Payot, So Pure, Serum oczyszczające

Payot, So Pure, Serum oczyszczające

Są takie kosmetyki, które zalegają na mojej półce miesiącami. Oczywiście jest to często związane z ich wydajnością czy specjalnym traktowaniem, np. "oszczędzaniem" ulubionych perfum, które producent wycofał ze sprzedaży albo... No właśnie ALBO ze specyficznym działaniem, składem czy moim osobistym podejściem do danego produktu. Tak jest w przypadku dzisiejszego serum, które mam już kilka miesięcy i na wykończenie którego oczekuję z niecierpliwością.

PAYOT to francuska marka, podobno profesjonalna, która swoje produkty sprzedaje jedynie w salonach kosmetycznych. Trochę trzeba się ich naszukać, ale dla chcącego nic trudnego. Najlepiej sprawdzić na ich polskiej stronie punkty sprzedaży.



Serum oczyszczające PAYOT brzmi profesjonalnie i wydaje się być stworzone dla cery tłustej, takiej jak moja. Kupimy go w niezbyt ciekawym kartoniku i, choć zazwyczaj lubię minimalizm, tutaj widzę raczej bylejakość. Dla mnie to opakowanie nie daje poczucia luksusu, a serum kosztuje przecież aż 150zł! (35 EUR) za jedyne 30 ml.


Możemy o nim przeczytać m.in."Rozwiązuje wszystkie problemy skóry mieszanej i tłustej: wypryski, rozszerzone pory, nadmierne wydzielanie sebum - czyni cerę zdrową i oczyszczoną. Ekstrakt z zielonej kawy działa detoksykująco, kontroluje i reguluje skórę. Poprawia koloryt skóry, rozjaśnia ją, odświeża i nawilża. Aplikować na czystą skórę rano lub wieczorem pod krem, w szczególności w strefie T". Dla mnie brzmi jak marzenie, więc nie sądząc "książki po okładce" dałam mu szansę.


Skład: Już na drugim miejscu znajdziemy alkohol (oczyszcza skórę, usuwa bakterie, wysusza). Szczegóły powyżej, natomiast jest tutaj także nawilżająca gliceryna oraz mój ukochany niacynamid (genialnie przymyka pory!), sok aloesowy (głęboko nawilża i koi podraznienia), mannitol (reguluje pracę gruczołów łojowych, nawilża), kwas salicylowy (oczyszcza, reguluje wydzielanie sebum, wysusza), bisabolol (działa antybakteryjnie, łagodząco), różne ekstrakty roślinne (w tym z zielonej kawy). Pod koniec mnóstwo konserwantów, barwników i składników kompozycji zapachowej.


Wewnątrz znajdziemy ulotkę, z której niewiele się dowiemy, chyba że znamy języki azjatyckie bądź arabskie....

...oraz plastikową buteleczkę z serum. Od razu rzuca się w oczy zielony kolor kosmetyku, który nie wiem czemu ma służyć. Do mnie kompletnie nie przemawia, wolałabym żeby serum było przezroczyste i bez barwników. Buteleczka posiada pompkę typu air-less oraz zatyczkę, za co ma ogromnego plusa :)



Pompka jest bardzo wygodna, ani razu się nie zacięła. Wydobywa niewiele serum, co jest akurat korzystne, ponieważ nie używam go w dużych ilościach, więc nadmiar musiałabym po prostu zmywać i marnować. Na dłoni jest przezroczysto-zielone i w konsystencji lekko żelowej. Bardzo razi zapach, który jest silny i alkoholowy, dla mnie nie do zniesienia!


Odważnie nakładałam go wieczorem po demakijażu w strefie T oraz w razie konieczności np. na nos (zwłaszcza przed okresem). Działa silnie wysuszająco, ściągająco i powoduje dyskomfort dla nosa. Przyspiesza gojenie wyprysków, tego mu nie odmawiam, ale to samo robią preparaty punktowe np. Tołpa, o których pisałam, a kosztują o wiele mniej i lepiej pachną. Po nałożeniu zbyt dużej ilości (czyli wielkości ziarnka grochu) tworzy na skórze śliską powłoczkę, którą wyczuwam jeszcze rano podczas przemywania skóry micelem. 

Absolutnie nie polecam nakładać tego serum na całą twarz, ponieważ bardzo szybko można w ten sposób przesuszyć cerę, co spowoduje nic innego jak wzmożoną produkcję sebum i koło się zamyka. Stosowany w rozsądnych ilościach i tylko w razie potrzeby lepiej się sprawdzi. Tu doszłam do wyjaśnienia dlaczego mam je tak długo - po pierwsze nigdy nie używałam go codziennie, by uniknąć przesuszenia, a po drugie odkąd mam swoje diy serum z kwasem migdałowym praktycznie nie mam wyprysków, moja cera znacząco się poprawiła i po prostu serum jest zbędne.



Zdaję sobie sprawę, że inne kosmetyki Payot mogą być lepsze, ciekawsze i skuteczniejsze, ale póki co nie jestem ich ciekawa. Za tą cenę mogłabym mieć co najmniej kilka innych produktów, z których byłabym bardziej zadowolona. Czasem "profesjonalny" to tylko wyraz, taki lep, na który producent chce złapać klientkę i nic więcej, natomiast patrząc w skład nie znajduję potwierdzenia dla takiej ceny. O działaniu nie wspominając.

