Biolove, Nowe kosmetyki o zapachu brownie i pomarańczy

Biolove, Nowe kosmetyki o zapachu brownie i pomarańczy

Chyba każdy z nas ma swoje ulubione zapachy, takie, które kojarzą się tylko dobrze i hmmm... błogo :) Ja oczywiście również i po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że łączy je jedna główna cecha: są "jadalne" i naturalne. Wiele razy już pisałam o cytrusach czy zachwycałam się aromatem pomarańczowej serii kosmetyków Vianek, ale moim najukochańszym i jednocześnie rzadko spotykanym zapachem jest... czekolada z pomarańczą! Z trudem jednak można było odnaleźć to połączenie, a jeszcze w komplecie z dobrym składem? Z trudem... aż do tej pory, bo oto mam! Znalazłam! :)


Biolove to kosmetyki, które można kupić jedynie w sieci drogerii Kontigo. Niestety nie prowadzi ona sklepu internetowego, a same drogerie zlokalizowane są w stolicy i okolicach. Mam jednak nadzieję, że w planach są sklepy w całej Polsce, bo drogerie są wyjątkowe. Wspomnę o aplikacji, dzięki której zbieramy "pieczątki" i możemy dość łatwo zdobyć wybrany przez siebie peeling Biolove oraz miłe karteczki z komplementem, jakie dostaje się do zakupów. Skupię się jednak głównie na asortymencie, tym bardziej, że z pracy mam do drogerii niedaleko i bywam w niej ostatnio dość często :) Najbardziej zachwyciły mnie oczywiście kosmetyki Biolove. W zapasach mam ich sporo, w różnych wersjach zapachowych, ale dziś napiszę więcej o najnowszej linii zapachowej: brownie i pomarańcza. Zapraszam.


Biolove, Brownie z pomarańczą, Żel pod prysznic

Łagodny żel pod prysznic o zapachu brownie i pomarańczy z pantenolem i betainą zapewnia optymalne nawilżenie nie podrażniając skóry. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników, konserwantów.


Żel znajduje się w plastikowej, wygodnej butli, która nie jest przezroczysta. Etykieta bardzo mi się podoba, bo wygląda jak drewniana, choć to oczywiście tylko nadruk. Co ciekawe z tyłu nie ma żadnych opisów czy obietnic producenta, jedynie skład i podstawowe info. Czy daje Wam to do myślenia? Podoba mi się to, bo produkt musi sam się obronić! Kosztuje 11,99zł/250ml.


Korek przed pierwszym użyciem powinien być zabezpieczony, więc mamy pewność, że nikt wcześniej nie używał naszego żelu i jest on świeży. Pod prysznicem korek dobrze się spisuje, nie mam zastrzeżeń: łatwo się otwiera, ale i dobrze trzyma, więc gdy butla się przewróci nic się nie wyleje.


Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Glycerin, Panthenol, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Benzyl Alcohol, Citric Acid, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Parfum, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool, Citral, Citronellol. 
Łagodne detergenty i naturalny olejek eteryczny z pomarańczy gorzkiej :)


Żel jest dość lejący, więc dobrze z nim uważać i całkowicie przezroczysty (nie zawiera zbędnych barwników). Zapach ma obłędny! Jest to orzeźwiająca pomarańcza, delikatnie cytrusowa i odświeżająca zatopiona w czekoladzie, okiełznana jej słodyczą. Coś cudownego! Połączenie idealne wręcz na Święta i zimę, ocieplające i przenoszące myśli do kuchni pełnej domowych wypieków, roześmianej babci i dzieciaków podjadających z miski. Przy tym zapach wydaje się być w miarę naturalny.
Żel średnio się pieni, ale dla mnie wystarczająco, by oczyścić skórę, więc spełnia swoje zadanie. Zapach na skórze utrzymuje się dość krótko, już pod prysznicem powoli zanika.


Biolove, Brownie z pomarańczą, Mus do ciała

Lekki mus do ciała wzbogacony naturalnymi olejami, głęboko odżywia i nawilża skórę. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, konserwantów.


Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Glycynie Soya Oil, Caprylic Capric Triglyceride, Cera Alba, Glycerin, Cetyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Parfum, Limonene, Linalool, Citral, Citronellol.
 

Opakowanie to standardowy plastikowy, przezroczysty słoiczek z aluminiową nakrętką. Pod spodem znajdziemy dodatkowe zabezpieczenia zawartości m.in. przed wilgocią. Etykieta została utrzymana w tym samym stylu, podoba mi się. Tu również nie znajdziemy nadmiaru zbędnych obietnic. Kosztuje 24,99zł/150ml.


Mus jest bardzo fanie napowietrzony, przez co wydaje się lekki i puszysty. Uwielbiam moment, gdy zanurzam w nim palce i okazuje się, że ma przyjemnie miękką konsystencję :) Jednak po rozsmarowaniu na skórze okazuje się naprawdę treściwy i konkretny. Pozostawia lekko tłustą, ochronną warstwę z masła shea, dzięki czemu doskonale natłuszcza i odżywia skórę. "Tłustość" tej warstwy oraz czas, jakiego potrzebuje na wchłonięcie się zależy od ilości użytego kosmetyku. Ja staram się nie przesadzać, żeby nie przyklejać się do piżamy, wtedy spokojnie po kilku minutach mus się wchłania w skórę otulając mnie przyjemnym zapachem. Oczywiście pachnie cudownie, intensywniej niż żel pod prysznic i zapach ten zdecydowanie dłużej utrzymuje się na skórze. Czasem nawet rano jeszcze go czuję :) Ponieważ używam go tylko na noc, rano mogę się cieszyć przyjemnie miękką, nawilżoną skórą już bez dodatkowych balsamów.


Biolove, Brownie z pomarańczą, Krem do rąk

Naturalny krem do rąk o zapachu brownie i pomarańćzy zawierający glicerynę zapobiegającą utratę wody oraz łagodzący pantenol idealnie regeneruje skórę dłoni. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników i konserwantów.


Skład: Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycine Soja Oil, Glycerin, Panthenol, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Sodium Lauroyl Glutamate, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Parfum, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool, Citral, Citronellol.


Miękka, plastikowa tubka jest w sam raz do torebki, więc krem wszędzie ze sobą noszę. Korek na klik jest wygodnym rozwiązaniem, a przy okazji jestem pewna, że sam się nie otworzy. Niestety etykieta lekko odstaje i zaczyna się odrywać, co nieładnie wygląda. Być może jest to kwestia akurat mojej sztuki kremu i tego, że w torebce ma on kontakt z innymi przedmiotami, ale nie mogłam o tym nie wspomnieć. Kosztuje 12,99zł/75ml.


Krem do rąk Biolove oczywiście pachnie oszałamiająco, dokładnie tak samo jak cała seria, ale odrobinę mniej intensywnie niż mus do ciała. Dla mnie jest to zaletą, ponieważ w ciągu dnia spotykam się z tyloma różnymi zapachami, że źle znoszę zbyt mocne aromaty albo ich mieszanki. Oczywiście po przystawieniu nosa do skóry zapach jest jak najbardziej wyczuwalny. Sam krem jest biały i posiada dość lekką konsystencję. Bardzo szybko się wchłania, doskonale nawilża, uelastycznia, odżywia, a po jego użyciu na suche lub zmarznięte dłonie odczuwam natychmiastową ulgę. Fajnie nawilża także skórki wokół paznokci. Nie zostawia tłustej warstwy na skórze. Te wszystkie cechy sprawiają, że jest to idealny krem do rąk na dzień, na noc jest dla mnie za delikatny.


Biolove, Brownie z pomarańczą, Masełko do ust

Nawilżające masełko do ust na bazie masła shea i oleju kokosowego. Dzięki zawartości wosku pszczelego i oleju rycynowego intensywnie regeneruje i idealnie wygładza delikatne i wysuszone wargi. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, konserwantów, alergenów. 


