Biolaven, Krem na noc

Biolaven, Krem na noc

Kolejny kosmetyk polskiej firmy Sylveco pod marką Biolaven przetestowałam na sobie. Czy nadal mam tak doskonałą opinię? Jak się sprawdził krem na noc, mający nawilżać i regenerować na mojej raczej tłustej cerze?


Biolaven, Naturalny krem na noc 

Według producenta:
"Nawilżająco-ochronny krem do twarzy na dzień, przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery wymagającej. Zawiera odżywczy olej z pestek winogron i witaminę E, które chronią przed wysuszeniem i działaniem szkodliwych czynników, przywracając skórze miękkość i elastyczność.
Krem może być stosowany pod makijaż oraz na okolice przemęczonych oczu, doskonale się rozprowadza i wchłania. Naturalny olejek eteryczny z lawendy, symbol Prowansji, koi i odświeża skórę, pozostawiając ją gładką, nawilżoną i zrelaksowaną."


Marka konsekwentnie wspiera edukację społeczeństwa w zakresie składników kosmetycznych. To mi się niezmiennie podoba i kibicuję temu projektowi od początku. Na opakowaniu kremu możemy przeczytać o lawendzie lekarskiej, którą nota bene bardzo lubię w kompozycjach w ogrodzie.


Opakowanie zawiera sporo informacji, od wspomnianego opisu lawendy, przez obietnice działania aż po skład i inne podstawowe parametry produktu. Zabezpieczony jest przezroczystą naklejką, co mi się podoba, bo możemy mieć pewność, że nikt przed nami nie zaglądał do środka.



Krem kosztuje od 20-25zł za standardowe 50ml i jest coraz lepiej dostępny stacjonarnie.


Sama tubka także jest zabezpieczona, co daje już 100% pewności świeżości kremu. Lubię to!


Skład jest bardzo przyjemny. Wysoko mamy m.in. olej z pestek winogron, mocznik, skwalan, masło awokado, panthenol, natomiast olejek lawendowy znajduje się pod koniec składu i tak być powinno - olejki eteryczne lepiej stosować w mniejszej ilości, ponieważ są to składniki bardzo skoncentrowane. Szczegółowy skład znajduje się poniżej:


W kartoniku znajdziemy wygodną, miękką tubkę z odkręcanym korkiem. Wolałabym wersję korka zamykaną na zatrzask, ale do tego rozwiązania także się szybko przyzwyczaiłam.


Design tubki jest ścisłe związany z opakowaniem i bardzo mi się podoba. Jest skromy, estetyczny, delikatny i kobiecy. Nie krzyczy kolorami czy wykrzyknikami, a mimo to zdecydowanie się wyróżnia na półce w drogerii. Delikatny zarys lawendy ciekawie kojarzy się z marką.


Konsystencja jest zaskakująco lekka. Zazwyczaj spotykam się z treściwszym kremem na noc, za to wersja na dzień jest lżejsza. Biolaven za to całkiem odwrócił tą zasadę. Krem na dzień znam z próbek i wydaje mi się on znacznie treściwszy niż wersja nocna, przez to zupełnie się u mnie nie sprawdzał. Zapach jest charakterystyczny dla serii. Ja osobiście wyczuwam w nim na pierwszym planie słodkie winogrona, dopiero gdzieś daleko w tle znajduje się nuta lawendy. Przyznaję, że ten zapach bardzo przypadł mi do gustu, nie jest banalny, ale też nie kojarzy mi się... z szafą babci :)


Działanie produktu również mnie zachwyciło. Dzięki swojej konsystencji krem dobrze się wchłania, nie pozostawiając lepkiej warstwy. Doskonale nawilża i odżywia skórę, nie obciążając jej. Rano skóra jest pełna blasku, ale nietłusta, jędrna, elastyczna, gładka i miękka w dotyku. Ostatnio nie mam problemów z zaskórnikami, więc Biolaven nie zapycha porów i nie powoduje podrażnień. Można go również stosować w okolice oczu, co czasem robiłam i nie zauważyłam negatywnych skutków. Dodatkowo zapach idealnie wycisza przed nocą i relaksuje.


Podsumowując krem Biolaven na noc jest doskonały. Nawilża, odżywia skórę i robi to bardzo intensywnie, więc rano cera jest wypoczęta, bez śladu tłustości.

Znacie już Biolaven? Czy Was również ten zapach uwiódł?
Szkolenie dla blogerów - czy warto się wybrać?

Szkolenie dla blogerów - czy warto się wybrać?

