Meet Beauty Conference

Meet Beauty Conference

W sobotę 24.10.2015r. odbyła się w Warszawie pierwsza edycja konferencji dla blogerek i vlogerek urodowych - Meet Beauty. Miałam przyjemność, wraz z 249 innymi pięknymi paniami (i kilkoma rodzynkami), w niej uczestniczyć. Muszę przyznać, że cała konferencja była bardzo dobrze zorganizowana, a do samego miejsca spotkania był dobry dojazd praktycznie z każdej części Warszawy. To, co uwiodło mnie najbardziej to atmosfera, która była wspaniała, pozytywna, energetyczna. Wszyscy uczestnicy byli uśmiechnięci, rozmowni, otwarci i entuzjastyczni, a co chwila rozbrzmiewały teksty typu "A, to Ty! Czytam Cię!". Genialnie było zobaczyć tyle twarzy znanych mi dotychczas jedynie z maleńkiego obrazka, krążącego gdzieś w internecie, poznać żywe osoby, które niejednokrotnie okazywały się np. niższe lub szczuplejsze niż sobie to wyobrażałam. Tym bardziej, że do tej pory nie znałam żadnej blogerki osobiście, a na konferencję pojechałam sama jak palec :) Cóż, teraz już z wieloma rozmawiałam, z wieloma się pośmiałam i jest to dla mnie największa atrakcja tego spotkania! Jesteście wspaniałe dziewczyny!




Plan konferencji był dość bogaty, ale jednocześnie luźny. W głównej sali przez cały czas odbywały się inspirujące panele związane z prowadzeniem bloga. Dowiedziałyśmy się m.in. o roli kolorystyki bloga, grafik, logo, znaczeniu social media w kontaktach z czytelnikami, SEO (niestety te akurat przegapiłam, a podobno były najciekawsze, takie już moje szczęście). 


W różnych wydzielonych salach odbywały się "warsztaty" tematyczne z konkretnymi markami. Osobiście udało mi się dostać jedynie na makijażowe warsztaty z marką Pierre Rene. Wyglądało to trochę jak reklama i przybliżenie nam nowości marki, dość ciekawe, ale jednak liczyłam na coś innego. W innych salach można było uczestniczyć w warsztatach paznokciowych z NeoNail oraz włosowych z Remington. Najciekawsze były jednak warsztaty fotograficzne z Olympus, związane z robieniem zdjęć na bloga. Niestety, zapisy na nie rozeszły się bardzo szybko, a miejsc było jedynie 30.
 



Na dole znajdowały się stoiska marek sponsorujących spotkanie. Największym powodzeniem cieszyła się marka Pilomax, oferująca nam badanie trychologiczne (sprawdzenie stanu skóry głowy i włosów specjalną mikrokamerą w 200-krotnym powiększeniu). Tak oto, po odstaniu swojego w kolejce,  dowiedziałam się, że włosy mam cienkie, liczne, pojedyncze, z mnóstwem "baby hair", a skóra głowy jest naczynkowa i bez łupieżu. Fajnie zobaczyć swoją skórę w takim powiększeniu na komputerze :) Specjalnie dla każdej z nas zostały dobrane odpowiednie kosmetyki do pielęgnacji. Ja dostałam Łagodny szampon do włosów ciemnych oraz Regenerującą maskę do farbowanych włosów jasnych. Mam delikatne ombre i stąd różnica w doborze produktów.



Przy stoisku NeoNails można było porozmawiać na temat paznokci hybrydowych oraz oddać swoje dłonie w ręce doświadczonej kosmetyczki. Szkoda trochę, że istniała jedynie opcja zrobienia dwóch paznokci (ja wybrałam serdeczne) na przetestowanie lakierów tej marki. Zdecydowałam się na śliczny odcień kawy z mlekiem, bo w biurze na pewno taki "przejdzie", choć kusiły mnie granaty i fiolety, oj kusiły! Zobaczymy jak pójdzie mi zmywanie hybryd acetonem, choć raz już udało mi się to zrobić bez szkody dla paznokci.



