Nowości Dove: pianka pod prysznic, szampon oraz antyperspirant

Nowości Dove: pianka pod prysznic, szampon oraz antyperspirant

Bardzo lubię wszelkie kosmetyczne nowości. Podejrzewam, że Wy też tak macie, w końcu dobrze wiedzieć co aktualnie mamy do wyboru, a branża kosmetyczna cały czas pracuje pełną parą, aby nas zaskoczyć. Ostatnio mocno popularne stały się pianki, które osobiście bardzo lubię. Miałam już myjadła w tej formie do twarzy i do ciała oraz kremy. +100 do funu podczas pielęgnacji :) A jeśli jeszcze to wszystko idzie w parze z przyjemnym zapachem oraz przyzwoitym składem to chętnie dzielę się takimi rewelacjami. Zapraszam dzisiaj na nowości Dove.




Kosmetyki Dove przywędrowały do mnie wraz z cudowną informacją, a mianowicie znany jest już termin IV edycji Meet Beauty! Mam nadzieję, że dane mi będzie ponownie spotkać się z blogerkami urodowymi 21 i 22 kwietnia 2018r. w Warszawie. Jak dotąd byłam na wszystkich edycjach wydarzenia i bardzo je lubię!



W paczce znalazły się trzy kosmetyki Dove: Szampon do włosów, Pianka pod prysznic oraz Spray o obłędnym zapachu. Opakowania Dove zawsze miały w sobie ten minimalizm, który bardzo lubię. Przy okazji są trwałe i funkcjonalne, widać, że zostały dobrze przemyślane.


Dove, Regenerate, Szampon z czerwonymi algami do włosów bardzo zniszczonych

Wygodna tuba łatwo się otwiera, także mokrymi rękoma. Szampon posiada białą barwę z perłowym połyskiem, jest średnio gęsty. Obłędnie pachnie, choć sztucznie: kobieco, lekko kremowo, trochę słodko - podobnie mogą pachnieć perfumy. Co najlepsze, zapach bardzo długo utrzymuje się na włosach. Skład został oparty o Sodium Laureth Sulfate, więc szampon dobrze się pieni i mocno oczyszcza włosy oraz skórę głowy z zanieczyszczeń i resztek produktów do stylizacji. Zawiera także emolienty i silikony, dzięki czemu nie plącze włosów, nadaje im połysk oraz ułatwia rozczesywanie. Sprawia, że włosy się nie elektryzują i są gładkie. Używam go max. 2 razy w tygodniu, a moje delikatne włosy, aktualnie średnio porowate przez używanie prostownicy, nie wołają po nim o odżywkę czy maskę, toteż często ich nie nakładam, aby ich nie przeciążyć. Kosztuje ok. 20 zł/250 ml i jest bardzo wydajny.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycol Distearate, Sodium chloride, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Acrylates/Beheneth-25 Methacrylate Copolymer, Amodimethicone, C10-40 Isoalkylamidopropylethyldimonium Ethosulfate, Carrageenan, Cetrimonium Chloride, Citric acid, Cocamide MEA, Dimethicone, Dimethiconol, Dimethyl Palmitamine, Dipropylene Glycol, Disodium EDTA, Gluconolactone, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Keratin, Laureth-23, Laureth-4, Methylarachidic Acid, Methylisothiazolinone, Mica, Parfum, PEG-4, PEG-45M, Phenoxyethanol, Poloxamer 407, PPG-12, Propylene glycol, Silica, Sodium benzoate, Sodium hydroxide, Sodium Lauryl Sulfate, Sodium sulfate, Styrene/Acrylates Copolymer, TEA-Dodecylbenzenesulfonate, TEA-Sulfate, Trehalose, Trideceth-12, Xanthan gum, Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Hydroxycitronellal, Linalool, CI 77891



Dove, Antyperspirant Go Fresh Gruszka i Aloes

Klasyczny produkt w sprayu, nie zawiera alkoholu, za to zawiera aluminium (każdy antyperspirant je zawiera, ponieważ tylko aluminium blokuje pory i zapobiega poceniu, jeżeli produkt nie zatyka porów, a maskuje lub neutralizuje jedynie zapach - jest dezodorantem). Używam go sporadycznie, ponieważ na co dzień nie stosuję sprayów. Zapach jest niesamowity, choć gdybym nie przeczytała, że to gruszka z aloesem w życiu bym się nie domyśliła :D Pachnie lekko owocowo, ale z kremową nutą, bardzo odświeżająco i nieklasycznie, trochę słodko, ale z cierpkim tłem. Zapach utrzymuje się dość długo. Nie zauważyłam, aby zostawiał ślady, choć podejrzewam, że może tak być. Idealny produkt do odświeżenia się lub na co dzień. Jest wystarczająco skuteczny, choć przy większym wysiłku trochę czułam się nieświeżo. Ważne także, że można go używać na świeżo ogolone pachy, nie powoduje szczypania ani pieczenia. Widziałam, że są też pianki do mycia o tym zapachu i na pewno taką kupię! Kosztuje ok. 12 zł/150ml.

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Aluminum Chlorohydrate, Cyclopentasiloxane, PPG-14 Butyl Ether, Parfum, Helianthus Annuus Seed Oil, C12-15 Alkyl Benzoate, Disteardimonium Hectorite, Octyldodecanol, BHT, Dimethiconol, Propylene Carbonate, PEG-4, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Buthylphenyl Methylpropional, Citronellol, Linalool


Dove, Shower Foam, Pianka do mycia ciała Deeply Nourishing

To jest prawdziwy hit! Opakowanie z pompką jest bardzo praktyczne i wygodne. Pompka tworzy idealnie puszystą, średnio gęstą pianę, która dobrze myje skórę i nie wysusza jej. Skład oparty jest o Sodium Lauroyl Glutamate oraz Cocamidopropyl Betaine, czyli detergenty z oleju kokosowego, które przy zdrowej skórze powinny działać łagodniej niż SLS/SLES. Mogą jednak podrażniać skórę wrażliwą, choć u mnie nic takiego nie miało miejsca. Zapach pianki jest bardzo delikatny i ulotny, umila kąpiel, ale nie pozostaje na dłużej. Najbardziej kojarzy się z otulającym kremem, lekko perfumowanym i słodkim, ale subtelnym. A najlepsze jest to, że po zużyciu opakowanie można ponownie wykorzystać i z dowolnego detergentu robić sobie piankę! Kosztuje ok. 20zł/200ml i jest niesamowicie wydajna. Bardzo polubiłam tą piankę, umila mi codzienne, rutynowe czynności. Nie podrażnia, nie ściąga skóry. Przyjemny produkt.

Skład: Aqua, Sodium Lauroyl Glutamate, Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Sodium Lauroyl Glycinate, Lauric Acid, Sodium Laurate, Parfum, Polysorbate 20, Citric Acid, Iodopropynyl Butylcarbamate, PEG-4, PEG-4 Dilaurate, PEG-4 Laurate, Phenoxyethanol, Propylene Glycol, Sodium Benzoate, Sodium Hydroxide, Stearic Acid, Tetrasodium EDTA, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.




