Ecodenta, Czarna pasta do zębów wybielająca

Ecodenta, Czarna pasta do zębów wybielająca

Jestem ogromną fanką naturalnych kosmetyków, szczególnie tych do twarzy. Widzę wielką różnicę odkąd zwracam uwagę na składy używanych produktów. Moja kapryśna cera się uspokoiła, mam zdecydowanie mniej niechcianych niespodzianek, a w dotyku jest miękka i elastyczna mimo wieku. Wiem, że coraz więcej osób zaczyna interesować się składami, ale często pomijają pasty do zębów. Właściwie dlaczego? Drogeryjne pasty nie są najlepsze dla jamy ustnej, mogą ją wysuszać lub podrażniać. U mnie drogeryjne pasty powodowały często bolesne pękanie kącików ust. Na szczęście obecnie mamy alternatywę! Możemy pastę do zębów zrobić nawet same!


Zdaję sobie jednak sprawę, że wiele z nas szuka dobrej pasty, ale gotowej :) Nie każdy lubi się bawić w domowe receptury, odmierzanie i mieszanie. Dziś mam dla Was taką właśnie propozycję. Zapraszam.


Czarna pasta do zębów, Ecodenta, wybielająca

"Ekologiczna pasta z węglem drzewnym stworzona przy współpracy z dentystami w Kownie. Zawiera ekstrakt z zielonej herbaty, który zapobiega powstawaniu kamienia nazębnego, działa bakteriobójczo oraz pozostawia uczucie świeżości w jamie ustnej. Czarny węgiel wybiela zęby, od dawna jest znany ze swoich dentystycznych właściwości. Pasta nie zawiera fluoru, SLS, parabenów oraz sztucznych konserwantów."


Pastę kupimy w tekturowym opakowaniu, kolorystycznie nawiązującym do zawartości węgla. Kosztuje od 13zł do 19zł. W sklepie Reco można ją kupić już za 14 zł. Pojemność 100 ml.


Skład: Glycerin (gliceryna), Aqua, Hydrated Silica (uwodniona krzemionka; czyści i poleruje zęby), Sorbitol (słodzik, polepszacz smaku), Sodium Pyrophosphate (zapobiega odkładaniu się kamienia nazębnego), Sodium Cocoyl Glutamate (delikatna, naturalna substancja myjąca, pianotwórcza), Aroma (kompozycja zapachowa), Epigallocatechin Gallate (ekstrakt z zielonej herbaty, działa bakteriobójczo, odświeża), Xantan Gum (zagęstnik), Mentha Arvensis (Mint) Oil (olejek miętowy, nadaje przyjemny smak i aromat, działa antyseptycznie i kojąco), Sodium Benzoate (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Phenoxyethanol (konserwant), Ethylhexylglycerin (konserwant, działa bakteriobójczo), Sodium Saccharin (sztuczny słodzik), CI 77266 (Carbon Black - węgiel drzewny, wybiela), CI 77499 (tlenek żelaza, czarny barwnik, regeneruje).


Zauważyłam, że na różnych stronach podane są inne składy, gdzie węgiel drzewny występuje wyżej. Podejrzewam, że formuła została jakiś czas temu zmieniona przez producenta, więc może się zdarzyć, iż kupicie produkt o innym składzie niż podany przeze mnie.


W tekturowym opakowaniu znajduje się tradycyjna tubka z miękkiego plastiku. Z pewnością łatwo będzie wycisnąć zawartość do samego końca. Korek jest okręcany, a pod nim znajduje się aluminiowe zabezpieczenie. Lubię takie rozwiązanie, ponieważ mam pewność, że kosmetyk nie był wcześniej otwierany.


Pasta faktycznie jest kruczoczarna i muszę przyznać, że pierwsze użycie było zabawne. Podczas szczotkowania uzyskujemy szarą pianę i zęby nie wyglądają za atrakcyjnie. Na szczęście koloru nie trzeba się bać, nie barwi trwale :) Zapach jest miętowy, przyjemny i nie za mocny. W smaku wyraźnie wyczuwam słodką miętę, nie jest to jednak smak agresywny, który aż powoduje pieczenie, jest raczej delikatny.


Pasta w kontakcie z wodą produkuje trochę piany, nie za mało, ale i nie tyle, co typowo drogeryjne. Mnie to pasuje, ponieważ nie lubię kiedy piana aż się nie mieści w ustach. Produkt świetnie myje zęby, wyraźnie czuć różnicę po szczotkowaniu, gdy płytka nazębna została usunięta. Również efekt wybielenia jest wyraźnie widoczny, choć w moim przypadku - piję dużo kawy i herbaty - krótkotrwały (napoje te pozostawiają na zębach wyraźny osad, który jednak łatwo się usuwa właśnie tą pastą). Po użyciu warto bardzo dokładnie opłukać szczoteczkę z szarej piany, wtedy nie zabarwimy włosia. Pasta przyjemnie odświeża również oddech, choć na niezbyt długi czas. Bardzo cieszy mnie fakt, że produkt jest delikatny, nie bolą ani nie krwawią po nim dziąsła, a także nie pękają kąciki ust. Pasta jest jednocześnie wydajna, choć tutaj wiele zależy od naszych przyzwyczajeń i ilości, jaką wyciskamy na szczoteczkę. Przeczytaj też:



Podsumowując czarna pasta do zębów Ecodenta to bardzo fajna alternatywa dla typowo drogeryjnych past z SLS. Jest zdecydowanie łagodniejsza, ma naturalny, nienachalny smak i zapach oraz wyraźnie wybiela zęby poprzez dokładnie usuwanie płytki nazębnej.

Znacie inne ciekawe pasty do zębów bez fluoru?
Płyny micelarne: Nacomi, Kolastyna, Bielenda, Perfecta

Płyny micelarne: Nacomi, Kolastyna, Bielenda, Perfecta

Płynów micelarnych używam codziennie, a nawet dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Rano służą mi do delikatnego zmycia sebum i zanieczyszczeń, natomiast wieczorem do demakijażu, szczególnie oczu i ust oraz wstępnego rozpuszczenia podkładu - przed właściwym myciem pianką, olejkiem lub żelem. Z tego względu zużywam ich dużo i poszukuję takich, które pozostawione na skórze będą delikatne, nie podrażnią jej, za to zawierają składniki aktywne.


Data ważności płynu micelarnego

Zdarza mi się micele kupować "na już", bo akurat mam końcówkę oraz je kolekcjonować, kiedy posiadam trzy czy cztery - i  to wszystkie otwarte. Nie martwię się o daty, ponieważ i tak zużywam je przed czasem. Zawsze zwracam uwagę na PAO (symbol otwartego słoiczka z liczbą w środku), ale zazwyczaj jest to 6-12 miesięcy, więc mam stuprocentową pewność, że produkt zużyję. Trochę kontrowersyjne jest dla mnie kupowanie w stacjonarnych drogeriach, o czym wiele razy pisałam na Instagramie czy Facebooku, ponieważ nigdy nie ma pewności, czy ktoś nie otworzył kupionego przez nas produktu i w ten sposób nie wpłynął na termin jego przydatności po otwarciu. Mając więc wybór kupuję kosmetyki w drogeriach internetowych, najchętniej w niewielkich, rodzinnych firmach, gdzie każdy kosmetyk traktowany jest z należytą uwagą, gdyż firma nie może sobie pozwolić na złą opinię. Drogerie stacjonarne odwiedzam w wielkie promocje lub w razie potrzeby, także by poczytać składy lub zapoznać się z testerami (jeśli akurat są, bo to akurat towar deficytowy...).


