Herba Studio, 2x5, Balsam do paznokci

Herba Studio, 2x5, Balsam do paznokci

Jeśli często malujecie paznokcie, lubicie zmieniać kolory, nosicie żele, tipsy lub hybrydy, używacie zmywacza i/lub acetonu itp. jest bardzo prawdopodobne, że Wasze paznokcie nie są w najlepszej kondycji. Odradzam odżywki Eveline (i inne z dużą zawartością formaldehydu), ponieważ mam z nimi bardzo złe doświadczenia. Gorąco polecam natomiast ką piele na ciepło w oliwie z odrobiną soku z cytryny - sposób naturalny, skuteczny i delikatny, o którym już pisałam. Jeśli natomiast wolicie gotowe rozwiązania ten post jest dla Was.


Herba Studio, producent balsamu do paznokci 2x5 ma w swojej ofercie m.in. także pomadki Tisane. O balsamie 2x5 napisał:
"Kosmetyk naturalny przeznaczony do pielęgnacji paznokci. Wzmacnia giętkie, łamliwe, rozdwajające się paznokcie. Stymuluje wzrost silnych paznokci. Odżywia paznokcie zniszczone i przywraca im połysk. Wygładza skórki otaczające paznokcie. Balsam wcierać w płytki paznokci szczególnie u nasady i otaczający je naskórek."


Balsam można kupić w pudełeczku lub blistrze (podobnie jak niektóre pomadki do ust). Ja opakowanie swojego egzemplarza gdzieś zapodziałam. Kosztuje ok. 10zł/4,5g, czyli ma niewielką pojemność.

Malutki pojemniczek zabezpieczony jest sreberkiem, więc wiemy, że nikt w nim nie gmerał przed nami.


Skład: Aqua, Petrolatum, Cera alba (wosk pszczeli), Ricinus Communis oil (olej rycynowy), Isopropyl Myristate, Propylene Glikol, Polyglyceryl-3-Distearate, Gliceryl Stearate, Olea Europaea oil (oliwa), Cetyl Alcohol, Equisetum arvense & Anethum Graveolens & Silybum Marianum extract (ekstrakt z kopru, skrzypu i ostropestu), Hydrolyzed Keratin (aminokwasy keratyny), Panthenol, Cholesterol, Magnesium Sulfate, Tocopheryl Acetate (witamina E), Beta-Carotene (ß-karoten), Ascorbic Acid (witamina C),  Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin (konserwant, pochodna formaldehydu!), Methylparaben, Propylparaben, Cinnamyl Alcohol, Eugenol, Geraniol, Hydroxyisohexyl-3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Citronellal, Limonene, Alpha Isomethyl Ionone, Perfume.


Nie do końca się zgodzę, że skład jest taki naturalny i niewinny. Przede wszystkim mamy tu sporo konserwantów, w tym pochodną formaldehydu (na szczęście w śladowych ilościach) oraz parabenów. Sporo składników kompozycji zapachowej, które często uczulają, natomiast zaraz po wodzie znajduje się zwykła wazelina. Na szczęście znajdziemy tu też wiele witamin i ekstraktów oraz olej rycynowy i oliwę.


Balsam w słoiczku wygląda na zbity, ale łatwo go nabrać na paznokieć. Można się sprzeczać czy słoiczek jest wygodny, ale na pewno dzięki takiej formie opakowania możemy zużyć balsam do końca. Pachnie całkiem przyjemnie, choć sztucznie, trochę ziołowo, trochę słodkawo. 
Powyżej możecie zobaczyć paznokcie przed kuracją - są lekko wysuszone, a skórki wołają o pomstę :) Łatwo się też rozdwajają.


Zazwyczaj nakładam go małym palcem prawej ręki na każdy paznokieć, po czym wsmarowuję w płytkę i skórki. Raczej go sobie nie żałuję. Kurację z oczywistych względów przeprowadzam w domu np. w weekend albo na noc. Balsam jest lekko tłusty, ale nie na tyle, by coś ubrudzić.