Znacie kosmetyki tej marki? Miałyście kiedyś podobne doświadczenia z dość drogim produktem?
Greenland, Milky, Shower foam Rice milk & vanilla, Żel pod prysznic w piance

Greenland, Milky, Shower foam Rice milk & vanilla, Żel pod prysznic w piance

Bardzo lubię różne kosmetyczne ciekawostki i choć nie wszystko bym w siebie wsmarowała tudzież wtarła, to czasem ciekawość zwycięża. Ona to właśnie zawładnęła moim umysłem kiedy tylko zobaczyłam żel pod prysznic w piance. To nic, że dość drogi, to nic, że z przeciętnym składem, ale W PIANCE. Tego nie mogłam przecież przegapić :)


Żel kupiłam w Hebe za jakieś 18zł/200ml (na stronie producenta kosztuje 15 euro). Znalazłam go wśród "kosmetyków naturalnych". Żel znajduje się w pojemniku podobnym do dezodorantu. Szata graficzna do mnie przemawia, bo jest minimalistyczna.


Skład: nie będę się rozdrabniać: przeciętniak. Aqua (Water), Sodium Laureth Sulfate, Butane, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, PEG-200 Hydrogenated Glyceryl Palmate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Parfum (Fragrance), Styrene/Acrylates Copolymer, Diazolidinyl Urea, Propane, Tetrasodium EDTA, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Citric Acid, Cetearyl Glucoside, Glycerin, Propylene Glycol, Xanthan Gum, Glyceryl Stearate SE, Oryza Sativa (Rice) Extract.
Nie zawiera: parabenów i barwników.


Żel-piankę dozuje się bardzo wygodnie, wystarczy nacisnąć. Nie da się niestety tego zrobić, gdy żel stoi na wannie, trzeba podnieść cały pojemnik, ale to jedyne, do czego się przyczepiam. Zazwyczaj najpierw wydobywam go na dłoń lub gąbkę, a następnie rozcieram na skórze. Za jednym naciśnięciem wylatuje go całkiem sporo, więc trzeba na to uważać.


Pianka jest bardzo gęsta i puszysta, biała. Przepięknie pachnie mleczkiem ryżowym i wanilią, ale nie jest to zapach duszący i intensywny, a raczej delikatny, kojący i relaksujący. Ja go uwielbiam!


Pianka dobrze sobie radzi z myciem skóry, usuwa wszelkie zanieczyszczenia i pozostawia skórę odświeżoną i przyjemnie pachnącą. Żel nie wysusza mojej skóry, mimo przeciętnego składu, ale i nie nawilża. Najbardziej lubię jej używać do wieczornych rytuałów, wtedy mnie wycisza i koi nerwy, przygotowując do snu. Jest to bardzo fajny czasoumilacz prysznicowy i jak widać, warto czasem dać się ponieść ciekawości :)


Bardzo lubię moją zabawną piankę i muszę przyznać, że jest to produkt wydajny, choć opakowanie jest raczej niepozorne. Sprezentowałam taką samą piankę Ewelinie K (Secretaddictions86) w ramach Kolorowych Mikołajek u Interendo i mam nadzieję, że będzie tak samo zadowolona jak ja :)

Znacie jakieś inne ciekawe umilacze kosmetyczne?
DLA KOSMETYKI, Krem do rąk

DLA KOSMETYKI, Krem do rąk

DLA Kosmetyki to kolejna polska marka, która mnie zafascynowała swoim podejściem do składów. Ta nowa firma stawia na świeże napary z ziół, które są podstawą receptur i znajdują się zawsze na początku składu. Bardzo spodobał mi się ten pomysł i z chęcią sięgnęłam po krem do twarzy na noc oraz krem do rąk. Wiecie przecież, że jestem maniaczką fajnych mazideł :)


Krem do rąk od DLA KOSMETYKI kupimy w dużej, plastikowej tubie o pojemności 125 ml. Kosztuje ok. 12zł. Niestety dość trudno go znaleźć w drogeriach, ale dla chcącego nic trudnego :)


Skład: Fresh infusion of Semen Psyllii, Butyrospermum Parkii Butter, Cetearyl Alcohol/Ceteareth-18, Glycerin, Panthenol, Borago Officinalis Seed Oil, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil, Cetyl Alcohol, Allantoin, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Tocopheryl Acetate, Glyceryl Stearate, Parfum, BHA, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Citronellol, Hexyl Cinnamal.

Świeży napar z nasion babki płesznika - zawiera śluzy (ok. 12%),  olej tłusty (ok.5%),  aukubinę, garbniki, kwas galakturonowy, skrobię, ramnozę, arabinozę, ksylozę, flawonoidy, białka, sole i in., dzięki czemu zapobiega wysychaniu skóry, dobrze nawilża, odżywia oraz ujędrnia skórę (zawartość  w kremie aż 60%).
Masło Shea - ma właściwości odżywcze; zmiękcza i wygładza skórę. Jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym (zawartość w kremie 10%).
Gliceryna - działa zmiękczająco i nawilżająco na skórę.
Alantoina i d-pantenol – działają łagodząco i kojąco, przyspieszają regenerację i gojenie podrażnień.
Olej lniany bogaty w NNKT – doskonale nawilża, przyspiesza regenerację naskórka, skutecznie poprawia kondycję skóry. Jest bardzo dobrze tolerowany przez skórę.
Olej z ogórecznika – naturalne źródło kwasu gamma-linolenowego, witamin i fosfolipidów gwarantuje długotrwałe nawilżenie.
Witamina E  - niszczy wolne rodniki, zapobiega powstawaniu podrażnień i spowalnia proces starzenia się skóry.