Perfecta, Moc minerałów, Kojąca woda micelarna 3w1

"Skutecznie i delikatnie usuwa makijaż. Dokładnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń. Koi, zapobiega podrażnieniom, nawilża i odświeża skórę. Redukuje oznaki zmęczenia. Nie podrażnia oczu."
Kosztuje 9-14zł/200ml (udało mi się dorwać wersję 250ml, w tym podobno 50 ml gratis).


Butelka jest ok, choć mniej wygodna na co dzień niż pozostałe - ale też o największej pojemności. Korek na klik wygodny, lekko się otwiera. Płyn jest przezroczysty, delikatnie się pieni, praktycznie bezwonny.

Skład: Aqua (woda), PEG-7 Glycery Cocoate (substancja myjąca; detergent i stabilizator piany, natłuszczająca i wygładzająca, półsyntetyczna lub roślinna), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), Propylene Glycol (nawilża i ułatwia transport innych substancji głębiej w naskórek), PPG-26-Buteth-26/PEG-40 Hydrogenated Castor Oil (emulgator), Panthenol (łagodzi podrażnienia, koi skórę), Lapis Lazuli Extract (wzmacnia naskórek, chroni przed czynnikami zewnętrznymi, nawilża i przywraca naturalny blask), Euphrasia Rostkoviana Extract (ekstrakt ze świetlika; działa przeciwzapalnie i łagodząco), Gossypium Herbaceum Seed Extract (ekstrakt z nasion bawełny; regeneruje, zmiękcza i nawilża skórę), Sea Salt (sól morska; zawiera minerały magnez, wapń, sód i potas, które chronią naskórek przed nadmierną reakcją na czynniki zewnętrzne, koją uczucie podrażnienia i swędzenia), Disodium EDTA (zwiększa trwałość kosmetyku), Hydroxyacetophenone (zwiększa efektywność konserwantów), Phenoxyethanol (konserwant).

Moim zdaniem: wysoko w INCI jest kilka substancji myjących oraz substancja ułatwiająca głębsze wnikanie innych składników w naskórek, co nie jest raczej potrzebne z płynie do demakijażu. Micel zawiera za to ekstrakt z Lapis Lazuli - pięknego, niebieskiego minerału, który wzmacnia i kondycjonuje naskórek sprawiając, że uodparnia się on na czynniki zewnętrzne. Zawiera również kilka cennych ekstraktów (świetlik, nasiona bawełny) oraz łagodzący pantenol. Pod koniec kilka konserwantów. Nie jest naturalny, ale powinien dobrze zmywać makijaż, co jest przecież jego głównym zadaniem.


Bielenda, Laser Xtreme, Nawilżająco-odmłądzający płyn micelarny

"Szybko, starannie i niezwykle skutecznie oczyszcza i odświeża cerę, usuwa makijaż, pozostałe zabrudzenia i nadmiar sebum, a przy tym intensywnie nawilża, łagodzi podrażnienia. Mikrosieci kwasu hialuronowego tworzą na powierzchni skóry siateczkę, która skutecznie zatrzymuje wodę w naskórku. Biomimetyczne peptydy aktywnie rewitalizują i ujędrniają skórę, zapobiegają jej wiotczeniu. Phyto Cell Tec™ Alp Rose głęboko regenerują komórki macierzyste skóry, redukują nawet głębokie zmarszczki."
Kosztuje 10-15zł, w zależności od drogerii. Pojemność 200 ml. 


Wyprofilowana butelka wraz z korkiem na klik są bardzo wygodne, a otworek w sam raz, aby nie wylać za dużo produktu. Płyn jest przezroczysty i się pieni. Bardzo delikatnie pachnie, praktycznie niewyczuwalnie.

Skład: Aqua (water),  Sodium Hyaluronate (sól sodowa kwasu hialuronowego; humektant, nawilża), Niacinamide (wit. B3; zwiększa nawilżenie i elastyczność skóry, wspomaga walkę z przebarwieniami i trądzikiem), Palmitoyl Tripeptide-5 (potrójny peptyd, regeneruje naskórek, nawilża, wygładza, działa przeciwzmarszczkowo), Allantoin (alantoina; działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie się ran), Sodium Cocoamphoacetate (bardzo łagodna substancja myjąca), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), Rhododendron Ferrugineum Leaf Cell Culture Extract (komórki macierzyste z róży alpejskiej; substancja aktywna, przeciwzmarszczkowa), Lactic Acid (kwas mlekowy; nawilża, zmiękcza warstwę rogową naskórka), Isomalt (środek słodzący; daje dobrą klarowność, zapewnia długi okres przechowywania), Lecithin (lecytyna; poprawia nawilżenie, wygładza; zapobiega rozwarstwianiu się kosmetyku; stosowana w produktach naturalnych), Polysorbate 20 (emulgator; zapobiega rozwarstwianiu się faz produktu; substancja bezpieczna), Disodium EDTA (zwiększa trwałość kosmetyku), Ethylhexylglycerin (humektant, nawilża; konserwant pochodzenia naturalnego), Phenoxyethanol (konserwant), DMDM Hydantoin (konserwant; pochodny od formaldehydu; kosmetyków z jego zawartością nie należy stosować w czasie laktacji i ciąży), Sodium Benzoate (konserwant; polecany do konserwowania kosmetyków naturalnych i ekologicznych), Parfum (Fragrance).

Moim zdaniem: wysoko w INCI znajdziemy sól sodową kwasu hialuronowego, niacynamid, peptyd oraz alantoinę, które nawilżają i łagodzą podrażnienia. Dopiero potem mamy łagodną substancję myjącą, a następnie znów nawilżające glicerynę, ekstrakt z róży alpejskiej, kwas mlekowy, lecytynę. Przy końcu sporo jest konserwantów, w tym pochodna formaldehydu. Nie jest naturalny, ale pełen substancji aktywnych, szczególnie nawilżających i łagodzących podrażnienia.


Kolastyna, Xpress Effect, Płyn micelarny

"Natychmiast rozpuszcza nawet najbardziej uporczywy makijaż i zanieczyszczenia dzięki specjalnej kombinacji systemu micelarnego oraz składników o ekspresowym działaniu oczyszczającym. Pozostawia sprężystą, nawilżoną, promienną cerę. Delikatna formuła płynu nie wywołuje zaczerwienienia oraz pieczenia skóry i oczu."
Kosztuje ok. 10zł/200ml.


