Biały Jeleń: Hipoalergiczny płyn micelarny

Biały Jeleń: Hipoalergiczny płyn micelarny

Płyn micelarny wpisał się na stałe w moją pielęgnację, gdyż jako posiadaczka tłustej cery pokochałam go od pierwszego użycia! Wcześniej męczyłam się z tłustymi mleczkami i niewygodnymi płynami dwufazowymi, które nierzadko zostawiały lepiącą się warstwę na skórze. Płyn micelarny to była miła odmiana po tych doświadczeniach. Zapraszam na recenzję polskiego Białego Jelenia, marki znanej od wielu, wielu lat i wciąż się rozwijającej.


Biały Jeleń, Hipoalergiczny płyn micelarny, Ekstremalne nawilżanie

Od producenta: "Hipoalergiczny płyn micelarny BIAŁY JELEŃ delikatnie oczyszcza skórę twarzy, oczu i ust z makijażu i wszelkich zanieczyszczeń. 
 Substancje pielęgnujące:
- formuła micelarna - skutecznie oczyszcza twarz z makijażu i zanieczyszczeń 
- mocznik - poprawia miękkość, jędrność i komfort skóry 
- czerwona koniczyna- jest źródłem antyoksydantów opóźniających efekt starzenia skóry 
- gliceryna - zapewnia optymalny poziom nawilżenia 
- pantenol - działa kojąco, skutecznie łagodząc podrażnienia.
Usuwa nawet wodoodporny makijaż, nie powodując szczypania ani łzawienia oczu.  Odpowiedni dla osób noszących szkła kontaktowe. Posiada badania okulistyczne. Przebadany dermatologicznie wśród osób z alergiami skórnymi oraz w kierunku atopii (AZS). Nie zawiera: alergenów, parabenów, silikonów, barwników i alkoholu."


Buteleczka jest fajna, mała i poręczna, idealna na wyjazd. Korek bardzo dobrze zabezpiecza zawartość przed wylaniem, a przy tym łatwo się otwiera. Dziubek jest w sam raz, bez problemu wylewamy odpowiednią ilość na wacik bez rozlewania. Design jest minimalistyczny, co jest charakterystyczne dla marki i osobiście bardzo mi odpowiada. Kosztuje ok. 10zł/200 ml. Z tego co widziałam kiedyś była mniejsza pojemność, 175 ml, czyli zmiana na plus.


Skład: szczegóły poniżej. Widzę dość wysoko mocznik, panthenol i glicerynę.


Sposób użycia: Rano i wieczorem przecierać twarz. Tak też go stosowałam i uważam, że ma przeciętne zużycie, bowiem wystarczył mi na 1,5m-ca (u mnie dokładnie tyle wynosi norma).


 Micel ma postać wody, ale raczy mój nos dość silnym, sztucznym zapachem (do złudzenia przypomina mi zapach toniku Rival de Loop z Rossmanna). Lekko się pieni, co mi nie przeszkadza. Dość dobrze radzi sobie z podkładem, pudrem i cieniami, natomiast przy kredce, zwłaszcza wodoodpornej i zwykłym tuszu trzeba się trochę napracować. Mimo wieczornego,  "na oko" dokładnego pozbycia się makijażu rano potrafię znaleźć na skórze pod oczami resztki tuszu i rozmazanej kredki.


Ogromnym plusem jest fakt, że micel zupełnie nie wysusza i nie ściąga skóry. Wręcz czuję lekkie nawilżenie i spokojnie mogę odczekać chwilę przed nałożeniem kremu czy serum. Nie spowodował żadnej reakcji alergicznej, szczypania oczu czy zaczerwienienia. Jest delikatny dla skóry.


Jest to całkiem przyjemny micel, kiedyś chętnie do niego wrócę, zwłaszcza latem, dzięki widocznemu działaniu nawilżającemu.