Jakiś czas temu dostałam maila z zaproszeniem na szkolenie skierowane do blogerów. Organizatorem zamieszania jest jeden z domów mediowych i była to już kolejna edycja spotkania. Zaciekawił mnie program, a że w pracy ciągle stawiamy na rozwój i zdobywanie nowej wiedzy tudzież umiejętności - postanowiłam się wybrać. Najpierw musiałam jednak sprytnie przedstawić szefowi multum korzyści, jakie zyska, pomimo całego dnia mojej nieobecności w pracy. Udało się, więc w pewien dość deszczowy piątek pojechałam na słynny Mordor (ul. Domaniewska w Warszawie) w poszukiwaniu odpowiedniego adresu. Po odnalezieniu budynku i wjechaniu windą na szóste piętro okazało się, że jestem grubo przed czasem, a mimo to nie byłam pierwsza. Na szkolenie przyjechały głównie dziewczyny, choć był i jeden męski rodzynek w postaci mojego własnego męża, któremu marzy się blog w nieodległej przyszłości :)


Atmosfera była przyjazna i inspirująca, dyskusje ciekawe, choć niektóre osoby zdecydowanie je zdominowały. Nie przeszkadzało mi to, gdyż sama miałam kilka podobnych pytań. Najbardziej podobało mi się podejście pań prowadzących szkolenie. Nie spotkałam się dotąd aż z taką chęcią dzielenia się wiedzą, autentycznym zaangażowaniem i wysokim poziomem merytoryki w prezentacjach. Naprawdę dużo się dowiedziałam! 

Całe szkolenie podzielone zostało na tematyczne warsztaty. Dowiedziałyśmy się wielu bardzo konkretnych informacji z przykładami i wyjaśnieniami, można też było na bieżąco zadawać pytania. Naprawdę taka łatwość dzielenia się wiedzą jest rzadko spotykana. Nie było sztampy, nikt się nie wywyższał. 
 
Między innymi poruszone zostały tematy:
  • Kto i w jakich ilościach czyta blogi?
  • Najbardziej popularne formy współpracy blogerów z firmami.
  • Jak promować posty na Facebooku (dobór grupy docelowej)?
  • Co zrobić, by blog był wyświetlany wyżej w Google?
  • Jak używać słów kluczowych w poście?
  • Jak analizować dane z Google Analytics?
  • Jak dbać o dobrą współpracę blogera z agencją?
  • Jakie darmowe narzędzia warto wykorzystać w blogowaniu?
  • W które płatne programy warto zainwestować?
  • Zadanie praktyczne: wymyślanie działań promocyjnych produktów w przykładowej kampanii.

    ZenithOptimedia, czyli organizator szkolenia, zadbał także o nasze żołądki. Ponieważ szkolenie trwało 6h dostępna była kawa, herbata, ciasteczka oraz owoce, a w dłuższej przerwie zjedliśmy pizzę. Przyznam, że ułatwiło to skupienie się na szkoleniu, a nie głodzie. Na koniec dostaliśmy torby z przydatnymi gadżetami, w tym powerbank, który przyda się na pewno.


    Jeżeli zainteresowało Was podobne szkolenie to mam dobrą wiadomość! Dom mediowy organizuje kolejną edycję już w poniedziałek 27.06.2016r.


    Jeżeli jesteście z okolic Warszawy albo macie możliwość dojechania zachęcam, bo naprawdę warto! Można poznać innych blogerów, a ponieważ na moim szkoleniu każda z nas praktycznie miała inną tematykę bloga, było ciekawie i twórczo. Poznałam też sympatyczną Ewelinę z bloga Revelkove Love. Pisałam już, że to jest najfajniejsze w blogowaniu - możliwość poznania osób z podobną pasją do podobnych tematów :)


    A Wy stawiacie na szkolenia? Wiem, że na Meet Beauty były ciekawe wykłady o podobnej tematyce, ale znacie może inne spotkania tego typu?
    CD, Dezodoranty w sprayu (Cytryna, Granat, Lilia wodna)

    CD, Dezodoranty w sprayu (Cytryna, Granat, Lilia wodna)

    Pamiętam, jak w latach 90-tych był szał na dezodoranty w sprayu marki Fa. Czy ktoś jeszcze jest takim dinozaurem, by wspominać te odleeegłeeee czasy? :) Wtedy wszyscy ich używali, w tym i ja. Jako kobieta jednak - i to wyjątkowo zmienna tudzież niewierna kosmetykom oraz od najmłodszych lat eksperymentująca - porzuciłam je ze względu na dziury ozonowe i, co tu dużo pisać, słabe działanie, na rzecz kulek i sztyftów. Czy powrót do sprayu po wielu latach zakończył się happy endem czy też klęską? Zapraszam na ciąg dalszy.