Opakowanie jest miękkie i wygodne, co bardzo ułatwia wydobycie kremu do samego końca. Do odkręcanego korka trzeba się przyzwyczaić, wolę takie "na klik", bo są praktyczniejsze.


Krem jest biały, dość gęsty i puszysty. Ma treściwą konsystencję, a mimo to szybko się wchłania i nie zostawia tłustej warstwy na skórze. Zapach jest dosyć specyficzny, niby ziołowy i mimo, że zazwyczaj lubię takie aromaty, ten jest dla mnie średnio przyjemny. Z wielkim zaskoczeniem znalazłam w składzie Citronellol (zapach róży i geranium) oraz Hexyl Cinnamal (zapach jaśminu). Obie substancje mogą uczulać i szczerze pisząc, na miejscu producenta zupełnie bym z nich zrezygnowała. Na szczęście zapach nie jest intensywny, więc czuję go jedynie, gdy przybliżam nos do skóry.


Kremu używam głównie na noc i muszę przyznać, że bardzo dobrze nawilża dłonie. Mamy późną jesień i na zewnątrz jest zimno, więc szczególnie warto zadbać o swoje spracowane ręce. Krem świetnie się sprawdza także pod rękawiczki, dzięki temu, że szybko się wchłania i głęboko wnika w skórę. Pozostawia ją miękką, lekko natłuszczoną (ale nie wyczuwam nieprzyjemnej warstwy), nawilżoną i ukojoną. Wszelkie podrażnienia spowodowane zimnem bardzo szybko znikają i to bezpowrotnie. Byłby idealny, gdyby nie ten dziwny zapach....


Z całą przyjemnością, jaką mam z używania kremu DLA, polecam go wszystkim tym osobom, które o smarowaniu dłoni zapominają w ciągu dnia i przypominają sobie o tym dopiero wieczorem. Wystarczy jednorazowe użycie w ciągu dnia, aby pomóc swoim dłoniom przetrwać ten trudny okres zimna, wiatru, śniegu i deszczu. 

Znacie te kosmetyki? Niedługo napiszę o kremie na noc Niszcz pryszcz. Ciekawe?
DIY: Serum z kwasem migdałowym 10%

DIY: Serum z kwasem migdałowym 10%

Chyba nie jest już tajemnicą, że mam tłustą skórę, rozszerzone pory, skłonność do wyprysków, a w dodatku pierwsze zmarszczki. Od dawna chodziło za mną serum z kwasem migdałowym, więc jak tylko znalazłam wolną chwilę - od razu je sobie ukręciłam. W moich domowych zapasach miałam wszystko co trzeba, jedynie kwas migdałowy musiałam dokupić. Czy warto było?


Kwas migdałowy to białe drobinki o delikatnym, migdałowym zapachu. Rozpuszcza się w wodzie na gorąco oraz w alkoholu etylowym. Kwas migdałowy poprawia poziom nawilżenia oraz elastyczności skóry, zwiększa produkcję kolagenu oraz przyspiesza odnowę komórkową - dlatego jest cennym składnikiem kosmetyków do praktycznie każdej cery, zwłaszcza z pierwszymi oznakami starzenia. Potrafi wyrównywać zmarszczki, spłycać blizny (np. potrądzikowe), rozjaśniać plamy pigmentacyjne i inne przebarwienia, poprawić koloryt oraz likwidować zrogowacenie skóry. Ponadto wspaniale zmiękcza i wygładza skórę, poprawiając jej fakturę i domykając pory. Takie działanie wspaniale sprawdzi się zarówno przy skórze suchej jak i tłustej.


Serum z kwasem migdałowym 10% oraz kwasem hialuronowym

Składniki na 30 g serum:
- 15 g kwas hialuronowy 1,5 % roztwór
- 9 g woda demineralizowana
- 3 g kwas migdałowy
- 2,4 g mleczan sodu
- 0,9 g witamina B3 (niacynamid)
- 3 krople ekologiczny konserwant FEOG
- miarki, mieszadełko, naczynie do mieszania (zlewka lub słoik), opakowanie z pompką na gotowe serum - oczywiście wszystko czyste i odkażone
- paski do mierzenia pH.


Wykonanie:
Do słoiczka lub innego naczynia odpornego na temperaturę (np. zlewki) wsypujemy odmierzoną ilość kwasu migdałowego i zalewamy go wodą destylowaną, a następnie wstawiamy naczynie do łaźni wodnej i podgrzewamy (u mnie garnek z gorącą wodą).  Można lekko mieszać, by kwas szybciej się rozpuścił. Gdy już kryształki kwasu przestaną być widoczne wyjmujemy słoiczek i pozostawiamy do ostygnięcia do temp. pokojowej, a następnie dolewamy odpowiednią ilość mleczanu sodu, dokładnie mieszany, dosypujemy witaminę B3 i mieszamy, aż się rozpuści. Następnie dodajemy odmierzoną ilość kwasu hialuronowego oraz trzy krople konserwantu i całość dokładnie mieszamy. Prawda, że łatwe? Całość trwa góra 10 minut.