Znacie kosmetyki Białego Jelenia?
White Tree: Peeling cukrowy z oślim mlekiem

White Tree: Peeling cukrowy z oślim mlekiem

Ostatnio używam naturalnego mydła w kostce i zaczynam się coraz bardziej przekonywać do takiej formy higieny. Skóra po nim jest zupełnie inna niż po żelu na SLS, nie wymaga balsamu czy mleczka, często wręcz o nich zapominam. Kiedy mam natomiast ochotę na coś więcej sięgam po peeling. Mój cytrusowy wciąż namiętnie robię (przepis na blogu), ale ostatnio odkryłam coś idealnego dla leniwców. Ciekawe?


White Tree, Sugar Scrub with Milk of the Donkey, Peeling cukrowy z mlekiem oślim


White Tree to jeszcze dość mało znana marka specjalizująca się w kosmetykach naturalnych wykonywanych ręcznie na bazie np. masła shea oraz oferująca szeroką gamę mydeł. Gdy tylko zobaczyłam, że istnieje taka firma od razu mnie zafascynowała, zwłaszcza, że uwielbiam hand made, co można poznać po moich postach DIY. I od razu napiszę, że nie jest to post sponsorowany.


Peeling kupimy w wygodnym, plastikowym pudełku. Jest ono odkręcane i bardzo solidne. Nie mam problemu z odkręceniem go nawet pod prysznicem. Wewnątrz znajdziemy plastikową wkładkę zabezpieczającą zawartość. Całość uzupełniają dwie zawieszki na konopnym sznurku. Na stronie producenta peeling kosztuje 55 zł/130g (200 ml).


Cały ten minimalizm opakowania jak najbardziej do mnie przemawia i podoba mi się. Mam wrażenie, że jest to produkt wyjątkowy, nie produkowany masowo.


Skład jest bardzo słabo widoczny także w realu, nie jest to wina zdjęcia. Jedyny słaby punkt opakowania, który osobiście bym dopracowała - naklejka ze składem jest niespójna z wyglądem pudełka i po prostu nieładna.
Skład: Sucrose (cukier), Oryza sativa (Rice) Bran Oil (olej ryżowy), Prunus amygdalus dulcis (Sweet Almond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit, Parfum (masło shea), Diethylhexyl Syringylidene Malonate, Caprylic/Capric Triglyceride, Donkey milk (mleko ośle), Linalool, Alpha-isomethyl Ionone, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene Carboxaldehyde, Geraniol.


Jak widzicie peeling zawiera bardzo dużo drobinek cukru, które łagodnie masują skórę, a następnie rozpuszczają się w wodzie i nie zapychają odpływu (ostatnio bardzo doceniam takie rozwiązanie, bo moje ukochane peelingi kawowe DIY robiły mi prawdziwy armageddon w łazience). Konsystencja jest raczej zbita, typowa dla maseł, a kolor jasnobeżowy, naturalny.

Cudownie pachnie, słodko, ale nie mdląco, jak cukierki pudrowe. Zapach długo utrzymuje się na skórze i utula mnie do snu


Drobinki cukru świetnie usuwają martwy naskórek i zanieczyszczenia, pozostawiając moją skórę gładką, miękką i nawilżoną. No właśnie i o to nawilżenie głównie mi chodzi. Po peelingu spłukuję się już tylko wodą i zostawiam lekką warstewkę z masła shea, która nie jest tłusta i nie powoduje przyklejania się do ubrania.. Zapominam o mleczku! Skóra jest zregenerowana i natłuszczona, wyraźnie to czuję przez cały dzień. W dotyku jest tak miła, że z przyjemnością się ją gładzi, czego nie omieszkał mi powiedzieć własny mąż po kilku latach :) To chyba o czymś świadczy?
Peeling jest bardzo wydajny, bo do wymasowania prawie całego ciała nie potrzeba go wiele. Takie opakowanie wystarcza na kilkanaście aplikacji.