Stoisko Golden Rose oferowało zarówno makijaż jak i manicure produktami marki i również cieszyło się powodzeniem. Nieopodal można było porozmawiać na temat nowości marki. Niestety ja trafiłam na zły moment i niczego się nie dowiedziałam, ponieważ akurat przedstawicielki biegły na rozdanie nagród za udział w ich konkursie. Dostałam za to na szybko dwa lakiery "biurowe" do wypróbowania, które na pewno przetestuję :)





Pierre Rene również miało swoje stoisko z kosmetykami, które można było obejrzeć, wypróbować, pooglądać z każdej strony. Wyglądało to jak sklep z cukierkami, kusząco :)


Zdjęcia, które towarzyszą temu postowi zrobiłam aparatem Olympus, biorąc udział w jedynym konkursie, na jaki się odważyłam. Reszta konkursów była typowo makijażowa, więc ja je odpuściłam. Sam aparat bardzo mi się spodobał, ma wiele funkcji umożliwiających szybkie zrobienie ciekawych ujęć, mnóstwo opcji, gadżetów, dotykowy ekran i dobry obiektyw. Szkoda tylko, że w wynajętym budynku było dość ciemno, więc zdjęcia wychodziły takie sobie. Mimo wszystko udało mi się jakimś cudem dostać wyróżnienie w konkursie za to zdjęcie:


W trakcie całej konferencji można było częstować się przepyszną kawą, herbatą czy wodą, było nawet kobiece piwo Karmi, ale chyba szybko zniknęło. Do tego przepięknie zaprezentowane babeczki i serniczki, od których nie mogłam oderwać oczu, a skusiłam się tylko na jedną. W trakcie przerwy lunchowej można było skosztować mnóstwa różnych przekąsek, roladek, pasztecików czy kanapeczek, przy czym ja dorwałam się do ulubionych pomidorków z mozzarellą i bazylią oraz roladek z łososiem i rukolą. Wiem, że sporo dziewczyn narzekało, ale dla mnie jedzenie było smaczne i wcale nie liczyłam na syty obiad, po którym pewnie nie mogłabym się ruszać.



Wyrażam nadzieję, że druga edycja Meet Beauty odbędzie się również w Warszawie. 
Wyrażam chęci pojawienia się na niej także i poczucia tej wspaniałej atmosfery, pogadania z blogerkami i pośmiania się :)
Wyrażam potrzebę wzięcia sobie przez organizatorów do serca naszych uwag z wypełnionych ankiet. Ja napisałam, że chciałabym więcej pielęgnacji, której nie było praktycznie w ogóle oraz żeby warsztaty były bardziej praktyczne, a mniej reklamowe.


Ogólne wrażenie pozostało mi bardzo pozytywne. Moim zdaniem konferencja jak na pierwszy raz była udana, dobrze zorganizowana i ciekawa. Poprawiłabym jedynie warsztaty tematyczne oraz zorganizowała ich więcej, tak aby każda z nas mogła się zapisać choć na jeden. Dostałyśmy także mnóstwo kosmetyków do przetestowania lub oddania, ale o tym napiszę innym razem :)

Pomysł jest świetny i było do niesamowite przeżycie, które chętnie powtórzę!
Skin Chemists, Retinol Moisturiser, Krem nawilżający z retinolem

Skin Chemists, Retinol Moisturiser, Krem nawilżający z retinolem

Jak wiecie mam już trzydziestkę na karku i zaczyna być to widoczne. Całe lata zaniedbań, imprez do rana (alkohol, papierosy) oraz unikania tłustych kremów z filtrem nie wyszły mi na dobre. Pierwsze zmarszczki, cieńsza, poszarzała skóra, popękane naczynka to tylko niektóre pamiątki z interesującej młodości. Grunt to wreszcie zmądrzeć...
 
Jakiś czas temu na blogu Dobre dla urody była akcja testowania z marką Skin Chemists. Jest to marka brytyjska, która szczyci się tworzeniem kosmetyków bezpiecznych, stanowiących skuteczną alternatywę dla inwazyjnych zabiegów medycyny estetycznej. Zainteresował mnie szczególnie silnie nawilżający krem z retinolem.

Producent Retinol Moisturiser obiecuje:
"zdumiewające efekty nawilżające, wygładzające i regeneracyjne. To kosmetyk, który Twoja skóra pokocha".



Kosmetyk przyszedł pięknie opakowany, przewiązany granatową wstążeczką. Już samo to utrwaliło we mnie przekonanie, że mam do czynienia z firmą luksusową, dbającą o swoje klientki. Krem nie kosztuje mało, bo na stronie producenta widnieje kwota 250 zł/50 ml, do kupienia tutaj KLIK.