Skład: Glycine Soja Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Cera Alba, Ricinus Communis Oil, Cocos Nucifera (Coconout) Oil, Sorbitol, Parfum, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Tocopheryl Acetate, Limonene, Linalool, Citral, Citronellol.


Wszystkie masełka do ust marki Biolove można dostać tylko w aluminiowym słoiczku. Wymusza to grzebanie palcami w kosmetyku, część masełka ląduje pod paznokciem... Nie jest to mój ulubiony sposób smarowania ust, dodatkowo niewygodny np. w metrze. Liczę, że wkrótce pojawią się wersje w pomadce, byłyby idealne :) Niemniej niesamowicie podoba mi się skład, więc kupiłam też wersję z granatem. Kosztuje 9,99zł/15ml.


Konsystencja masełka jest dość zbita, ale pod wpływem ciepła skóry delikatnie się roztapia i umożliwia posmarowanie warg. Ładnie nabłyszcza usta, dobrze się na nich trzyma i nie oblepia skóry tak jak parafina. Doskonale nawilża, odżywia i delikatnie natłuszcza usta, przy okazji chroni przed wiatrem, zimnem i mrozem. Przyjemnie, delikatnie pachnie czekoladą i pomarańczą, nienachalnie, ale wyczuwalnie. Nie ma smaku :)


Zdradzę Wam jeszcze tajemnicę poliszynela, czyli kto jest producentem Biolove. Znacie Nacomi? Na pewno znacie. No więc producent jest dokładnie ten sam, tylko ciśśśś :D Tłumaczy to świetne składy i znajome wersje "smakowe". Niektóre kosmetyki są wręcz identyczne, jak Malinowy mus do ciała lub Przeciwtrądzikowy peeling do twarzy, o których pisałam w wersji Nacomi (podlinkowałam Wam).

Na koniec życzę Wam Kochani Szczęśliwego Nowego Roku, samej dobranej pielęgnacji w nadchodzącym 2017r., zero bubli, odkrycia licznych perełek, zdrówka, mnóstwo szczęścia i pomyślności, kasy też, a co! Do siego roku!
Ava, Aktywator młodości, Serum z witaminą C i acerolą

Ava, Aktywator młodości, Serum z witaminą C i acerolą

Skóra ok. trzydziestki zaczyna się zmieniać i niestety są to procesy, na które mamy jedynie określony wpływ. Niemniej ja nie zamierzam czekać z założonymi rękami i patrzeć jak się "marszczę i obwisam", działam na każdym polu, na którym tylko mogę - od wewnątrz dietą bogatą w witaminy i mikro/makroelementy oraz od zewnątrz - kosmetykami zawierającymi substancje aktywne, w tym także i witamin. A jedną z bardziej znanych i cenionych jest witamina C, która jest doskonałym antyoksydantem, więc pomaga skórze dłużej zachować młodość i jędrność. Warto stosować ją także w kosmetykach rozjaśniających, jak choćby w Serum Avy, o którym dzisiaj piszę.


Ava Laboratorium, Aktywator młodości, Serum z witaminą C i acerolą

Według producenta: "100% ochrony antyoksydacyjnej. Skuteczne działanie przeciwstarzeniowe. Gładka i promienna cera. Wyjątkowo skuteczny koncentrat ze stabilną postacią witaminy ”C„ wzmocniony ekstraktem z Aceroli (wiśni z Barbados), o szczególnie wysokiej zawartości kwasu askorbinowego stanowi prawdziwą bombę antyoksydacyjną niezastąpioną w terapiach przeciwstarzeniowych. Witamina C hamuje działanie wolnych rodników, stymuluje produkcję kolagenu, opóźnia proces starzenia się skóry. Dodatkowo wspomaga nawilżenie, redukuje zmarszczki, przywraca elastyczność, rozjaśnia i wygładza skórę. Wzmacnia i chroni naczynia krwionośne przed pękaniem, przeciwdziała odbarwieniom skóry. Sprawia, że skóra jest bardziej promienna, mniej szorstka, jędrna i gładka. 
Przeznaczony dla skóry dojrzałej, z widocznymi zmarszczkami, zniszczonej przez promienie UV, z plamami i  przebarwieniami oraz  jako profilaktyka przeciwstarzeniowa."