Nowości Dove oszałamiają przede wszystkim nietuzinkowymi zapachami, więc jeśli lubicie takie, możecie po nie sięgnąć. Nie są to produkty naturalne, ale trochę łagodniejsze od typowo drogeryjnych, łatwo dostępne i często można je nabyć w promocjach. Już wiem, że na pewno kupię jeszcze piankę do mycia o zapachu gruszki i aloesu, ponieważ ten soczysty aromat zwyczajnie mnie uwiódł, a sama pianka jest dość delikatna dla skóry. Stosowanie jej pod prysznicem to czysta frajda! Szampon jako mocniejszy oczyszczacz daje radę, a że nie zamierzam całkowicie rezygnować z mocniejszego mycia włosów chętnie sprawdzę inne wersje, natomiast na co dzień nadal będę używać łagodniejszych detergentów. Najmniej spodobał mi się antyperspirant, ale to pewnie dlatego, że od lat nie używam sprayów i trudno mi do nich wrócić. Niemniej ten zapach... cały czas za mną chodzi!


Lubicie kosmetyki Dove? Z drogeryjnych żeli pod prysznic kiedyś często korzystałam, choć nie miałam ulubionego zapachu. Wy macie?
Kosmetyki idealne na jesień i zimę! Kwasy, zapachy, długa kąpiel

Kosmetyki idealne na jesień i zimę! Kwasy, zapachy, długa kąpiel

Jesień sprzyja pielęgnacji, ponieważ wieczorem mamy więcej czasu i chętniej spędzamy go w domu. Także wraz z nastaniem chłodów warto zwrócić uwagę na konieczność mocniejszej ochrony skóry przed zimnem, a nawet mrozem i wprowadzenie choćby bardziej emolientowego kremu na dzień. Ale dzisiaj nie o tym, dzisiejszy wpis będzie o jesiennych ulubieńcach. Kosmetyki, które pomagają przetrwać ulewę, umożliwiają zapomnienie o wichurze za oknem i przenoszą myślą w cieplejsze rejony marzeń. Będzie o zapachach, kwasach i olejach, o maseczkach, solach i... zresztą zobaczcie sami!


ulubione kosmetyki na jesien zime

Zapachy idealne na jesień i zimę

W ponure, zbyt wcześnie zapadające wieczory często marzę o słonecznych dniach pełnych radości i beztroski. Takie letnie wakacje kojarzą mi się z kolorowymi drinkami, a te z kolei z cytrusami, najbardziej z pomarańczą. Cytrusy kojarzą się również ze Świętami, na które od lat przygotowuję dekoracje z pomarańczy i goździków. Dlatego w jesienne popołudnia chętnie sięgam po cytrusowe zapachy np. po olejek do kąpieli Balea - prawdziwa eksplozja słodkiej pomarańczy z połączeniu z odświeżającą miętą i gorącą wodą przenosi moje myśli na słoneczną plażę. Olejek Balea Minze & Orange to 500 ml butla radości i uśmiechu. Nie przeszkadza mi wtedy ani ulewa, ani wichura za oknem. Produkt jest bardzo wydajny, wspaniale się pieni (SLES) i zawiera olejki eteryczne. Uwielbiam!

Jeśli wolicie natomiast produkty naturalne i z lepszym składem możecie zainteresować się kosmetykami Africa Organics. Posiadają EKOCERT i bardzo łagodne detergenty, a zapach nadają im naturalne olejki eteryczne z upraw organicznych. Dzięki temu zapach jest w 100% odzwierciedleniem prawdziwych owoców, obłęd! Żel, który mam nie podrażnia, delikatnie się pieni i dobrze oczyszcza skórę. Dołączoną do niego miniaturkę lekkiego balsamu zużyłam z równą przyjemnością i z chęcią skuszę się na inne kosmetyki tej marki.

Nie jesteście fanami cytrusów? To co powiecie na mus pod prysznic o zapachu dyni, niekwestionowanej królowej jesieni? The Secret Soap Store ma propozycję o nietuzinkowych aromacie słodkiej dyni, gwarantuję, że czegoś takiego jeszcze nie mieliście! W delikatnym aksamitnym musie zatopione zostały płatki nagietka, a formułę wzbogacono o olej z nasion winogron. Przyjemny prysznic gwarantowany.

Wciąż za owocowo i wytrawnie? Proponuję więc Mus do ciała (balsam) o zapachu słodkiego czekoladowego ciastka z nutką pomarańczy od Biolove. Otulający, bardzo kobiecy i apetyczny zapach skusi każdego do pielęgnowania skóry. Mus jest lekki, a jednocześnie bardzo treściwy, doskonale natłuszcza i nawilża skórę. Biolove, marka dostępna tylko w drogeriach Kontigo, oferuje również żel pod prysznic, krem do rąk oraz masełko do ust o tym aromacie. Pysznie!


zapachy na jesien i zime

Najlepsze sole do kąpieli

Jesienią chętniej porzucam prysznic i wybieram wylegiwanie się w wannie. O wiele przyjemniej się to robi, jeśli skóra jest potem miękka, pachnąca i odświeżona, a to zapewnią nam sole do kąpieli. Najbardziej lubię zapachy owocowe, dlatego bardzo polubiłam się z Kozim mlekiem do kąpieli o zapachu Mango marki The Secret Soap Store. Mleko to tak naprawdę drobno zmielona sól z dodatkiem koziego i krowiego mleka oraz mango. Sprawia, że woda zabarwia się na biało, więc mamy wrażenie, że zażywamy kąpieli Kleopatry. Całości towarzyszy przyjemny zapach i zero podrażnień. Sama przyjemność!

Jeśli szukacie przy okazji lenistwa także wyszczuplenia warto rozejrzeć się za solą Fito Kosmetyk, której 530 g kosztuje ok. 5-6zł. Skład zawiera wiele ekstraktów i olei, w tym z brunatnic, które spalają tkankę tłuszczową i ułatwiają przepływ limfy w skórze, a jednocześnie odżywiają i leczą skórę. My się relaksujemy, a sól nas wyszczupla. Idealnie.

Najlepsze sole do stóp

Zimowe buty są ciężkie i grube, często dodatkowo na obcasie, więc nietrudno w tym okresie o odciski. Nie ma nic przyjemniejszego niż odpoczynek po całym dniu biegania, najlepiej  z nogami w misce z ciepłą wodą. Jednak stare, babcine sposoby są najskuteczniejsze! Do miski warto wrzucić sól, która zmiękczy odciski i zgrubienia, odświeży stopy i ukoi ból. Moje ulubione to Gehwol Fusskraft o obłędnym zapachu ziół i z zawartością mocznika oraz BingoSpa - z kolei całkowicie bezzapachowy kosmetyk, ale równie skuteczny. Zima mi niestraszna!

najlepsze sole do kapieli i stop

Kosmetyki z kwasami

Odkąd odkryłam kwasy używam ich regularnie. Przez cały rok stawiam na niskie, bezpieczne stężenia kwasu migdałowego lub glikolowego, a kiedy w ciągu dnia słońce świeci minimalnie zaczynam prawdziwe "złuszczanie". Kwaszenie pomaga odświeżyć cerę, usunąć martwe komórki i odsłonić nowe, jędrne, dzięki czemu skóra jest gładka, napięta i wygląda młodziej. Łatwiej także pozbyć się zaskórników i drobnych krostek.

Kwaszenie warto zacząć od niskich stężeń takich jak np. w Multiesencji 4w1 Bielendy lub moim ulubionym ostatnio Płynie micelarnym od AA. Oba kosmetyki zawierają niewielką ilość oczyszczających kwasów, idealnie dobranych do cery mieszanej i tłustej. Dzięki codziennej dawce skóra odzyskuje świeży wygląd, a zatkane pory szybciej i łatwiej zostają oczyszczone, więc cera jest nieskazitelna, czysta i gładka.