Butelka jest identyczna jak płynu Bielendy - wygodna, z solidnym korkiem na klik. Płyn przezroczysty, lekko pieniący, o średnio intensywnym, sztucznym zapachu - całkiem przyjemnym, nie za słodkim, lekko morskim.

Skład: Aqua (woda), Glycereth-7 Caprylate/Caprate (emulgator), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), PEG-20 Glyceryl Triisostearate (substancja myjąca; emulgator), Sodium Cocoyl Apple Amino Acids (system oczyszczający z soku jabłkowego; dokładnie oczyszcza i wspomaga usuwanie makijażu, chroni barierę hydrolipidową, nie wywołuje efektu ściągnięcia skóry), Hexylene Glycol (substancja myjąca; emulgator), Allantoin (alantoina; działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie się ran), Panthenol (łagodzi podrażnienia, koi skórę), Betaine (betaina; silnie nawilża), Soluble Collagen (kolagen rozpuszczalny; wygładza, ujędrnia, nawilża), Glycogen (glikogen; humektant, nawilża), Hydrolyzed Elastin (elastyna hydrolizowana; ujędrnia, uelastycznia, zmniejsza właściwości drażniące detergentów), Sorbic Acid (kwas sorbowy; konserwant), Sodium Succinate (bursztynian dwusodowy; substancja myjąca i pianotwórcza; maskuje niepożądane zapachy), Parfum (kompozycja zapachowa), Tocopheryl Acetate (pochodna wit. E; nawilża, uelastycznia), Zinc Gluconate (glukonian cynku; przyspiesza gojenie ranek), Magnesium Aspartate (asparaginian magnezu; wygładza i mineralizuje skórę, zmniejsza przetłuszczanie, zwęża pory, regulator pH), Copper Gluconate (glukonian miedzi; regeneruje, zmniejsza blizny i zmarszczki, przyspiesza gojenie ran), Lactic Acid (kwas mlekowy; nawilża, zmiękcza warstwę rogową naskórka), Tetrasodium EDTA (zwiększa trwałość kosmetyku), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu; regulator pH), Phenoxyethanol (konserwant), Chlorophenesin (konserwant, antyoksydant).

Moim zdaniem: dość wysoko substancje myjące, w tym system oczyszczający z jabłoni. Następnie kilka substancji aktywnych w tym pantenol, kolagen, elastynę, betainę, glikogen. Wit. E już po kompozycji zapachowej, podobnie cynk, magnez i miedź, kwas mlekowy. Na końcu konserwanty. Całkiem przyjemny, sensowny skład, choć nie jest naturalny.



Nacomi, Micellar Cleansing Water, Płyn micelarny do delikatnego demakijażu

"Płyn do delikatnego zmywania makijażu. Dokładnie oczyszcza i usuwa wszelkie zanieczyszczenia. Nawilża i łagodzi skórę. Zawiera ekstrakt z aloesu, rumianku oraz kwas hialuronowy. Ma działanie przeciwzmarszczkowe, nie uczula, nie podrażnia i doskonale zmywa makijaż."
Kosztuje ok. 20zł/150ml np. w sklepie RECO.


Butelka okrągła i niewielka, jako jedyna zaopatrzona we wciskany korek, dzięki czemu bez obaw można wziąć kosmetyk w podróż. Płyn posiada barwę morską, wpadającą w zieleń. Pachnie dość intensywnie, ale nie męcząco i nie za słodko, zapach jest przyjemny i nie wydaje się być mocno sztuczny. Utrzymuje się dłuższą chwilę na skórze.

Skład: Aqua (woda), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), Panthenol (prowitamina B5; nawilża, działa przeciwzapalnie), Sorbitol (substancja słodząca, działa nawilżająco, wygładza i zmiękcza skórę), Aloe Barbadensis Extract (ekstrakt z aloesu; regeneruje i przyspiesza gojenie ran np. trądzikowych, nawilża, ściąga skórę), Chamomilla Recutita Extract (ekstrakt z rumianku pospolitego; substancja aktywna, działa przeciwzapalnie), Lauryl Glucoside (bezpieczna, łagodna dla skóry substancja myjąca), Benzyl Alcohol (konserwant; składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach jaśminu), Hydrolyzed Glycosaminoglycans (wielocukry; utrzymuje wodę w naskórku, humektant, nie penetruje wgłąb skóry), Parfum (kompozycja zapachowa), Dehydroacetic Acid (identyczny z naturalnym, bezpieczny konserwant), Hyaluronic Acid (kwas hialuronowy; nawilża, ujędrnia), CI 42051 (barwnik, błękit patentowy).

Moim zdaniem: wysoko w INCI mamy przede wszystkim substancje nawilżające i kondycjonujące skórę, w tym ekstrakt z aloesu oraz rumianku. Dopiero w połowie łagodną substancję myjącą, po niej bezpieczny konserwant, dopuszczony w kosmetykach naturalnych i jeszcze więcej nawilżaczy. Osobiście wolałabym skład bez barwnika, ale poza nim kosmetyk jest bardzo delikatny i naturalny.


Pokusiłam się o przygotowanie dla Was testu powyższych płynów micelarnych. Przede wszystkim ich zadaniem jest przecież zmycie makijażu. Żadem nie podrażniał moich dość wrażliwych oczu, nie łzawiły ani nie piekły. Nie zauważyłam najmniejszych negatywnych skutków ich stosowania.

Do testu użyłam poniższych produktów. Dałam im swobodnie zastygnąć na skórze, test wykonałam po ok. 45 minutach od nałożenia kosmetyków kolorowych. Za każdym razem skórę przetarłam tylko raz wacikiem zwilżonym podobną ilością płynu micelarnego. Jakie są wnioski?


Poniżej ręka już po teście, więc widać, że micele nieźle sobie radzą z większością kosmetyków. Na ręku widać "od góry" poszczególne przetarte wacikiem paski, zgodnie z kolejnością:

Nacomi, Micellar Cleansing Water: świetnie poradził sobie z matową pomadką, koreańskim kremem BB, bazą Bielendy (która dość mocno zastyga na skórze), za to zdecydowanie słabiej z pomadą do brwi - choć i tak lepiej niż dwa inne micele. Tusz i liner zmył najsłabiej, ale pamiętajcie, że przy codziennym używaniu nasączony wacik przytrzymujemy, aby płyn rozpuścił tusz.
Kolastyna Xpress Effect: Chyba najlepiej sobie poradziła z większością kosmetyków, zebrała najwięcej pomady do brwi, za to trochę mniej tuszu niż Nacomi.
Bielenda, Laser Xtreme: bardzo dobrze zmywa pomadkę, praktycznie całą już za pierwszym razem. Tak samo BB i bazę Bielendy (różową). Nieźle poradziła sobie z tuszem, ale pomady do brwi praktycznie nie ruszyła.
Perfecta, Moc minerałów: Pomada do brwi praktycznie nie została nawet naruszona. Za to matowa pomadka zniknęła całkowicie, podobnie różowa baza Bielendy i krem BB. Dobrze poradziła sobie z linerem i kredką do oczu, z tuszem średnio.


