Słynna czarna maska Pilaten. Hit czy kit?

Czarna maska na zaskórniki i wągry. Każdy już chyba o niej słyszał. Jedni ją kochają, inni nienawidzą, ale każdy chce poznać jej działanie na własnej skórze. Chciałam i ja, ponieważ mimo dokładnego oczyszczania i starannej pielęgnacji nadal posiadam trochę zaskórników na nosie. To takie miejsce, które trudno dobrze oczyścić. Musiałam sprawdzić jak i czy w ogóle czarna maska działa. I co to w ogóle jest czarna maska? Co to za marka Pilaten i skąd pochodzi? Jaki skład ma czarna maska Pilaten?



Zacznę od zakupu. Swoją kupiłam na chińskiej stronie i teraz zastanawiam się czy to nie był błąd? Wiele razy zarzekałam się, że nie kupię kosmetyku pielęgnacyjnego na chińskiej stronie, a jednak zrobiłam to. Zawsze będę się zastanawiać czy maska Pilaten to oryginał czy podróba. A może wszystkie są podróbami? Obecnie te maski są dostępne praktycznie wszędzie: w znanych drogeriach i popularnych sklepach internetowych, a nawet w sklepach z naturalnymi kosmetykami, co jest grubą przesadą. Z łatwością można ją więc kupić także w Polsce. Wszyscy chcą zarobić na fejmie czarnej maski :D Kosztuje od 10 do 28 zł/60 g, więc ceny są mocno zróżnicowane. Widziałam też saszetki za ok. 2 zł.



Pilaten, Czarna maska oczyszczająca pory

Opis ze strony ekobieca.pl (opakowanie identyczne jak moje, brak podanego składu)
"Czarna maska z aktywnym węglem z bambusa, polecana do wielu typów cer, w szczególności do pielęgnacji skóry trądzikowej. Produkt świetnie oczyszcza skórę, odblokowuje pory oraz skutecznie usuwa wągry. Usuwa martwy naskórek, wygładza powierzchnię skóry. Maska zawiera aktywny węgiel pozyskiwany z bambusa, który ma właściwości oczyszczające, bakteriobójcze i ściągające, dzięki czemu dokładnie usuwa nadmiar tłuszczów znajdujących się na powierzchni skóry. Poprawia koloryt skóry, niweluje błyszczenie się."


Pilaten to chińska marka

Marka została zarejestrowana w 2008 r. w Chinach, a już w 2011 r. zainwestowano milion dolarów w centralę w Hangzhou (miasto we wschodnich Chinach, 2 mln ludności). Marka podobno posiada certyfikat GMPC (dobre praktyki produkcyjne dla kosmetyków). W 2014 r. marka rozpoczęła współpracę z różnymi programami telewizyjnymi, a w 2015 r. zaprezentowała się na ogromnych Międzynarodowych Targach Kosmetycznych w Chinach. I tak się zaczęło, w 2016 i 2017 r. czarna maska zrobiła zawrotną karierę w USA, Kanadzie i Europie (głównie we Włoszech, Hiszpanii i Polsce). A teraz bomba, na stronie producenta (jedyną, jaką znalazłam pilaten-mask.com) każde opakowanie wygląda inaczej! Są moje (chińskie znaczki) oraz dwa inne, różniące się szczegółami. I bądź tu mądra... A maska kosztuje tam 9,99$ (czyli dużo drożej niż w Polsce).  

Małe internetowe śledztwo uświadomiło mi, że Pilaten posiada także inne kosmetyki. Szybkie przejrzenie wyszukiwarki i już wiem, że poszczególne opakowania masek różnią się szczegółami od mojego. Identyczne jak moje sprzedaje Douglas, Empik, Smyk (!), Mintishop, doz.pl (apteka!), Apteka Gemini (!), ezebra.pl, iperfumy.pl, paatal.pl czy kosmetykizameryki.pl. Inne opakowanie widziałam np. w Naturze (więcej napisów na dole tubki). Daje mi to do myślenia.