Aby wzmocnić efekt warto postawić również na krem np. z kwasem migdałowym Norel Dr Wilsz. Krem posiada delikatną konsystencję, dobrze się rozprowadza i pachnie kwasem migdałowym (powiedzmy trochę migdałami) - osobiście uwielbiam ten dziwny aromat. Skóra po dłuższej chwili zaczyna się błyszczeć, więc używam go jedynie na noc, a rano jest ona dobrze napięta, mięciutka i wyrównana, pory przymknięte. Świetny!

Na uparte niespodzianki stosuję natomiast żel punktowy MediQ Skin, którego formuła również oparta jest o kwasy. Tutaj jednak mamy do czynienia z dużo większym złuszczaniem skóry, więc warto pamiętać, aby nie stosować go przed ważnymi dla nas wydarzeniami, suche skórki nie wyglądają atrakcyjnie. Żel odblokowuje pory i pomaga pozbyć się większych pryszczy czy krostek. Można go także nałożyć na większą partię twarzy - najlepiej na max. 2-3 godziny, po czym zmyć tonikiem i nałożyć krem. Zafundujemy sobie złuszczenie starych komórek naskórka, a odsłonimy te młode.

Jeśli natomiast lubicie proste formuły, a do tego lubicie same tworzyć swoje kosmetyki polecam Wam spróbowanie mojego ulubionego przepisu na serum z kwasem migdałowym 10%. Najlepsze jakie kiedykolwiek miałam! Link poniżej.


kwasy dlaczego jesienia i zima

Dlaczego warto używać olei i olejków?

Mam cerę mieszaną w kierunku tłustej i kilka lat temu omijałam oleje szerokim łukiem. Niesłusznie! Odpowiednio dobrane oleje nie robią krzywdy, a wspaniale nawilżają, tworząc emolientową, odżywczą warstwę na skórze. Należy je jednak nakładać na humektanty np. kwas hialuronowy lub żel aloesowy, aby nie przesuszyły skóry.

Najlepsze oleje do cery tłustej i mieszanej

Przez ostatnie cztery lata używałam mnóstwo olei, wyrobiłam sobie opinię na temat tego, co najlepiej może się sprawdzić przy mojej skórze. Pamiętajcie jednak, że każda cera ma inne potrzeby i wymagania, wszystko ostatecznie i tak trzeba sprawdzić na sobie. U mnie najlepiej sprawdza się olej z konopi, wiesiołkowy, moringa, z pestek truskawek, malin i śliwki. Oleju Jojoba używam równie często, ostatnio także do masażu przeciw zaskórnikom na nosie. Jeśli lubicie mieszanki to szczerze polecam sera olejowe. Najlepsze są produkty Iossi np. Serum rozświetlające, które przepięknie pachnie geranium, ale trzeba pamiętać, że barwi skórę na żółto/pomarańczowo (tylko na noc) oraz mój najukochańszy kupny olejek do twarzy czyli Be.Loved, Serum It's a new day - pachnie przecudownie, mandarynką z miętowym tłem, bardzo szybko się wchłania, jest leciutkie i niesamowicie nawilża. Kocham!

Zimą także w pielęgnacji ciała stawiam na olejki. Cosnature proponuje opcję z owocem granatu, natomiast Bandi ma coś niesamowitego - olejek o zapachu piernika, idealna opcja w okresie Świąt lub kiedy nam do nich tęskno. Obu używam po prysznicu, wmasowując w wilgotną skórę, a nadmiar wycieram ręcznikiem. Nawilżają i pięknie pachną.


Balsamy ochronne do ust na zimę

Jestem ogromną fanką Odżywczego peelingu do ust Sylveco oraz ich balsamów: rokitnikowego i brzozowego. To produkty naturalne, z dobrym składem, których nie boję się "zjadać". Peeling pachnie słodko, lekko migdałowo i zużyłam już kilka, jeśli nie kilkanaście opakowań tego produktu. Wspaniale wygładza dzięki zawartości cukru trzcinowego, natłuszcza i odżywia usta, które z kolei wyglądają idealnie nawet pod matowymi pomadkami. Rokitnikowy balsam pachnie cynamonem (znów skojarzenie z jesienią i szarlotką babci), brzozowy jest najbardziej neutralny. Wszystkie doskonale chronią przed mrozem, wiatrem i słońcem, długo utrzymują się na ustach. Kosztują 5-10zł.

Maseczki z glinką

Nudny wieczór? Czytamy książkę, popijamy herbatkę, w tle palą się świece lub Cotton Ballsy. Warto wykorzystać ten czas jeszcze lepiej! Można nałożyć na twarz maseczkę, która ożywi cerę, oczyści ją i odżywi, ukoi podrażnienia, a przy okazji zwiększy poczucie relaksu. Brzmi świetnie, prawda? Osobiście najbardziej lubię glinki, nie przeszkadza mi, że trzeba je mieszać, ale czasem stawiam też na gotowe propozycje. Z moich ulubionych gotowych glinek wymienię Rapan Beauty oraz Dermaglin. Rapan to maseczki w słoiczku na kilka zastosowań, natomiast Dermaglin to saszetki na użycie raz, max. dwa razy. Próbowałam naprawdę wiele, z Rapana lubię wszystkie, natomiast z Dermaglin najkorzystniej na mnie działają wersje przeciwzmarszczkowe, mocno odżywcze z olejami lub miodem. Marka posiada także maski do stóp lub skóry głowy.


oleje czym sie roznia od kosmetykow glinki

Umilacze jesiennych wieczorów

Myślę, że każdy ma takie drobiazgi, które poprawiają humor. Moi ulubieńcy to świece, które uwielbiam chyba od dzieciństwa, woski zapachowe oraz Cotton Ballsy - wszystko co tworzy ciepłą atmosferę. Ostatnio kupiłam także świetny, włochaty termofor, który jest jak niemruczący kot - niestety póki co nie mogę dać domu prawdziwemu stworzeniu, choć bardzo bym chciała. Poza tym także zimą zwykle mam w domu świeże kwiaty, cały rok moje ukochane storczyki oraz ogródek z roślinami owadożernymi (męża). A nudne wieczory umilam sobie dobrą książką, filmem lub... czytaniem blogów.

swiece termofor kwiaty

A Wy jak znosicie jesienne i zimowe wieczory? Co zaprząta Wasze myśli, na jakie kosmetyki stawiacie? Czym wypełniacie dłużący się czas?
Mizon, Aloesowy żel 90% czyli jak nawilżyć i ukoić skórę

Mizon, Aloesowy żel 90% czyli jak nawilżyć i ukoić skórę

Aloes towarzyszy mi od dawna, choć nie zawsze w formie żelowego kosmetyku. Od dzieciństwa lubię trochę odstraszający wygląd tej rośliny, w późniejszych latach polubiłam także jej smak oraz zapach, a w ostatnich namiętnie szukałam ekstraktu lub soku w kosmetykach. Dlaczego? Ponieważ aloes - o ile nie jesteśmy na niego uczuleni - to wielofunkcyjny kosmetyk, który dobrze nawilża i pielęgnuje cerę, a także łagodzi skutki ukąszeń lub poparzeń. To taki kosmetyk do zadań specjalnych, ale także do codziennej pielęgnacji, gdy cera staje się przesuszona lub podrażniona. Najlepiej jeśli w kosmetyku jest go maksymalnie dużo, tak jak w produkcie Mizona, gdzie 90% składu to właśnie aloes.