Znacie tą markę? Jak Wam się podoba?
Ava, Acne Control, Krem matująco-normalizujący na dzień

Ava, Acne Control, Krem matująco-normalizujący na dzień

Jestem, jak wiecie, posiadaczką cery tłustej. Na jedno to dobrze, bo później pojawiają się na niej zmarszczki :) Ale jest i druga strona medalu... cóż, na co dzień stykam się z wieloma denerwującymi minusami takiej cery. Zapychanie, zaskórniki, rozszerzone pory i błyszczenie, przede wszystkim błyszczenie czasem dobijają mnie i mam ochotę zrobić własnej twarzy krzywdę :)
Bez przerwy nawilżam, tonizuję, uważam na przesuszenie, odkażam, matuję i staram się to wszystko robić w idealnym stopniu, tak aby żaden element nie przeważył. Zwariować można. Wiecie, że na naszą cerę ma wpływ nie tylko dieta i pielęgnacja, ale także faza cyklu miesięcznego? Hormony skaczą, zmienia się ich ilość we krwi i bardzo trudno nad tym zapanować. Mniejsza o to, dziś nie o tym chciałam napisać. Dziś będzie o kremie, który mnie bardzo ciekawił. Zapraszam.


Ava, Acne Control, Dermoprogram, Krem matująco-normalizujący na dzień, cera tłusta i trądzikowa


Kartonik wygląda całkiem ciekawie, choć to oczywiście kwestia gustu. Taki minimalizm mi się podoba. Od razu rzuciło mi się w oczy "z olejkami eterycznymi, alcohol free". Krem kupiłam w Hebe za jakieś 10 zł/50 ml.


Z boku mamy opis producenta. Najbardziej zachęciło mnie działanie antybakteryjne, ograniczanie sebum, zwężanie porów, nawilżenie i matowienie. Cud po prostu, przecież tego właśnie szukam!


Nie wiem czy zauważyłyście, że krem należy zużyć w ciągu dwóch miesięcy od otwarcia. Początkowo używałam go jedynie na dzień, a następnie na dzień i na noc, a także na szyję i dekolt. Pierwszy raz spotkałam się z tak krótkim terminem, nawet moje samoróbki oceniam na 3 m-ce.


Skład: Mamy tu dużo gliceryny (niby nawilża, ale w nadmiarze potrafi przesuszać), silikon (zmiękcza skórę, wygładza jej powierzchnię), ekstrakt z kory afrykańskiego drzewa Enantia Chlorantha (antybakteryjny, reguluje działanie gruczołów łojowych, zmniejsza sebum i rozszerzone pory, oczyszcza), kwas oleanolowy (normalizuje pracę gruczołów łojowych), glikol butylenowy (ułatwia przenikanie substancji wgłąb skóry, nawilża), poliakrylan sodu (tworzy film), Dimethicone (emolient suchy, tworzy film, daje efekt wygładzenia), silikon (tworzy film), emulgator, silikon, emolient suchy (tworzy film, poślizg), skwalan (emolient tłusty, tworzy film, natłuszcza), konserwanty, olejek z drzewa herbacianego oraz olejek lawendowy (olejki eteryczne polecane w pielęgnacji tłustej skóry, działają antybakteryjnie i antyseptycznie, zmniejszają pory, regulują sebum).


W kartoniku mamy tubkę utrzymaną w tym samym zestawieniu kolorystycznym. Z tyłu jedynie podstawowe informacje jak sposób użycia, producenta, pojemność.


Tubka wykonana jest z miękkiego plastiku i nie ma problemu z wydobyciem produktu praktycznie do samego końca. 


Dodatkowo zabezpieczona jest przed ciekawskimi, więc odrywając kawałek plastiku mamy pewność, że otwieramy tubkę jako pierwsze. Jest to bardzo istotne zwłaszcza, że mamy jedynie 2 m-ce na zużycie zawartości od jej otwarcia.


Sam krem ma konsystencję kremu-żelu i jest biały. Pachnie bardzo intensywnie olejkiem z drzewa herbacianego, więc jeśli nie lubicie tego aromatu lepiej w niego nie inwestujcie. Zapach jest mocny i utrzymuje się długo na skórze. Mnie osobiście nawet się podoba.