    CD, Dezodorant Lilia Wodna według producenta:
    "Zawiera naturalny wyciąg z lilii wodnej, dzięki czemu zapewnia długotrwałe uczucie świeżości, pewności i pielęgnacji. Efektywny aktywny system Deo gwarantuje ochronę przed nieprzyjemnym zapachem przez całą dobę, nie pozostawiając przy tym białych śladów na ubraniu.Przebadany dermatologicznie. Odpowiedni do każdego rodzaju skóry. Nie zawiera soli aluminium".


    Dezodorat Lilia Wodna to klasyczny spray co sprawia, że jest szybki i wygodny. Opakowanie jest aluminiowe i posiada korek, nie ma się tu nad czym rozwodzić. Wizualnie też niespecjalnie się wyróżnia. Aerozol rozpyla idealną ilość produktu, więc pokryjemy nim dokładnie te części ciała, które chcemy. Tradycyjnie nigdy nie wiadomo ile jeszcze zostało wewnątrz płynu, choć przyznam, że wydajność ma bardzo dobrą. Zapach jest intrygujący i choć identyczna linia zapachowa w żelu pod prysznic spodobała mi się najmniej – uważam, że do deo bardzo pasuje. Generalnie zapach utrzymuje się na skórze dość długo i jak na aerozol całkiem skutecznie radzi sobie z przykrym zapachem, choć tu na pewno duże znaczenie mają indywidualne predyspozycje. To idealne rozwiązanie jeśli się spieszysz i nie masz czasu na odczekanie by antyperspirant w sztyfcie wysechł. Zasadniczo jestem z niego zadowolona, wyratował mnie w niejednej sytuacji np. po siłowni lub rano. U mnie nie powodował silnego szczypania czy pieczenia po goleniu, ale mimo to nie nazwałabym go delikatnym, ponieważ potrafi wysuszać. Rzeczywiście nie zostawia białych śladów na ubraniu.


    CD, Deo Atomizer Owoc Granatu:
    "Odświeżający dezodorant CD w atomizerze, zawierający naturalny wyciąg z granatu zapewnia niezawodną ochronę przed nieprzyjemnym zapachem i długotrwałe uczucie świeżości przez całą dobę. Przebadany dermatologicznie. Posiada pH neutralne dla skóry. Nie pozostawia białych śladów. Nie zawiera soli aluminium."
    CD, Deo Atomizer Cytryna
    "Dezodorant CD w atomizerze o zapachu cytrusowym z naturalnymi wyciągami z kwiatów lipy łączy w sobie łagodną pielęgnację i długotrwałą świeżość cytrusa. Odpowiedni dla skóry wrażliwej. Przebadany dermatologicznie. Posiada pH neutralne dla skóry. Nie pozostawia białych śladów. Nie zawiera soli aluminium"


    Dwa prawie identyczne produkty, które praktycznie różnią się jedynie zapachem. 
     
    Cytryna to mój hit po siłowni – w duecie z żelem pod prysznic z tej samej linii genialnie odświeża i relaksuje po wysiłku. Daje także energii, gdy jestem zmęczona. 
     
    Granat to dość słodki aromat, który podoba mi się najbardziej z powyższych. Używam go z najprawdziwszą przyjemnością zawsze gdy chcę poprawić sobie humor. Kojarzy mi się trochę ze słodkich lenistwem, wakacjami, dzieciństwem i beztroską. Nie jest jednak mdlący, wyczuwam w nim delikatną goryczkę, która tonuje cukierkową słodycz. Deo pachną identycznie jak żele pod prysznic, o których pisałam TUTAJ.


    Oba deo mieszczą się w szklanych, przezroczystych buteleczkach i dzięki temu odpada problem z ilością – zawsze widzimy na bieżąco ile produktu zostało. Atomizer jest równie wygodny jak w wersji klasycznej. Tutaj jednak nie radzę używania na ogolone pachy – piecze nie do wytrzymania! Składy oparte są na alkoholu, dlatego mogą wywoływać podrażnienia oraz przesuszać wrażliwą skórę. Przy okazjonalnym stosowaniu nie powinno być jednak problemu.  Deo dobrze sobie radzą z potem, choć przy większym wysiłku nie są tak skuteczne jak sztyft czy kulka. Mimo wszystko polubiłam je za łatwość stosowania, szybkość, brak śladów na ubraniu oraz przyjemne zapachy. 


    Dezodoranty w atomizerze można traktować także jako zapachową mgiełkę do ciała a nawet odświeżacz powietrza w domu czy samochodzie.