Mizon, Aloe 90 Soothing Gel, Żel aloesowy 90%

Żel o zawartości 90% soku aloesowego pochodzącego z roślin czystej wyspy Jeju. Głęboko nawilża dzięki dodatkowi kwasu hialuronowego. Zawiera składniki łagodzące, jak alantoina oraz ekstrakty z portulaki, irysa i piwonii. Starannie skomponowany kompleks roślinny w postaci ekstraktów z szarotki, maliny, konwalii i lilii chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Betaglukan wpływa na poprawę elastyczności skóry.


Żel Mizona kupimy w zielonym kartoniku, który powinien być zabezpieczony naklejką z hologramem. Kosztuje ok. 30-35 zł/50 ml i obecnie jest łatwo dostępny przez internet. Kupując produkt u polskiego dystrybutora na opakowaniu powinna widnieć naklejka z informacjami w języku polskim.


Skład: woda i ekstrakt z aloesu, które razem powinny tworzyć 90% bazy w postaci żelu aloesowego. Następnie mamy glicerynę, która też nawilża oraz składniki konsystencjotwórcze, konserwanty i składniki aktywne np. kwas hialuronowy, alantoina, panthenol, betaglukan oraz ekstrakty z portulaki, irysa i piwonii, szarotki, maliny, konwalii, lilii. Jednak nie oszukujmy się - główną rolę gra tu aloes, reszta jest w śladowych, minimalnych ilościach.


W kartoniku znajdziemy zgrabną, zieloną tubkę z zakręcanym korkiem. Tak jak Azjaci lubią, pod korkiem znajduje się dodatkowe zabezpieczenie w postaci sreberka, dzięki któremu wiemy, że produkt jest świeży, przez nikogo wcześniej nieotwierany.


Otworek tubki jest idealnej szerokości, z łatwością wydobywa dokładnie taką ilość żelu, jakiej potrzebujemy. Miękka tubka pozwala wycisnąć wszystko do samego końca - sprawdziłam, praktycznie wykończyłam już mój żel i nie ma z tym problemów. W razie potrzeby możemy opakowanie także rozciąć, szkoda w końcu marnować taki produkt :)


Aloesowy żel Mizon jest bardzo lekki i delikatny. Kosmetyk jest przezroczysty, średnio gęsty, nie spływa ze skóry i delikatnie pachnie, choć nie do końca naturalnie. Szybko się wchłania nie pozostawiając lepiącej czy tłustej powłoczki, ale trzeba pamiętać, aby nakładać go tylko na wilgotną skórę - wtedy nie ściągnie nieprzyjemnie porów i nie da uczucia "suchości". Ja wklepuję go zaraz po hydrolacie lub esencji Bielendy, czasem po tonerze Klairs - w zależności od potrzeb skóry. W lecie często używałam go na dzień, także pod makijaż, pod który równie świetnie się nadaje. Na dobrze nawilżonej skórze każdy podkład czy krem bb wygląda idealnie. Na obecne temperatury jest już zbyt delikatny, teraz stawiam na coś bardziej emolientowego i chroniącego przed zimnem, natomiast żelu używam codziennie na noc jako jeden z etapów pielęgnacji (pod serum lub olej). Uwielbiają go również moje włosy, choć nałożyłam go jedynie kilka razy, ponieważ mi szkoda :)
Żel wyraźnie nawilża i napina skórę, koi wszelkie podrażnienia i wypryski. Zatrzymuje wilgoć w skórze, nie pozwalając jej odparować - jeśli odpowiednio go użyjemy. Stosowany regularnie pozytywnie wpływa na stan cery oraz wydzielanie sebum - skóra nie błyszczy się, a pory są lepiej domknięte. Łagodzi także ewentualne stany zapalne, przy czym nie "zapycha porów" i "nie tłuści". Jest idealnym produktem do każdego rodzaju skóry, choć należy pamiętać, aby nałożyć na niego emolienty (odrobinę kremu lub oleju, serum).



Jak używać żelu aloesowego?

  1. Zawsze nakładamy żel na wilgotną skórę (hydrolat, woda termalna, mgiełka), a na niego delikatną warstwę emolientu (olej, krem, serum). Wtedy doskonale zatrzyma wilgoć w skórze zamiast ją stamtąd "pobierać" i odprowadzać na zewnątrz.
  2. Na skórę twarzy jako nawilżacz - do każdego typu skóry, choć z rozmów wiem, że najbardziej zadowolone są z niego posiadaczki skóry tłustej i mieszanej.
  3. Pod makijaż, także mineralny - cera będzie wyglądać bardziej promiennie, a podkład zabezpieczy odparowanie wody (nie trzeba nakładać już kremu).
  4. Na włosy jak dogłębny humektant - zatrzymuje wilgoć we włosie, ale zachowujemy tą samą zasadę - na niego emolient (maska, masło shea, olej kokosowy, dobra odżywka).
  5. Na ciało jako wzmacniacz nawilżenia, gdy nam go brakuje, pod masło lub balsam.
  6. Na ciało  i twarz po depilacji, aby złagodzić podrażnienia i ukoić ból.
  7. Po opalaniu, gdzie złagodzi poparzenia słoneczne, ochłodzi skórę i przyniesie ulgę.
  8. Na ukąszenia owadów - ochłodzi te miejsca i złagodzi swędzenie oraz pieczenie.
  9. Pod oczy, gdzie nawilży i być może zmniejszy cienie oraz opuchliznę, lekko napnie skórę - oczywiście warto na niego nałożyć odrobinę kremu lub oleju.
  10. Jako krem do rąk i do stóp, ale zawsze pod krem - zwiększy działanie kremu, skóra będzie gładsza i lepiej nawilżona.
  11. Na oparzenia, ale tylko te bardzo płytkie, wspomoże gojenie się i uśmierzy podrażnienie.
  12. Na rozstępy, używany regularnie zmniejsza ich widoczność i ujędrnia. 
  13. Do tłustej i trądzikowej cery, ponieważ działa przeciwzapalnie, a także zmniejsza namnażanie bakterii, wirusów i grzybów. 
  14. Na skórę głowy, gdzie zmniejsza łupież, swędzenie, wzmacnia cebulki i nawilża.
  15. Na paznokcie i skórki, gdzie nawilża, wzmacnia i uelastycznia płytkę.
  16. UWAGA! Wiele osób jest uczulona na aloes, co objawia się zaczerwienieniem, pieczeniem, swędzeniem i mocnym ściągnięciem skóry (objawy są bardzo indywidualne). W takim wypadku nie należy stosować kosmetyków z tym składnikiem. Można go trochę zastąpić kwasem hialuronowym lub filtratem ze śluzu ślimaka.


Używacie żelu aloesowego? Lubicie jego działanie czy może macie uczulenie na ten składnik?
Gdzie kupić kosmetyki naturalne w Warszawie? Relacja z otwarcia Helfy

Gdzie kupić kosmetyki naturalne w Warszawie? Relacja z otwarcia Helfy

Każda fanka zdrowej żywności lub kosmetyków naturalnych czy wegetariańskich zadaje sobie pytanie: gdzie je kupić? Szukamy szerokiego wyboru w przystępnej cenie, promocji, możliwości osobistego odebrania zakupów lub sprawdzenia konsystencji czy zapachu na testerze. Chcemy mieć duży wybór oraz poradzić się rzetelnych sprzedawców, którzy pasjonują się dokładnie tym samym, co my. Ja na pewno należę do takich osób, a wiem, że grono fanek produktów naturalnych stale się powiększa. Dlatego tak bardzo cieszy mnie wiadomość, że sieć sklepów Helfy powiększyła się i niedawno został otwarty również sklep w Warszawie. Do tej pory z asortymentu mogły swobodnie korzystać mieszkanki Krakowa, Wrocławia, Katowic oraz Torunia. Oczywiście zawsze można zrobić zakupy on-line, tym bardziej, że Helfy zawsze podaje składy sprzedawanych kosmetyków, ale przykładowo perfum przez internet już nie powąchamy.