Tak czy owak moja maska przyszła w zafoliowanym kartoniku. Pod zakrętką posiada dodatkowe zabezpieczenie. Z chińskich znaczków nie jestem w stanie praktycznie niczego wyczytać. Na spodzie na szczęście mamy wyraźną i czytelną dla nas, Europejczyków, datę ważności. Z boku sposób użycia po angielsku (żeby było śmiesznie podane tam 10-15 minut nie wystarcza na zastygnięcie maski).


Sama maska praktycznie nie posiada zapachu. Jest faktycznie czarna, bardzo lepka. Łatwo się rozprowadza, ale bardzo trudno ją spłukać, ponieważ dość szybko tężeje. Jest to maska typu peel-off, więc po nałożeniu jej na skórę twarzy najlepiej od razu umyć ręce (jeśli nakładacie ją palcami jak ja, bo tak jest najwygodniej) albo poczekać, aż warstwa zastygnie i wtedy dopiero ją zerwać ze skóry dłoni.

Sposób użycia: na oczyszczoną, suchą skórę (można przedtem wykonać także delikatny peeling lub parówkę) nałożyć równą, dość cienką warstwę maski. Nie trzeba rozprowadzać ją na całej twarzy, można wybrać tylko zanieczyszczone miejsca np. czoło, nos. Uwaga na okolice oczu i brwi - absolutnie nie nakładać maski na te partie, bo będzie bolało, a włoski zostaną wyrwane. Po całkowitym wyschnięciu (zwykle 30-40 min, w zależności od grubości nałożonej warstwy) należy ją jak najbardziej delikatnie zerwać. Podane na opakowaniu 10-15 minut nie wystarcza na stężenie maski!


Skład czarnej maski trudno zrozumieć. Nie potrafię czytać chińskich krzaczków, więc szukałam kogoś kto je przetłumaczy. Udało się tylko połowicznie, więc opieram się na składzie podanym na stronie doz.pl. UWAGA! Na innych stronach znalazłam trochę inne składy :(

Skład: Water (woda), Polyvinyl Alcohol (syntetyczne lepiszcze i zagęstnik; stosowane głównie w produkcji lakierów do paznokci oraz klejów kosmetycznych, np. do sztucznych rzęs; tworzy elastyczną powłokę; stosowany w produkcji różnych folii i opakowań; jest częściowo biodegradowalny; może podrażniać wrażliwą skórę), Glicerol (glycerin; gliceryna; substancja nawilżająca i penetrująca warstwę rogową naskórka; niestety może też wysuszać skórę), Propylene Glycol (syntetyczny rozpuszczalnik; nawilża i jest nośnikiem innych substancji; podejrzewany, że stosowany na skórę wysusza naskórek i podrażnia gruczoły łojowe, wywołując stan zapalny i wysięki wokół gruczołów; uszkadza również powłoczki włosów, a w razie dostania się do oczu wywołuje zapalenie spojówek; stosowane w Europie dawki zostały oficjalnie uznane za nieszkodliwe, ale nie ma pewności, czy te same normy dotyczą kosmetyków chińskich), Collagen (kolagen; substancja pochodzenia zwierzęcego; nawilża, napina, ujędrnia, łagodzi podrażnienia i uczulenia, przyspiesza gojenie), Diazonium Imidazolidinyl Urea (konserwant; donor formaldehydu; może wywołać alergiczne kontaktowe zapalenie skóry, zaczerwienienie, pieczenie lub świąd, pękanie skóry, może wydzielać także rakotwórczy formaldehyd; unikam jak mogę, szczególnie w kosmetykach do twarzy), CI 28440 (syntetyczny czarny barwnik, silnie alergenny, uwalnia histaminę, więc jest niebezpieczny dla osób uczulonych na aspirynę, może wywołać astmę; zakazany w USA, uznany za toksyczny i rakotwórczy), Fragrance (bliżej nieokreślona kompozycja zapachowa).