Gotowe serum przelewamy do buteleczki z pompką i czekamy 1,5h aż ustali się pH naszego kosmetyku.  Po tym czasie najlepiej sprawdzić pH papierkiem, prawidłowe powinno wynosić ok. 4 czyli być kwaśne. Termin przydatności z konserwantem to ok. 5-6 m-cy, nie trzeba trzymać go w lodówce.


Butelka z pompką zdecydowanie ułatwi użytkowanie naszego serum, zwłaszcza, że konsystencja jest podobna do konsystencji lekko rozrzedzonego kwasu hialuronowego czyli trochę lejąca.


Zapach jest lekko migdałowy, a konsystencja, jak wspomniałam, lekko lejąca się.


Serum szybko się wchłania w skórę, dosłownie po chwili można wklepać w nią krem. Oczywiście wklepujemy je w oczyszczoną skórę, czasem najpierw zwilżam ją jeszcze tonikiem lub hydrolatem. Bardzo ważne jest, by nie nakładać serum na uszkodzoną i podrażnioną skórę.


Najważniejsze jest jednak działanie, a tego nie mogę mu odmówić po miesiącu stosowania!

Doskonale nawilża i regeneruje skórę, to działanie najłatwiej i najszybciej można zaobserwować. Wprost zachwyca mnie jego działanie domykające pory, dzięki temu skóra jest równa i gładka, nawet pod światło. Serum delikatnie złuszcza warstwę rogową naskórka i pobudza komórki do odnowy, więc w dotyku skóra jest miękka, delikatna i wydaje się młodsza. Zdecydowanie zauważyłam także wyrównanie kolorytu i zmniejszoną ilość wyprysków czy innych niedoskonałości. Doskonale spisuje się przy mojej tłustej cerze, ale myślę, że równie dobrze sprawdzi się przy mieszanej, dojrzałej czy suchej.


Jest to moje pierwsze serum z kwasem migdałowym dlatego postawiłam na niskie stężenie. 10% wystarczy, aby zauważyć efekt i nie zrobić nikomu krzywdy. Jestem niesamowicie zadowolona z efektów.

Używacie kosmetyków z kwasami? Wiem, że niezłą furorę robi Bielenda :)
Konkurs: Wygraj świąteczny Bluebox

Konkurs: Wygraj świąteczny Bluebox

Dawno nie organizowałam konkursu dla Was w podziękowaniu za to, że jesteście :) Koniecznie czas to zmienić, zwłaszcza, że mamy taki piękny czas obdarowywania się prezentami.

Do wygrania będzie skomponowany przeze mnie własnoręcznie Bluebox. Co w nim będzie? 
To niespodzianka! Poza kosmetykami na pewno dorzucę coś praktycznego i/lub ręcznie robionego, a może jakiś kosmetyk DIY? Cały sekret w tym, że sama jeszcze nie wiem. Na pewno będzie do pudełko pełne wspaniałości, niespodzianka, która - mam taką nadzieję - wywoła uśmiech na czyjejś twarzy :)



Zasady:
1. Zostań publicznym obserwatorem mojego bloga oraz udostępnij u siebie info o konkursie (baner na blogu, google+, na facebooku). Napisz w komentarzu poniżej swój nick oraz link do udostępnienia.
2. Wyślij do mnie maila na cosmeticosmos@gmail.com z odpowiedzią na pytanie (w tytule napisz KONKURS): 
Jaki oryginalny/zwariowany/własnoręcznie zrobiony prezent komuś wręczyłaś lub sama dostałaś? A może o takim właśnie marzysz?
3. Forma odpowiedzi jest dowolna! Może być opis, zdjęcie, film, co tam wymyślisz (pamiętaj jednak, że wygraną pracę opublikuję jako dowód :)

Regulamin
1. Organizatorem i sponsorem konkursu jest Nie Bieska, autorka bloga cosmeticosmos.blogspot.com.
2. Konkurs trwa do 27.12. Info o wygranej pojawi się na blogu i fanpage'u najpóźniej w ciągu 7 dni od zakończenia.
3. Biorąc udział w konkursie akceptujesz regulamin i wyrażasz zgodę, abym opublikowała wygraną pracę. 
4. Wysyłka nagrody tylko na terenie Polski.
5. Konkurs przeznaczony jest dla publicznych obserwatorów bloga i/lub fanpage'a.
6. Konkurs odbywa się jednocześnie na blogu i na mojej stronie na Facebooku. Jest to ten sam konkurs, więc wystarczy wziąć udział raz :)

Wszystkim życzę powodzenia!
Alaffia, Mydło w kostce Pineapple Coconut Shea Butter Soap (Ananas i kokos)

Alaffia, Mydło w kostce Pineapple Coconut Shea Butter Soap (Ananas i kokos)

Dawno, dawno temu, kiedy to dziecięciem byłam i nic do gadania nie miałam, a w Polsce w najlepsze panoszyła się komuna, zaradne matki myły swe latorośle mydłem szarym w kostce. Zaiste piękne to czasy były, kiedy... pfu, zagalopowałam się! Wcale nie piękne! Niczego w sklepach nie było, jeno ocet i papier toaletowy! Co w tym pięknego? Że eko, to może, ale wcale niefajne eko. Konieczne eko. Ale o czym to ja... 