Serum kupimy w kartoniku, na którym są wszelkie podstawowe informacje po polsku i angielsku. Kosztuje 15-23zł/30ml.
Skład jest krótki i przyzwoity: Aqua, Sodium Ascorbyl Phospate, Glycerin, Malphiga Glabra Extract, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Carbomer. 

 
W kartoniku znajdziemy buteleczkę z ciemnego szkła, która ma za zadanie maksymalnie chronić zawartość przed promieniami UV.  Przy okazji całkiem ładnie się prezentuje na półeczce z innymi moimi precozjami kosmetycznymi :)


Buteleczka zaopatrzona jest w wygodną pipetę do nabierania serum, co jest nie tylko wyjściem higienicznym, ale i praktycznym. Przyspiesza wydobycie odpowiedniej ilości serum, wystarczy ścisnąć miękką końcówkę pipetki, zanurzyć ją w płynie i zassać zawartość do środka. Następnie bardzo łatwo wycisnąć odmierzoną ilość kropel na skórę, więc nic się nie marnuje.


Serum pozbawione jest wyraźnego zapachu, a konsystencję ma lekko oleistą i lejącą. Doskonale się rozsmarowuje i wchłania praktycznie od razu, nie pozostawiając żadnej lepkiej czy tłustej warstwy na skórze. Świetnie się dogaduje z każdym kremem na dzień czy na noc, a także z innymi serami czy kosmetykami kolorowymi. Nigdy się nie darzyło, aby nałożone na nie kosmetyki się np. rolowały. Serum mnie nie uczuliło, nie podrażniło skóry, nie zauważyłam też wysypu niedoskonałości, zero negatywnych wrażeń. 


Stosuję je od ok. 5 m-cy, nakładając na noc co najmniej 2 razy w tygodniu i zdecydowanie widzę poprawę zwłaszcza na policzkach, które mają tendencję do zaczerwienienia. W okresie ciągłych zmian temperatur, spowodowanych zimnem na zewnątrz i ogrzewaniem pomieszczeń, nękały mnie zazwyczaj nieładne zaczerwienienia twarzy. W tym roku nic, zero! Podejrzewam, że witamina C wzmocniła naczynka krwionośne (stosuję ją też wewnętrznie, ale od co najmniej 3 lat). Dodatkowo Aktywator młodości lekko napina skórę, delikatnie nawilża i mam nadzieję, że faktycznie pomaga walczyć ze zmarszczkami i starzeniem skóry, co na co dzień trudno zaobserwować. Jestem zadowolona z takich efektów!
Serum jest bardzo wydajne, ale warto pamiętać, że należy je zużyć w ciągu 6 m-cy od otwarcia.


Podsumowując serdecznie polecam Wam Avę. Jestem przyjemnie zaskoczona efektami już teraz, po 4 miesiącach kuracji, szczególnie, że nie spodziewałam się tak szybkiego działania. 

A Wy stosujecie kosmetyki z witaminą C? Co możecie mi polecić?
Babuszka Agafia, Łopianowa maska do włosów wzmacniająca

Babuszka Agafia, Łopianowa maska do włosów wzmacniająca

Niby niskoporowate włosy wymagają mniej pielęgnacji, a jednak w praktyce się to nie sprawdza. Zwłaszcza jeśli przy okazji farbowania czy pory roku przechodzą w średnioporowate, a do tego na stałe są cienkie, farbowane, lubią się puszyć i przetłuszczać u nasady, a jesienią dodatkowo wypadać zbyt szybko. Z takimi właśnie włosami musiała sobie poradzić łopianowa maska, która przywędrowała do mnie od Stazyjki.