Moje wnioski: Biorąc pod uwagę skład oraz działanie najbardziej przypadły mi do gustu produkty Nacomi oraz Kolastyny. Najszybciej radzą sobie z mocno zastygającymi kosmetykami, doskonale zmywają silikonowe kremy BB, matowe pomadki, a nawet mega trwałą pomadę do brwi Wibo. W INCI posiadają wysoko kilka cennych składników aktywnych, przy czym Nacomi można nawet traktować jak bezpieczny tonik z delikatnym detergentem domywającym ewentualne resztki makijażu już po umyciu buzi. Pozostałe płyny, czyli Bielenda oraz Perfecta również nieźle sobie radzą, chociaż mają moim zdaniem składniki, z których można było zrezygnować (Bielenda potencjalnie niekorzystny konserwant, a Perfecta propylene glycol, który ułatwia transport innych substancji głębiej w naskórek - w płynie z detergentami). Mimo to wszystkie te produkty są godne uwagi, zwłaszcza, że spełniają swoje zadanie.


Mój wybór: Zdecydowanie płyn micelarny Nacomi, posiadający świetny skład (oprócz barwnika), wiele nawilżaczy, łagodny detergent w środku INCI. Faktycznie jest wielofunkcyjny, lekko nawilża skórę i nie ściąga jej nieprzyjemnie, a przy tym dobrze zmywa makijaż. Niestety cenowo wychodzi najmniej korzystnie, ale za to jest wydajny. Na drugim miejscu Kolastyna, która dobrze zmywa, nie podrażnia i nie wysusza skóry, lekko przymyka pory. Na trzecim miejscu - wciąż na podium - ex aequo Bielenda i Perfecta, w podobnej cenie, z przewagą Perfecty jeśli chodzi o pojemność, a Bielendy jeśli chodzi o skład. Oba zawierają ciekawe składniki aktywne, sporo humektantów, są łatwo dostępne w stacjonarnych drogeriach. Nie podrażniają oczu, nieźle zmywają makijaż.


Znacie któryś z tych kosmetyków do demakijażu? Czym Wy zmywacie obecnie make up? Może chcecie, abym coś przetestowała? Podzielcie się w komentarzu swoimi typami :)
Meet Beauty edycja III oraz Beauty Days II 2017

Meet Beauty edycja III oraz Beauty Days II 2017

W tym roku miałam okazję po raz trzeci uczestniczyć w niezwykłej konferencji dla blogerek i vlogerek kosmetycznych. No dobra, także jednego blogera - pozdrawiam Michała z Twoje Źródło Urody oraz kilku instagramerek - pozdrawiam Kasię z kasia.love :) Uwielbiam takie spotkania i jedyne, czego żałuję, to szybkiego upływu czasu. Serio, jakby go ktoś dosłownie zawinął, zawiązał supeł i w ten sposób skrócił. Cała konferencja trwała aż dwa dni, a mimo to minęła niepostrzeżenie. Ani się obejrzałam, a już w tłoku i duchocie, wraz z pokaźną grupą innych uczestniczek, wracałam autobusem do Warszawy. Wiadomo - czas w miłym towarzystwie, na pogaduszkach i ciekawych wykładach umyka niepostrzeżenie!


W tym roku wydarzenie odbywało się w Międzynarodowym Centrum Targowo-Kongresowym Ptak Warsaw Expo w Nadarzynie pod Warszawą. Podobało mi się, że organizator pomyślał o darmowych autobusach z centrum Warszawy dla wszystkich, chcących odwiedzić Targi oraz Meet Beauty (chociaż niektóre kursy były mocno oblegane!). A właśnie, wiele osób myliło oba wydarzenia, choć nie były tożsame. Konferencja dla blogerów - Meet Beauty - odbywała się w wydzielonej części hali. Aby się na nią dostać trzeba było mieć specjalną opaskę i identyfikator. Natomiast Targi Beauty Days były dla wszystkich, a wstęp był darmowy, wystarczyło się tylko zarejestrować przy wejściu.


Meet Beauty wyróżnia się przede wszystkim ciekawymi warsztatami, na które wcześniej należało się zapisać. Zadanie niełatwe, trzeba o nie zawalczyć jak o ostatniego pączka w Tłusty Czwartek, ale warte zachodu.Osobiście byłam na dwóch warsztatach. Ekipa Neo Nail zaprezentowała nam nową serię lakierów hybrydowych Aquarelle. Zdobienia od razu podbiły moje serce, choć wcale nie są łatwe! Po zrobieniu kilku kulfonów, których widoku Wam zaoszczędzę, wpadłam na to, że paznokieć należy ledwo muskać pędzelkiem. Ponadto teoretycznie nie wystarczy posiadanie samego koloru ze specjalnej serii (super, że jeden dostałyśmy!), należy dokupić jeszcze specjalną bazę, ale.... Na zwykłej bazie Neo Nail wzorki wychodzą równie ładnie. Sprawdziłam! Jest wystarczającą lejąca, aby kolor rozpływał się jak lukier na gorącym pierniku (chyba jestem głodna :D).


Kolejne warsztaty, tym razem z marką Golden Rose, prowadziła Karolina Zientek. Uwaga, będzie profanacja: dotąd nie miałam pojęcia kto to, zapewne dlatego, że praktycznie nie oglądam YT (oprócz Czarszki i kilku mniej znanych, acz zacnych osobistości). Szybko zostałam jednak nawrócona na właściwą ścieżkę, a wręcz zauroczona ciepłem Karoliny oraz jej ogromną wiedzą i chęcią dzielenia się nią. Sporo ciekawych rzeczy się dowiedziałam, a wszystko było pokazane na uroczej modelce :)


Na Targi zaproszono więcej znanych i lubianych (lub znanych i nielubianych, w zależności od poziomu zazdrości/dystansu do siebie/poglądów/przekonań/ambicji uczestników Targów) :D Wyhaczyłam Maję Sablewską, duet Wierzbicki i Schmidt, mignęły mi gdzieś KatOsu, Red Lipstick Monster, Adrianna Grotkowska, Kominek/Jason Hunt/Tomek Tomczyk/kolejne pseudo z przyszłości, wiem, ja też się już mylę. Oczywiście to nie wszystkie cudowne persony, które spotkałam. Poniżej na foto z Magdą z takiemojeoderwanie.pl, Kingą z gorzela.pl oraz Anastazją ze stazyjka.pl. Za to zresztą najbardziej lubię konferencje dla blogerów: mogę w realu spotkać osoby, które znam z internetu :)


Podczas całej konferencji Meet Beauty odbywały się również ciekawe panele (zwane wykładami), dostępne dla wszystkich zaproszonych blogerek. W części z nich udało mi się uczestniczyć - między warsztatami a snuciem się po stoiskach kosmetycznych a piciem kolejnej kawy (nie potrafię żyć bez kawy!). Najciekawszy z mojej perspektywy okazał się panel prowadzony przez Jest Rudo, a dotyczący fotografowania kosmetyków oraz kompozycji zdjęcia. I choć z różnych stron dobiegało ziewanie, szepty i ogólne wzdychanie (podobno panel nie był odkrywczy) to jednak ja usystematyzowałam sobie pewną wiedzę, a kilka innych spraw potwierdziłam. Mam nadzieję, że widać progres na moich zdjęciach, chcę, by były tylko lepsze!