Sklep stacjonarny Helfy znajduje się na Al. Komisji Edukacji Narodowej 51 w Warszawie, 8 minut spacerem od stacji metra Imielin, 10 minut od stacji Natolin. Dotrzeć łatwo, ominąć i nie rozpoznać trudno :)


Helfy to nie jest ogromny sklep pozbawiony osobowości. Wnętrze jest klimatyczne i wygodne, a półki wręcz uginają się od kosmetyków. Wszystkie kosmetyki są co najmniej wegetariańskie, a duża część jest wegańska. Jest to bliskie filozofii właścicieli, którzy są wegetarianami - jak ja :)


Na półkach można znaleźć wiele perełek, ale warto czytać składy, ponieważ niewielka część kosmetyków do włosów zawiera parafinę - skoro część klientek poszukuje takich kosmetyków i one im służą, Helfy je oferuje. W końcu każda z nas unika innych składników, nie da się dogodzić każdemu. Czytanie składów przed zakupem to u mnie norma, zawsze można się również poradzić sprzedawczyń. Warto podglądać ofertę, ponieważ często pojawiają się promocje i wyprzedaże, więc łatwo upolować genialne produkty w jeszcze niższej cenie.


Co ciekawe w sklepie znajdziemy również spory wybór środków czystości. Osobiście najczęściej używam zwykłego octu, sody i cytryny, ale podczas wizyty zakupiłam bezzapachowy, biodegradowalny płyn do tkanin i jestem z niego niezwykle zadowolona. Pranie jest miękkie i nie elektryzuje się, w pralce nie ma niepożądanych zapachów, a jeśli mam ochotę na pachnące ubrania dodaję do szufladki kilkanaście kropel olejku eterycznego :)


Helfy posiada niezwykły asortyment, część marek była mi dotąd nieznana. Przykładowo czy wiecie, że na Podhalu produkuje się naszą rodzimą wodę termalną Termissa? Oczywiście kupiłam jedną na wypróbowanie!


Jednak największym hitem był regał z perfumami. Francuskie, arabskie, orientalne zapachy - każdy znajdzie coś dla siebie. W ciemno trudno kupić perfumy, opisy często są mylące, różne nosy wyczuwają inne nuty zapachowe albo wręcz je mylą. W sklepie stacjonarnym można wypróbować każdy zapach na sobie, ponosić go, potestować, sprawdzić jak się rozwija. A zapachy są nieziemskie! Choć zawsze myślałam, że ciężkie perfumy nie są dla mnie znalazłam kilka, które mocno trafiają w mój gust, a widoczna na zdjęciu niżej woda toaletowa Acorelle wręcz mnie uwiodła! Jest przepiękna!


Helfy to również prawdziwy raj dla osób kochających domowe kosmetyki i prostą pielęgnację. Olej 100%, kwas hialuronowy czy masło? Nie ma sprawy! Wszystko jest na miejscu. Wystarczy wybrać najlepszą opcję do rodzaju cery. Naturalne, pięknie wyglądające mydełka? A może płyn do mycia owoców i warzyw? Proszę bardzo :)


Naturalny makijaż jak najbardziej również jest możliwy. Puro BIO, Benecos czy Felicea to propozycje dla osób szukających alternatywy dla drogerii, czyli kolorówka oparta o oleje i pigmenty.


Sklep stacjonarny będzie się rozwijał. Już wkrótce możliwy będzie odbiór osobisty kosmetyków czy żywności zakupionej on-line. Sama czekam na dostępność świątecznej edycji herbat Yogi Tea, której spróbowałam podczas otwarcia, a która zdecydowanie mnie oczarowała jesiennym aromatem i rozgrzewającą mocą.


Podczas otwarcia spotkałam inne roześmiane blogerki: Revelkove-Love, Kolorowy Kraj, Blonde Bangs serdecznie pozdrawiam! Mam nadzieję, że jeszcze nieraz się spotkamy :) Sympatyczna Pani Małgosia cierpliwie odpowiadała na nasze pytania, oprowadzała nas po sklepie i poczęstowała wegańskim tortem oraz wspomnianą herbatką. Atmosfera była świetna, luźna i wesoła :) Świetnie się bawiłam przeglądając półki i pewnie będę częstym gościem w sklepie.


Poniżej możecie zobaczyć jakie cuda przywiozłam do domu! Niektóre kosmetyki już są w użyciu :)

Znacie Helfy? Robicie zakupy w sklepach z kosmetykami naturalnymi? Czy Was również fascynują orientalne perfumy?
Klairs, Toner nawilżający, Supple Preparation Facial Toner

Klairs, Toner nawilżający, Supple Preparation Facial Toner

Pielęgnacja azjatycka opiera się na wielu etapach, co osobiście przejęłam i wykorzystuję w codziennych rytuałach, choć nie wszystkie używane przeze mnie kosmetyki są azjatyckie. Zauważyłam, że moja tłusta skóra nie błyszczy się tak mocno jak kiedyś, pory są lepiej przymknięte, a cera jędrniejsza, zdecydowanie lepiej nawilżona (nawodniona?) i praktycznie nie miewam suchych skórek. Dużo rzadziej pojawiają się także niedoskonałości, co jest również efektem unikania składników powodujących "zatykanie porów" oraz podrażniających. Moja skóra jest w dużo lepszej kondycji niż kiedy miałam 20 lat (obecnie mam 32)! Jednym z moich sekretów jest codzienne używanie tonera czyli "śliskiej wody" jak określa go Interendo. Co to jest toner? Jak go używać? Odpowiedź poniżej.



Co to jest toner i po co go używać?

Koreański toner to nie jest odpowiednik naszego europejskiego toniku, choć często w sklepach tak jest podpisywany. Jego zadaniem nie jest jedynie przywrócenie odpowiedniego pH skóry, ewentualnie zmatowienie (kosmetyki z alkoholem, których nie używam do twarzy!). Toner ma za zadanie zwiększyć nawilżenie lub bardziej dosadnie nawodnienie skóry i ułatwić kolejno nakładanym kosmetykom wniknięcie głębiej. Toner nakładamy na zwilżoną uprzednio skórę - Azjatki używają mgiełek (mist), a ja hydrolatów (do tłustej cery zwłaszcza lawenda, neroli i czystek) lub wody termalnej. Na toner nakładamy więc kolejne kosmetyki - u mnie czasem jest to żel aloesowy, czasem serum, czasem krem. Zdarza się też, że nakładam jeszcze dwa, trzy kolejne produkty, miksując azjatyckie z europejskimi, najczęściej naturalnymi produktami.



Klairs, Toner do twarzy

Na polskich stronach opisywany najczęściej jako tonik z dużą zawartością ekstraktów roślinnych. Przywraca odpowiednie pH skóry i dogłębnie ją nawilża, łagodzi podrażnienia, przygotowując do kolejnych etapów pielęgnacji, zwiększając wchłanianie kolejno nałożonych substancji aktywnych. Kosztuje ok. 80-90 zł/180 ml. Do kupienia m.in. w Kontigo oraz Juui.


Skład: Długi i napakowany licznymi ekstraktami. Dość wysoko zawiera kwas hialuronowy, betainę,  argininę oraz lipidure, które doskonale koją i nawilżają skórę. Beta-glucan, ekstrakt z wąkroty azjatyckiej (Centella Asiatica) oraz panthenol wspomagają leczenie stanów zapalnych, działają antybakteryjnie, przeciwzapalnie, tonizująco, a jednocześnie regenerująco, wzmacniająco i ochronnie.