Babuszka Agafia, Wzmacniająca maska do włosów łopianowa

Według producenta: "Maska do włosów silnie wzmacniająca. Wzmacnia cebulki włosowe. Nadaje włosom siłę i elastyczność. Regeneruje włosy i wzmacnia ich strukturę oraz zapobiega łamliwości i przesuszeniu. Dzięki zawartości olejów z zimnego tłoczenia włosy stają się elastyczne, jedwabiste i lśniące oraz łatwe w rozczesywaniu. Nie zawiera PEG-ów i parabenów."


Maskę dostaniemy w sporym, odkręcanym, plastikowym pojemniku. Jest to niestety standardowe opakowanie masek do włosów, dla mnie średnio wygodne pod prysznicem. Warto wspomnieć, że podczas używania etykieta trochę się niszczy i nie wygląda ładnie.


Pod zakrętką znajduje się dodatkowe zabezpieczenie zawartości, co jest przydatne choćby ze względu na lejącą konsystencję kosmetyku. Zatyczka separuje też zawartość przed wilgocią, jaka zwykle panuje w łazience. Duże opakowanie 300ml kosztuje 10-12zł.


Skład: [Aqua with infusions of]: Avena Sativa Oat, Betula Alba Juice, [enriched by extracts]: Salvia Officinalis, Rubus Chamaemorus, Rhodiola Rosea, Cetrionium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Guar Gum, [cold pressed oils]: Arctium Lappa Seed Oil, Ribes Nigrum Seed Oil, Linum Usitassimum Seed Oil, Pyridoxine (wit. B6), Panthenol (wit.B5), Niacinamide (wit.PP), Citric Acid, Parfum, Benzoic Acid, Sorbic Acid.


Konsystencja maski jest niezwykle lejąca, co przy używaniu potrafi być męczące. Początkowo sporo maski spłynęło mi przez nieuwagę prosto do odpływu, obecnie przyzwyczaiłam się do niej i nic takiego nie ma miejsca. Zapach jest lekko ziołowy, charakterystyczny dla kosmetyków Babuszki, nie przeszkadza mi, nie przytłacza i nie utrzymuje się na włosach.


Początkowo maskę nakładałam według podanego przez producenta sposobu użycia, czyli rozprowadzając ją od nasady po końce i zostawiając na krótko, 1-2 minuty, po czym dokładnie, kilkakrotnie spłukiwałam ciepłą wodą. Ten sposób nie sprawdzał się u mnie, ponieważ dość trudno było zmyć maskę ze skóry głowy, co przyspieszało jej przetłuszczanie, natomiast na końcówkach nie widziałam żadnego efektu. Zauważyłam jednak, że maska działa tak tylko w przypadku umycia włosów delikatnym, naturalnym szamponem. Zaczęłam więc eksperymentować i przy włosach podobnych do moich, mytych łagodnymi detergentami, najlepiej się sprawdziło nakładanie maski na wilgotne, umyte włosy od 1/4 długości po same końce (czyli prawie na całe włosy), przetrzymanie min. 10 minut (dodatkowo można oczywiście owinąć włosy ręcznikiem i poczekać nawet 30 min.), po czym dokładnie spłukanie włosów ciepłą wodą i to kilkakrotne, ponieważ maska dość dobrze trzyma się kosmyków. Przy takim sposobie nakładania uzyskałam świetne rezultaty, z których jestem już w pełni zadowolona! Skóra głowy nie przetłuszcza się bardziej niż normalnie, za to końcówki są ładnie ujarzmione, nabłyszczone i wygładzone. Efekt utrzymuje się naprawdę długo, włosy się nie puszą i nie przetłuszczają, są w idealnej równowadze. Oczywiście stosując ją w ten sposób nie wzmocnię cebulek włosowych, ale mam od tego dietę i inne produkty :)
Natomiast gdy używam silniejszego szamponu z SLS (średnio raz w tygodniu) bez obawy nakładam maskę na całe włosy wraz ze skórą głowy i nie ma wtedy problemu z przetłuszczaniem. Jedyne, o czym koniecznie trzeba pamiętać, to dokładne spłukanie maski, a efekt jest nadal świetny.