Przez jakiś czas trzymam grubszą warstwę balsamu na paznokciach. Jakaś część się wchłania, a nadmiar po prostu delikatnie ścieram.  Uzyskuję już po jednej aplikacji fajnie nabłyszczoną, natłuszczoną i elastyczną płytkę paznokcia oraz nawilżone/natłuszczone skórki. Różnica jest moim zdaniem widoczna i znaczna. Najlepsze efekty można uzyskać używając balsamu raz na jakiś czas, im częściej tym lepiej, a nawet warto wesprzeć taką kurację oliwą z cytryną. Z oczywistych względów paznokcie muszą być wtedy "gołe".


Warto czasem ponosić "swoje" paznokcie, wzmocnić je, zapuścić, natłuścić i zmniejszyć rozdwajanie, aby potem móc się cieszyć twardymi i długimi paznokciami w ulubionym kolorze :)

Znacie ten produkt? Jakie odżywki/balsamy do paznokci polecacie?
SkinLite, Maseczka Lift & Firming V-Line, Kuracja modelująco-wyszczuplająca, dwuetapowa

SkinLite, Maseczka Lift & Firming V-Line, Kuracja modelująco-wyszczuplająca, dwuetapowa

Maseczki, ach maseczki... co ja poradzę, że je uwielbiam? Im dziwniejsze tym bardziej mnie do siebie przyciągają. Nawilżające, glinkowe, oczyszczające, peel-off czy przeciwzmarszczkowe... wszystkie lubię, wszystkie przetestuję. Nawet liftingujące, jak ta dzisiejsza, a co, kto mi zabroni? To czy owo już można by lekko podciągnąć czy wygładzić... No to jedziemy.


Od producenta:
"Produkt zawiera serum modelująco – wyszczuplające i V-Line płat żelowy: innowacyjny 2 etapowy program regenerujący skórę. Ampułka modeluje i uelastycznia skórę, równocześnie ułatwia wchłanianie aktywnych składników płata żelowego. Kolagen i ekstrakt z kawioru ujędrniają i liftingują skórę. Ekstrakt z dyni i ginko biloba poprawia mikrokrążenie oraz zmniejsza obrzęki twarzy."


Opakowanie Maseczki liftingującej podbródek Skinlite V-Line wygląda zabawnie, gdyż jest w kształcie twarzy, choć przyznaję, że nie od razu rzuciło mi się to w oczy :) Kosztuje bardzo różnie, widziałam ją w przedziale od 4 do 10zł i nie mam pojęcia od czego to zależy.


Z tyłu znajdują się informacje na temat sposobu użycia oraz obiecanego działania maseczki. Ciekawe, że nie ma tu info na temat V-Line, czyli pożądanej przez Koreanki linii kształtu twarzy, uważanego za najatrakcyjniejszy. Od tego wzięła się nazwa całej serii.


Skład: trochę się zdziwiłam, że na opakowaniu nie ma składu ampułki. Znajdziemy tu jedynie skład żelowego płata (powyżej). Mamy tu m.in. glicerynę, olej rycynowy, kofeinę, ekstrakt z pestek dyni, ekstrakt z Ginkgo Biloba (miłorzębu), kolagen, alantoinę.


Cały zabieg składa się z dwóch części: 
Krok 1: ampułki, którą wcieramy w skórę żuchwy.
Krok 2: żelowy płat, który posiada otwory na uszy.


Krok 1: ampułka to nic innego jak krem o nieznanym składzie. Delikatny zapach i fajna konsystencja uprzyjemniają rozsmarowanie produktu na brodzie. Nie ma tego zbyt wiele, wystarczy akurat na pokrycie brody i kawałka szyi. Łatwo się ją wyciska z opakowania. Ampułka dość szybko się wchłonęła pozostawiając delikatną warstwę na skórze.