Dzięki porządnemu zabezpieczeniu krem przyszedł w idealnym stanie, a warto wspomnieć, że opakowanie jest szklane. Na kartoniku podane są bardzo podstawowe informacje na temat produktu, jak nazwa, sposób użycia, skład, pojemność. Samo opakowanie jest minimalistyczne, eleganckie i bardzo mi się podoba. Widnieje tu także informacja, że krem zawiera retinol. A co to takiego?


Retinol (zwany witaminą A) to alkohol należący do karotenoidów. Posiada właściwości stymulujące odnowę komórek, dzięki czemu skóra się odmładza, pogrubia i wygładza. Działa normalizująco na dojrzewanie komórek naskórka, więc przyczynia się do spłycenia warstwy rogowej skóry, a tym samym pogrubienia warstwy żywej. Ma także zdolności odnowy włókien elastyny i kolagenu, co pozytywnie wpływa na teksturę i jakość skóry. Powoduje to spłycenie zmarszczek i wygładzenie cery, dlatego składnik ten polecany jest szczególnie skórze dojrzałej, ze zmarszczkami, zniszczonej, wymagającej regeneracji, także uszkodzonej przez fotostarzenie, zwłaszcza że posiada on zdolność rozjaśniania plam pigmentacyjnych różnego pochodzenia.
Ale to nie wszystko. Retinol świetnie radzi sobie z trądzikiem. Zwęża pory, oczyszcza je z nagromadzonego sebum i martwego naskórka oraz pozytywnie wpływa na już istniejące wypryski.
Dzięki swojej zdolności pogrubienia skóry jest idealnym składnikiem kremów pod oczy, mających za zadanie zniwelowanie cieni.
Na początku kuracji warto przyglądać się swojej skórze, bowiem retinol może ją przesuszyć, spowodować widoczne łuszczenie się naskórka, a czasem nawet podrażnić. Warto odpowiednio do swoich potrzeb dostosować częstotliwość stosowania serum czy kremu z retinolem: przy braku negatywnych skutków można używać ich codziennie, natomiast w przypadku cery wrażliwej lepiej robić przerwy, nawet trzydniowe, by przyzwyczaić skórę do tego składnika. Bardzo ważne jest także stosowanie odpowiedniej ochrony przeciwsłonecznej, najlepiej z wysokim filtrem, nawet SPF50 oraz w miarę możliwości unikanie słońca.


Mamy jesień, idealny czas na krem z retinolem, choć warto zadbać także o filtry, których dostarczają mi obecnie azjatyckie kremy BB (jestem nimi absolutnie zachwycona!).

W pudełeczku znajduje się krem w szklanym opakowaniu oraz ulotka na temat pompki airless. Nie jest to dla mnie nowością, a bardzo higienicznym i praktycznym rozwiązaniem. Przed pierwszym użyciem trzeba kilkakrotnie przycisnąć pompkę, aby następnie krem wychodził już bez problemu.


Szklane opakowanie jest prześliczne, minimalistyczne, a mimo to zwraca na siebie uwagę. Nawet mój mąż (a mężczyźni znani są ze swojej spostrzegawczości czyż nie?) zauważył je na półeczce z moimi kosmetykami jeszcze tego samego dnia, w którym tam stanęło. Srebrne części nie wycierają się, właściwie po kilku tygodniach regularnego używania całość wygląda jak nowa.


Pompka jest bardzo wygodna, nie zacina się. Już za pierwszym razem wydobywa idealną ilość produktu do pokrycia całej twarzy i jeszcze zostaje odrobina na szyję. Dzięki temu krem jest wydajny, w miesiąc zużyłam 1/3 opakowania, czyli powinien wystarczyć na 3 miesiące codziennej kuracji.