Krem rozsmarowuje się ładnie, ale nie wchłania. Wyraźnie czuję, że jest na powierzchni, tworzy tłustawą warstewkę. Zapewne to uczucie zawdzięczam składowi napakowanemu silikonami i emolientami. Przyznam, że mnie osobiście dość to denerwuje. Ale to nie wszystko. Krem się bowiem roluje, więc nałożenie na niego podkładu czy choćby BB jest traumatyczne. Ja radzę sobie tak, że smaruję twarz kremem pół godziny przed makijażem, a bezpośrednio przed nałożeniem podkładu przecieram jeszcze skórę chusteczką higieniczną. Zazwyczaj to pomaga, ale nie zawsze...


Po nałożeniu kremu mam uczucie gładkiej i nawilżonej skóry, niestety jest to bardzo pozorne. Podczas demakijażu widzę, że skóra nie jest w najlepszej kondycji, potrafią się nawet tworzyć suche skórki, zwłaszcza na brodzie.
Zupełnie nie matuje i nie przymyka porów, wręcz mam wrażenie, że jeszcze bardziej mnie nabłyszcza (szczególnie na czole) i uwidacznia pory, których potem nawet podkład nie chce schować. Zauważyłam, że po dłuższym stosowaniu, zwłaszcza na dzień i na noc, lekko zapycha, zasponsorował mi nawet podskórną gulę, której to nie widziałam od dawna.
Nie zauważyłam działania normalizującego wydzielanie sebum, w tym temacie nie zrobił nic. Jak było tak i jest, już lepiej radził sobie Lekki krem rokitnikowy Sylveco, który nota bene wcale tego nie obiecywał.
Może zbyt krótko go stosowałam, bo wykończyłam go w półtora miesiąca, chcąc zmieścić się w czasie sugerowanym przez producenta. Nie planuję ponownego zakupu, właściwie pokładałam w nim nadzieje, które nie zostały spełnione.


Jedyny plus jaki widzę, to działanie na szyję i dekolt: mam wrażenie, że lekko je ujędrnia i napina skórę, czego w ogóle nie odczuwam na twarzy.

Znacie kosmetyki Ava? Mimo doświadczeń z tym kremem kręci mnie Serum z witaminą C

EDIT. Serum z wit. C Avy skusiło mnie, jego recenzja znajduje się TUTAJ.
Belcils: Krem witalizujący do rzęs, rezultaty po 4 miesiącach

Belcils: Krem witalizujący do rzęs, rezultaty po 4 miesiącach

Nadal walczę z moimi rzęsami. Wsmarowuję w nie różne preparaty, dokładnie zmywam tusz, nie trę, dbam, chucham, a one... szkoda gadać. Nie poddam się na pewno. Dziś przedstawię Wam rezultaty stosowania przez cztery miesiące Kremu Belcils, raczej mało znanego, choć ma sporo opinii na wizaz.pl.


Belcils, Creme Vitalizante Para Pestanas, Krem witalizujący do rzęs


Krem kupimy w kartoniku, który designem nie powala. Kojarzy się z aptecznymi maściami czy kroplami do oczu. Zawiera jednak wszelkie podstawowe informacje. Cena jest bardzo różna, najczęściej oscyluje w granicach 20zł/4 ml.


Wewnątrz mamy tubkę oraz ulotkę.  Możemy sobie poczytać o obietnicach producenta.


Producent sporo nam obiecuje. Poleciałam na "wydłuża, pogrubia i zapobiega wypadaniu". 


Skład: Zaraz za wazeliną (uelastycznia) i lanoliną mamy olej rycynowy (odżywia rzęsy, wzmacnia je i przyciemnia), parafinę, a następnie olej jojoba (wygładza, nawilża skórę), panthenol (chroni rzęsy, nabłyszcza), Eucalyptol (antybakteryjny, nadaje zapach), konserwant i antyutleniacz.


Sama tubka do złudzenia przypomina apteczne maści. Jest malutka i poręczna. Wykonana jest z aluminium, co jest higieniczne, ale trzeba uważać z siłą nacisku, gdyż łatwo można wycisnąć z niej zbyt wiele. O wiele za wiele.