    Całkiem je polubiłam i wersję z granatem chętnie jeszcze kupię. Znacie je? Używacie dezodorantów  w sprayu czy stawiacie raczej na sztyfty i kulki?
    Top 10 czyli dobre kosmetyki do 10 zł

    Top 10 czyli dobre kosmetyki do 10 zł

    Uwielbiam czytać subiektywne listy ulubieńców, ponieważ znalazłam w ten sposób mnóstwo perełek, które sama pokochałam całym sercem. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami własną listą top 10 tanich, a dobrych produktów, których cena nie przekracza 10zł. Takich, do których ciągle wracam - co przy osobowości pełnej ciekawości i wielbiącej nowinki jest dużym komplementem. Zapraszam.

    Top 5 produktów do twarzy

    1. Pomadka z peelingiem Sylveco, chyba już jest nawet słynna. Zakochałam się w niej od pierwszego użycia i do tej pory zużyłam całe trzy opakowania. Uwielbiam ją za wszystko: świetny "jadalny" skład, zapach, działanie. Genialnie nawilża i wygładza usta, dzięki czemu wszelkie pomadki dobrze wyglądają i nie przesuszają ust (np. matowe). Pięknie pachnie! Kosztuje 9,50zł.


    2. Tonik zwężający pory, Ziaja Liście Manuka świetnie sobie radzi ze swoim podstawowym zadaniem czyli reguluje pH skóry. Delikatnie przymyka pory, ale nie jest to efekt spektakularny. Lubię go szczególnie za świeży, relaksujący zapach i działanie nawilżające, denerwuje mnie natomiast atomizer, który z kolei dla innych jest atutem. Niemniej jest to produkt wart uwagi, zwłaszcza, że kosztuje ok. 8zł.


    3. Niebieska glinka, moja jest marki Calaya (sklep m.in. z półproduktami kosmetycznymi). Wielbię ją nie tylko za świetny kolor, dzięki któremu bawię się czasem w Smerfetkę, ale także - a może przede wszystkim - za efekty, jakie gwarantuje. Glinka jest delikatna, nigdy mnie nie podrażniła, ale zawsze przestrzegam podstawowych zasad (link poniżej). Doskonale odświeża cerę, przymyka pory, dotlenia, dostarcza cerze minerałów. Jeżeli mieszkasz w mieście to glinka idealna dla Ciebie. Efekt już po pierwszym użyciu był na tyle zachwycający, że czuję się od niej uzależniona! Kosztuje jedynie 8zł/50g.


    4. Serum z kwasem migdałowym DIY. Mam świadomość, że nie należy się bawić kwasami i niektóre z Was się tego boją, ale to serum jest bardzo łatwe w wykonaniu, a skuteczne. Wystarczy wymieszać ze sobą dokładnie odmierzone ilości półproduktów i cieszyć się piękną, gładką cerą pełną blasku. Serum robiłam dwukrotnie i na pewno do niego wrócę. Koszt to ok. 4-5 zł za 50 ml w zależności od cen półproduktów.


    5. Delia, Henna do brwi czyli kolejny kosmetyk, który często mi towarzyszy. Ładnie podkreśla brwi, a jest banalnie łatwa w obsłudze. Po jej użyciu mam spokój z kredkami, żelami czy cieniami na 1,5-2 tygodnie. Zużyłam już kilka opakowań i mam następne, które czeka na wakacje. Kosztuje 2zł.


    Top 3 produkty do dłoni


    6. Planeta Organica, Krem do rąk z kakao. Jeżeli jesteś zadeklarowaną miłośniczką czekolady - jak ja - gwarantuję, że zakochasz się w tym kremie równie mocno! Zapach jest wprost nieziemski, kakao w wersji naturalnej, bez chemicznej nuty. Do tego dochodzi doskonałe działanie na skórę dłoni i możliwość stosowania zarówno w ciągu dnia jak i na noc. Cudo kosztuje 10zł.


    7. Cztery Pory Roku, Zimowy peeling do rąk. Nie jest to produkt łatwo dostępny, ale zdecydowanie wart poszukania. Przede wszystkim obłędnie pachnie żurawiną, identycznie jak krem do rąk z tej samej serii (swoją drogą równie świetny!). Zawiera co prawda parafinę, ale jestem w stanie ją tolerować, tym bardziej, że peeling na bazie soli dokładnie wygładza skórę usuwając wszelkie suche skórki czy zrogowacenia. Kosztuje 10zł w zestawie z kremem do rąk (najczęściej dostępny jest w okresie świątecznym).
    Więcej o żurawinowym peelingu oraz kremie do rąk


    8. 2x5, Balsam do paznokci to produkt inny niż wszystkie. Maleńki słoiczek kryje w sobie bure mazidło o trochę dziwnym zapachu, jednak doskonałego działania nie mogę mu odmówić. Bardzo dobrze natłuszcza, nabłyszcza i uelastycznia naturalną płytkę paznokcia, przez co wygląda ona zdrowiej. Jedyny minus jaki widzę (oprócz pochodnej formaldehydu jako konserwant) to fakt, że nie da się go użyć pod kolorowy lakier, przez krótki czas trzeba więc nosić "nagie" paznokcie. Kosztuje ok. 7zł.