Skład: woda, Glyceryl Stearate SE (emulgator i emolient, wygładza, zmiękcza skórę), Cetearyl Alcohol (emolient, tworzy film, wpływa na lepkość), Stearic Acid (emulgator, odbudowuje barierę lipidową skóry), Cocos Nucifera Oil (Olej Kokosowy; łagodzi stany zapalne, zmiękcza, natłuszcza, odżywia, głęboko nawilża, uelastycznia, wygładza, zwalcza trądzik), Phenoxyethanol (konserwant), Benzyl Alcohol (konserwant, imituje zapach jaśminu), Hydroxypropyl Cyclodextrin (odżywia skórę, stabilizuje emulsję, chroni krem przed utlenianiem, bezpieczny dla skóry), Allantoin (alantoina; łagodzi podraznienia, wspomaga regenerację, przyspiesza gojenie, nawilża), Carbomer (karbomer, zagęstnik), Caprylic/Capric Trigliceryde (emolient, tworzy film), Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy, silnie nawilża), Disodium EDTA (stabilizator, konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa), Retinol (0,15%, odmładza, wspomaga regenerację komórek skóry oraz odbudowę kolagenu, zmniejsza zmarszczki i zmiany pigmentacyjne) , Ethylhexylglycerin (naturalny konserwant, bezpieczny), Dehydroacetic Acid (konserwant identyczny z naturalnym, bezpieczny), Silica (krzemionka, matuje, poprawia właściwości aplikacyjne kremu, stabilizuje emulsję), Gardenia Tahitensis Flower Extract (Olej Monoi; nawilża, wygładza, zmiękcza, regeneruje, działa przeciwzapalnie i łagodząco, przyspiesza gojenie ran, działa antyseptycznie i przeciwgrzybiczo), Tocopherol (witamina E, chroni przed starzeniem, antyoksydant, nawilża, wzmacnia naczynia krwionośne), Benzyl Salicylate (zapach, może alergizować), Citral (zapach cytryny, może alergizować), Citronellol (zapach róży, może alergizować), Geraniol (zapach geranium,może alergizować), Hexyl Cinnamal (zapach jaśminu, może alergizować), Limonene (zapach skórki cytrynowej, może alergizować), Linalool (zapach konwalii, może alergizować), Mica (pigment mineralny, rozświetla cerę, nadaje kremowi perłowy wygląd), CI 77891 (dwutlenek tytanu, mineralny filtr UV, biały pigment).


Konsystencja kremu jest lekka, ale treściwa. Ma barwę białej perły, przepięknie mieni się w słońcu. Zapach jest interesujący, pierwszy raz się z podobnym spotykam. Wyczuwam w nim perfumy i letnie kwiaty, na szczęście nie jest zbyt nachalny, raczej otulający. Na twarzy chwilę go jeszcze czuję, po czym znika.


Bardzo ładnie wygląda po rozsmarowaniu, cieszy oko. Gładko sunie po skórze, choć potrafi czasem zostawiać białe smugi, które jednak można szybko wklepać. Już po chwili wnika wgłąb skóry.


Krem nie matuje, bo wcale nam tego nie obiecywał, ale i nie wzmaga świecenia. Mimo, że nie wchłania się do całkowitego, tzw. płaskiego matu, pokochałam go za lekkie rozświetlenie, jakie daje mojej twarzy. Nie należy mylić tego z błyszczeniem tłustej skóry, której przecież jestem posiadaczką. Natychmiast po aplikacji skóra odczuwa niewiarygodną ulgę i nawilżenie. Przez kilka tygodni nie zauważyłam zapychania czy podrażnienia (nie licząc pierwszego tygodnia, o czym za chwilę), ale nie wiem czy z taką ilością sztucznych zapachów nadaje się dla cery wrażliwej. Przed każdym pierwszym użyciem nowego kosmetyku polecam testy alergiczne. 


Początkowo moja broda źle zareagowała na retinol. Pojawiły się drobne wypryski i niewielkie suche placki, które zniknęły po około tygodniu. Jest to jak najbardziej normalna reakcja i nie należy się nią denerwować. Po tym czasie było już tylko lepiej, więc warto przetrwać ten początkowy etap.

Moja skóra już po miesiącu odzyskała utracony koloryt, pogrubiła się, a naczynka zostały wzmocnione, co objawia się zmniejszeniem nieprzyjemnej tendencji do zaczerwienienia (juuupi!). Najbardziej jednak zachwycił mnie wpływ na strukturę skóry, która stała się jakby zwarta, ujędrniona i wygładzona, pory się zmniejszyły i wyrównały, przez co cera stała się gładka w dotyku (widać to także patrząc pod światło). W dodatku kolejne drobne zmarszczki znikają jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Dostałam mnóstwo komplementów na temat stanu swojej skóry, nabrałam pewności siebie i jestem bardzo zadowolona z tego stanu rzeczy. Każdego wieczora zastanawiam się jak mogłam dotąd funkcjonować bez mojego kremu?