Krok 2: żelowy płat na brodę. Jak wspomniałam posiada on otwory na uszy, więc łatwo i intuicyjnie się go nakłada. Moja europejska żuchwa chyba jest szersza niż przewidział koreański producent i musiałam go lekko rozciągnąć :) Należy pamiętać, aby nałożyć go żelową stroną w kierunku skóry.


Wygląda się w tej masce wyjątkowo atrakcyjnie, trochę jak chirurg po operacji :) Sama maska jest całkiem wygodna, dobrze się trzyma i nie spada z uszu. Nie podrażniła mnie, nic nie swędziało ani nie piekło. Nosiłam ją dobre pół godziny.


Nie zauważyłam jednak spektakularnych efektów mojego maseczkowania. Owszem, skóra była lepiej nawilżona, przez jakiś czas elastyczniejsza i jędrniejsza, ale efekt ten dość szybko minął. Ot, pobawiłam się i tyle. Być może gdyby zrobić całą serię takich zabiegów byłabym zachwycona, kto wie. Czy poprawiło się mikrokrążenie albo coś zliftingowało? Może tak, ale jak to sprawdzić? Na pierwszy rzut oka niewiele zaobserwowałam. Muszę jednak wspomnieć, że cały zabieg był przyjemny, płat żelowy fajnie ochłodził skórę, nawilżył ją, ukoił, więc za cenę 4zł można spróbować.


Znacie maseczki z serii V-Line? A może próbowałyście innych masek SkinLite?
Cztery pory roku, Zimowy peeling do rąk regenerujący

Cztery pory roku, Zimowy peeling do rąk regenerujący

W grudniu mamy prawdziwy wysyp kosmetycznych prezentów, skomponowanych i spakowanych w pudełeczko przez producenta. Nic tylko kupić i obdarowywać. Dla jednych to pójście na łatwiznę, dla innych wymarzony podarek. Ja jestem gdzieś pośrodku, ale nigdy nie narzekałam otrzymując kosmetyki, najwyżej te nietrafione komuś oddawało się dalej ;) Jakiś czas temu trafił do mnie zestaw z zimowym kremem oraz peelingiem do rąk. Ucieszyłam się, bo krem znam i nawet o nim pisałam w swoim pierwszym blogowym poście, a peelingu byłam bardzo ciekawa. Nigdy nie widziałam tego peelingu do kupienia oddzielnie, więc być może dostać go można jedynie w takim zestawie świątecznym. 



Zimowy peeling z żurawiną

"To kompozycja żurawiny oraz soli morskiej. Taki skład sprawi, że nawet najbardziej zniszczone ręce staną się jedwabiście gładkie i odzyskają swój naturalny blask. Zawiera drobinki soli morskiej, które delikatnie wygładzają i złuszczają naskórek oraz olej kokosowy i sojowy, a także masło shea o działaniu intensywnie nawilżającym, odżywczym i regenerującym."


Jak wspomniałam Zimowy peeling do rąk marki Cztery Pory Roku można kupić w zestawie wraz z kremem, który należy do moich ulubieńców i serdecznie go polecam. Sam peeling znajduje się w zwykłym, białym i plastikowym zakręcanym opakowaniu. Wygodnie się go używa. Design jest raczej minimalny, ale mi to nie przeszkadza. Pudełko po zestawie oczywiście dawno wyrzuciłam, ale na szczęście na spodzie mamy skład, kosztowało ok. 9-10 zł.

Skład: Na pierwszym miejscu znajdziemy tu sól morską (złuszcza), a zaraz po niej parafinę i wazelinę (jak wiecie toleruję je w produktach do rąk i stóp, zostawiają film na skórze), następnie olej kokosowy (natłuszcza, nawilża, odżywia), Glyceryl Stearate SE (emulgator, łączy wodę z tłuszczem, zostawia film na skórze), Cetearyl Alcohol (emolient, zostawia film), olej sojowy (nawilża, wygładza, odżywia), masło shea (natłuszcza, nawilża), Sodium Lauroyl Sarcosinate (środek myjący i pianotwórczy), glicerynę (nawilża), wodę, ekstrakt z żurawiny (nawilża, wzmacnia, spowalnia starzenie skóry), kompozycję zapachową, wit. E.