    Top produkty do higieny


    9. Himalaya, Wybielająca pasta do zębów. Teoretycznie nie jest to kosmetyk, o jakim pisze się posty, ale ja nie widzę nic złego w paście do zębów. Ta ma fajny skład, nie zawiera bowiem fluoru, natomiast zamiast tradycyjnych chemicznych środków wybielających posiada ekstrakty roślinne i enzymy z papai i ananasa. Słodki smak może być przyjemną odmianą od chemicznej mięty, choć mnie po jakimś czasie zmęczył. Jej działanie mnie zachwyciło bowiem dobrze wybiela zęby usuwając osad z kawy czy herbaty i jest to różnica widoczna gołym okiem.  Kosztuje ok. 10zł. 


    10. LPM, Olejek do mycia Orzech Laskowy, o którym pisałam całkiem niedawno. Szczególnie urzekł mnie jego nieziemski zapach, który zdecydowanie umilał codzienny prysznic i spodobał się nawet mojemu mężowi. Dodatkowo nie zauważyłam, żeby wysuszał skórę, a nawet delikatnie ją nawilżał. Szczerze pisząc zatęskniłam za nim już drugiego dnia po wykończeniu i na pewno kupię kolejną butelkę. Kosztuje 10-12zł, często jest w promocji.


    Tak się przedstawia moje top ten z ostatnich miesięcy. Koniecznie dajcie znać czy znacie te kosmetyki i czy u Was także znalazły by się na podobnej liście? A może polecicie mi własne ulubione produkty?
    Mizon, Wielofunkcyjny krem ze śluzem ślimaka All in One Snail Repair Cream

    Mizon, Wielofunkcyjny krem ze śluzem ślimaka All in One Snail Repair Cream

    Koreańska marka Mizon znana mi jest już od jakiegoś czasu. Marka skupia się na tworzeniu kosmetyków wypełnionych substancjami aktywnymi, które mają silne działanie na skórę, ale jednocześnie jej nie podrażniają. Najbardziej rozpowszechnioną serią jest ta na bazie śluzu ślimaka, co jednych zaskakuje, a drugich wcale.Mnie akurat wcale, od dawna są znane właściwości ślimaczego śluzu na skórę, w tym na blizny.

    Zostałam zapewniona, że ślimaki są hodowane w specjalnych, odpowiednich dla nich warunkach, ponieważ pobrany śluz musi być dobrej jakości, a do tego niezbędne jest - oprócz wiedzy i odpowiedniej techniki pobierania - dbanie o to, by ślimaki były zdrowe i nienarażone na stres. Po pobraniu śluzu ślimaki całe i zdrowe są zwracane do miejsca hodowli.
    PS. Czy tylko mnie nurtują takie pytania?


    Mizon, Wielofunkcyjny krem ze śluzem ślimaka

    Według producenta: "Silnie regenerujący krem do twarzy i dekoltu. Zawiera aż 92% filtratu ze śluzu, adenozynę, peptydy i witaminy. Bez barwników, substancji zapachowych i parabenów, idealny do wrażliwej skóry. 
    Rozjaśnia przebarwienia, wspomaga regenerację blizn i skaz.zmniejsza pory, przeciwdziała starzeniu się skóry, działa ujędrniająco i przeciwzmarszczkowo. Odmładza zmęczoną skórę przez zwiększenie produkcji kolagenu oraz poprawę elastyczności. Doskonale nawilża, tworząc barierę ochronną dla szkodliwych składników z zewnątrz."


    Krem kupimy w brązowym tekturowym pudełeczku. Obecnie jest akurat w promocji u polskiego dystrybutora i kosztuje niecałe 50zł (cena regularna 75zł) za 35ml. Z samego pudełeczka niczego się nie dowiemy, oczywiście przy założeniu, że nie znamy języka producenta. Na szczęście mamy naklejkę po polsku oraz internet :) Podoba mi się, że kartonik jest zaklejony.


