronne skóry), organiczny olej z melisy (poprawia sprężystość i ujędrnia skórę), olejek lawendowy (tonizuje, nadaje piękny zapach), konserwanty. Szczegóły poniżej, nie nazwałabym tego scrubu naturalnym:


Scrub gryczany posiada konsystencję gęstej galaretki, jak wspomniałam jest to zasługa syntetycznych substancji wysoko w składzie. Drobinki też są liczne, różnej wielkości i w różnych kolorach, całość wizualnie prezentuje się zachęcająco. Muszę wspomnieć, że peeling gryczany jest zdecydowanie delikatniejszy niż cukrowy, łagodniej "drapie" skórę i może się spodobać osobom, które nie lubią mocnych zdzieraków.


Działanie jest w zasadzie dość podobnego do scrubu antycellulitowego, z tym że delikatniejsze. Różnica jest natomiast w zapachu - wersja gryczana wyraźnie pachnie bardziej ziołowo, odświeżająco, pobudzająco, a sam zapach jest intensywniejszy, ale nie pozostaje na skórze. Produkt nie pieni się, a w kontakcie z wodą rozpuszcza i na skórze zostają tylko drobinki masujące. Scrub niestety lekko wysusza moją skórę, więc zazwyczaj balsamuję po nim ciało. Dla mnie jest to najmniej udana wersja tych produktów, raczej nie sięgnę po niego ponownie. Kosztuje 4-7zł/100ml.


Bania Agafii, Zmiękczający peeling do stóp

"Pomaga odzyskać gładką i delikatną skórę stóp. Usuwa martwy, zrogowaciały naskórek, tak aby skóra stała się miękka i gładka, a składniki aktywne mogły wniknąć głębiej i zapewnić skórze maksymalne odżywienie i nawilżenie."


Skład: Początek stanowią emolienty i gliceryna, następnie mamy m.in. drobinki polietylenowe (echhh, szkoda, że nie cukier lub zmielone pestki), wosk pszczeli (wygładza skórę, zmiękcza i zabezpiecza przed utratą wilgoci), ekstrakt z babki zwyczajnej (oczyszcza, regeneruje, działa antyseptycznie), organiczny ekstrakt z szałwii (tonizuje i koi skórę), mielona kora wierzby (usuwa zrogowaciały naskórek, odżywia i nawilża). Szczegóły poniżej:


Peeling do stóp ma fajną, lekko kremową konsystencję, która dobrze się rozprowadza na skórze. Zatopione liczne, ostre i bardzo małe drobinki świetnie masują twardą skórę stóp, pozostawiając ją wyjątkowo miękką i wygładzoną. Zapach brzoskwiniowej herbaty, pobudzający i przyjemny, pozostaje dosłownie chwilę na skórze, po czym znika. Zdecydowanie umila cały zabieg i wydaje się naturalny. Scrub nie pieni się. Jest też świetny do masażu rąk, zwłaszcza zniszczonych, z suchymi skórkami - momentalnie wygładza.


Peeling można stosować na dwa sposoby: na suchą skórę, aby dokładnie i dość mocno oczyścić i zmiękczyć skórę lub na wilgotną, kiedy działa nieco łagodniej, więc można go nawet użyć na łydki. Podoba mi się, że pozostawia na skórze leciutką, prawie niewyczuwalną warstewkę ochronną, dzięki czemu skóra nie jest sucha i nie potrzebuje natychmiastowego ratunku w postaci kremu. Kosztuje nawet 3,50zł/100ml. Być może jeszcze go kupię, zwłaszcza na urlop.


Tak się przedstawiają produkty Babuszki, których ostatnio używałam. Nie do końca się zgodzę, że są to kosmetyki w pełni naturalne, choć zawierają sporo fajnych substancji aktywnych. W przypadku tych produktów naprawdę warto czytać składy, ponieważ mogą się zmieniać.

Znacie scruby Babuszki Agafii? Zapachy mają niesamowite, ale chętnie widziałabym inne składniki ścierające zamiast polietylenu.