Toner Klairs kupimy w kartoniku, w którym kryje się plastikowa butla z ciemnego plastiku. Butelka zaopatrzona jest w klasyczny, odkręcany korek i zabezpieczona sreberkiem. Otworek jest bardzo mały, więc produkt nie wylewa się w nadmiarze i łatwo go dozować.


Kosmetyk ma postać "śliskiej wody", chociaż nadal jest lejący, wyraźnie widać, że jest zagęszczony i lekko żelowy. Kolor przezroczysty. Konsystencja nie pozostawia żadnej wyczuwalnej warstwy i nie klei się na skórze. Posiada przyjemny, bardzo subtelny zapach, który wydaje się być całkowicie naturalny, dzięki zawartości licznych olejków eterycznych (m.in. lawendowego, pomarańczowego, cytrynowego i z eukaliptusa). Nie martwcie się, jest naprawdę mało wyczuwalny, więc nawet jeśli nie lubicie naturalnych aromatów powinien być do zniesienia. Nie utrzymuje się raczej na skórze, zwłaszcza jeśli na toner nakładamy zaraz kolejne warstwy kosmetyków.


Toner nakładam na oczyszczoną skórę, którą uprzednio zwilżyłam hydrolatem lub wodą termalną. Dokładnie, nakładam go na wilgotną skórę. Używam go na dwa sposoby, choć żaden nie jest idealny. Wylany na palce trochę przecieka i muszę uważać, aby jak najwięcej przenieść na skórę bez wybrudzenia czegokolwiek. Wylany na wacik mimo wszystko trochę się marnuje, ponieważ zawsze coś wsiąknie w bawełnę, zamiast przenieść się na skórę. Tutaj wszystko zależy od umiejętności, ostatnio częściej stawiam na palce, a ewentualny nadmiar wcieram także w dłonie. Zarówno palcami jak i wacikiem nie pocieram cery, a próbuję go delikatnie wciskać miejsce po miejscu, omijając okolice oczu i usta.


Skóra już sekundę po nałożeniu tonera jest ukojona i lekko schłodzona. Podrażnione miejsca doznają natychmiastowej ulgi, co najczęściej obserwuję na policzkach, gdzie skóra często jest zaczerwieniona (naczynka). Przy regularnym używaniu cera jest mocno nawilżona, wręcz napojona, jędrniejsza, elastyczna i miękka w dotyku. Nabiera zdrowego wyglądu, delikatnego "glow", zupełnie innego niż niechciane błyszczenie od nadmiaru sebum. A propos sebum - skóra wytwarza go zdecydowanie mniej, więc pokuszę się o stwierdzenie, że dobrze nawilżona cera samoistnie się reguluje. Kremy czy sera nałożone na toner widocznie szybciej się wchłaniają, mam nadzieję, że zgodnie z oczekiwaniami także głębiej (jak to sprawdzić??). Skład nie spowodował u mnie wysypu czy tzw. "zapychania", nie podrażnił. Tonera używam od jakichś 6 m-cy i zużyłam może pół buteleczki, więc jest to produkt mocno wydajny. Używam go prawie codziennie wieczorem i nie wyobrażam już sobie pomijać tego kroku.


Czy Wy również stosujecie wieloetapową pielęgnację? Kiedyś napiszę post na ten temat, chyba że chcecie o tym przeczytać i mnie zmobilizujecie :)
Cosnature, Naturalny szampon z olejem z pestek granatu

Cosnature, Naturalny szampon z olejem z pestek granatu

Lubię naturalne szampony, choć muszę uczciwie przyznać, że trzeba się do nich trochę przyzwyczaić. Zdecydowana większość z nich potrafi plątać włosy, ponieważ nie zawiera silikonów, które oblepiają kosmyki i dają złudne wrażenie gładkiego, zdrowego włosa. Zazwyczaj po umyciu i tak używam maski lub odżywki, więc dla mnie nie jest to problem. Zauważyłam natomiast, że naturalne kosmetyki nie powodują u mnie łupieżu, nie podrażniają skóry głowy, a włosy dłużej są świeże. Odpowiednio dobrany do indywidualnych potrzeb, naturalny szampon dobrze oczyszcza i nie niszczy naturalnej warstwy lipidowej skóry.



Cosnature, Szampon zwiększający objętość włosów

"Szampon o silnym działaniu odżywczym i wzmacniającym. Wnika wgłąb włosa, odżywia go i regeneruje. Chroni skórę głowy i włosy przed szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych, w tym promieni słonecznych, a także utratą wody. Działa łagodząco i kojąco, a także spowalnia proces starzenia się komórek. Łagodnie myje włosy i nie podrażnia skóry głowy. Pozostawia włosy czyste, mocne, błyszczące i nie obciążone."


Butla szamponu z porządnego plastiku została zaopatrzona w wygodny korek na klik. Korek bardzo mocno trzyma, co jest zaletą np. w podróży. W codziennym użyciu również łatwo go otworzyć, nawet mokrymi rękoma.


Skład: Aqua (woda), Coco-Glucoside (roślinny, bardzo łagodny detergent, myje i tworzy pianę, także emulgator), Sodium Cocosulfate (średnio łagodny detergent, może wysuszać wrażliwą skórę, nie polecany dla osób z AZS), Sucrose (cukier, nawilża, łagodzi i koi skórę, oczyszcza i zapobiega rozdwajaniu się końcówek), Betaine (humektant, nawilża i ułatwia wnikanie innych składników), Sodium Chloride (sól, zagęstnik), Citric Acid (regulator kwasowości, pomaga także domknąć łuski włosa, dzięki czemu jest on błyszczący i gładki), Glyceryl Oleate (emulgator, nawilża, utrzymuje wilgoć w skórze, nadaje połysk włosom i je wygładza), Ounica Granatum Seed Oil (olej z pestek granatu, działa antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie, wygładza i regeneruje, odżywia i wzmacnia), Parfum, Limonene, Citral, Linalool, Geraniol (kompozycja zapachowa i jej składniki, mogą uczulać), Tocopherol (wit. E, chroni oleje przez jełczeniem, odmładza i odżywia, chroni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi), Hydrogenated Palm Glycerides Citrate (naturalny emulgator, także substancja myjąca i kondycjonująca), Lecithin (lecytyna, naturalny emulgator, zmiękcza i odżywia)), Ascorbyl Palmitate (estrowa pochodna wit. C, stymuluje ukrwienie skóry, rozjaśnia, ujędrnia i uelastycznia), Sodium Benzoate (konserwant, dopuszczony w produkcji kosmetyków naturalnych, bezpieczny dla kobiet w ciąży).


Szampon posiada przyjemny, dość słodki zapach, identyczny jak olejek Cosnature z serii z granatem. Zdecydowanie wyczuwam tu nuty owocowe, dość naturalne, ale intensywne, choć sam zapach ulatnia się po jakimś czasie z włosów. Jeśli zapach szamponu bardzo się komuś spodoba może go wzmocnić użyciem właśnie wymienionego wyżej olejku, który świetnie nadaje się także do olejowania włosów.



Konsystencja szamponu jest średnio gęsta, wystarczająco aby nie przeciekała przez palce w trakcie nakładania piany na włosy. Produkt jest całkowicie przezroczysty, nie zawiera żadnych barwników. Kosztuje 15-16zł/200 ml.