Aha, mydła w kostce. Kiedyś popularne, swojego czasu wyparte przez wszelkie żele i mydła w płynie. Obecnie chyba wracają do łask, moich na pewno. Co mi się podoba? Podoba mi się, że coraz popularniejsze są mydła NIE TYLKO z tłuszczu zwierzęcego (Białego Jelenia mydeł nie tykam! nie bez kozery marka ma taką nazwę...), w składzie SODIUM TOLLOWATE (jeśli więc macie w swoim sercu upodobanie do braci mniejszych nie godzi Wam się używać mydła odzwierzęcego, amen). W tym miejscu zaznaczam, że absolutnie nikogo do niczego nie zmuszam - jeśli komuś nie przeszkadza smarowanie się smalcem, proszę bardzo, nie moja rzecz, jednak ja dziękuję.

Dzisiejszy bohater przywędrował do mnie od Anuli, której blog chętnie nawiedzam i podpatruję, co też ciekawego Anula testowała. Jeśli lubicie naturalne kosmetyki serdecznie polecam. Istna encyklopedia wiedzy :)


Alaffia to ciekawa marka, pochodząca z Afryki. Zaczęło się od tego, że założyciel, niejaki Tchala, zbierał jako dziecko orzechy shea i sprzedawał je na rynku, by wspomóc swoją biedną rodzinę. Obecnie marka się rozrosła i ma w swoim asortymencie mnóstwo cennych kosmetyków na bazie shea właśnie. Bierze czynny udział w wielu inicjatywach dla mieszkańców Afryki jak np. w zbiórce rowerów dla biednych studentów czy przyborów szkolnych w Togo.

Mydło Alaffia Pineapple Coconut Shea Butter jest całkiem duże, przynajmniej w porównaniu z drogeryjnymi Palmolive (które swoją drogą też są na Sodium Tollowate...). Kostka kosztuje 4,49 $ (ok. 18zł) i waży aż 142 g (przykładowe Palmolive 90 g). Ta wielkość początkowo mnie przeraziła.


Kostka zapakowana jest w ładny papierek z podstawowymi informacjami. Dowiemy się z niego m.in., że mydło posiada Certyfikat Sprawiedliwego Handlu (Fair Trade), co oznacza, że pracownicy otrzymali godziwą zapłatę za swoja pracę, odpowiednie warunki socjalne, a sama produkcja jest bezpieczna dla środowiska naturalnego i wspiera lokalna społeczność. Warto zwrócić na to uwagę, bo w tzw. krajach Trzeciego Świata nagminnie łamane są wszelkie możliwe zasady i standardy, co przejawia się np. tym, że pracują tam nawet małe dzieci w niebezpiecznych warunkach (np. z maczetami).



Sama kostka oczywiście także jest duża i dość twarda. Posiada lekko beżową barwę i delikatny, nawet bardzo delikatny zapach. Wrażliwsze nosy wyczują tu subtelną nutę ananasa z kokosem w tle.


Skład: Sodium Palmate (sól sodowa oleju palmowego), Sodium Palm Kernelate (naturalne sole z nasion palm, dzięki nim mydło jest gładsze i lepiej się rozsmarowuje), Water, Glycerin (gliceryna, nawilża i zatrzymuje wodę w naskórku), Masło Shea (nawilża, uelastycznia skórę, łagodzi podrażnienia, wygładza), Olej Kokosowy (natłuszcza, łagodzi podrażnienia, odżywia skórę, wydłuża okres trwałości mydła, zapewnia powstawanie gęstej piany, dobrze oczyszcza skórę), Natural Fragrance (naturalny zapach), Sodium Citrate (cytrynian sodu; regulator pH), Titanium Dioxide (filtr UV), Iron Oxides (tlenek żelaza; naturalny pigment czerwonobrązowy). 
Masło shea oraz olej kokosowy z upraw Fair Trade.


Mydełko podczas kontaktu z wodą delikatnie mięknie, co ułatwia mycie, jednak nie na tyle, by się"ślimaczyło" i uciekało z dłoni. Po odłożeniu szybko twardnieje i nie zmienia swojego kształtuŁatwo się pieni, daje średnio gęstą pianę, bardzo przyjemną. Podczas używania zapach jest delikatniejszy, prawie niewyczuwalny, co dla mnie nie jest wadą.


Spodobało mi się to, że skóra po nim jest naprawdę miękka, czysta i aksamitna w dotyku. Nie potrzebuję już balsamów, nie odczuwam suchości czy ściągnięcia. Zauważyłam jednak, że skóra jest mimo wszystko trochę inna w dotyku, mniej śliska niż po żelu, bardziej "tępa", podczas przejeżdżania po niej palcem wyczuwam opór. Nie wiem na ile jest to spowodowane faktem, że od dawna nie używałam mydeł w kostce (może wszystkie tak mają?), a składem tego konkretnego mydełka. Nie przeszkadza mi to jednak na tyle, by nazwać to wadą, po prostu daje inne uczucie i tyle.


Bałam się trochę, że mydło może wysuszać skórę, ale niepotrzebnie. Nie zaobserwowałam takiego działania, jednak masło shea i olej kokosowy robią swoje. Bez problemu myję nim całe ciało, włącznie z miejscami intymnymi i nie zdarzyła mi się z tego tytułu ani jedna niedogodność. Jest bardzo łagodne nawet dla delikatnej skóry. Jedynie do twarzy i włosów używałam innych specyfików.