Na wielu stronach widziałam jako składnik także Iodopropynyl Butyl Carbamate (syntetyczny konserwant, substancja toksyczna; wywołuje przesuszenie skóry i złuszczanie naskórka; może wywoływać alergie, UWAGA! nie jest bezpieczny dla kobiet w ciąży, nie należy go także używać w kosmetykach do stosowania w okolice błon śluzowych takich jak... nos, oczy, usta).

Najgorsze jest to, że nie mam zielonego pojęcia co znajduje się z kosmetyku, który nakładam na twarz, a powyższe wcale nie napawają mnie optymizmem. Co ciekawe w wielu opisach sprzedawcy przekonują nas, że składnikiem aktywnym jest czarny węgiel, ale powyższe składy wcale tego nie potwierdzają!


Na polskich stronach mowa o węglu, ale zaraz. Zerknijcie jeszcze raz na skład: nie ma tam żadnego węgla, za kolor odpowiedzialny jest barwnik, kontrowersyjny zresztą. W nakładaniu maski trzeba nabrać wprawy, ponieważ jest ona bardzo lejąca, lubi brudzić wszystko dookoła. Ważne, aby zaaplikować równą, dość cienką warstwę, ale bez przerw, musi być jednolita powierzchnia, wtedy dobrze się odrywa w całości. To też wymaga wprawy, ponieważ jeśli nałożymy ją nierówno będziemy baaaardzo długo czekać, aż zastygnie cała. 
Stosowałam ją kilka razy, w różnych warunkach: po parówce, po peelingu mechanicznym, po peelingu enzymatycznym, na suchą, oczyszczoną tylko skórę. Nie zauważyłam najmniejszej różnicy, za każdym razem rezultat był taki sam.
Maskę nakładałam najczęściej na nos i jego okolice, brodę oraz czoło. Dwa razy zaryzykowałam nałożenie jej na policzki, jednak skóra tam jest zbyt delikatna i podatna na podrażnienia, ponadto nie jest tak mocno napięta jak na czole, więc zrywanie maski zwyczajnie bardzo boli! Dodatkowo ryzykujemy popękaniem naczynek, akurat ja mam do tego tendencję, więc przestałam nakładać czarną maskę na te rejony, szkoda mi skóry.
Ból faktycznie towarzyszy zrywaniu maski, także z nosa czy czoła, ale jest do wytrzymania. Obyło się bez łez, ale relaksem też bym tego nie nazwała. Rezultat? Wyrwane drobne włoski wraz z cebulkami, zerwane suche, odstające skórki - to najbardziej rzuca się w oczy i właśnie to widać najbardziej na zerwanej masce. Dzięki temu skóra faktycznie jest gładka i wydaje się być lepiej oczyszczona, jak po peelingu. Zaskórniki i wągry wyrywa w bardzo minimalnym stopniu, zaledwie kilka sztuk! Za każdym razem, bez względu czy wcześniej wykonałam parówkę czy peeling efekt był dokładnie ten sam.
Po zdjęciu maski warto zaaplikować na skórę łagodzący hydrolat czy wodę termalną, a po chwili nałożyć cieniutką warstwę dobrego żelu aloesowego, co ukoi podrażnienia i ewentualny ból (pod warunkiem, że nie macie uczulenia na aloes). Szczerze to taki efekt zupełnie nie jest wart ryzyka, a cała sława czarnej maski Pilatena mocno przesadzona.