Podsumowując: z maskami już tak jest, że podany przez producenta sposób użycia niekoniecznie musi się u nas sprawdzić. Jest tyle rodzajów i potrzeb włosów, drugie tyle sposobów pielęgnacji, że trudno zestandaryzować jedynie słuszny sposób stosowania kosmetyków. Warto poeksperymentować przed oddaniem maski komuś innemu! Podobne doświadczenia miałam też ze słynną lnianą maską Sylveco KLIK.

Znacie maski Babuszki? Jak podziałały na Wasze włosy?
Delia, Mascary do rzęs: Argan Lash, Keratin Lash i Collagen Lash

Delia, Mascary do rzęs: Argan Lash, Keratin Lash i Collagen Lash

Delia to jedna z tych rodzimych marek, którą znam "od zawsze" i nic w tym dziwnego, skoro w tym roku uzyskała pełnoletność i skończyła 18 lat. Stale obserwuję, jak wraz z upływem czasu marka powiększa swój asortyment, rozwija się i cieszy oko (dosłownie), bo, jak być może pamiętacie, kibicuję mocno polskim firmom! Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam trzy nowe maskary Delii, za pomocą których obecnie podkreślam swoje rzęsy.


Delia, Argan Lash, Volume & Lenght, Maskara pogrubiająca i zwiększająca objętość

Według producenta: "Przywraca rzęsom witalność, dzięki dodatkowi drogocennego olejku arganowego, a dzięki asymetrycznej szczoteczce z włosia nadaje rzęsom zniewalającą długość i objętość, zapewnia intensywną, głęboką czerń i nie skleja rzęs. Bezpieczny dla osób noszących szkła kontaktowe."

Delia, Keratin Lash, Maxi Volume, Maskara nadająca maksymalną objętość

Według producenta: "Przywraca rzęsom energię, dzięki dodatkowi keratyny. Dzięki specjalnie zaprojektowanej silikonowej szczoteczce nadaje rzęsom maksymalną objętość oraz zapewnia intensywną, głęboką czerń. Nie skleja rzęs. Bezpieczny dla osób noszących szkła kontaktowe."

Delia, Collagen Lash, Super Curl Up, Maskara podkręcająca

Według producenta: "Przywraca rzęsom sprężystość, dzięki dodatkowi kolagenu. Dzięki specjalnie wyprofilowanej silikonowej szczoteczce perfekcyjnie unosi i podkręca rzęsy oraz zapewnia intensywną, głęboką czerń. Nie skleja rzęs. Bezpieczny dla osób noszących szkła kontaktowe."


Maskary mają przyjemne dla oka, błyszczące opakowania, którymi wygodnie się manewruje podczas malowania rzęs. Kosztują niewiele, ok. 16zł za sporą pojemność 12ml. Składy mają w sumie podobne, różnią się raczej szczegółami i, swoją drogą, cieszę się, że producent nie ukrywa INCI, jak to często ma miejsce przy produktach do malowania oczu.


Maskary oczywiście różnią się znacząco szczoteczkami. W złotym opakowaniu znajduje się maskara Argan Lash, która ma za zadanie pogrubiać i zwiększać objętość rzęs. Jej szczoteczka jest bardzo nietypowa, ponieważ przypomina grzebyczek z włosia. Początkowo byłam zachwycona jej działaniem, ponieważ rzęsy faktycznie były pogrubione i ładnie podkreślone, choć niespecjalnie wydłużone. Przy jednokrotnym pomalowaniu rzęs maskara dawała całkiem naturalny, dzienny efekt. Jednak wraz z upływem czasu tusz lekko zgęstniał i szczoteczka nie rozprowadzała już produktu tak ładnie, pozostawiając na rzęsach sporadyczne grudki i sklejając je.