Konsystencja peelingu jest bardzo przyjemna, łatwo się go nabiera na palec. W białej mazi znajduje się naprawdę dużo drobinek morskiej soli. Jednak najbardziej zachwyca mnie zapach tego produktu: żurawinowy, lekko słodki, lekko cierpki i dość intensywny. Mogłabym go bez przerwy nakładać i wąchać. Jeśli znacie krem do rąk z tej serii wiecie o czym piszę, bo są identyczne :)


Peeling regenerujący bardzo dobrze się rozprowadza na dłoniach i wyraźnie czuję działanie ścierające drobinek soli. Nie jest to drapanie, a przyjemne masowanie skóry i pobudzanie krążenia, cenne zwłaszcza zimą, bo rozgrzewa. Peeling po zmyciu pozostawia na dłoniach lekki film, co nie dziwi po przeczytaniu składu. Jeśli komuś przeszkadza można go dokładnie zmyć, ja zazwyczaj trochę tej tłustej warstwy zostawiam. Peeling doskonale wygładza i zmiękcza skórę dłoni, usuwa wszelkie suche skórki, także te przy paznokciach. Nie nawilża, ale lekko natłuszcza i zabezpiecza je przed utratą nadmiaru wody. Po zabiegu dłonie przyjemnie pachną i wyraźnie czuję różnicę "przed-po". Ręce są przyjemne w dotyku, zadbane i nieszorstkie. Obiecane działanie regenerujące raczej trudno zaobserwować, ale w końcu to tylko peeling, regeneracji oczekuję po kremie (i ją otrzymałam - w tej serii jest moc!).

Podsumowując: bardzo się polubiliśmy, choć osobiście wyeliminowałabym ze składu tyle emolientów na rzecz naturalnych maseł. Zapach i działanie są jednak doskonałe, więc za taką cenę kupię ponownie to pudełeczko, obym tylko je spotkała!

Używacie peelingów do dłoni? Przyznaję, że to pierwszy taki produkt w mojej kolekcji, zazwyczaj dłonie wygładzałam kosmetykami do ciała lub twarzy albo moimi diy.
DLA, Niszcz pryszcz, Krem na noc

DLA, Niszcz pryszcz, Krem na noc

Świeże napary z ziół zamiast wody na pierwszym miejscu w składzie. No bajka! Taka filozofia w 100% do mnie przemawia, sama często kręcę kremy na naparach i widzę różnicę między nimi, a tymi na wodzie. Ale co innego diy, a co innego gotowy krem ze sklepu. Czyżby?


O kosmetykach DLA już pisałam, a konkretnie o ich kremie do rąk. Działaniem mnie zachwycił, ale aromatem już niekoniecznie. Dla mnie pachniał dziwnie, bynajmniej nie ziołowo. Niemniej skład jak i cała filozofia marki bardzo mnie zachęca do dalszego testowania.


Krem na noc Niszcz pryszcz kupimy w niewielkim kartoniku. Od razu dowiemy się, że jest to krem na bazie świeżego odwaru z wierzby i naparu z krwawnika.Przeczytamy sporo ciekawych informacji na temat składników, jak na zdjęciu powyżej. Kosztuje ok. 28zł/30g.


Według producenta:
"Receptura opracowana specjalnie dla osób z cerą tłustą, mieszaną i trądzikową. Każdej nocy podczas snu krem:
- reguluje proces keratynizacji, udrażnia ujścia mieszków włosowych, przez co w efekcie zmniejsza ryzyko powstawania zaskórników,
- hamuje rozwój bakterii, 
- zapewnia odbudowanie naturalnej bariery hydrolipidowej, 
- pobudza odnowę komórkową,
- pozostawia skórę gładką, delikatną oraz doskonale nawilżoną."