Podsumowując słynna czarna maska jest farbowanym na czarno, dobrze zakonserwowanym klejem. Wierzę, że można zauważyć działanie tego produktu, ponieważ klej jak sama nazwa wskazuje przykleja się do skóry i przy odpowiednim sposobie nakładania może "wyciągnąć" kilka zaskórników oraz dać efekt gładkości (usuwa włoski i suche skórki). Jednak czy naprawdę chcemy nakładać na twarz tak kontrowersyjny produkt, o którym niewiele wiadomo? Zdecydowanie lepiej kupić węgiel w aptece, najlepiej w kapsułkach i wymieszać go z żelatyną (dla niewegetarian) lub agarem (dla wegetarian). W ten sposób otrzymamy bezpieczną maskę o podobnym działaniu, bez szkody dla skóry i błon śluzowych, bez strachu czy przypadkiem nie nakładamy czegoś, co w przyszłości się na nas może zemścić. Jestem zwolenniczką kosmetyków bezpiecznych, a przynajmniej takich, co do których mam pewność. Czarna maska zaś nie jest przyjazna skórze, jest agresywna, niedelikatna i nie do końca wiadomo co zawiera. Ja mówię pas.

Miałyście tą czarną maskę? Czy Wy też musiałyście przekonać się jak działa na własnej skórze?

32 komentarze:

  1. Nienawidzę tej maski. Po nałożeniu jej na twarz okropnie żałowałam, że ją kupiłam. Tak jak piszesz, lepiej samemu zrobić sobie taką maseczkę i mieć pewność co się w niej znajduje.
    PS. Świetne recenzja. Uwielbiam jak wszystko jest tak szczegółowo opisane i możemy znaleźć parę słów o składzie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa i zapraszam częściej, u mnie zazwyczaj jest analiza składu :*

      Usuń
  2. Mam kilka saszetek i jeszcze nie odważyłam się ich użyć

    OdpowiedzUsuń
  3. nie. Jeszcze nie miałam i chyba się nie skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam ją natomiast na rynku istnieje bardzo dużo podróbek które w opakowaniach różnią się naprawdę minimalnymi rzeczami. Choćby tak jak piszesz napisy, biały pasek który biednych jest grubszy lub cieńszy. Same napisy powinny być wyżłobione a nie gładkie wtedy masz pewność że jest to oryginał, a nie podróbka. Ogólnie to tych różnic jest naprawdę dużo i na pierwszy rzut oka ciężko jest to rozróżnić nawet jeżeli się przyglądasz to widać to doskonale. Z takich ciekawostek Jeżeli jakiś sklep prowadzi tego typu produkty czy nawet te koreańskie to powinien mieć na niej papiery zezwalające na sprzedaż Jeżeli ich nie ma to możliwe że mamy do czynienia z podróbkami. Temat dosyć mocno zapomniałam dlatego o tym pisze :) maska pilaten miałam całkiem się dobrze mnie sprawdzałam chociaż szału nie było i wolę jednak tą domową wersję, daje mi lepsze efekty i wiem co nakładam na twarz. Mnie ta maska przy ściąganiu nie bolała ani nie podrażniła. Natomiast moją koleżankę już tak wyszły jej czerwone placki na buzi, więc z pewnością nie będzie ona dla każdego. Jest o tyle dobrze i fajnie że każdy sobie może kupić małe saszetki które kosztują około 2 zł I można wtedy wypróbować czy taka maseczka będzie dla kogoś i czy nie wystąpi reakcja alergiczna. Się trochę rozpisałam 😀😀😀😀😀😀😀

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja miałam sporo takich masek. Niestety, ale żadna z nich nie spłeniła moich oczekiwań. Jedna nawet pomogła mi dorobić się więcej zaskórników i pryszczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko! I teraz domyśl się jakie tam muszą być składniki użyte...

      Usuń
  6. Nie miałam i nigdy mnie nie kusiła :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja mam mieszane uczucia, nałożyłam ją na policzki i tak to bolało, że szok :P ale dobrze oczyściła mi nos :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja myślałam nad jej zakupem, ale póki co dałam sobie z nią spokój

    OdpowiedzUsuń
  9. O nie! Zdecydowanie nie dla mnie. Co te Chińczyki nie wymyślą ;) Ja i bez tego mam kapryśną i suchą skórę :)

    OdpowiedzUsuń
  10. U mnie też nie pozbywa się zaskórników. A czemu reklamują ją jako maskę z węglem, to nie wiem. Nie rozumiem szału na nią, bo dla mnie jest nie warta nawet tych kilkunastu złotych, a brak konkretnie podanego składu albo skład, który najlepiej nie wygląda, w ogóle zniechęca do stosowania takiej maski.