Retinol Moisturiser to część mojego własnego, choć profesjonalnego gabinetu kosmetycznego. Bez igieł, podskórnych nici, laserów, ale z podobną skutecznością. Nie rozumiem po co katować swoją skórę, skoro można w przyjemny sposób wpłynąć na jej gęstość, wygładzenie i ogólny dobry wygląd. Codzienne wklepywanie kremu i towarzyszący temu przyjemny zapach stało się moim miłym, porannym rytuałem, z którego na pewno nie zrezygnuję!

Znacie kosmetyki marki Skin Chemists? Czy u Was kremy z retinolem działają równie skutecznie?
Ulubione zdrowe przekąski: Żurawina Premium Aura Herbals

Ulubione zdrowe przekąski: Żurawina Premium Aura Herbals

Większość ludzi lubi jeść i rozkoszować się konsystencją, wyglądem i oczywiście smakiem jedzenia. Nie jestem tutaj wyjątkiem, choć przyznaję się, że z regularnością jest u mnie kiepsko. Potrafię przez pół dnia niczego nie tknąć, by potem rzucić się na lodówkę po odczuciu nagłego ssania w żołądku. Niestety wszystko to wychodzi mi potem w boczkach i biodrach... Odkąd chodzę na siłownię, czyli ponad trzy miesiące, staram się nie głodować, a co za tym idzie mieć pod ręką różne przekąski. Nie, nie, nie mam tu na myśli chipsów, paluszków i mlecznych kanapek. W takim razie co? Przede wszystkim warzywa, które na szczęście uwielbiam. Szpinak? Proszę bardzo, najlepszy jest świeży do sałatek i do posypania pizzy (próbowaliście? pycha!). Marchewka? No jasne, obrana i pokrojona w paski często gości na moim talerzu. Owoców także nie unikam, bo choć zawierają sporo kalorii (cukry), to przecież są napakowane także błonnikiem, pektynami, minerałami i witaminami. Należy jedynie pamiętać o umiarze. 


Przykładowo w tym momencie mam pod ręką kolorowe papryki, pomidory, sałatę, jedną (trochę już zdechłą) marchewkę, pól cukinii. Zawsze mam także cebulę i czosnek, których oczywiście nie jem w formie przegryzek, ale dodaję je praktycznie codziennie do obiadu i zdradzę Wam coś: bardzo, ale to bardzo rzadko choruję! Z owoców mam dzisiaj ukochaną pomarańczę, jabłka, gruszki i banany. Oto część moich zapasów:


Poza warzywami i owocami uwielbiam wcinać bakalie, orzechy i nasiona. Dostarczają one kalorii, a i owszem, ale także mnóstwa witamin i minerałów, które są bardzo cenne dla organizmu, zwłaszcza jesienią. Na pierwszy ogień polecam żurawinę.


Żurawina Premium, Aura Herbals to najlepsza żurawina, jaką w życiu jadłam. Przede wszystkim na szczególną uwagę zasługuje fakt, że w składzie mamy tylko i wyłącznie suszone owoce żurawiny wielkoowocowej, pochodzącej z Kanady. Nie ma żadnych olejów, syropu glukozowego i nie wiadomo czego jeszcze, bo i nie jest to do niczego żurawinie potrzebne. Duże opakowanie, 500 g wystarcza na wiele dni podniebnych rozkoszy, a kosztuje ok. 20 zł. Czy to dużo? Wcale nie, bowiem słabej jakości, napakowana chemią miniaturowa żurawina na wagę w markecie potrafi kosztować tyle samo! Żurawina Premium natomiast ma duże, mięsiste owoce, pozbawione dziwnego nalotu, nie licząc naturalnych cukrów. Pachnie niebiańsko, naturalnie, owocowo i tak jak powinna, bez chemii. Jak smakuje? Idealnie, kwaskowo i słodko jednocześnie, wyraźnie czuć smak żurawiny. Uwielbiam ją podgryzać w ciągu dnia. Ale nie tylko walory smakowe posiada to cudo. Przede wszystkim jest to prawdziwe bogactwo witamin, głównie witaminy C, ale także wit. B1, B2, D, E, kwasu foliowego, niacyny; minerałów m.in. potasu, żelaza, wapnia, magnezu, fosforu, sodu; błonnika i kwasów organicznych np. kwas cytrynowy i jabłkowy.