Wewnątrz kartonika znajduje się niewielka buteleczka z pompką typu air-less. Lubię to! Pompki są wygodne i higieniczne, a przy tym ułatwiają aplikację. Jedna pompka w zupełności wystarcza na pokrycie kremem całej twarzy, ponieważ krem jest niesamowicie wręcz wydajny!



Skład: Na pierwszym miejscu oczywiście obiecany odwar z wierzby oraz napar z krwawnika (działa przeciwzapalnie, reguluje złuszczanie naskórka, wspomaga wnikanie substancji aktywnych wgłąb skóry, nawilża, goi), następnie m.in. olej z ogórecznika, olej jojoba, gliceryna, olej ze słonecznika (bogate źródło wit. E), masło shea, alantoina, panthenol. Szczegóły poniżej.


Na samej buteleczce mamy także skróconą wersję działania kremu. Spodobało mi się, że znajdziemy tu też fajną sentencję: Usuwa to co zbędne, dostarcza tego co niezbędne.


Sam krem ma naturalną barwę lekko beżową i obłędny zapach. Dla mnie jest to typowy zapach krwawnika, którą to roślinę z łatwością można znaleźć na każdej polskiej łące. Na pewno nie wszystkim ten zapach przypadnie do gustu, bo jest dość charakterystyczny, ale mnie się podoba i to szalenie.


Krem ma świetną konsystencję, dość lekką, ale mimo to treściwą. Gładko sunie po skórze i właściwie błyskawicznie się wchłania, praktycznie nie pozostawiając żadnej warstwy. Nic się nie świeci, nie błyszczy, uzyskujemy praktycznie mat skóry. Dopiero po jakichś dwóch godzinach, przynajmniej u mnie, pojawia się pierwsze błyszczenie. Taki urok tłustej skóry.


Niszcz pryszcz nie uczula, nie podrażnia i nie wysusza. Bardzo dobrze nawilża skórę, odżywia ją i reguluje sebum, co szczególnie widać przy regularnym używaniu. Zazwyczaj używałam go na noc, ale zdarzało mi się także zaaplikować go w dzień jesienią i również świetnie się sprawdzał. Współgra właściwie z każdym podkładem i kremem BB jaki testowałam, nie roluje się i nie spływa.


Pozostawia skórę mięciutką, rano nadal idealnie nawilżoną. Początkowo wychodziły mi po nim niewielkie tzw. niedoskonałości, ale już po tygodniu nie było po nich najmniejszego śladu. Wszystko szybko się pogoiło i uzyskałam gładką, nawilżoną skórę bez śladu nierówności czy czerwonych krostek, do których mam skłonność. Przy tym krem zupełnie nie zapycha. Moim zdaniem jest to jeden z lepszych kremów do tłustej cery jakie miałam. Niesamowicie wydajny.


Miałyście kremy tej marki? Niszcz pryszcz naprawdę wysoko postawił poprzeczkę swojemu następcy, którym będzie Krem na noc Lambre.
Seboradin FitoCell, Kuracja stymulująca odrost włosów: Szampon i maska

Seboradin FitoCell, Kuracja stymulująca odrost włosów: Szampon i maska

Często wraz ze zmianą pory roku z letniej na jesienną zauważamy wzmożone wypadanie włosów. Ciągłe zmiany temperatury, suche powietrze, mróz oraz noszenie czapki niespecjalnie służą włosom. Niestety w tym roku przekonałam się o tym wyjątkowo, zwłaszcza, że doszedł jeszcze stres związany z nową pracą... Zaczęło się niewinnie, bo mąż zaczął zwracać mi uwagę, że strasznie dużo jest moich włosów na dywanie, w łazience, na biurku, wszędzie... Potem sama zauważyłam, że myjąc włosy zdecydowanie więcej niż zwykle zostaje ich na dłoniach. Niestety moje obawy potwierdziła moja ulubiona, stała fryzjerka, która sama zwróciła uwagę na ilość moich kłaczków. Nie spodobało mi się to. Przestałam czesać je, gdy są mokre, zaczęłam wcierać w skórę głowy olejki i kupiłam Seboradin, Kurację stymulującą odrost. Kupiłam i używałam ponad dwa miesiące. Czy było warto?