Końcówka może i ułatwia nakładanie preparatu, ale ja zdecydowanie wolałam najpierw nałożyć maść na opuszkę palca i tak wsmarowywać ją w powieki i rzęsy. Było mi po prostu wygodniej. Oczywiście najpierw zawsze dokładnie myłam ręce.
 

Sama maść jest lekko żółta i przezroczysta. Pachnie olejkiem z drzewa herbacianego, jest to zapach delikatny, ale dość charakterystyczny. Pocieszę Was, że zupełnie go nie czuć podczas aplikacji i potem, aby go poczuć trzeba specjalnie wąchać produkt, czego robić przecież nie trzeba.
Po rozsmarowaniu zdecydowanie czuć tłustawą warstewkę, ale nie przeszkadzało mi to.


Niewielka ilość 4 ml wystarczyła mi dokładnie na 4 m-ce kuracji, a więc wydajność ma bardzo dobrą. Łatwo jest wydobyć preparat do końca, choć pod koniec tubka lekko pęka na zagięciach, nie przeszkadzało mi to specjalnie, ale można się pokaleczyć.


Krem wsmarowywałam prawie codziennie z uporem maniaka wieczorem po demakijażu, na dokładnie oczyszczone rzęsy i w ich podstawę. Robi się to szybciutko, więc jedynym problemem jest pamiętanie o kuracji. Przez cały ten czas ani razu nie odczułam najmniejszego dyskomfortu, pieczenia, łzawienia czy zaczerwienienia.


Powyżej zdjęcia "przed" i "po", na których aż nazbyt dobitnie widać, że nie ma mowy ani o wydłużeniu ani o pogrubieniu rzęs. Nie zauważyłam także zagęszczenia. Jedyne co uzyskałam i muszę to wyznać: rzęsy przestały mi praktycznie wypadać, wzmocniły się i nabłyszczyły. Spodziewałam się jednak czegoś więcej po czterech miesiącach. 

Niemniej jeśli macie problemy z nadmiernym wypadaniem rzęs i chcecie je ratować przed dezercją warto zaopatrzyć się w tą mała tubkę. Stosowanie maści jest przyjemne i szybkie, raczej nie ma tam co podrażniać, a może akurat u Was zadziała lepiej?

Zaczęłam już kolejną kurację, a jakże. Tym razem postawiłam na Stymulujące serum do rzęs Floslek i pokładam w nim spore nadzieje. Trzymajcie kciuki!
EDIT. Serum Floslek przetestowanie, recenzję znajdziecie TUTAJ.


Znacie któryś z tych preparatów? Co u Was się sprawdza na rzęsach?
Nivea, Pielęgnujący żel pod prysznic z perełkami olejku

Nivea, Pielęgnujący żel pod prysznic z perełkami olejku

Produkty Nivea są znane od wielu, wielu lat i podejrzewam, że nikomu marki przedstawiać nie trzeba. Zasłynęła oczywiście klasycznym kremem, który mimo bogactwa parafiny w składzie nawet ja mam i z powodzeniem czasem używam (najlepiej zabezpiecza skórę podczas malowania brwi henną ;)) Dzisiejszego bohatera przywiozła mi koleżanka z Holandii, ale w Polsce także jest dostępny.

Nivea
Lemongrass & oil
Pielęgnujący żel pod prysznic
z perełkami olejku i ekstraktem z trawy cytrynowej


Butelka jest lekko zielona, przez co mamy wrażenie, że płyn wewnątrz jest ciemniejszy niż w rzeczywistości. Korek na klik jest dosyć wygodny nawet pod prysznicem, choć zdarzało mi się, że się zassał na amen i otwarcie go mokrymi rękoma było problematyczne.


Na moim "holenderskim" opakowaniu napisy są bodajże po rosyjsku, nie sugerujcie się tym. Wersje dostępne u nas, w drogeriach na terenie Polski, napisy mają już po angielsku i po polsku (zdjęcie poniżej). Jak widzicie opakowania różnią się grafiką, która jest podobna, ale nie identyczna. Od razu możecie zobaczyć cenę tego kosmetyku, która jest dosyć przyjemna, choć w Holandii jest niższa!