    Skład ze strony polskiego dystrybutora, ponieważ na opakowaniu go nie ma: Snail Secretion Filtrate, Aqua, Propylene Glycol, Sodium Polyacrylate, Butylene Glycol, Cetearyl Alcohol, PEG/PPG-17/6 Copolymer, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Portulaca Oleracea Extract, Betula Platyphylla Japonica Juice, Sodium Hyaluronate, Glyceryl Stearate, Triethanolamine, Carbomer, Centella Asiatica Extract, Human Oligopeptide-1, Methylparaben, Palmitoyl Pentapeptide-4, Hydrogenated Vegetable Oil, Stearic Acid, Dimethicone, Arnica Montana Flower Extract, Artemisia Absinthium Extract, Achillea Millefolium Extract, Gentiana Lutea Root Extract, Alcohol Denat., Camellia Sinensis Leaf Extract, Copper Tripeptide-1, Rubus Idaeus (Raspberry) Fruit Extract, Beta-Glucan, Propylparaben, Adenosine, Polyacrylate-13, Polyisobutene, Polysorbate 20, Disodium Edta.


    Wewnątrz znajdziemy tubkę z zakręcanym korkiem i szczerze pisząc - dla mnie nie jest to wygodne rozwiązanie. Tubka łatwo się przewraca, muszę ją opierać o inne kosmetyki i ciągle na nią uważać. Z kolei kiedy leży zajmuje dużo miejsca (tak, serio to piszę, na mojej toaletce miejsce jest na wagę złota). Zdecydowanie wolałabym opakowanie stojące. W dodatku nie mam pojęcia ile jeszcze kremu mi zostało, choć już muszę mocno naciskać tubkę, aby wydobyć coś ze środka. Wystarczy na dzień czy miesiąc? Nie wiem, muszę zgadywać. Podoba mi się za to końcówka tubki, tzw. dziubek, który fajnie się sprawdza na co dzień. Ułatwia szybkie nałożenie kremu bez konieczności brudzenia czegokolwiek. Kilka precyzyjnych kropek typu "bródka-czółko-poliki" i rozprowadzamy palcami.


    Konsystencja to kolejna sprawa, co do której miałam wątpliwości. Pierwsze dwa użycia - dramat! Ciągnący się glut, brak zapachu, dziwne uczucie lepkości... Już myślałam, że nic z tego nie będzie, na szczęście nie należę do osób, które szybko się poddają. Trzeciego dnia było już o wiele lepiej, a czwartego przyzwyczaiłam się do tego kremu na tyle, że problem znikł. Po szoku zostało jedynie wspomnienie.


    Oczywiście krem nadal się ciągnie jak... śluz ślimaka :) W sumie to jak mogłoby być inaczej, skoro krem zawiera go aż 92%! Poza tym krem jest mleczno-przezroczysty i całkowicie pozbawiony zapachu, więc dziewczyny przyzwyczajone do drogeryjnych aromatów mogą nie być zadowolone. Mnie to zupełnie nie zniechęca, nawet mi się podoba, bo oznacza mniej chemii i okazji do podrażnień.


    Kremu używam codziennie rano. Chwilę go wklepuję i odczekuję dwie minuty aż przestanie się lepić. Ważne jest, aby unikać kontaktu z oczami, więc grzecznie omijam te okolice.  Następnie wykonuję normalny makijaż. Ślimakowy Mizon dobrze współpracuje z płynnymi podkładami (obecnie mam No Mask Lirene) czy kremami BB/CC (Eveline, Bielenda) oraz tymi w formie musu (poprzedni Dermacol). Nie próbowałam na niego nakładać minerałów, które ostatnio trochę poszły w odstawkę, więc nie wiem czy współgrają. Podkłady trzymają się na nim dobrze, nie rolują się i nie spływają, choć w przypadku mojej tłustej cery przypudrowanie jest konieczne.


    Skóra po regularnym stosowaniu przez 5 tygodni jest dobrze nawilżona, wygładzona i zregenerowana. Zauważyłam także delikatne ujędrnienie i efekt liftingu, ale bez nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Muszę przyznać, że ewentualne niespodzianki pojawiają się zdecydowanie rzadziej, a sam krem nie zapycha i nie podrażnia. Wszelkie wypryski, jeśli już powstaną, goją się momentalnie i w bardzo szybkim czasie nie pozostaje po nich nawet ślad. Dawno nie miałam tak ładnej cery jak obecnie i to na przełomie wiosny i lata, kiedy zazwyczaj było najgorzej! Kosmetyk obiecuje zwężenie porów, ale ja nie zauważyłam takiego działania. Jest to doskonały, lekki i nietłusty krem do cery tłustej czy mieszanej, z którego nasza cera wyciągnie co najlepsze bez szkody dla siebie. Niestety nie wiem jakby się sprawdził przy suchej skórze.


    Mam także krem pod oczy z tej samej serii, ale o nim napiszę w odrębnym poście, bo ten i tak już jest za długi. Znacie ślimakowe kosmetyki? Macie obawy przed nałożeniem "czegoś takiego" na skórę twarzy czy też efekt, jaki możecie uzyskać jest najważniejszy?