Szampon bardzo dobrze się pieni, dzięki zawartości SCS (Sodium Cocosulfate, substancja podobna do SLS/SLES, troszkę delikatniejsza, tu występuje po bardzo łagodnym detergencie). Jeśli lubicie dużo piany to będziecie zadowoleni. Słyszałam, że niektórzy są tak mocno przyzwyczajeni do nadmiernego pienienia się kosmetyków, że mają wrażenie "niedomycia" lub wręcz braku działania, kiedy piany jest mało, choć stałe katowanie skóry silnymi detergentami nie jest dla niej dobre. Przesuszenie zmusza skórę do obrony i niszczy jej naturalne procesy ochronne, przez co staje się ona często podrażniona, łuszcząca lub nadmiernie wydziela sebum. W przypadku szamponu Cosnature mamy pewnego rodzaju kompromis, formułę łagodniejszą i dobrze się pieniącą, jednak powinny na niego uważać osoby z AZS i bardzo wrażliwą skórą głowy.


Szampon Cosnature zwiększający objętość włosów właściwie robi to co obiecuje. Dobrze oczyszcza włosy, choć w przypadku tłustych olei warto umyć włosy dwa razy. Włosy są lekko splątane, ale po umyciu zawsze nakładam odżywkę lub maskę, które sobie radzą z tym problemem. Pozostawia włosy lekkie i sypkie, delikatnie odbite u nasady. Szampon na szczęście nie wysusza włosów ani nie sprawia, że są "sianowate". Nie obciąża ich, co przy cienkich, delikatnych włosach jak moje jest szczególnie ważne. Podoba mi się, że fryzura po umyciu nabiera zdrowego blasku, jest puszysta i miękka, a włosy lepiej się układają. Zauważyłam także, że włosy zupełnie się nie elektryzują. Szamponu jednak używam co 2-3 mycia.


Kosmetyki Cosnature to fajna alternatywa dla tych drogeryjnych, a także dobry początek dla wszystkich tych, którzy chcą spróbować naturalnych, łagodniejszych składów, a jednocześnie nie rezygnować z intensywnych, ładnych zapachów i gęstej piany. Warto zwrócić uwagę, że marka używa sporej ilości substancji zapachowych, które mogą wywołać reakcje alergiczne (spotkało mnie to przy pierwszym kontakcie z kremem do twarzy z zieloną herbatą, jednak przy drugim podejściu było już ok). Są niedrogie i łatwo dostępne np. w Hebe, aptekach DOZ i Cefarm, w wielu drogeriach eko stacjonarnych i internetowych.



Znacie te produkty? Lubicie naturalne kosmetyki?
Słynna czarna maska Pilaten. Hit czy kit?

Słynna czarna maska Pilaten. Hit czy kit?

Czarna maska na zaskórniki i wągry. Każdy już chyba o niej słyszał. Jedni ją kochają, inni nienawidzą, ale każdy chce poznać jej działanie na własnej skórze. Chciałam i ja, ponieważ mimo dokładnego oczyszczania i starannej pielęgnacji nadal posiadam trochę zaskórników na nosie. To takie miejsce, które trudno dobrze oczyścić. Musiałam sprawdzić jak i czy w ogóle czarna maska działa. I co to w ogóle jest czarna maska? Co to za marka Pilaten i skąd pochodzi? Jaki skład ma czarna maska Pilaten?



Zacznę od zakupu. Swoją kupiłam na chińskiej stronie i teraz zastanawiam się czy to nie był błąd? Wiele razy zarzekałam się, że nie kupię kosmetyku pielęgnacyjnego na chińskiej stronie, a jednak zrobiłam to. Zawsze będę się zastanawiać czy maska Pilaten to oryginał czy podróba. A może wszystkie są podróbami? Obecnie te maski są dostępne praktycznie wszędzie: w znanych drogeriach i popularnych sklepach internetowych, a nawet w sklepach z naturalnymi kosmetykami, co jest grubą przesadą. Z łatwością można ją więc kupić także w Polsce. Wszyscy chcą zarobić na fejmie czarnej maski :D Kosztuje od 10 do 28 zł/60 g, więc ceny są mocno zróżnicowane. Widziałam też saszetki za ok. 2 zł.



Pilaten, Czarna maska oczyszczająca pory

Opis ze strony ekobieca.pl (opakowanie identyczne jak moje, brak podanego składu)
"Czarna maska z aktywnym węglem z bambusa, polecana do wielu typów cer, w szczególności do pielęgnacji skóry trądzikowej. Produkt świetnie oczyszcza skórę, odblokowuje pory oraz skutecznie usuwa wągry. Usuwa martwy naskórek, wygładza powierzchnię skóry. Maska zawiera aktywny węgiel pozyskiwany z bambusa, który ma właściwości oczyszczające, bakteriobójcze i ściągające, dzięki czemu dokładnie usuwa nadmiar tłuszczów znajdujących się na powierzchni skóry. Poprawia koloryt skóry, niweluje błyszczenie się."


Pilaten to chińska marka

Marka została zarejestrowana w 2008 r. w Chinach, a już w 2011 r. zainwestowano milion dolarów w centralę w Hangzhou (miasto we wschodnich Chinach, 2 mln ludności). Marka podobno posiada certyfikat GMPC (dobre praktyki produkcyjne dla kosmetyków). W 2014 r. marka rozpoczęła współpracę z różnymi programami telewizyjnymi, a w 2015 r. zaprezentowała się na ogromnych Międzynarodowych Targach Kosmetycznych w Chinach. I tak się zaczęło, w 2016 i 2017 r. czarna maska zrobiła zawrotną karierę w USA, Kanadzie i Europie (głównie we Włoszech, Hiszpanii i Polsce). A teraz bomba, na stronie producenta (jedyną, jaką znalazłam pilaten-mask.com) każde opakowanie wygląda inaczej! Są moje (chińskie znaczki) oraz dwa inne, różniące się szczegółami. I bądź tu mądra... A maska kosztuje tam 9,99$ (czyli dużo drożej niż w Polsce).  

Małe internetowe śledztwo uświadomiło mi, że Pilaten posiada także inne kosmetyki. Szybkie przejrzenie wyszukiwarki i już wiem, że poszczególne opakowania masek różnią się szczegółami od mojego. Identyczne jak moje sprzedaje Douglas, Empik, Smyk (!), Mintishop, doz.pl (apteka!), Apteka Gemini (!), ezebra.pl, iperfumy.pl, paatal.pl czy kosmetykizameryki.pl. Inne opakowanie widziałam np. w Naturze (więcej napisów na dole tubki). Daje mi to do myślenia.


Tak czy owak moja maska przyszła w zafoliowanym kartoniku. Pod zakrętką posiada dodatkowe zabezpieczenie. Z chińskich znaczków nie jestem w stanie praktycznie niczego wyczytać. Na spodzie na szczęście mamy wyraźną i czytelną dla nas, Europejczyków, datę ważności. Z boku sposób użycia po angielsku (żeby było śmiesznie podane tam 10-15 minut nie wystarcza na zastygnięcie maski).


Sama maska praktycznie nie posiada zapachu. Jest faktycznie czarna, bardzo lepka. Łatwo się rozprowadza, ale bardzo trudno ją spłukać, ponieważ dość szybko tężeje. Jest to maska typu peel-off, więc po nałożeniu jej na skórę twarzy najlepiej od razu umyć ręce (jeśli nakładacie ją palcami jak ja, bo tak jest najwygodniej) albo poczekać, aż warstwa zastygnie i wtedy dopiero ją zerwać ze skóry dłoni.