Skład przeciętny, głównie na SLES. Specjalnie zrobiłam zdjęcie w drogerii, aby zobaczyć czy wersja sprzedawana u nas czymś się różni. Jak na moje oko wyglądają identycznie, choć wiem, że wiele kosmetyków faktycznie się różni. Tak czy owak tego produktu to nie dotyczy.

 Skład "holenderskiego" żelu:

Skład "polskiego" żelu:

Żel wygląda ciekawie, ma delikatnie zieloną barwę i zawiera nieliczne drobinki. W drobinkach zawarty jest podobno olejek, sugerując się składem zapewne chodzi o olej słonecznikowy. Niestety u mnie nie roztapiają się one pod wpływem wody, więc jeśli zawierają jakieś cenne substancje... zabierają je ze sobą prosto do odpływu. Może to ma być jakiś delikatny peeling? Jeśli tak, wcale tego nie czuję podczas masowania skóry. Ich głównym zadaniem jest chyba ładny wygląd i tyle.


Ładnie pachnie, może lekko cytrusowo, limonkowo, ale bardziej słodko. Zapach jest niesamowicie intensywny i długo utrzymuje się na skórze. Właściwie nawet dwie godziny po prysznicu nadal go czuję, co jest niezłym rezultatem biorąc pod uwagę konkurencję. Możecie sobie także śmiało wyobrazić, że po prysznicu cała łazienka pachnie jak tropikalna plaża albo raczej drink na plaży ;) Żel spełnia swoje zadanie czyli oczyszcza skórę z zanieczyszczeń, potu, resztek kosmetyków. Dobrze się pieni, nie wysusza mojej normalnej skóry na ciele, ale i nie nawilża. Ot, przyjemne myjadlo. Jest dość gęsty jak na żel pod prysznic i bardzo wydajny.


Przyjemnie było się z nim myć, ale nie wiem czy go jeszcze kupię. Powoli będę się przerzucać na łagodniejsze dla skóry detergenty, bo zauważyłam, że im jestem starsza tym moja skóra szybciej się wysusza i łuszczy, nawet na ciele, tam gdzie nie miałam z tym problemów.

Miałyście żele Nivea?
Planeta Organica: Krem do rąk z kakao

Planeta Organica: Krem do rąk z kakao

Kremy do rąk zużywam stale, może nie w ilościach hurtowych, bo zdarza mi się o nich zapomnieć na cały dzień i przypomnieć dopiero wieczorem, ale na pewno w znacznych. Zazwyczaj mam otwarte kilka tubek naraz, rozlokowane strategicznie w całym domu i torebce. Krem kakaowy od dawna mi się marzył, choćby ze względu na zapach.W końcu kocham czekoladę, ale ze względu na kalorie staram się ograniczać jej spożycie najlepiej do zera. Czy jednak da się zastąpić smak zapachem?

Planeta Organica, Krem do rąk Organiczne kakao



Krem kupimy w brązowej tubce z miękkiego plastiku, więc dosyć łatwo będzie wydobyć go do ostatniej kropelki. Szata graficzna podoba mi się, jest raczej minimalistyczna, kojarzy się z czekoladą i kakao, przemyślana.


Napisy na tubce są oczywiście po rosyjsku, na szczęście dystrybutor ma obowiązek w takim przypadku nakleić etykietkę po polsku. Etykieta dość szybko się ściera, żałuję, że nie zrobiłam zdjęć od razu, na pewno lepiej by to wyglądało :) Na szczęście tekst nadal jest czytelny.


Wygodny korek na klik precyzyjnie odmierza odpowiednią ilość kremu, jako ze otwór nie jest zbyt duży. Zauważyłam jednak, że krem zasycha i szybko go brudzi, trzeba często przecierać korek, by utrzymać go w czystości. Przed pierwszym użyciem należy zerwać aluminiowe zabezpieczenie, więc mamy pewność, iż nikt przed nami kremu nie używał.