Fajne show wykonał również Jason Hust, choć nie mógł sobie darować kilku uszczypliwości względem nas, blogerek kosmetycznych, piszących wciąż o jakichś bzdetach :D Rozbawił mnie twierdząc, że przejrzał wszystkie blogi - 300 - aż sapnęłam ze współczucia. Ależ się musiał zanudzić :D Dodajmy do tego 300 profili na IG oraz 300 fanpage'ów. Gdyby miał wybór pewnie wybrałby chłostę xD Ale wróćmy do tematu, bo wykład był bardzo inspirujący! Tomek pokazał nam swój sposób na ogarnięcie pewnego rodzaju chaosu okołoblogowego (skąd ja to znam?), usystematyzowanie pewnych działań. Podrzucił też kilka konkretnych rozwiązań. Chwała mu!
Ciekawy panel dotyczący kosmetyków mineralnych przeprowadziła Ewa z bloga mademoiselleevebloguje. Sporo wiedziałam, bo lubię minerały, ale zawsze fajnie podejrzeć innych "w akcji". Ewa Red Lipstick Monster jak zwykle pełna energii i uśmiechnięta, ale nie pamiętam nawet o czym mówiła :D Konferencję zakończyła dyskusja na temat blogowych biznesów, co do której mam mieszane uczucia.


W tzw. międzyczasie oraz niedoczasie włóczyłyśmy się między stoiskami na Targach Beauty Days. Podobnie jak na pierwszej edycji odwiedzających nie było w nadmiarze, więc spokojny spacer lekkim slalomem był przyjemny. Kręciłyśmy się to tu,to tam, rozmawiając, kupując (kosmetyków nigdy zbyt wiele!), podpytując, wąchając, wcierając, a przy tym gadając o wszystkim. Jednak blogerki kosmetyczne nie są monotematycznymi stworzeniami. Ba, są nawet całkiem zabawne - jak chcą ;)


Najmocniej ciągnęło mnie do stoisk z kosmetykami naturalnymi, tyle, że znam ich ofertę dość dobrze. Kusiło mnie najmłodsze dziecko Fresh & Natural, czyli Pasta oczyszczająca, ale powstrzymałam się od zakupu, ponieważ oczyszczaczy mam zbyt wiele. Na pewno za jakiś czas i tak wpadnie w moje rączki, ale staram się działać rozsądnie. Wąchałam i macałam jak szalona, że się tak wyrażę, wszystko co mnie zainteresowało. Popełniłam również zakupy, niestety aż tak rozsądna to ja nie jestem. Zakupiłam m.in. słynne pudry Ecocera (bambusowy oraz ryżowy), olej z pestek moreli (moje włosy go kochają!), pomadkę w płynie Golden Rose. Więcej grzechów nie pamiętam :D



Szybko minęły te dwa dni. Takie konferencje powinny trwać minimum tydzień, aby się nagadać ze wszystkimi, posłuchać wykładów i wziąć udział w warsztatach, które nas interesują. Oczywiście wiem, że to nierealne, czasochłonne i ogólnie szalone, ale w ten sposób nie trzeba by ciągle z czegoś rezygnować. A tak - podczas warsztatów nie możesz być na wykładach, podczas wykładów nie pogadasz (no dobra, trochę szeptałyśmy po kątach), a podczas zwiedzania targów musisz całkiem zapomnieć o Meet Beauty. Ciągłe kompromisy, mimo to wspomnienia pozostaną miłe, niedociągnięcia prawdopodobnie zapomniane jako nieistotne, a nowe znajomości kontynuowane. Amen.

Teraz czekam na See Bloggers w Gdyni, a to już... zaraz. Z kim się widzę?
Zdrowe batoniki muesli

Zdrowe batoniki muesli

Dzisiaj mam dla Was przepis na zdrowe, wegańskie batoniki, idealne na drugie śniadanie (ale nie tylko!). Dodają energii, są bogate w zdrowe tłuszcze i witaminy. Zawierają dużo bakalii, więc są także dość kaloryczne, ale nie są to "puste kalorie". Zamiast więc kupować gotowe produkty, pełne cukru, syropu glukozowo-fruktozowego i tłuszczu palmowego możecie łatwo i szybko zrobić własne. Słodkie, o wielowymiarowym smaku i co tu dużo mówić, pyszne!
Poza tym uważam, że o skórę trzeba dbać także "od środka", zapewniając organizmowi odpowiednie dawki witamin, minerałów oraz pijąc wodę, w celu poprawy nawilżenia.


Wegańskie batoniki bakaliowe

- 300 g daktyli (używałam suszonych, które zalałam wrzątkiem i moczyłam przez godzinę, ale można użyć również świeżych - ich nie namaczamy)
- 2-3 łyżki masła orzechowego (można kupić, ale szukajcie samych orzechów w składzie, można je też łatwo zrobić - niesolone orzechy prażymy w piekarniku 10 minut lub na patelni, po czym blendujemy na gładką masę z odrobiną soli)
- 100 g pestek dyni
- 100 g pestek słonecznika
- 50 g rodzynek
- 50 g suszonej żurawiny
- 6 łyżek siemienia lnianego
- 6 łyżek nasion chia
- 200 g błyskawicznych płatków owsianych
- 1 łyżeczka mielonego cynamonu

  1. W większej misce blendujemy namoczone, odsączone z wody  daktyle razem z masłem orzechowym i cynamonem.
  2. Dodajemy pestki, rodzynki i płatki owsiane, bardzo dokładnie mieszamy.
  3. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, przekładamy masę (najwygodniej łyżką), po czym całość dokładnie dociskamy do formy, tak aby masa miała grubość ok. 1 cm.
  4. Piekarnik nagrzewamy do 170 st., wkładamy blachę do piekarnika na 20 min. Po tym czasie wyciągamy, kroimy masę na batoniki wedle własnego gustu i wkładamy ponownie do piekarnika na 15-20 min.
  5. Jemy wystudzone. Możemy je przechowywać przez tydzień w lodówce. Smacznego! 


Przepis na batoniki można modyfikować. Należy jedynie trzymać się podanych proporcji, aby gotowe batoniki się nie rozpadały po wystudzeniu. Część daktyli można zastąpić bananem, a zamiast pestek dodać pokruszone orzechy, morele, mango, wiórki kokosowe czy figi.