W dodatku jest to idealna przekąska dla nas, kobiet. Wiadomo, że jesteśmy bardziej narażone niż mężczyźni na różne infekcje dróg moczowych, ale żurawina pomoże w tej walce. Infekcje najczęściej wywołują bakterie E. coli, które osadzając się w drogach moczowych powodują stan zapalny. Żurawina ma zdolność do zmniejszania przyczepności tych bakterii, co przyczynia się do ich wypłukiwania z organizmu i zmniejszenia ilości w drogach moczowych. Im jest ich mniej tym mniejsze szkody wywołają. Z tego powodu żurawina często jest także polecana osobom z założonym cewnikiem lub mającym problemy z całkowitym opróżnieniem pęcherza, np. po udarze. 

Żurawina doskonale nadaje się także dla osób dbających o serce czy wątrobę, ponieważ w tych niepozornych owocach znajdują się w wysokim stężeniu proantocyjanidyny. Obniżają one poziom glukozy we krwi, działają antybakteryjnie, antyoksydacyjnie, antywirusowo, a nawet przeciwrakowo. Możemy je znaleźć także m.in. w zielonej herbacie, winogronach, kakao, winie, owocach róży, borówce, kwiatach lipy.


Ponadto żurawina chroni przed wrzodami żołądka oraz zmniejsza ryzyko chorób serca (zapobiega zakrzepom i zapychaniu się naczyń krwionośnych). Co ciekawe czerwone owoce, o których mowa, wykazują działanie przeciwgrzybiczne i antybakteryjne, co powoduje, że są doskonałych dodatkiem nie tylko do dań, ale także do kosmetyków, zwłaszcza do skóry suchej, trądzikowej i dojrzałej. Doskonale wpływają również na stan jamy ustnej, gdzie niwelując przyleganie bakterii do szkliwa i dziąseł zmniejszają tempo narastania płytki nazębnej, chroniąc przed próchnicą i stanami zapalnymi dziąseł.

Żurawina oczyszcza organizm z toksyn i stymuluje przemianę materii. Dzięki ogromowi antyoksydantów, głównie wit. C i E, spowalniają starzenie się komórek oraz pobudzają syntezę kolagenu i elastyny, dzięki temu poprawia się ujędrnienie, nawilżenie i sprężystość skóry. Taki sam wpływ żurawina ma na mózg: spowalnia procesy starzenia się mózgu, przez co dłużej pozostaje on w doskonałej formie. Potrafi nawet zahamować lub spowolnić rozwój chorób Parkinsona i Alzheimera. 

Niestety żurawiny powinny unikać osoby z kamicą nerkową i osteoporozą, ponieważ zawarte w owocach szczawiany wiążą wapń, hamując jego wchłanianie.

Jesteście zainteresowane serią takich postów? Wiem, że ten jest dość obszerny, ale ja osobiście jestem zachwycona żurawiną premium, jej smakiem i działaniem na cały organizm, w tym także na skórę. Dajcie znać w komentarzu.
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
Gadżety ze sklepu dresslink.com

Gadżety ze sklepu dresslink.com

We wrześniu pokazywałam Wam przydługą wishlistę produktów ze sklepu dresslink.com. Początkowo nie miałam pojęcia na co się zdecydować, a ubrań trochę się bałam ze względu na rozmiary, które w moim przypadku dość trudno dobrać. Ogólnie rzadko kupuję ciuchy przez internet, bo zazwyczaj nie byłam zadowolona. Postawiłam więc na gadżety. Jeśli jesteście ciekawe na co konkretnie, zapraszam.


Najbardziej spodobało mi się Urządzenie do pielęgnacji twarzy Power Perfect Pore. Cały zestaw przyszedł w tekturowym pudełku, które w trakcie transportu zostało zmiażdżone, rozerwane i ogólnie zmasakrowane. Nie będę go pokazywać, bo i niewiele można się z niego dowiedzieć.