Sposób użycia: na oczyszczoną, suchą skórę (można przedtem wykonać także delikatny peeling lub parówkę) nałożyć równą, dość cienką warstwę maski. Nie trzeba rozprowadzać ją na całej twarzy, można wybrać tylko zanieczyszczone miejsca np. czoło, nos. Uwaga na okolice oczu i brwi - absolutnie nie nakładać maski na te partie, bo będzie bolało, a włoski zostaną wyrwane. Po całkowitym wyschnięciu (zwykle 30-40 min, w zależności od grubości nałożonej warstwy) należy ją jak najbardziej delikatnie zerwać. Podane na opakowaniu 10-15 minut nie wystarcza na stężenie maski!


Skład czarnej maski trudno zrozumieć. Nie potrafię czytać chińskich krzaczków, więc szukałam kogoś kto je przetłumaczy. Udało się tylko połowicznie, więc opieram się na składzie podanym na stronie doz.pl. UWAGA! Na innych stronach znalazłam trochę inne składy :(

Skład: Water (woda), Polyvinyl Alcohol (syntetyczne lepiszcze i zagęstnik; stosowane głównie w produkcji lakierów do paznokci oraz klejów kosmetycznych, np. do sztucznych rzęs; tworzy elastyczną powłokę; stosowany w produkcji różnych folii i opakowań; jest częściowo biodegradowalny; może podrażniać wrażliwą skórę), Glicerol (glycerin; gliceryna; substancja nawilżająca i penetrująca warstwę rogową naskórka; niestety może też wysuszać skórę), Propylene Glycol (syntetyczny rozpuszczalnik; nawilża i jest nośnikiem innych substancji; podejrzewany, że stosowany na skórę wysusza naskórek i podrażnia gruczoły łojowe, wywołując stan zapalny i wysięki wokół gruczołów; uszkadza również powłoczki włosów, a w razie dostania się do oczu wywołuje zapalenie spojówek; stosowane w Europie dawki zostały oficjalnie uznane za nieszkodliwe, ale nie ma pewności, czy te same normy dotyczą kosmetyków chińskich), Collagen (kolagen; substancja pochodzenia zwierzęcego; nawilża, napina, ujędrnia, łagodzi podrażnienia i uczulenia, przyspiesza gojenie), Diazonium Imidazolidinyl Urea (konserwant; donor formaldehydu; może wywołać alergiczne kontaktowe zapalenie skóry, zaczerwienienie, pieczenie lub świąd, pękanie skóry, może wydzielać także rakotwórczy formaldehyd; unikam jak mogę, szczególnie w kosmetykach do twarzy), CI 28440 (syntetyczny czarny barwnik, silnie alergenny, uwalnia histaminę, więc jest niebezpieczny dla osób uczulonych na aspirynę, może wywołać astmę; zakazany w USA, uznany za toksyczny i rakotwórczy), Fragrance (bliżej nieokreślona kompozycja zapachowa).

Na wielu stronach widziałam jako składnik także Iodopropynyl Butyl Carbamate (syntetyczny konserwant, substancja toksyczna; wywołuje przesuszenie skóry i złuszczanie naskórka; może wywoływać alergie, UWAGA! nie jest bezpieczny dla kobiet w ciąży, nie należy go także używać w kosmetykach do stosowania w okolice błon śluzowych takich jak... nos, oczy, usta).

Najgorsze jest to, że nie mam zielonego pojęcia co znajduje się z kosmetyku, który nakładam na twarz, a powyższe wcale nie napawają mnie optymizmem. Co ciekawe w wielu opisach sprzedawcy przekonują nas, że składnikiem aktywnym jest czarny węgiel, ale powyższe składy wcale tego nie potwierdzają!


Na polskich stronach mowa o węglu, ale zaraz. Zerknijcie jeszcze raz na skład: nie ma tam żadnego węgla, za kolor odpowiedzialny jest barwnik, kontrowersyjny zresztą. W nakładaniu maski trzeba nabrać wprawy, ponieważ jest ona bardzo lejąca, lubi brudzić wszystko dookoła. Ważne, aby zaaplikować równą, dość cienką warstwę, ale bez przerw, musi być jednolita powierzchnia, wtedy dobrze się odrywa w całości. To też wymaga wprawy, ponieważ jeśli nałożymy ją nierówno będziemy baaaardzo długo czekać, aż zastygnie cała. 
Stosowałam ją kilka razy, w różnych warunkach: po parówce, po peelingu mechanicznym, po peelingu enzymatycznym, na suchą, oczyszczoną tylko skórę. Nie zauważyłam najmniejszej różnicy, za każdym razem rezultat był taki sam.
Maskę nakładałam najczęściej na nos i jego okolice, brodę oraz czoło. Dwa razy zaryzykowałam nałożenie jej na policzki, jednak skóra tam jest zbyt delikatna i podatna na podrażnienia, ponadto nie jest tak mocno napięta jak na czole, więc zrywanie maski zwyczajnie bardzo boli! Dodatkowo ryzykujemy popękaniem naczynek, akurat ja mam do tego tendencję, więc przestałam nakładać czarną maskę na te rejony, szkoda mi skóry.
Ból faktycznie towarzyszy zrywaniu maski, także z nosa czy czoła, ale jest do wytrzymania. Obyło się bez łez, ale relaksem też bym tego nie nazwała. Rezultat? Wyrwane drobne włoski wraz z cebulkami, zerwane suche, odstające skórki - to najbardziej rzuca się w oczy i właśnie to widać najbardziej na zerwanej masce. Dzięki temu skóra faktycznie jest gładka i wydaje się być lepiej oczyszczona, jak po peelingu. Zaskórniki i wągry wyrywa w bardzo minimalnym stopniu, zaledwie kilka sztuk! Za każdym razem, bez względu czy wcześniej wykonałam parówkę czy peeling efekt był dokładnie ten sam.
Po zdjęciu maski warto zaaplikować na skórę łagodzący hydrolat czy wodę termalną, a po chwili nałożyć cieniutką warstwę dobrego żelu aloesowego, co ukoi podrażnienia i ewentualny ból (pod warunkiem, że nie macie uczulenia na aloes). Szczerze to taki efekt zupełnie nie jest wart ryzyka, a cała sława czarnej maski Pilatena mocno przesadzona.


Podsumowując słynna czarna maska jest farbowanym na czarno, dobrze zakonserwowanym klejem. Wierzę, że można zauważyć działanie tego produktu, ponieważ klej jak sama nazwa wskazuje przykleja się do skóry i przy odpowiednim sposobie nakładania może "wyciągnąć" kilka zaskórników oraz dać efekt gładkości (usuwa włoski i suche skórki). Jednak czy naprawdę chcemy nakładać na twarz tak kontrowersyjny produkt, o którym niewiele wiadomo? Zdecydowanie lepiej kupić węgiel w aptece, najlepiej w kapsułkach i wymieszać go z żelatyną (dla niewegetarian) lub agarem (dla wegetarian). W ten sposób otrzymamy bezpieczną maskę o podobnym działaniu, bez szkody dla skóry i błon śluzowych, bez strachu czy przypadkiem nie nakładamy czegoś, co w przyszłości się na nas może zemścić. Jestem zwolenniczką kosmetyków bezpiecznych, a przynajmniej takich, co do których mam pewność. Czarna maska zaś nie jest przyjazna skórze, jest agresywna, niedelikatna i nie do końca wiadomo co zawiera. Ja mówię pas.

Miałyście tą czarną maskę? Czy Wy też musiałyście przekonać się jak działa na własnej skórze?