Batoniki po ostudzeniu są zwarte, ale dość łatwo się wyginają. Nie są twarde, lekko gumowate. Zdecydowanie bardzo smaczne, ale zależy to od dodanych bakali oraz osobistych preferencji. Za każdym razem można otrzymać zupełnie inny smak :)



Lubicie takie proste przepisy? Kto się skusi na batoniki? A może już takie robiliście?
Czy warto mieć Instagram i co to jest  Shadowban

Czy warto mieć Instagram i co to jest Shadowban

Osobiście Instagram odkryłam całkiem niedawno, dopiero wiosną 2016 r. Wtedy podjęłam męską decyzję czyli założyłam konto blogowe (prywatnego nigdy nie miałam). Bardzo szybko wciągnęło mnie oglądanie zdjęć, inspiracji i pięknych kompozycji, followanie znajomych i nieznajomych oraz niekończące się dyskusje (zwykle "do szufladki" czyli priv). Wciągnęło mnie tak mocno, że wreszcie zaczęłam przykładać większą uwagę do własnych fotek :) Wciągnęło mnie tak bardzo, że obecnie częściej zaglądam na IG niż FB.


Dlaczego warto założyć Instagram?

  • Przede wszystkim w obecnych czasach można praktycznie wszędzie zajrzeć do telefonu. W metrze, tramwaju, w drodze do i z pracy, w łazience, na reklamach w TV - gdzie się da :) 
  • Instagram jest szybki i konkretny, a jeśli faktycznie followujemy jedynie te konta, które mogą nas zainspirować - mamy niekończące się pole do podglądania nowinek i opinii w postaci pięknych lub ciekawych zdjęć, a ostatnio także filmików. 
  • Hasztagi, które na IG świetnie się sprawdzają. Umożliwiają szybkie znalezienie interesujących nas tematów.
  • To tam zobaczymy nowości firm np. kosmetycznych, to tam podejrzymy co testują blogerki lub o czym obecnie rozmawiają kobiety. 
  • To tam szybko rozchodzą się informacje o różnych akcjach, a dzięki Insta Story lub Live możemy prawie na bieżąco śledzić poczynania ulubieńców i podglądać ich życie "od zaplecza".  
  • Wciąż jest tam także mniej reklam i postów sponsorowanych niż na Facebooku (choć niestety ich liczba wciąż rośnie, ostatnio pojawiły się nawet na Insta Story). 
  • IG jest też mniej formalny, luźniejszy i dzięki temu bardziej przystępny np. dla fanów.Wydaje się też bardziej naturalny, choć istnieją również konta "wymuskane" i "marketingowe", gdzie zdjęcia są zrobione lustrzanką i dodatkowo obrobione w programie graficznym. Tak, to widać!
  • Tam łatwiej uzyskać odpowiedzi na nurtujące pytanie czy pokazać, czym aktualnie się zajmujesz. Sama przeniosłam tam swoje denka kosmetyczne, dzięki czemu nieestetyczne, zużyte opakowania nie straszą już na blogu :)

Nic więc dziwnego, że na całym świecie Instagram ma już podobno ponad 700 mln użytkowników, z czego połowa jest aktywna codziennie! W Polsce, w zależności od źródeł, podaje się, że z Instagrama korzysta ok. 3 mln ludzi i liczby te stale rosną. Nieźle co?


Co mnie denerwuje na Instagramie?

  • Brak możliwości edycji komentarzy. Pomylisz się? Możesz tylko usunąć lub zostawić z błędem, nie ma poprawiania!
  • Nadmiar filtrów, mnóstwo dziwnych infantylnych opcji ("pożyczonych" od Snapchata). OK, niektóre są zabawne i czasem można się powygłupiać, ale co za dużo to niezdrowo ;)
  • Reklamy - coraz liczniejsze, ostatnio nawet pokazują mi się w Relacjach!
  • Kolejność wyświetlania postów - zamiast chronologicznie to według zaangażowania.
  • Lajkersi - tak określam konta, które followują Twoje konto, by zaraz to cofnąć. Nie ma dla nich znaczenia czy też zaobserwujesz czy nie. Ba, potrafią tak robić po kilka razy dziennie! Wiem, że podobnie działa kilka aplikacji "do zdobywania followersów". Podobno IG jest w stanie namierzać takie konta i reagować obcinaniem zasięgów. Warto też ściągnąć darmową apkę do podglądania takich cwaniaków, zdziwiłam się nieraz kto tak robi...
  • Shadowban, który miał być sposobem na spamowanie, a nie zawsze działa racjonalnie. Sama prawdopodobnie padłam jego ofiarą, więc warto o nim napisać coś więcej.


Co to jest shadowban?

IG działa na zasadzie algorytmów, które przyporządkowują zdjęcia do naszych preferencji. To dzięki nim oglądam kosmetyki, ciuchy i koty - widocznie to najczęściej klikam. Mnie to pasuje. Co innego samochody czy deskorolki - to mnie nie interesuje, ale takie zdjęcia na IG również przecież są. Algorytm jednak nie przypasowuje ich do mnie, bo nigdy ich nie szukałam. Niestety te algorytmy często się zmieniają, są ulepszane, aby jak najlepiej (w teorii) dopasować treści do użytkowników oraz aby "nie dać się oszukiwać". Dodatkowo IG chce uniknąć pewnych treści (przykładowo golizny). Jeśli więc "podpadniesz" algorytmowi ten nałoży na Twoje konto bana i przestanie pokazywać je użytkownikom, którzy Cię nie followują, uważając za spamerskie. Nie możesz więc dotrzeć do nowych osób! A podpaść można dość łatwo "oszukując", często całkiem nieświadomie!

Jak sprawdzić czy mam shadowban?

Pojęcie shadow (cień) + ban (zakaz) jeszcze do niedawna był mi zupełnie obce. Pierwszy raz przeczytałam o nim u Karoliny (która na co dzień mieszka w Korei i zajmuje się marketingiem oraz SM). Wtedy potraktowałam temat trochę jak ciekawostkę i szybko zapomniałam. Do czasu.
Zauważyłam, że moje zdjęcia zdobywają coraz mniej polubień (serduszek) i coraz mniej widzę w polubieniach kont nowych (tzn. takich, których dotąd nie znałam i nie widziałam u siebie). Poza tym liczba followersów ani drgnęła przez kilku dni - ani w dół, ani w górę. Zatrzymała się na jednej liczbie jak zaklęta i już. Przypomniałam sobie wtedy o banie, pogrzebałam i dokopałam się do strony, na której podobno można podejrzeć to i owo.
  • Liczba serduszek pod zdjęciami sukcesywnie spada.
  • Liczba followersów zatrzymała się lub wręcz ich ubywa.
  • Twoich zdjęć nie widzą osoby, które Cię nie followują, np. wpisują # spod Twojego zdjęcia w wyszukiwarce IG, ale zdjęcia tam nie widzą [to najpewniejszy sposób na sprawdzenie bana].
  • Sprawdź czy masz bana - http://shadowban.azurewebsites.net - na tej stronie możesz sprawdzić całe konto (ostatnie zdjęcie - wpisz nick w pierwszym okienku) lub dowolne zdjęcie (swoje, koleżanki, kogo chcesz - skopiuj adres zdjęcia i wklej w drugim oknie). Jakież było moje zdziwienie, gdy komunikat jasno wskazywał na... ban! [Niestety sprawdzenie konta na tej stronie jest poglądowe i może się zdarzyć, że wprowadzi nas w błąd.]
  • Sprawdź czy nie używasz zakazanych # (linki do list poniżej) lub poproś kogoś, kto nie followuje Twojego konta o sprawdzenie czy pod użytym przez Ciebie # wpisanym w wyszukiwarkę widzi także Twoje zdjęcia (jeśli nie, prawdopodobnie masz bana). Przy okazji dziękuję Ani za pomoc :*


Co zrobić gdy podejrzewasz shadowban na Instagramie?