Urządzenie jest w kolorze niebiesko-fioletowym, wygląda całkiem ok. Posiada podstawkę pod cały zestaw, dzięki czemu można wyeksponować wszystkie końcówki i zachować je w odpowiedniej higienie. Działa na dwie baterie AA, które nie zostały dołączone do zestawu. Prędkość obrotu jest zadowalająca, ale raczej delikatna. Na pewno nie można sobie zrobić krzywdy tym urządzeniem. Myślę, że doskonale się nadaje na pierwszy gadżet tego typu. Końcówki wymienia się szybko i łatwo.

Pierwszym etapem oczyszczania twarzy tym gadżetem jest praca moją ulubioną szczoteczką z dość miękkiego włosia. Usuwa ona zanieczyszczenia, resztki makijażu i delikatnie złuszcza martwy naskórek, a przy tym nie drapie. Delikatny masaż jest bardzo przyjemny, choć wolałabym, aby urządzenie działało ciszej. Szczoteczka świetnie współpracuje w peelingami, wspomaga ich działanie, dokładnie je rozprowadza i wzmacnia działanie odświeżające i oczyszczające kosmetyku. Fajnie sprawdza się także ze wszelkiego typu żelami do mycia skóry twarzy.


W drugim etapie używamy końcówki z gąbką, która pomaga lepiej umyć skórę np. żelem. Zwiększa produkcję piany, dzięki czemu mycie jest efektywniejsze i dokładniejsze. Gąbeczkę należy zmoczyć wodą, a następnie rozprowadzić na niej żel do mycia twarzy i przystąpić do oczyszczania skóry. Dodam, że fajnie się sprawdza także do rozprowadzania nawilżających masek.

Następnie używamy końcówki służącej do usuwania zaskórników (jest to ta nasadka cała z plastiku). Powoduje ona dość mocne zasysanie skóry i oczyszczenie porów z nagromadzonego sebum, martwego naskórka i zamkniętych zaskórników. Może powodować lekkie zaczerwienienia, lepiej nie stosować jej do skóry naczynkowej.

Na koniec nakładamy końcówkę do masażu twarzy. Masują tu trzy plastikowe kulki, nie za mocno,  raczej delikatnie. Mięśnie twarzy zostają przyjemnie rozluźnione i dopieszczone. Pobudzamy w ten sposób także krążenie krwi i ujędrniamy skórę. Przyjemnie jest także masować szyję, na której najszybciej widać pierwsze oznaki starzenia. Nasadki można także użyć do wklepywania kremu.


Urządzenie posiada także rozpylacz wody lub hydrolatu, który wlewa się do małego zbiorniczka z tyłu. Mgiełka jest bardzo, ale to bardzo delikatnie rozpryskiwana, pomaga użytym do mycia twarzy kosmetykom się pienić, a przy tym przyjemnie chłodzi skórę.  Wystarczy wcisnąć guziczek z napisem "Mist".


Podsumowując: jest to moje pierwsze tego typu urządzenie do oczyszczania twarzy i jestem z niego zadowolona. Cena jest bardzo atrakcyjna, a mamy wielozadaniowy gadżet do pielęgnacji. Jako ciekawostkę dodam, że na polskich stronach identyczne urządzenie kosztuje... 129 zł.


Zegarek LED chciał zamówić sobie mój mąż. Zegarek jest całkiem ładny, choć pasek jest dość sztywny i musi się ułożyć na ręku. Wersja klasyczna, czarna, wygląda ciekawie, ale można zamówić je także w kolorach różowym, czerwonym i niebieskim. Długość paska jest w sam raz zarówno na kobiecą, jak i męską rękę.


Niestety zegarek to moim zdaniem bardziej bransoleta, gdyż zobaczenie na nim godziny możliwe jest tylko w pomieszczeniach i to tylko pod określonym kątem.  Cyferki są w kolorze czerwonym i prawie niewidoczne. W zestawie dołączona była specjalna, mała bateria.


Podsumowując: Niemożliwe było zrobienie zdjęcia włączonego cyferblatu i trudno zobaczyć na nim godzinę, mimo to zegarek całkiem mi się podoba. Czasem sama go noszę w formie bransolety, tym bardziej, że ładnie się świeci i nic jak do tej pory się nie starło ani nie pękło.