Zarówno szampon jak i maska Seboradin FitoCell znajdują się w kartonowych pudełkach, na których znajdziemy mnóstwo info o składnikach i obiecywanym działaniu. Opakowania wizualnie takie jak lubię, estetyczne i przejrzyste. Zarówno szampon jak i maska kosztują ok. 35zł.


Szampon FitoCell to według producenta:
"Preparat nowej generacji do każdego rodzaju włosów, zwłaszcza słabych, cienkich, skłonnych do wypadania, przerzedzonych, potrzebujących wzmocnienia i odżywienia. Zawiera ekstrakt z roślinnych komórek macierzystych PhytoCellTecTM Malus Domestica - stymuluje wzrost włosów, opóźnia proces ich starzenia. Biotyna hamuje wypadanie włosów i stymuluje odrost nowych. Oligoelementy z czerwonych alg zmniejszają łamliwość włosów, regenerują je. Ekstrakt z dzikiej róży, bogaty we flawonoidy i witamina A**, posiadają właściwości antyoksydacyjne - chronią przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Obecne w morszczynie alginiany głęboko nawilżają, pomagają utrzymać odpowiedni poziom nawodnienia skóry głowy. Witamina E przyspiesza wzrost włosów. Mentol odświeża skórę głowy. Dzięki stosowaniu pełnej kuracji włosy stają się zdrowsze, silniejsze, gęste, odporne na wypadanie i uszkodzenia".



Skład: oparty na SLES, ale zawiera też mnóstwo obiecanych ekstraktów, w tym roślinne komórki macierzyste. Oprócz tego cała gromadka parabenów, zapach na szczęście po ekstraktach. Szczegóły poniżej.


Butelka poręczna i wygodna, choć nie lubię tych "wciskanych" korków, dla mnie są niewygodne.


Zapach jest niesamowity, dość słodki i długo utrzymuje się na włosach. Zdecydowanie umila mi prysznic. Kolor lekko perłowy, konsystencja średnio gęsta, nie przecieka przez palce.


Szampon dobrze się pieni i doskonale myje włosy. Domywa także oleje i oliwki, które staram się w miarę regularnie nakładać. Miła odmiana po tak ostatnio męczonym Serwatkowym niewypale Babuszki Agafii. Włosy po szamponie nie plączą się, nie są przesuszone ani spuszone. Łatwo się układają, są miękkie, gładkie i pachnące.


Maska FitoCell według producenta (nota bene polskiego!):
"Preparat nowej generacji zawiera ekstrakt z roślinnych komórek macierzystych PhytoCellTecTM Malus Domestica - stymuluje wzrost włosów, opóźnia proces ich starzenia. Korzeń chinowca wzmacnia włosy, zmniejsza utratę wody, hamuje wzmożone wypadanie włosów, jest źródłem inuliny – naturalnego prebiotyku, który utrzymuje prawidłową mikroflorę skóry głowy. Olej z orzecha brazylijskiego to doskonałe źródło witaminy F (NNKT), tworzy barierę ochronną dla lipidów znajdujących się we włosach, działa naprawczo i odbudowująco. Proteiny mleczka jedwabiu poprawiają wygląd łodygi włosa. Olej arganowy odżywia i intensywnie regeneruje włosy, zmniejsza ich łamliwość i zapobiega rozdwajaniu końcówek. Ekstrakt z lukrecji dzięki obecności flawonoidów wykazuje silne działanie antyoksydacyjne, a dzięki zawartości glicyryzyny wpływa na utrzymanie odpowiedniego stopnia nawilżenia skóry głowy i włosów. Ekstrakt z nasturcji wzmacnia włosy, poprawia ich strukturę. Włosy nabierają blasku, zyskują zdrowy wygląd, łatwiej się rozczesują. Są bardziej gęste, mocniejsze i odporniejsze na uszkodzenia. Wypadanie włosów wyraźnie się zmniejsza."