    Kochane mam do Was ważne pytanie: czy przyjaźniejszy w odbiorze byłby post pisany w sposób "sporo tekstu, 2-3 zdjęcia, sporo tekstu..." czy jednak lepszy jest podział jak powyżej "trochę tekstu, zdjęcie, trochę tesktu, zdjęcie, trochę tekstu..."? Byłam wczoraj na inspirującym szkoleniu (o czym na sto procent Wam napiszę) i głowa mi paruje od pomysłów, mam ochotę wiele zmienić, oczywiście na lepsze :)
    Wykończeni w maju

    Wykończeni w maju

    Kolejne miesięczne denko zaowocowało odrobiną kolorówki i zdecydowaną przewagą pielęgnacji (jak zwykle u mnie). W ostatniej chwili przypomniałam sobie jeszcze o skarpetkach L'biotica, które również wyrzucam. Bez zbędnych wstępów zapraszam dalej.


    Twarz:
    Nacomi, Peeling do twarzy - świetny peeling korundowy, z bardzo dobrym, naturalnym składem. Dobrze oczyszczał, wygładzał i pięknie pachniał. Do tego jest całkiem wydajny. Z chęcią jeszcze kupię. Więcej KLIK.

    Ziaja, Liście Manuka, Tonik zwężający pory - bardzo dobry tonik, który spełnia swoje podstawowe zadanie czyli wyrównuje pH skóry oraz dodatkowo lekko zwęża pory. Świetnie pachnie, ma znośny skład. Niestety denerwował mnie sposób aplikacji, wolałabym normalny korek. Być może kupię. Więcej KLIK.

    Bandi, Zestaw Female 35+, Olejek do demakijażu - świetny produkt, dokładnie usuwa makijaż, pozostawiając skórę czystą i lekko tłustą. Jest to pierwszy etap oczyszczania marki Bandi, inspirowany metodą azjatycką. Drugim etapem jest pianka, która jeszcze się nie skończyła, więc jak widać olejek jest mniej wydajny. Chętnie jeszcze kiedyś kupię. Więcej KLIK.


    Makijaż:
    Dermacol, Podkład w musie - genialny podkład! Kochałam go bardzo i żałuję, że się skończył, a jest dość słabo dostępny. Odcień nr 7 to prawie idealny kolor mojej nieopalonej cery, leciutko tylko zbyt różowy. Świetnie się aplikuje palcami, dobrze stapia ze skórą, ukrywa pory i niedoskonałości! Był niezastąpiony rano, gdy ledwo przytomna próbowałam się pomalować, bo nie tworzył smug ani cieni, nie ciemniał w ciągu dnia, na długo matowił, co przy tłustej cerze jest nie lada wyczynem. Jak spotkam ten odcień na pewno kupię, choćby nie wiem ile kosztował. Więcej KLIK.

    Wibo, Baza pod cienie - nie wyobrażam już sobie bez niej makijażu powieki. U mnie świetnie się sprawdza, dzięki niej cienie się nie rolują ani nie rozmazują. Jest tania, łatwo dostępna i dość wydajna, mimo to posiada i wady. Otworzyłam kolejne opakowanie i mam zamiar o niej wkrótce napisać. Kupię!

    Wibo, Tusz do rzęs Growing Lashes - co za bubel nad buble! Dawno nie miałam tak koszmarnego tuszu. Szczoteczka do niczego, nie potrafię nią pomalować rzęs, do tego tusz zasechł po... dwóch użyciach. Koszmar, szkoda kasy. Więcej napisze w kolejnym poście z cyklu "Moje tusze do rzęs", część pierwsza KLIK. Nie kupię!


    Ciało:
    Ziaja Intima, Płyn do higieny intymnej z kwasem mlekowym - kiedyś mój ulubiony, ostatni ze starych zapasów. Obecnie zdecydowanie bardziej zwracam uwagę na składy, więc na pewno do niego nie wrócę. Potrafi podrażniać, ale ma wygodna pompkę i dużą pojemność. Nie kupię.

    Fa, Magic Oil, Żel pod prysznic - dostałam go na I edycji Meet Beauty. Muszę przyznać, że bardzo fajny żel, gęsty i wspaniale pachnący. Dobrze się pieni i oczyszcza skórę, nie zauważyłam, żeby wysuszał. Wydajny. Może kiedyś kupię.

    Supertan, Żel pod prysznic - fajny żel o przeciętnym składzie, posiada niepowtarzalny, przyjemny zapach, dobrze się pieni. Potrafi niestety lekko wysuszać skórę i ma beznadziejne, twarde opakowanie. Dodatkowo jest absurdalnie drogi i słabo dostępny.