Skład: zaraz po wodzie mamy tu masło kakaowe i to naprawdę czuć w tym kremie. Szczegóły poniżej. Pod koniec mamy także kompozycję zapachową, więc aromat nie jest w 100% naturalny, mimo to zupełnie tego nie czuję.


Sam krem jest biało-beżowy. Ma dość lekką, kremową konsystencję. Niesamowicie wręcz pachnie kakao i to jak najbardziej słodkim, a nie gorzkim. Uwielbiam go wąchać, czuję się jakbym wróciła do lat dzieciństwa, a mama niosła mi kubek parującego napoju na bazie mleka :) Zapach jest niezwykle naturalny i realistyczny, w dodatku dłuższy czas utrzymuje się na skórze. Coś cudownego dla takich czekoladoholiczek jak ja!


Krem szybko się wchłania i pozostawia ledwo wyczuwalną, delikatną warstewkę na skórze. Nie jest ona tłusta i np. dotykając kartki papieru na pewno nie zostawimy na niej śladu. Dzięki temu świetnie sprawdza się w ciągu dnia np. po sprzątaniu, zmywaniu lub w razie potrzeby odczuwalnej suchości i dyskomfortu.


Krem nawilża i to zdecydowanie na dłużej niż choćby glicerynowe receptury, które u mnie bardziej wysuszają niż nawilżają. Skóra dłoni dzięki niemu się uelastycznia, ujędrnia, staje się odporniejsza na niekorzystne warunki zewnętrzne. Zauważyłam też bardzo pozytywny wpływ na skórki wokół paznokci, które są zmiękczone i nie wymagają dodatkowych kosmetyków. Na noc stosuję trochę grubszą warstwę niż w ciągu dnia, a rano dłonie są w doskonałej kondycji, miękkie, nawilżone, gładkie i to na długo. Przy nim często właśnie zapominam o smarowaniu rąk w ciągu dnia, bo zwyczajnie nie odczuwam takiej potrzeby!


Pokochałam go miłością bezgraniczną za zapach i działanie. W dodatku ma świetną wydajność, dzięki temu, że jest aż tak skuteczny, więc będę mogła się nim jeszcze dłuuugo cieszyć. Kiedy się skończy (pfu pfu, oby nigdy) na pewno kupię kolejną tubkę.

Rzadko mi się zdarza odkryć krem, który jest idealny zarówno na dzień jak i na noc, a przy tym ma niezły skład i obezwładniający zapach. Dołącza więc tak oto do stadka moich ulubieńców!

Znacie? Lubicie zapach czekolady lub kakao?
Wygrane w konkursach, czyli nowości z zachowaniem szlabanu...

Wygrane w konkursach, czyli nowości z zachowaniem szlabanu...

Nadal mam szlaban na zakup kosmetyków. Tak, tak, trwa on już długo i jeszcze długo potrwa. Mąż zagroził, że się wyprowadzi, bo inaczej utonie w kartonikach i tubkach. Ale od czego kobieca głowa, nie od parady przecież, tak więc wykoncypowałam sobie, że szlabanu na wygrane w konkursach nie było... Bardzo lubię konkursy, co zresztą widać w prawym pasku bocznym, ale nie biorę udziału w każdym po kolei. Nagroda naprawdę musi mnie zaintrygować, inaczej będę życzyć powodzenia, zresztą zawsze to robię, także jeśli sama startuję - nie mam z tym problemu, potem gratuluję wygranym. Sama też chętnie organizuję konkursy dla czytelników, ale po ostatnim lekko się zniechęciłam... Zobaczymy, może zmienię zdanie w okolicach grudnia :) 
Jest tu także jedna przesyłka bezinteresowna od Sisi, mojego promyczka w mroku i szaleństwie tego świata...
Żeby nie było, że się chwalę czy coś, jest to jednocześnie zapowiedź jakich recenzji możecie się spodziewać za jakiś czas :)

Rodial, Bee Venom Moisturiser, Krem do twarzy z jadem pszczelim wygrany w konkursie u Magdy z bloga http://landvanity.blogspot.com/. Krem kosztuje ponad 600zł, co jest dla mnie kwotą zawrotną! Niedługo kończę swój krem Ava (będzie recenzja), a potem zatapiam paluszki w owym cudzie :)