W fioletowym opakowaniu kryje się Keratin Lash, czyli maskara nadająca maksymalną objętość. Szczoteczka jest silikonowa i lekko rozszerza się ku końcowi. Bardzo wygodnie maluje się nią rzęsy, dzięki czemu są przyjemnie rozdzielone, niesamowicie wydłużone i lekko pogrubione. Nawet dwukrotne pomalowanie rzęs tą maskarą nie daje efektu przejaskrawienia, więc jest to genialny tusz na co dzień. Jak zazwyczaj nie przepadam za silikonowymi szczoteczkami, tak wersję Delii szczególnie polubiłam.


Czerwone opakowanie zawiera zaś maskarę Collagen Lash, czyli podkręcającą. Tutaj również mamy silikonową szczoteczkę, specjalnie wyprofilowaną w ten sposób, że raz ma dłuższe, a raz krótsze włoski. Sprawia to, że rzęsy łatwiej się wywijają i podkręcają, choć efekt nie jest przesadzony. Maskara ładnie wydłuża też rzęsy, więc stają się one bardziej widoczne.


Moją ulubioną maskarą z nowości Delii niezaprzeczalnie jest fioletowa wersja z keratyną, która pomaga mi rano szybko i sprawnie uzyskać efekt długich, czarnych rzęs bez najmniejszych poprawek. Na drugim miejscu stawiam czerwoną maskarę podkręcającą, która pięknie wywija rzęsy, ale potrzebuje do tego minimalnie więcej czasu. Obecnie najmniej używam złotego tuszu z arganem, ponieważ szczoteczka-grzebyk wymaga większej precyzji oraz dodatkowego rozdzielenia jeżeli rzęsy się posklejają, a na to zwyczajnie rano brakuje mi czasu.

Poniżej efekt na moich cienkich rzęsach po dwukrotnym pomalowaniu fioletową maskarą Keratin Lash.


Poniżej jednokrotne przejechanie rzęs złotą Argan Lash (już po lekkim zgęstnieniu, o którym pisałam).


Poniżej jedna warstwa czerwonej Collagen Lash:


Potwierdzam, że maskary nadają się dla osób noszących soczewki. Dodatkowo w ogóle się nie rozmazują ani nie kruszą, dobrze trzymają się rzęs przez cały dzień, nadając im głęboki kolor czerni. Zmywają się bez problemu płynami micelarnymi lub żelem, jedynie lekko się rozmazując.


Podsumowując tusze Delii uważam za bardzo udane, niedrogie produkty, w niczym nieustępujące lepiej znanym, zagranicznym markom! Świetnie podkreślają rzęsy, trzymając się na nich cały dzień. Wybierając dla siebie idealną wersję możemy dość łatwo uzyskać trwały efekt, o jakim marzymy. Znacie kosmetyki Delii?
Holika Holika, Pig-nose clear, Plasterki na nos usuwające zaskórniki

Holika Holika, Pig-nose clear, Plasterki na nos usuwające zaskórniki

Zaskórniki otwarte, czyli małe, czarne kropki, usytuowane najczęściej na nosie i w jego okolicach to zmora wielu osób, nie tylko kobiet. Główny problem z zaskórnikami jest taki, że jeżeli mamy do nich naturalną tendencję, czyli nasza skóra produkuje dużo sebum, a my nie dbamy o dokładne, codzienne oczyszczanie aż do znudzenia, one z łatwością powracają, czyli pory się znowu zapychają sebum i martwymi komórkami naskórka. Bardzo ważne jest także unikanie substancji zapychających naszą skórę (każdy z nas może reagować zapychaniem na inne składniki, np. u mnie to parafina w każdej ilości wraz ze wszelkimi jej pochodnymi oraz olej kokosowy i olej awokado - jeżeli w kremie jest ich zbyt dużo, w mniejszych ilościach mi nie szkodzą). Warto obserwować swoją skórę, jej reakcję na nowe kosmetyki, w ten sposób wyciągać wnioski i unikać tego, co nam nie służy.
Natomiast jeśli już te zaskórniki mamy warto powalczyć o dokładne ich usunięcie. Z pomocą przychodzi wiele firm, które stworzyły specjalne plasterki na nos, mające za zadanie oczyszczenie porów z zaskórników, szczególnie otwartych. Dzisiaj sprawdzimy Pig-nose Clear od Holika Holika ze strony singashop.pl.