* Przez 48h powstrzymaj się od działań i nie dodawaj nowych zdjęć
* Po tym czasie pisz komentarze składające się min. z 3-4 słów
* Nie lajkuj za dużo i masowo, bo zostaniesz uznany za spamera!
* Blokuj dziwne konta (np. mężczyzn zainteresowanych innymi treściami niż Twoje) - dla zasady.
* Nie używaj hasztagów w komentarzach, dodawaj je w opisie
* Lepiej dać mniej trafnych haszów niż 30 prawie identycznych
Na zdjęciu po lewej dowód na to, że teraz moje konto jest OK :) Widzę to zresztą także po polubieniach, komentarzach pod zdjęciami i followersach. Także te rady działają! Teraz się ich trzymam!


Jak uniknąć shadowbana?

  • Uważaj na zabronione #! Przejrzyj czarną listę (niektóre Cię zaskoczą!) i nigdy ich nie używaj (lista tutaj oraz tutaj).
  • Unikaj stosowania w kółko tych samych hasztagów.
  • Sprawdzaj # - wystarczy wpisać interesujący # w wyszukiwarkę i sprawdzić czy poza top 9 są jeszcze inne zdjęcia. Jeżeli nie ma, prawdopodobnie # jest przyblokowany.
  • Nie kupuj polubień i followersów, nigdy nie udostępniaj danych do logowania obcym firmom czy znajomym.
  • Nie publikuj zdjęć zbyt śmiałych, golizny.
  • Komentując zawsze używaj co najmniej 4-5 wyrazów.
  • Nie komentuj samymi emotkami!
  • Nie wrzucaj hasztagów w komentarzu - to nie jest potwierdzone, ale zaobserwowane na moim własnym koncie. Odkąd dodaję # znów w opisie, ban zniknął (bye bye!).
A czy Wy macie doświadczenia z tym zjawiskiem? Lubicie Instagrama?
La Roche-Posay, Redermic C, Krem pod oczy z witaminą C

La Roche-Posay, Redermic C, Krem pod oczy z witaminą C

Pielęgnacja delikatnej skóry pod oczami jest w centrum mojego zainteresowania dopiero od kilku lat. Na okolice oczu zwraca się zwykle uwagę dopiero w wieku ok. 25 lat, kiedy pojawiają się pierwsze zmarszczki mimiczne, zwłaszcza gdy ktoś, jak ja, lubi się dużo śmiać. Tzw. "kurze łapki" nie są widokiem pożądanym, więc zaczynamy walkę z niechcianymi oznakami upływu czasu. Przez te kilka lat poznałam wiele kremów i żeli pod oczy. Większość jedynie nawilża skórę, co też jest ważne, jednak potrzebuję już czegoś więcej. Cieszę się więc, że poznaję coraz skuteczniejsze kosmetyki, radzące sobie z moimi lekkimi zasinieniami, drobnymi zmarszczkami oraz poranną opuchlizną. Moją uwagę coraz częściej przykuwają produkty z oznaczeniem "przeciwzmarszczkowe", ponieważ wolę zapobiegać najbardziej jak mogę, aby jak najpóźniej leczyć. Dziś zapraszam na recenzję kremu pod oczy, który robi nawet więcej niż obiecuje.


La Roche-Posay, Redermic C Eyes, Intensywnie ujędrniający krem pod oczy z witaminą C

Według producenta: "Profesjonalna kuracja przeciwstarzeniowa pod oczy. Zaawansowana formuła, by zredukować zmarszczki wokół oczu, intensywnie ujędrnić skórę i zwiększyć jej elastyczność. Spojrzenie nabiera głębi i staje się wyraźnie odmłodzone.  Krem pod oczy wygładzający o zawartości witaminy C, która działa przeciwstarzeniowo. Pobudza produkcję włókien kolagenowych, by zwiększyć elastyczność i sprężystość delikatnej skóry wokół oczu. Skład został uzupełniony o dodatkowe składniki:
• mannozę - by zredukować niedoskonałości,
• kwas hialuronowy - by zapewnić maksymalny poziom nawilżenia,
• neurosensynę - by złagodzić podrażnienia,
• madekasozyd - by pobudzić procesy regeneracji.
Lekka formuła o delikatnej konsystencji nie pozostawia tłustej i klejącej warstwy. Szybko się wchłania, przynosząc natychmiastowy komfort. La Roche-Posay Redermic C to skuteczny krem pod oczy, który dzień po dniu przywraca skórze zdrowy i młody wygląd."


Krem kupimy w kartoniku, którego design jest charakterystyczny dla marki: subtelny, minimalistyczny, przejrzysty. Na opakowaniu znajdziemy wszystkie niezbędne informacje. Kosztuje ok. 70-75zł/15 ml, ale jest bardzo wydajny. Kosmetyki La Roche-Posay dostępne są w aptekach.


Skład: aqua (woda), gliceryna (nawilża i zmiękcza, ułatwia przenikanie innych substancji w głąb naskórka), dimethicone (emolient suchy, tworzy film zapobiegający odparowaniu wody, wygładza), masło shea (natłuszcza i ochrania skórę, dostarcza jej cennych substancji m.in. allantoinę, wit. A, E i F, wygładza i zmiękcza skórę), olej z nasion Meadowfoam (bogate źródło kwasów tłuszczowych, wit. A i E, lekki, nietłusty olej, bardzo odporny na jełczenie, dobrze nawilża i zmiękcza skórę, chroni przed promieniowaniem UV i oznakami starzenia, zwiększa smarowność, tworzy ochronny film), kwas askorbinowy (5% wit. C, regeneruje, rozjaśnia i chroni skórę), mannoza (przywraca gęstość skórze, redukuje niedoskonałości), butylene glycol (nawilża i wygładza skórę, zwiększa przenikanie innych składników w głąb naskórka), paraffinum liquidum (parafina ciekła, emolient tłusty, tworzy film na skórze), ammonium polyacryldimethyltauramide/ammonium polyacryloyldimethyl taurate (emulgator, stabilizator emulsji, tworzy film), cetyl alcohol (emolient tłusty, tworzy film, kondycjonuje i wygładza skórę), peg-100 stearate (emulgator), glyceryl stearate (emolient tłusty, wygładza i zmiękcza, tworzy film), polymethylsilsesquioxane (mikrosfery silikonowe, rozprasza światło i optycznie zmniejsza widoczność zmarszczek, tworzy cienki film na skórze), potassium hydroxide (regulator pH), paraffin (parafina, emolient tłusty, tworzy film, zmiękcza, wygładza, nadaje połysk), sodium styrene/macopolymer (stabilizator emulsji), cera microcristallina/microcrystalline wax (wosk mikrokrystaliczny, emolient tłusty, zostawia film), madecassoside (naturalny antyoksydant, regeneruje skórę), dimethicone/vinyl dimethicone crosspolymer (regulator lepkości), dimethiconol (emolient suchy, tworzy film, wygładza, nadaje połysk), disodium edta (zwiększa trwałość kosmetyku), hydrolyzed hyaluronic acid (małocząsteczkowy kwas hialuronowy, wnika w naskórek, nawilża, wygładza, poprawia elastyczność skóry, działa gojąco i regenerująco, jest antyoksydantem, zwiększa penetrację składników aktywnych w głąb skóry), caprylyl glycol (emolient tłusty, tworzy film, wygładza, kondycjonuje skórę), acetyl dipeptyde-1 cetyl ester (lipopeptyd, stymuluje syntezę kolagenu, nawilża, działa przeciwzmarszczkowo), xanthan gum (guma ksantanowa, zagęstnik), pentaerythrityl tetra-di-t-butyl hydroxyhydrocinnamate (antyoksydant, stabilizator konsystencji), phenoxyethanol (konserwant).