Aby nie było jednak tak kolorowo ma też jedną wadę - bardzo brudzi wannę. Postawia na niej szarawy osad, który trzeba dokładnie zmywać. Niestety jest to normalne, jak wynika z chemii: występujące w wodzie jony metali wapnia i magnezu łączą się z resztą kwasową wyższych kwasów tłuszczowych z mydła i tworzą nierozpuszczalne sole czyli nasz kochany osad. Taki ich urok. Trochę ruchu po prysznicu nikomu nie zaszkodzi :)

To moje pierwsze mydło w kostce od baaardzo dawna, jak wynika z początku tego posta. Mam już w zapasach kolejne. A Wy? Używacie mydeł w kostce czy unikacie? Sprawdzacie ich składy?
Eveline, Face Therapy Professional, Nawilżający płyn micelarny

Eveline, Face Therapy Professional, Nawilżający płyn micelarny

Płyny micelarne zużywam hurtowo i na stałe wpisały się one w mój blog. Przewinęło się tutaj kilka naprawdę dobrych i kilka raczej słabych sztuk, ale chyba jeszcze nie było micela od Eveline. Jak się spisała nasza rodzima marka?


Eveline Nawilżający płyn micelarny, a jakże 4w1 (o co chodzi z tą marką? czy każdy produkt musi być 100w1?) ma za zadanie "skutecznie usuwać makijaż oraz wszelkie zanieczyszczenia, doskonale zastępując mleczko i tonik. Usuwa nawet wodoodporny i trwały makijaż bez konieczności pocierania skóry wacikiem. Dzięki specjalistycznej formule bogatej w składniki nawilżające i łagodzące preparat daje uczucie natychmiastowego ukojenia i komfortu , bez uczucia ściągnięcia. Poprawia kondycję i wygląd skóry oraz sprawia, że staje się ona doskonale oczyszczona, gładka i miękka w dotyku. Nie narusza warstwy hydrolipidowej naskórka. Nie wysusza skóry."


Przezroczysta butla kryje w sobie 240 ml płynu i kosztuje ok. 15zł. Nie majątek, ale w tej cenie mogę już nabyć ukochany Lipowy płyn micelarny Sylveco. Po co o tym piszę? Bo gdzieś tam w tyłu głowy ciągle kołacze mi się taka myśl i nie mogę się jej pozbyć. Póki co nadal Sylveco u mnie rządzi i będzie następny w kolejce po Eveline.


Butla spora, ale stabilna. Korek na klik chroni dziwną pompkę, podobną do tych ze zmywaczy do paznokci. Teoretycznie wystarczy wziąć płatek i przycisnąć. Niby ma to ułatwić użytkowanie i pomóc zachować higienę, ale czy na pewno? Mnie głównie denerwowała, ponieważ potrafiła rozchlapywać płyn na boki, zwłaszcza na początku. Pod koniec natomiast nie wyłapywała już micela, trzeba było ją odkręcać i wylewać go bezpośrednio na płatek. Bez zarzutu działała jedynie gdzieś tak od połowy butelki do prawie końca, ale może to być także kwestia wprawy, jakiej chcąc nie chcąc nabywamy. Generalnie wolałabym normalną, klasyczną pompkę i problem byłby załatwiony.


Skład: Podoba mi się, że tuż po wodzie mamy kwas hialuronowy, który doskonale nawilża skórę i faktycznie czuć to podczas stosowania płynu. Jest też kilka cennych substancji np. betaina (nawilża), ekstrakt z alg (nawilża, odżywia, napina i rewitalizuje skórę), panthenol (nawilża, regeneruje, wygładza), komórki macierzyste z jabłek (opróżniają starzenie skóry, odżywiają), lecytyna (nawilża), alantoina (łagodzi podrażnienia, regeneruje), tocopherol (witamina E, antyoksydant, hamuje starzenie skóry, poprawia nawilżenie i wzmacnia naczynia krwionośne), kwas linolenowy (zatrzymuje wodę w skórze, poprawia funkcjonowanie bariery ochronnej naskórka, hamuje procesy starzenia). Szczegóły na zdjęciu.


Konsystencja micela jest standardowa - przezroczysty płyn, który nie pachnie. Tutaj jak dla mnie plus - brak sztucznej kompozycji zapachowej to mniejsze ryzyko podrażnienia skóry. Micelek dobrze sobie radzi z makijażem, zarówno mineralnym jak i standardowym, silikonowym podkładem. Ładnie zbiera tusz, cienie, wszelkie róże. Mogę się jedynie przyczepić do wodoodpornej kredki do oczu, bywało, że jednak - mimo zapewnień producenta - muszę się namachać wacikami.  
Płyn ma jednak jedną, ogromną zaletę - nie wysusza skóry i nie powoduje jej nieprzyjemnego ściągnięcia. Faktycznie przyjemnie nawilża skórę, koi podrażnienia, a sam ich nie wywołuje. W dodatku zupełnie nie szczypie w oczy, bez problemu i strachu zmywałam nim makijaż całej twarzy.

Podsumowując: bardzo dobry micel, który ładnie oczyszcza skórę, a przy tym ją nawilża. Śmiem twierdzić, że nadaje się do każdego typu cery: od suchej po tłustą, taką jak moja. Zdarza mu się jednak nie domyć wodoodpornych kredek, a opakowanie jest trochę denerwujące, jeśli się nie ma wprawy. Bardzo wydajny, miałam go na pewno dłużej niż zazwyczaj, ale też jego pojemność była odrobinę większa.