Holika Holika, Pig-nose Clear, Plastry oczyszczające nos z zaskórników

Od singashop.pl: "Wysoce skoncentrowane, materiałowe plastry zapewniające głębokie oczyszczenie skóry. Usuwają zaskórniki i niwelują powstawanie nowych, pozostawiając skórę gładką i świeżą."


Opakowanie plasterków jest kolorowe i zabawne. Od razu sugeruje, że całość to zestaw do wykorzystania za jednym razem, a nie trzy oddzielne zabiegi. Kosztują 13zł/7g (jeden komplet plastrów).


Z tyłu znajdziemy etykietę w języku polskim i skrócony sposób użycia, który minimalnie zmodyfikowałam, ale o tym napiszę w dalszej części. Trochę niepokojące jest, że nigdzie nie ma składu kosmetyku albo wypisany jest w języku, którego nie znam, więc w rezultacie pozostaje tajemnicą co nakładamy na skórę.


Każdy etap jest wyraźnie opisany i znajduje się w osobnej komorze. Folia z łatwością się rozrywa, więc zabieg można całkiem sprawnie przeprowadzić.


Całość składa się z trzech oddzielnych kroków i trzech zupełnie różnych plasterków: 

1 STEP (szary): materiałowy plasterek pachnie orzeźwiająco, ale sztucznie (przypomina mi płyn do płukania tkanin). Po jakimś czasie po przyklejeniu odczuwałam delikatne pieczenie, szczególnie na policzkach. Plasterek dobrze się trzyma i jest mocno nasączony, choć w opakowaniu sporo płynu jeszcze zostało, więc po ok. 15 minutach znów go lekko zmoczyłam, a po 20 zdjęłam.


2 STEP (różowy): Materiałowo-żelowy plaster nakładamy na delikatnie zwilżoną skórę i dobrze przyklejamy. Ja lekko zmodyfikowałam sposób użycia mocząc plaster także od zewnątrz już po przyklejeniu, dzięki czemu lepiej się trzymał (najpierw oderwałam go od folii). Nie pachnie i nie powoduje szczypania. Po 15 minutach odkleiłam go bez problemu.



3 STEP (miętowy): Żelowy, bezzapachowy plaster ma na celu ochłodzenie skóry, ale trochę się zsuwa i trzeba go ciągle poprawiać. Trzymałam go na nosie 10 minut. Następnie należy przemyć skórę letnią wodą.



Rezultaty są widoczne, choć plasterki niestety nie usuwają zaskórników w 100%. Zdecydowanie rozjaśniają skórę i otwierają pory, praktycznie wyrywając z nich zawartość, choć nie zauważyłam czarnych kropek na materiale.
Skóra nosa stała się bardziej gładka, miękka, a część czarnych kropek (zaskórników otwartych), zwłaszcza z czubka nosa, zniknęło, część, szczególnie z boków nosa, zostało, a zaskórniki zamknięte jak były tak i są.
Plasterki nie podrażniły wrażliwej skóry wokół skrzydełek nosa, mimo delikatnego szczypania w pierwszym etapie.
Cały zabieg trwa jednak stanowczo zbyt długo, łącznie aż ok. 50 minut (w tym 45 min. trzymania na nosie).

Podsumowując mam mieszane uczucia. Z jednej strony widocznie działają, bo część zaskórników faktycznie "wyszła" i efekt ten, jak na razie, trzyma się tydzień. Z drugiej strony są dość czasochłonne, trzeba pilnować czasów, zmieniać plasterki i zwilżać je w trakcie, co jest lekko denerwujące. Mimo wszystko dla cierpliwych polecam!

Znacie te lub inne plasterki na zaskórniki? Może coś polecicie?