Tu znów mnóstwo obietnic na kartoniku, które brzmią bardzo zachęcająco. 86% z 200 osób zauważyło wzmocnienie i zagęszczenie włosów, 73% zanotowało zmniejszenie wypadania. Dla mnie te procenty są średnio pomocne, zawsze trudno to ocenić, przynajmniej mi.


Skład: Po standardowym w maskach emoliencie mamy ekstrakt z roślinnych komórek macierzystych i to mi się podoba! Mamy też glicerynę, lecytynę i masę ekstraktów. Pod koniec znów parabeny, a Parfum jest więcej niż oleju arganowego. Szczegóły poniżej.


O komórkach macierzystych zostało już mnóstwo napisane. W serii FitoCell zawarto komórki macierzyste z jabłoni szwajcarskiej. Opóźniają one proces starzenia, dzięki czemu włosy mają szansę urosnąć grubsze, silniejsze, gęstsze i bardziej elastyczne. Ponadto stymulują one wzrost włosa.


Maska znajduje się w wygodnej, miękkiej tubie z korkiem na klik. Do samego końca można ja łatwo wydobyć, nawet nie trzeba specjalnie rozcinać. Tak jak lubię.


Sama tuba jest oczywiście w tej samej szacie graficznej co szampon, tworząc razem ładną i estetyczną całość. Zdecydowanie wyróżniają się wśród krzykliwych kolorów innych kosmetyków.



Maska ma świetną konsystencję, średnio gęstą. Idealnie nadaje się do nałożenia na wilgotne włosy i doskonale je pokrywa. Łatwo się spłukuje pozostawiając, a nawet wzmacniając niesamowity zapach szamponu. Ten zapach potrafi mi towarzyszyć do samego wieczora, ale nie jest nachalny czy męczący.


Włosy są idealnie wygładzone, nie odstają żadne pojedyncze kosmyki. Łatwo się rozczesują, nie elektryzują się. Wyglądają zdrowo, są błyszczące, miękkie i nawilżone, a przy tym pięknie pachną. Początkowo obawiałam się nakładać maskę od skóry głowy ze względu na możliwe przetłuszczenie, ale niesłusznie - ładnie się wypłukuje i nie zauważyłam zwiększonego ryzyka oklapniętej fryzury.


Mogłabym na tym zakończyć, ale w sumie nie po to kupiłam ten zestaw, by mieć umyte włosy. No dobra, nie TYLKO po to. Najważniejsze jest bowiem co innego - włosy przestały wypadać w takich ilościach jak na początku i jest to faktem. Wyraźnie się wzmocniły i zdecydowanie mniej ich gubię. Widzę to w łazience i na szczotce, mąż przestał narzekać, to też o czymś świadczy ;) Cieszy mnie to niesamowicie, choć nie mogę ręczyć, że po prostu skóra głowy nie przyzwyczaiła się wreszcie do panującej pory roku. Czy się zagęściły?
Po tych dwóch miesiącach mam mnóstwo króciutkich, sterczących baby hair, czekam już tylko aż podrosną :)


Podsumowując jestem bardzo zadowolona, bo uzyskałam to czego oczekiwałam: przestałam gubić włosy w nadmiarze. Do tego są miękkie, pachnące i nawilżone, w dodatku zawsze domyte.