Znacie micele Eveline? Jestem pozytywnie zaskoczona i polecam.
Wykończeni w październiku/listopadzie

Wykończeni w październiku/listopadzie

Mamy koniec listopada, a ja wyskakuję z październikowym denkiem... rychło w czas, jak to się mówi :) W dodatku to chyba moje najmniejsze denko, ale to dlatego, że w ostatnim miesiącu znacznie ograniczyłam swoją pielęgnację. Zapomniałam praktycznie o balsamie, nie pamiętam o codziennym smarowaniu rąk czy stóp, staram się myć włosy raz na dwa dni, a nie codziennie. Dlaczego? Odpowiedź jest trywialna: nie mam czasu. Wstaję po 6, zasuwam do pracy, wracam ok. 18-19. Zanin coś ugotuję, zjem, posprzątam, wystarcza mi resztek sił jedynie na szybki prysznic zanim rąbnę głową o kant wanny, a nie w miękką poduszkę. Jednym słowem: zasypiam na stojąco. Zachciało mi się pracować to mam. Dlatego mnie tutaj mało, choć staram się nadrabiać w weekendy... 

Zapraszam na październikowe denko.


Therme Skincare, Flower Beauty, Scrub pod prysznic: posiada genialny, długo utrzymujący się na skórze, relaksujący zapach oraz niezłe peelingujące właściwości, ale to jedyne jego zalety. W składzie ma sles, więc używałam go już zamiast żelu. Jak na taką cenę stanowczo ma zbyt słaby skład, ale przyjemny z niego umilacz wieczorów. Gdybym miała dostęp do holenderskich kosmetyków w promocji chętnie bym kupiła inny zapach, raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Więcej KLIK

Radox, Żel pod prysznic Soothe: zapach ma bardzo przyjemny, niby jest to połączenie wanilii i imbiru, ale ja wyraźnie wyczuwam tutaj budyń waniliowy. Zapach jest delikatny i otulający, idealny na wieczór, wyciszający zmysły i pędzące myśli, odprężający. Skład ma bardzo przeciętny, a konsystencję średnio gęstą, na pewno nie przeciekającą przez palce. Kremowy i dobrze się pieni. Chętnie kiedyś go jeszcze kupię.

BingoSpa, Żel do higieny intymnej Silk: mam nadzieję, że to już ostatni produkt tej firmy, który miałam w zapasach. Nie byłam w pełni zadowolona z ani jednego! Ten też się nie nadaje do mycia delikatnych miejsc intymnych, a jak macie skłonność do podrażnień - wzmaga pieczenie, nie koi, nie łagodzi. Koszmar! Użyłam kilka razy zgodnie z przeznaczeniem, a resztą myłam już tylko nogi. Zapach ma dziwny, nie wiem z czym miałby mi się kojarzyć. Różowy kolor dla mnie to kolejna wada, nie potrzebuję barwników, które mogą dodatkowo alergizować miejsca intymne. Podsumowując: dobrze, że się skończył, nigdy więcej! Pompka jest wygodna, a opakowanie przezroczyste, ale to jedyne plusy tego żelu. Nigdy więcej!

Avon, Foot works, Pedikiur doskonały: nazwa mocno przesadzona, gdyż co najwyżej jest to peeling. Posiada dość dużo sensownych drobinek, natomiast lejąca konsystencja denerwuje bardziej niż nawilża. W cenie standardowej zupełnie nie do przyjęcia. Raczej nie kupię. Więcej KLIK


Avon, Planet Spa, Maska do włosów z kawiorem: całkiem fajnie wpływa na włosy i ma gęstą konsystencję, dzięki czemu jest niesamowicie wydajna. Niestety zapach ma niesamowicie, niewiarygodnie wręcz intensywny i długo utrzymujący się na włosach, co było meczące i irytujące jednocześnie. Raczej nie kupię, mimo że włosy po niej były miękkie, gładkie i sypkie. Pisałam o niej TUTAJ

Garnier, Fructis, Gęste i zachwycające, Odżywka do włosów: genialny zapach, identycznie owocowy jak w przypadku innych produktów serii. Działanie... słabe. Nie zauważyłam dosłownie niczego ciekawego, chyba ze za takie uznać przetłuszczenie i przesuszeniem na zmianę. Do cienkich włosów nie polecam i na pewno nie kupie więcej. KLIK

SVR, Xerial P, Szampon: nie pisałam pełnej recenzji, ponieważ jest to szampon przeznaczony przede wszystkim dla osób dla stanami łuskowymi skóry głowy, przewlekłym łupieżem, łuszczycą. Nie borykam się na co dzień z żadnym z tych problemów i uważam, że taka recenzja nie byłaby sensowna. Używałam go tylko wtedy, gdy pojawił się u mnie łupież (mam tak przy zmianie szamponów albo w okresie noszenia czapek), co któreś mycie w celu lepszego oczyszczenia skóry głowy. Muszę przyznać, że zapach jest dziwny i raczej nieprzyjemny, a konsystencja bardzo lejąca. Ponadto opakowanie utrudnia sensowne wydobycie szamponu. Poza tym dobrze sie pieni i oczyszcza włosy. Faktycznie pomaga szybciej pozbyć się krótkotrwałego łupieżu, ale nie mam pojęcia jak się sprawdza w przypadku np. łuszczycy. Nie kupię.