Witamina C w kosmetykach

Kwas askorbinowy to forma witaminy C w czystej postaci, która jest najsilniejszym przeciwutleniaczem występującym poza komórkami. Wykazuje niesamowite działanie na skórę, między innymi:
  • zwalcza wolne rodniki oraz niekorzystny wpływ promieni UV na skórę,
  • stymuluje syntezę kolagenu i kwasu hialuronowego, 
  • uszczelnia naczynia krwionośne, poprawia krążenie, 
  • rozjaśnia skórę i zmniejsza przebarwienia, 
  • wzmacnia barierę lipidową skóry, 
  • działa łagodząco i przeciwzapalnie, 
  • wspomaga regenerację skóry i gojenie ranek, 
  • wspiera ochronę skóry przed promieniowaniem UV i wzmacnia odporność skóry, 
  • redukuje wytwarzanie sebum, zapobiega utlenianiu się łoju z powierzchni skóry, 
  • pomaga w likwidowaniu wyprysków i przebarwień.


Na co zwrócić uwagę kupując krem z witaminą C

Kwas askorbinowy jest dość niestabilny i nietrwały, dlatego warto maksymalnie zmniejszyć jego właściwości utleniające.
  • Przede wszystkim ważne, aby formuła kosmetyku zawierała promotor przenikania np. alkohol lub glikol, który umożliwi witaminie C przeniknięcie w głębsze warstwy naskórka. 
  • Opakowanie powinno maksymalnie ograniczać kontakt produktu z powietrzem i światłem (aluminiowa tubka, buteleczka z ciemnego szkła, szczelne zamknięcie). 
  • Warto kosmetyk trzymać w lodówce, w niższej temperaturze.
  • Najlepiej, aby formuła kosmetyku zawierała jak najmniej wody - co prawda witamina C rozpuszcza się właśnie w wodzie, ale jednocześnie zwiększa to wrażliwość kwasu askorbinowego na czynniki zewnętrzne (temperatura, światło, tlen, wysokie pH).
  • Przy bardzo wrażliwej skórze zbyt wysokie stężenie witaminy C może działać drażniąco, dlatego bardzo ważne jest dobranie przez producenta odpowiedniej ilości kwasu askorbinowego w formule tak, aby była ona skuteczna, ale i delikatna.


W kartoniku znajdziemy aluminiową tubkę z kremem pod oczy. Wybór opakowania jest tu zapewne nieprzypadkowy, ponieważ ogranicza kontakt kosmetyku z powietrzem, co pomaga zapobiegać utlenianiu witaminy C. Dodatkowo producent na opakowaniu zwraca uwagę, aby tubkę dokładnie i szczelnie zakręcać po każdym użyciu. Zależy nam przecież, aby nie tracić cennej witaminy, więc zawsze tego pilnuję. Tubka stabilnie stoi na korku, który jest zakręcany. Przed pierwszym użyciem korek należy odbezpieczyć, dzięki czemu kosmetyk czekając na nas w aptece jest całkowicie odseparowany od otoczenia.
Krem jest bezzapachowy i posiada białą barwę, co podczas używania jest także swoistą wskazówką. Po jakimś czasie, jeśli nie oczyścimy tubki z nadmiaru kosmetyku, zauważymy pomarańczowe zabarwienie tych resztek, czyli oznakę, że witamina C się utleniła. Mimo wszystko krem po miesiącu używania nadal jest śnieżnobiały, więc w tubce nic się z nim nie dzieje.


Do tej pory produktów pod oczy używałam tylko na noc, ponieważ zostawiały wyraźną tłustą warstwę. Krem pod oczy Redermic C bardzo szybko się wchłania, nie pozostawiając widocznego czy lepkiego filmu, dopiero pod palcem wyczuwam cienką warstewkę. Praktycznie od samego początku mam komfort używania kosmetyku także rano, na dzień. Przetestowałam kilka korektorów i nawet BB Holika Holika, żaden z tych produktów nie rolował się i nie ścierał szybciej niż solo, więc krem świetnie się sprawdza także pod makijaż. Natychmiast po delikatnym wklepaniu produktu pod oczy i w miejsca, gdzie powstają tzw. "kurze łapki" odczuwam delikatne napięcie skóry, ujędrnienie i nawilżenie. Jeśli będziemy trzymać go w lodówce, krem dodatkowo będzie przyjemnie chłodził delikatne okolice oczu. Szczególnie rano lubię ten efekt, szybciej zmniejsza opuchliznę i mnie rozbudza. Przy regularnym używaniu okolice oczu wyglądają znacznie lepiej, nabierają blasku, są bardziej nawilżone, a cienie delikatnie się zmniejszają. Co ciekawe, kiedy witamina C dostanie się głębiej, przenikając pod warstwę rogową naskórka, pozostaje tam do trzech dni, więc dostarczając jej regularnie kumulujemy stężenie. Zapewne dzięki temu już po kilku dniach stosowania oczy nabierają wyrazu, spojrzenie staje się rozświetlone i świeże, nie umiem inaczej tego nazwać. Skóra jest gładsza, drobne zmarszczki wyglądają na płytsze, okolice oczu są rozjaśnione i elastyczne. Wiadomo, że używany okazjonalnie nie "wyprasuje" głębokich zmarszczek, ale na drobne ma duży wpływ, na pewno większy niż każdy dotychczas przeze mnie stosowany. Krem nie podrażnił delikatnej skóry wokół moich oczu ani nie spowodował uczulenia.


Krem LRP pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ patrząc na skład obawiałam się tak dużej ilości emolientów. Nie znając użytych proporcji można by przypuszczać, że produkt obciąży delikatną skórę, a nic takiego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie: lekkość w połączeniu z widocznymi efektami stawia go bardzo wysoko w rankingu moich ulubieńców. On potrafi więcej niż obiecuje producent!

Znacie kosmetyki La Roche-Posay? Mam ochotę bliżej poznać krem do skóry tłustej, ponieważ słyszałam wiele pozytywnych opinii.