Znacie ten problem? Co polecacie?
Babuszka Agafia, Serwatkowy szampon pielęgnacyjny "Ochrona koloru"

Babuszka Agafia, Serwatkowy szampon pielęgnacyjny "Ochrona koloru"

Po świetnych doświadczeniach z poprzednim szamponem od Babuszki "Aktywator wzrostu" KLIK zainwestowałam z inne wersje. Niestety często jest tak, że dobra opinia o jednym produkcie wzmaga nasz apetyt na inne, po których spodziewamy się tego samego. Tym większy jest potem zawód....


Bania Agafii, Serwatkowy szampon pielęgnacyjny "Ochrona koloru" kupimy w saszetce, podobnie jak wiele produktów tej marki. Dla mnie to bardzo wygodne rozwiązanie, są idealne na wyjazd! Koreczek bardzo łatwo się odkręca, nawet mokrymi dłońmi. Kosztuje ok. 5zł/100ml.


Od producenta: "Szampon do włosów farbowanych. Intensywnie odżywiający, regenerujący szampon do włosów z mleczną serwatką dostarczającą wapnia i białka oraz z ziołami, które chronią włosy przed czynnikami zewnętrznymi, wysuszeniem i utratą koloru. Nadaje blask i elastyczność włosom zniszczonym zabiegami fryzjerskimi. Szampon działa nawilżająco na włosy, zwiększa ich wytrzymałość i sprężystość. Zawiera ekstrakt z aralii mandżurskiej, która wzmacnia korzenie włosów, stymuluje ich wzrost i zapewnia im ochronę.  Organiczny ekstrakt z różeńca górskiego jest najsilniejszym roślinnym przeciwutleniaczem, chroni i podtrzymuje kolor włosów".


Skład:  podobnie jak w przypadku innych szmaponów tej marki oparty na SCS, czyli lekko rozcieńczonym SLS. Mamy też sporo ekstraktów roślinnych: Tarczyca bajkalska (nawilża), Płucnica śnieżna (chroni włosy przed szkodliwym wpływem środowiska zewnętrznego), Aralia mandżurska (wzmacnia cebulki włosów), Czarna olcha (stymuluje wzrost włosów), Różeniec górski (chroni kolor włosów) oraz serwatkę (nadaje włosom elastyczność, połysk i wytrzymałość). Pod koniec konserwanty.


Zapach szamponu na szczęście jest delikatny. Gdyby był bardziej intensywny chyba bym go nie zniosła. Nie do końca jest ziołowy, zawiera w sobie jakąś irytującą nutę, może to serwatka? Na włosach praktycznie go nie czuję i to mi odpowiada.


Kolor lekko beżowy, naturalny. Konsystencja jest trochę zbyt lejąca, łatwo przecieka między palcami. Musiałam się przyzwyczaić do szybkiego nakładania go na włosy, by minimalizować straty.


Szampon delikatnie się pieni i niestety słabo myje włosy. Nie ma możliwości domycia nim olejów, a już na pewno nie tłustego oleju lnianego, którego ostatnio używam najczęściej. Nie pomaga dwukrotne, a nawet trzykrotne mycie włosów. To, co zawiodło mnie najbardziej to fakt, że włosy umyte Serwatkowym szamponem bardzo szybko się przetłuszczają! Już po kilku godzinach mam uczucie nieświeżej czupryny i dyskomfort z tym związany. Przez to dość długo go męczyłam, używając średnio raz w tygodniu. Zanotowałam natomiast istotną zaletę: faktycznie moje farbowane włosy wyglądają lepiej, kolor nie schodzi prawie wcale, nawet moja fryzjerka się zdziwiła :)


Podsumowując: nie podejrzewam się o ponowny zakup Serwatkowego szamponu. Natomiast inne wersje zapewne mimo wszystko przetestuję, jednak będę miała na uwadze, że może być różnie.

Miałyście go? Słyszałam, że maseczki do twarzy Babuszki są niesamowite, co polecacie?