    Apis, Cukrowy peeling do ciała z żurawiną - cudo! Zapach oszałamiający i trwały, dobry skład i świetne działanie. Jedyne co może denerwować to konieczność mieszania przed każdym użyciem. Chętnie kupię! Więcej KLIK.


    Dłonie i stopy:
    Avon, Krem do rąk z mleczkiem pszczelim - zużyłam kilka tubek. Posiada ciekawą konsystencję i ładnie pachnie, niemniej jest to krem glicerynowy, potrafi więc wysuszyć skórę. Idealny na dzień, bo nie zostawia tłustej warstwy, na noc kompletnie się nie sprawdza. W promocji kosztuje nawet 4zł, a jest kosmicznie wydajny. Może kupię.

    T'e'N, Krem do rąk - bardzo przyjemny krem o zapachu perfum. Umila każdy dzień. Nosiłam go w torebce, a potem przy przepakowywaniu się zapomniałam o nim, ostatnio go dopiero wykończyłam. Niestety jest dość drogi i słabo dostępny, więc raczej nie kupię. Więcej KLIK.

    Allpresan, Krem do stóp w piance - coś genialnego! Fajna piankowa konsystencja idzie w parze z naprawdę dobrym działaniem pielęgnującym. Duża zawartość mocznika zmiękcza stopy, nawilża i dba o nie podczas snu, bo najczęściej stosowałam go właśnie na noc. Mogłam zapomnieć o uczuciu tłustej skóry. W dodatku jest wydajny! Na pewno kupię. Więcej KLIK.


    Inne:
    Krem Nivea - czyli parafina z parafiną. W mojej kosmetyczce ma zasadniczo dwie i tylko dwie funkcje. Po pierwsze świetnie zabezpiecza skórę podczas malowania brwi henną, a po drugie czasem służył mi do pielęgnacji stóp (jako zabieg parafinowy, czyli: smarujemy stopy dobrym kremem, dajemy mu chwilę na wchłonięcie, po czym wcieramy krem Nivea i zakładamy cienkie bawełniane skarpetki, idziemy spać). Bardzo tani, wyrzucam, bo się znacząco przeterminował, zostało jeszcze go pół opakowania. Może kupię, ale tylko w tych wyżej wymienionych celach.

    Dermaglin, Maska do skóry głowy - ciekawy produkt, ale nie obyło się bez komplikacji, będzie post.

    Skin79, Maska w płachcie Panda - bardzo fajna, więcej KLIK.

    Delia, Henna brązowa - kolejne moje opakowanie, lubię. Więcej KLIK.


    L'biotica, Regenerująca maska do stóp w formie skarpetek - bardzo ciekawy sposób pielęgnacji, więcje wkrótce :)


    Pozostałe:
    Ulubione mokre chusteczki z Auchana, mam kolejne opakowanie (dobry skład i tanie!). Mydło w płynie z Biedronki, całkiem niezłe, ale wysusza skórę, dobrze się pieni, ładnie pachnie i jest tanie. Płatki kosmetyczne z Auchan - dają radę, ale są dość cienkie, podobno zawierają aloes.  Soleo próbki bronzerów do ciała, bo przecież kobity lubią brąz ;)


    Próbki ze sklepu myasia.pl
    Szczególnie zachwycił mnie Aloe, który zawiera 99% aloesu, więc fajnie nawilża i łagodzi podrażnienia bez uczucia tłustości. Chętnie się kiedyś skuszę na całe opakowanie.

    Sera Lioele nieszczególnie przypadły mi do gustu, zauważyłam jedynie delikatne przymknięcie porów. Taka próbeczka to zdecydowanie zbyt mało, by coś więcej powiedzieć.

    Za to krem BB Dollish Lioele to coś genialnego. Po wydobyciu z opakowania jest biały, za to podczas rozsmarowywania stopniowo nabiera odcienia podkładu i świetnie się dostosowuje do kolorytu skóry. Magia! Ładnie ukrywa też pory i nierówności, zawiera dużo silikonów, więc konieczne jest bardzo dobre oczyszczenie twarzy wieczorem. Spodobał mi się bardzo!

    Ślimacze kosmetyki Holika Holika, czyli Toner i Emulsion - fajnie nawilżają, są bardzo lekkie, więc nie zapychają skóry. Przyjemnie pachną i trochę się ciągną, jak to ślimaki ;) Fajnie pisała o azjatyckich kosmetykach (co to jest toner i emulsja itp.) Interendo, więc jeśli chcecie więcej - zapraszam do Patrycji :) Dodam, że te próbki są mega niewygodne, wydobycie z nich produktu wystawia na niemałą próbę cierpliwość najspokojniejszego człowieka...


    Jak Wam się podoba moje denko? Znacie coś, macie opinie na temat powyższych gagatków?