Wspaniałości od e-naturalnie.pl, wygrane u Ani z bloga www.kosmetykiani.pl/. Właściwie wygrałam maskę algową, ale bardzo długo musiałam czekać na przesyłkę, więc dorzucili mi także peeling enzymatyczny. Warto było poczekać! Niedługo zaczynam testy, bo zestaw wydaje się być dla mnie idealny :)

 Krem Kailas na problemy skórne wygrany u Ani z bloga http://perfectfoundation12.blogspot.com/. Już go otworzyłam i muszę przyznać, że jest bardzo interesujący. Faktycznie łagodzi ukąszenia komarów, przyspiesza gojenie ranek i ma bajeczny skład. Niedługo napiszę o nim więcej.

Mój pierwszy krem Lambre, ten akurat jest na noc, wygrany u Kingi z bloga http://delightfulowa.blogspot.com/. Krem niedługo doczeka się oficjalnej premiery w mojej łazience. Zobaczymy czy zasłuży sobie na czerwony dywan i flesze ;)

Mój pierwszy krem marki Iwostin, Krem liftingujący pod oczy 40+ wygrany w konkursie u Magdy z bloga http://mangomania78.blogspot.com/. Absolutnie mnie nie odstrasza 40+, już Wam pisałam, że jakoś szczególnie nie przejmuję się cyferkami, a że jestem zawsze skora do śmiechu mam już dość konkretne zmarszczki mimiczne wokół oczu. Mam nadzieję, że ten osobnik da sobie z nimi radę, ale najpierw muszę wykończyć niesamowicie wydajny krem Floslek :)

Baza mineralna pod podkład Neauty Minerals od naszej kochanej Kasi z bloga http://kasiotla.blogspot.com/. Kasia bazę dostała w boxie, a że już wcześniej miała z nią do czynienia i nie była zadowolona, całkiem bezinteresownie mi nową przesłała. I chwała jej za to. Od dawna chciałam zacząć przygodę z minerałkami i póki co nadal jest to mój pierwszy i ostatni produkt tego typu, ale ja jestem zachwycona. Bazy używam różnie, kombinuję, lawiruję i zauważyłam co następuje: przedłuża trwałość makijażu niemineralnego, przedłuża matowienie mojej tłustej cery (nałożona pod puder) oraz jest niesamowicie wydajna! Napiszę o niej porządnego posta jak już się zaopatrzę w większy arsenał minerałków, aby użyć jej także zgodnie z przeznaczeniem :)


 Woda perfumowana Avon, Little Black Dress, wygrany w dogrywce u Patrycji z bloga http://interendo.blogspot.com/. Perfum znany jak Polska szeroka i długa, wielokrotnie przeze mnie kupowany i zużywany, trwały i przyjemny. W dodatku przepięknie zapakowany i z karteczką od Patrycji :)


Wygrana u Ani z bloga http://naturalnazakupoholiczka.blogspot.com/ za napisanie poematu. Mój był zdecydowanie najsłabszy, bo dziewczyny napisały prawdziwe arcydzieła poetyckie. Tak czy owak udało się i mi wygrać :D W paczce było mydło Alaffia, które niedawno otworzyłam i testuję. Muszę się przyznać, że mydeł w kostce nie używałam od lat i teraz żałuję. To prawdziwe cudo! Pestki moreli to coś, co sama chciałam kupić, nie wiem jak Ania to zrobiła, że wiedziała! Poza tym dostałam kilka próbek, które u mnie na pewno się nie zmarnują, co widać po denkach oraz karteczkę-liścik :)

Bardzo jestem zadowolona, że mimo szlabanu będę mieć okazję do przetestowania takich wspaniałości, które wywołują uśmiech na mojej buźce :)
Dziewczyny są przesympatyczne i piszą głównie o kosmetykach, więc jeśli któregoś z blogów nie znacie zachęcam Was serdecznie do odwiedzin, bo warto!

Znacie coś z moich nowości?