Naklejki-paski na paznokcie kosztowały aż dolara, a w zestawie znalazło się 18 rolek różnych kolorów.  Mam barwy od skrzącego złota i srebra, poprzez fiolet, czerwień, zieleń, czerń, biel, aż po różowy. Co ciekawe ani jednej niebieskiej :) Podejrzewam, że kolory wysyłane są po prostu losowo, ja nie narzekam mimo to.


Paski są bardzo cieniutkie, a każda rolka jest dość gruba, wystarczy więc na wiele zdobień, aby nie zabrakło tylko fantazji.


Moje serce od razu podbiły matowa biel i czerń, które pięknie wyglądają praktycznie na każdym kolorze, przez co są bardzo uniwersalne. Najmniej zużyję różowego, bo nie jest to mój ulubiony kolor, a najpewniej komuś go sprezentuję, bez sensu, żeby się u mnie marnował :)


Poniżej pokazuję moje pierwsze zdobienie paskami. Muszę przyznać, że paski łatwo się kleją i odklejają. Miałam za to problem z odstającymi końcówkami, ale tylko w przypadku, gdy pasek kończył się wraz z paznokciem. Najlepiej trzymają się przy boku, naklejone w poprzek lub pod ukosem. Dodam, że jeśli końcówka zaczyna się odklejać nie pomoże nawet bezbarwny top....


Paznokcie z takim zdobieniem zdecydowanie przyciągają uwagę, dostałam wiele komplementów na ich temat.  Mimo, że nie jestem profesjonalistką uważam, że wygląda to ładnie i estetycznie, może wymaga lekkiego dopracowania techniki, jak ze wszystkim, ale jest to przyjemna i  atrakcyjna praca.


Podsumowując: mimo, że nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takimi naklejkami szybko sobie poradziłam i polubiłam takie zdobienie. Możliwości są prawie nieograniczone, można łączyć kolory, kąty, kombinować i za każdym razem uzyskać zupełnie inny efekt.


Czwartym zamówionym gadżetem było Urządzenie do pielęgnacji paznokci SalonShaper. Posiada ono pięć końcówek, z czego jedna niestety przyjechała ukruszona. Całość była zapakowana w fioletowy woreczek, w którym też je przechowuję.


Urządzenie, podobnie jak szczoteczka, działa na dwie baterie paluszki AA. Jest to gadżet bardzo delikatny, nie ryzykujemy urwania palca czy starcia całego paznokcia ;) Jeśli chodzi o głośność to jest ona do przyjęcia, w moim odczuciu działa ciszej niż szczoteczka.


Z końcówek najkonkretniejszy zdecydowanie jest metalowy stożek, którym najłatwiej usunąć skórki i który najprecyzyjniej jest w stanie do nich dotrzeć. Teoretycznie służy on do usuwania zgrubień, ale ja boję się go tak używać. Dwie białe końcówki służą do szlifowania, mniejsza (ta ukruszona) jest precyzyjniejsza, za to większa szybsza. Działają raczej delikatnie, trzeba mieć cierpliwość i czas, aby ładnie oszlifować paznokcie. 


Różowa końcówka, największa, służy do ścierania paznokci i jest dość mocna, choć także trzeba uzbroić się przy niej w cierpliwość, trochę czasu jednak to zajmuje. Natomiast fajnie można nią manewrować, by ułatwić sobie pracę. Trochę też szarpie płytkę, lepiej wykończyć zabawę pilniczkiem. Ostatnia końcówka służy do polerowania i nadaje paznokciom naprawdę ładny błysk, a przy tym jest delikatna.


Metalowe bolce końcówek szybko się nagrzewają, czuję to przy wymianie nasadek. Nie wiem czy ma to jakiś wpływ na urządzenie, ale ja dość często robię przez to przerwy. Na dole macie zdjęcie obrazujące, do czego służą poszczególne końcówki.


Podsumowując: jestem zadowolona ze wszystkich gadżetów, choć wolałabym, aby nie były na baterie oraz działały ciszej i szybciej. Przy takiej cenie jednak nie można oczekiwać cudów. Plastik, z którego są zbudowane jest trwały, nie pęka i nie zarysowuje się. Wyglądają całkiem ciekawie, choć widać, że nie są to urządzenia profesjonalne. Do domowego użytku polecam, na pewno nie zrobią krzywdy.

Będzie mi bardzo miło jeśli poklikacie w linki np. w celu sprawdzenia ceny :)
KLIK   KLIK   KLIK   KLIK