Cleanic, Płatki kosmetyczne: bardzo dobre płatki, nie rozwarstwiają się, a są delikatne i miękkie. Ostatnio ciągle trafiam na ich promocje w Auchan i mam spory zapas. Lubię je, ale czasem kupuję też inne.

Biały Jelen, Hipoalergiczny płyn micelarny: bardzo skuteczny płyn, idealny do zabrania w podróż. Świetnie radzi sobie z makijażem, a jedyne zastrzeżenia można mieć do zbyt intensywnego zapachu, który po jakimś czasie zwyczajnie meczy. Nie wspomnę nawet, ze zapach może uczulać, więc co z tą hipoalergicznoscią? Tak czy owak mnie nie uczulił, na pewno jeszcze kupię. Więcej KLIK

Floslek, Anti-aging, Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy: absolutnie genialny! Obecnie mój ulubieniec, który zmniejsza zmarszczki uelastycznia skórę, rozjaśnia spojrzenie. Przy tym tubka jest niesamowicie wydajna, wystarcza na kilka miesięcy codziennego używania, ponieważ zawiera aż 30 ml kremu. Kosztuje grosze, szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż i nie podrażnia. Na bank kupię. Więcej KLIK

Malwa, Krem do rąk i paznokci z algami: pachnie perfumowo, ma lekką konsystencję i bardzo szybko się wchłania. Polubił go zwłaszcza moj mąż i używał czasem na noc. To już kolejna zużyta tubka i pewnie będą następne. Pisałam o nim TUTAJ

Maybelline, Maskara: jedna z moich ulubionych. Klasyczna, spora szczotka idealnie rozdziela rzęsy, pogrubia i podkręca je. Nie zasycha po miesiącu jak niektóre, miałam ją przez pół roku i cały ten czas utrzymała dobrą konsystencję. Na pewno kupię. Więcej KLIK

PRÓBKA, The Secret Soap Store, Krem do rąk z masłem shea: coś cudownego! Świetny skład, zapach, działanie. To zdecydowanie taki produkt jakich stale szukam i mam ochotę na pełną wersję po zużyciu moich mega zapasów.

To by było na tyle. W porównaniu z moimi poprzednimi denkami raczej skromnie. Znacie coś? :)
Therme Skincare, Scrub pod prysznic, Bali Flower

Therme Skincare, Scrub pod prysznic, Bali Flower

Jakiś czas temu pisałam Wam o żelu pod prysznic Nivea, który przywiozła mi koleżanka z Holandii. Nie był to jedyny produkt, który otrzymałam, tak więc co jakiś czas uraczę Was ciekawostką z tego kraju. Dziś napiszę o peelingu marki Therme Skincare. Jest to holenderska marka kosmetyków, która szczyci się łączeniem bogactwa natury z najnowszymi odkryciami naukowymi z dziedziny pielęgnacji skóry. Marka oferuje produkty do domowego spa i urzeka orientalnymi zapachami.

Therme Skincare
Shower Scrub
Peeling pod prysznic
Bali Flower


Peeling znajduje się w miękkiej tubie z korkiem na zatrzask. Jest to bardzo wygodne opakowanie, które łatwo otworzyć pod prysznicem. Po jakimś czasie niestety coś się zablokowało i korek nie dał się domknąć do samego końca, na szczęście niewiele mi go już wtedy zostało.


200 ml kosztuje 9 euro (ok. 36 zł), a więc niemało. Na szczęście w Holandii także są promocje, tak więc mój scrub kosztował 2 euro (8 zł), co zresztą widać :)


Skład: nie powala. Zaraz po wodzie silny detergent, który może wysuszyć i podrażnić skórę. Następnie plastikowe drobinki, które mają peelingować oraz pozostałe łagodniejsze detergenty i środki konstencjotwórcze. Gdzieś tam pod koniec, grubo za zapachem, są śladowe ilości oleju sojowego, ekstraktu z wanilii czy protein mlecznych. Szczegóły powyżej.


Scrub ma barwę stonowanego różu z wyraźnie zanurzonymi drobinkami. To, co wyróżnia ten produkt to zapach, o którym napiszę później. Pod prysznicem delikatnie się pieni, zawiera bowiem SLES, dlatego często używałam go zamiast żelu, a nie tuż po nim. Oczyszcza skórę i przyjemnie ją masuje. W moim odczuciu jest w sam raz, ponieważ czułam jego działanie, ale też nie było to mocne drapanie aż do krwi. Obyło się bez płaczu ;)


Peeling doskonale wygładza, oczyszcza i zmiękcza skórę. Mojej skóry nie wysusza mimo SLES w składzie. To, co szczególnie mnie urzekło to zapach, który dość długo utrzymuje się na skórze i uprzyjemnia mi zasypianie czy wieczorny relaks. Zapach ten jest rodem ze spa czy gabinetów odnowy, przyjemny, ale nie nachalny. Kojarzy mi się z wanilią i jaśminem, ale przełamanymi piżmem i lekką goryczką, która tonuje zbyt słodkie nuty. Coś wspaniałego!


Jeżeli macie możliwość zakupów w Holandii polecam wypróbować kosmetyki tej marki, mogą być np. fajną pamiątką z wycieczki do tego kraju. Znacie te kosmetyki?