    OdpowiedzUsuń
  11. Przed użyciem trzeba się zastanowić "czy nałożyłabym czarny chiński klej na twarz?" :) Ja nie :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja bardzo się zawiodłam, bo niestety nie zauważyłam żadnego wągra przy żadnej z kilkunastu aplikacji... a na tym bardziej mi zależało.

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytałam już, że to maska w ciemno, nie wiesz co w niej tak naprawdę siedzi :O

    OdpowiedzUsuń
  14. Na mnie nie działa :( nic nie wyciąga. Gwarantuje jedynie depilację całej twarzy :D

    OdpowiedzUsuń
  15. zawsze boję się tego ściągania :D

    OdpowiedzUsuń
  16. ze względu na to, że ta maska jest słabo znana i jej skład też jest dla mnie niewiadomą nie skusiłam się na nią, znalazłam natomiast jej naturalny odpowiednik bułgarskiej marki Witeks i jest super :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Mnie ta maska wydepilowała na twarzy, ale nie oczyściła nic a nic :(

    OdpowiedzUsuń
  18. Mnie przeraża fakt, że tego typu produkty można dostać w aptece...

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie mam tej maseczki i nawet mnie nie kusi :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja ją totalnie odpuściłam. Swego czasu mnie kusiła, ale stwierdziłam, że za dużo jest niewiadomych i podziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  21. Jeszcze jej nie miałam. Teraz testuję czarną maskę, ale Evree z wyciągu z czarnej róży. Szałowo pachnie i jest rzeczywiście fajna.

    OdpowiedzUsuń
  22. Mnie jakoś specjalnie nie kusiła, a jak jeszcze dowiedziałam się, że byle jaki skład, że to klej nie maska, to byłam pewna, że głowy sobie nią zawracać nie będę. Ostatnio testowałam czarną maskę Marion, która z opisu jest identyczna i nacierpiałam się trochę zrywając ją z twarzy. Nie, nie i jeszcze raz nie dla takich masek.

    OdpowiedzUsuń
  23. Miałam próbkę tej maski i muszę powiedzieć, że w moim przypadku jej zrywani bardzo bolało w rejonach policzków a efekt co do tego był mierny. No i patrząc na listę tego co w sobie zawiera, to dochodzę do wniosku, że równie dobrze można swoją twarz posmarować klejem w sztyfcie i zerwać go gdy zaschnie

    OdpowiedzUsuń
  24. szczerze ja się dalej boję kupować kosmetyki na takich stronkach

    OdpowiedzUsuń
  25. Gdy nastał na nią szał trochę zwlekałam z zakupem, jednak gdy siostra chłopaka już ją nawet miała to i ja zainwestowałam w tą tubkę. Lepszego preparatu do depilacji twarzy nie miałam ;d

    OdpowiedzUsuń
  26. Miałam ją i w ogóle się u mnie nie sprawdziła pomimo kilku podejść.

    OdpowiedzUsuń
  27. Chciałam ją kupić, ale po Twojej recenzji raczej się nie zdecyduję :D

    OdpowiedzUsuń
  28. U mnie również była ona niewypałem - zero efektów :/

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam czytać Wasze komentarze, ponieważ każdy z nas jest inny i posiada własne zdanie, więc śmiało piszcie! Skomentować może każdy, apeluję jednak o kulturę.

Do blogerów w wolnej chwili na pewno zajrzę :)
Jeśli zaobserwujesz, a też prowadzisz blog - daj znać, chętnie zobaczę o czym piszesz :)